Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tajna oświata i kultura. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tajna oświata i kultura. Pokaż wszystkie posty

sobota, 27 sierpnia 2011

Brylanty warszawskie

  Krakowski profesor literatury, Stanisław Pigoń oceniając rozmiar strat, które kulturze przyniosła wojna, powiedział: cóż, należymy do narodu, którego losem jest strzelać do wroga z brylantów.
Czyż nie brylantem była Krystyna Krahelska - już pierwszego dnia powstania śmiertelnie ranna?
A Krzysztof Kamil Baczyński poległy w czwartym dniu powstania?
A wielokaratowy brylant, Tadeusz Gajcy przysypany wybuchem niemieckich min na wysuniętej placówce powstańczej w dniu 16 sierpnia?
  Twórczość Gajcego fascynuje młode pokolenie - dowodem piosenki powstałe w projekcie "Gajcy" zainicjowanym przez  Muzeum Powstania Warszawskiego trzy lata temu. Najbardziej udane utwory omawiam w postach lipcowych z dni 24, 25, 26, 27, 28, 29, 30, 31, wypełniając zobowiązanie przygotowania konkursu recytacji jego poezji (może już w tym roku?).
  Post Zakochać się w warszawiance poświęciłem Krystynie Krahelskiej, a niedocenianą wartość twórczości kobiet w edukacji dla pokoju omawiam w poście Kobiecość i pacyfizm .

piątek, 26 sierpnia 2011

Warszawska młodzież

  W siedmiu, jak dotąd postach zgrupowanych pod zakładką Tajna oświata i kultura starałem się przedstawić, z konieczności fragmentaryczny, obraz życia młodych ludzi, przyszłych żołnierzy powstania. Uczniowie mojego taty akurat w roku 1944 zdawali maturę (oczywiście tajną!). O nich wiem najwięcej, ale maturzyści (i maturzystki) z innych tajnych kompletów byli podobni. Z relacji rodziców wiem, że młodzi bardzo dużo czytali. Książki krążyły z rąk do rąk, dochodząc do stanu "całkowicie zaczytanych" (luźne kartki w tekturkach wiązanych wstążeczką). Podziemne wydania książek to było kilkaset egzemplarzy, a poznawało je kilkadziesiąt tysięcy czytelników. Trzymali fason - to był ich patriotyczny obowiązek, byli przecież "przyszłością narodu". Z tego trzymania fasonu brały się zachowania wręcz niebezpieczne - np. moda na chodzenie w oficerkach. No cóż, gotowi byli ponosić ryzyko aresztowania za "coś", bo tysiąc razy to lepsze od niewiele mniej prawdopodobnego aresztowania za "nic" - po prostu w przypadkowej łapance. Przez pięć lat okupacji przywykli do codziennego zagrożenia i niewiele żądali od losu.
  Młodzież warszawską zahartowała pięć lat wcześniejsza, krwawa obrona Warszawy, ale w marzeniach powstańcze wystąpienie było wymarszem pierwszej kadrowej Piłsudskiego z 6 sierpnia 1914 roku - początkiem odzyskania niepodległości. I tak jak wtedy, gdy przyszli kawalerzyści z braku koni nieśli tylko siodła, niektóre oddziały miały w nazwie określenia wojsk zmotoryzowanych. Młodzież warszawska, szczególnie ta akademicka, szkoliła się w tajnych podchorążówkach - to miały być kadry dowódców dla przyszłego wojska polskiego. Walczyli o wszystko.

sobota, 9 kwietnia 2011

So 09-04: Eschatologia wtedy i dziś

  Powszedniość śmierci, której doświadczali rówieśni Gajcemu, dopominała się odpowiedzi na pytania ostateczne - o sens istnienia, o sens umierania, o Boga wreszcie. Najdojrzalszą odpowiedź na te eschatologiczne pytania znajduję w wierszu Gajcego:

WEZWANIE

Już noc lub dzień jak wody ziarno
wydzielasz mi z uśmiechem patrząc,
gdy ciała mego smutny barok
zawile trwa pod Twoją gwiazdą.

Nie świecisz we mnie i nie śpiewasz,
mym ustom ogień zamiast kwiatu,
a dłoni ostrze dajesz teraz
jak obiecałeś sen i światło.

Prowadzisz mnie, czy tylko stoję
jak stoi drzewo pod przelotem
czystego nieba albo płomień
nad krajem niebu niepodobnym?

Przemawiasz do mnie czy szyderczy
pociskiem godzisz, by zakrakał
nad nierozumnym moim sercem
jak kiedyś liść lub jak fujarka?

Zstępujesz Ty, czy ja wyrastam
ponad swój głos i niemy pejzaż
i czyja dłoń ma kształt żelaza
i czyje słowo jest jak z serca?

Nie powiesz mi, a ja nie zgadnę
ni jagnię Tobie, ani pasterz
i tylko nad milczeniem naszym
to samo słońce chmury kładzie.

  W innym czasie (lata siedemdziesiąte) inny poeta, rzekłbym: mój Mistrz, mierzy się z eschatologią w wierszu:

Z ARCHETYPU

Porzucenie was wszystkich Moje Drogie Twarze
Nie kosztuje tak wiele - jakby wynikało
Przez świetlistość poranku z narzuconych marzeń
Kiedy oczom biało.

Ani mi jesteście tacy Drodzy Ważni
Ani ja się wydam tak duży, że mały
Wszystko wzięło się z wiatru drobnej wyobraźni
Który sztormy chciał począć
A obudził szkwały.

I jest niebo lecące nad makówek próchno
Co - mówiło złudzenie - piorunami gruchną
A to tyle waży, ile kląska ptak
"Siała baba mak
Dziad nie wiedział jak"

  Grochowiak wciąż jest czytany, ale następne pokolenia będą odnajdować odpowiedź na ostateczne, eschatologiczne pytania zapewne nie w wierszach, ale w pieśniach (w biegu dziejów pieśni były przed wierszami, potem wiersze były pierwsze, teraz znowu na czele są pieśni).
Mirosław Czyżykiewicz śpiewa „Konie narowiste”

sobota, 26 marca 2011

So 26-03: Hymny Kasprowicza

  Tata kilkakrotnie, przy różnych okazjach, wspominał pierwszą rozmowę o zatrudnieniu z dyrektorem Batorego, Mieczysławem Radwańskim, w której zgłosił ofertę prowadzenia zajęć z trzech przedmiotów: języka polskiego, języka angielskiego i przysposobienia wojskowego. I takie lekcje prowadził - w roku szkolnym 1938/1939 uczył w swojej gimnazjalnej Ia zarówno polskiego jak też angielskiego, a z którąś ze starszych klas Batorego miał ówczesne przysposobienie wojskowe (we wrześniu 1939 roku był opiekunem całej grupy ochotników z Batorego zakwaterowanych w koszarach na Pradze).
  Na tajnych kompletach uczył już tylko angielskiego, gdyż nauczycieli polskiego (bez środków do życia) było bardzo wielu, a anglistów w całej Warszawie ledwie kilkunastu (przed wojną powszechnie nauczanym językiem był język francuski). Uwolniony od kursowego nauczania polskiego tata mógł swobodnie w rozmowach z uczniami skakać po tematach literackich. Uczniowie oczywiście wiedzieli, że tematem pracy magisterskiej taty na polonistyce były podhalańskie lata w twórczości Kasprowicza. Kasprowicz napisał wówczas dwa pogodne, franciszkańskie w przesłaniu zbiory wierszy: Księgę Ubogich i Na Szkle Malowane. Czas wojenny stawiał przed młodymi jednak inne pytania: skąd tyle zła na świecie? jaką jest sprawiedliwość boża? Pisane czterdzieści lat wcześniej Hymny Kasprowicza dawały pesymistyczną odpowiedź:
[…]
a dom się nasz pali,
a siostra utonęła w rozplenionej fali,
a ojciec gdzieś daleko w strasznej zginął bitwie,
a Złe urąga modlitwie...
Cóż z nami się stanie!?
O Ty, łaskami hojny,
Ty, od powietrza, głodu, ognia i wojny,
od nagłej i niespodziewanej śmierci
i od Szatana, który w dom przychodzi
i dusze zwodzi,
zachowaj nas, Panie!...

Nie skłonił się jeszcze dzień,
a Szatan z moczarów łożyska,
gdzie nocą ognikami błyska,
z czeluści błota wstał
i gdy najkrótszy słońce rzuca cień
na te manowce, na te ścierniska,
pod ramię chwycił Kościotrupa
i wzrósł nad jego niebosięgłą stal -
nad Ciebie, Boże, wzrósł!...

Maszli Ty grom -
Maszli Ty chmurę w ten południa skwar,
aby z niej piorun padł
i od Szatana uwolnił ten świat?...
Wal błyskawicą, wal!
Niechaj się łamie,
niech się rozkruszy ta zdrada,
która nad życiem i nad śmiercią włada!...
. . . . . . . . . . . .
Szatanie!
Ty Kościotrupa chwyciłeś pod ramię
i nad wysokość jego ostrej kosy
wzrosłeś w niebiosy -
a grom nie pada!
Z nieukojoną żałobą
klękam przed Tobą!
Zlituj się, zlituj nad ziemią,
gdzie ból i rozpacz drzemią,
gdzie ból i rozpacz dzwonem się rozlega
i w strasznej pieśni brzmi...
Szatanie!
Kop mi samotny grób
na opuszczonym łanie,
u krzyża czarnego stóp,
pod gliny powłoką rdzawą!
A iżby nie porósł trawą,
tańcz na nim taniec piekielny
po wszystkie dni!...

A Ty, o Święty!
A Ty, o Mocny!
Ty Nieśmiertelny,
proch gwiazd przesypuj w Swej klepsydrze złotej
i płodź żywoty,
aby tak klęły jak ja;
aby płakały jak ja;
aby w szarpiącej modlitwie,
co jako dzwon ten łka,
o zmiłowanie prosiły;
aby się wlokły z gromnicami w dłoni
ku tej nieznanej ustroni,
do tej - ostatniej mogiły;
aby tak wyschły jak łza,
którą już oko me płakać nie może;
aby tak marły jak ja -
o Święty, Nieśmiertelny! Święty, Mocny Boże!

Szatan tańczący na grobie, szatan mocniejszy od Boga - czyż ta właśnie wizja z najbardziej znanego (i najbardziej bluźnierczego) Hymnu „Święty Boże, Święty Mocny” nie znajdowała prawie codziennie przerażającego potwierdzenia w okupowanej Warszawie?

sobota, 29 stycznia 2011

Sob 29-01: 11 listopada

   Tydzień przed wybuchem drugiej wojny światowej tata ukończył 30 rok życia. Ze względu na wiek i zawód nauczyciela (języka polskiego i angielskiego) nie został powołany pod broń. Szybko znalazł się w strukturach państwa podziemnego - tajnym nauczaniu i zaczątkach Armii Krajowej. Do czasu wydzielenia oddzielnych służb wywiadu, powierzano mu okazjonalnie nasłuch radia angielskiego. W późniejszym okresie wojny uczestniczył w siatce ludzi opiekujących się angielskimi lotnikami, którzy ratując się skokiem na spadochronie po zestrzeleniu nad Polską, uniknęli niemieckiej niewoli. Jeden z nich zakochał się w Polce, no i była z tym niezła polka… Tata jeździł z nim przez miasto na spotkania z tą dziewczyną, oczywiście nie jako tłumacz - w tych sprawach wystarcza “body language” -  ale jako przewodnik. Anglikowi, w razie złapania, groził pobyt w obozie jenieckim, a tacie w najlepszym razie - w Oświęcimiu. Ale czego się nie robi dla miłości - nawet cudzej. Poza tym musiał brać pod uwagę również to, że wpadka nauczyciela tajnych kompletów mogła mieć tragiczne skutki dla jego uczniów - z tego powodu państwo podziemne rygorystycznie wyłączało nauczycieli tajnego nauczania z wszelkich akcji bojowych.
  Przez całą wojnę tata uczył na tajnych kompletach chłopców z Batorego. Był ich wychowawcą i nauczycielem jeszcze w czasach pokoju, w ostatnim roku szkolnym przed wojną. Cała prowadzona przez niego klasa Ia wzięła udział w koloniach we Fronołowie nad Bugiem w lipcu 1939 roku. Uczniowie byli na tyle młodzi - bo trzynastoletni, że pierwszy wojenny rok mogli się jeszcze uczyć w normalnym szkolnym budynku. Potem nauczanie mogło się odbywać już tylko na kompletach, czyli w domach prywatnych. Musieli do wyznaczonego mieszkania przychodzić pojedynczo, w sporych odstępach czasowych. Czekając na lekcje grali w karty - niektórzy stali się wręcz doskonałymi pokerzystami. Karty były stałym rekwizytem tajnego nauczania - nie zdejmowano ich ze stołu, aby w razie niespodziewanego najścia Niemców, natychmiast “wrócić“ do gry. Dużym problemem dydaktycznym był “bez-podręcznikowy” i “bez-zeszytowy” tryb nauczania. Jedną z książek używanych przez tatę do nauki języka angielskiego na tajnych kompletach było opracowane przez Kardaszewskiego wydanie opowiadania Dickensa “A Christmas Carol”  mające w momencie wydania (1922 rok) wręcz zastępować podręcznik do języka angielskiego.
  Oczywiście w warunkach okupacyjnych niemożliwe było obchodzenie dawnych świąt państwowych - każde zgromadzenie ludzi zostałoby natychmiast otoczone i popędzone do bud ciężarówek. Na tajnych kompletach starano się podtrzymywać tradycję świąt państwowych, a szczególnie wprowadzonego do kalendarza tuż przed wojną (w 1937 roku) Święta Niepodległości. Było to również nieoficjalne święto tajnego nauczania.

sobota, 22 stycznia 2011

So 22-01: Tadeusz Gajcy

Po eksplozji czołgu-pułapki na Podwalu, gdzie w jednym, straszliwym wybuchu zginęło kilkaset osób, a drugie tyle było rannych, Tadeusz Gajcy napisał taki wiersz:


Święty kucharz od Hipciego
Wszyscy święci, hej do stołu!
W niebie uczta: polskie flaczki
Wprost z rynsztoków Kilińskiego!
Salcesonów misa pełna.
Świeże, chrupkie. Pachną trupkiem:
To z Przedmurza!
Do godów. Święci do godów,
Przegryźcie Chrystusem Narodów!

I znowu, jak bardzo należy żałować, że wiersza tego nie umieszczano w podręcznikach. Może immunizował by nas przed tą najgorszą formą patriotyzmu - bezkrytycznym uwielbieniem ofiary i moralnego(?) zwycięstwa. Artyści tworzący dwie płyty w projekcie Gajcy bardzo ten wiersz eksponują - szczególnie ekspresyjne jest wykonanie Lecha Janerki.
  

sobota, 15 stycznia 2011

So15-01:ksiądz Stanek

  Na wydziale socjologii tajnego Uniwersytetu Warszawskiego od 1941 roku do wybuchu powstania studiował ksiądz Józef Stanek  - pallotyn z Ołtarzewa. Jako pierwszy przybył na prośbę „Kryski”, dowódcy V Zgrupowania Armii Krajowej 15 sierpnia, aby w kaplicy przy ulicy Wilczej prowadzić duszpasterstwo dla powstańców. Pomagał rannym, spowiadał i głosił Słowo Boże w najtrudniejszych warunkach aż do dnia 23 września, kiedy został pobity i powieszony przez Niemców. Każdego roku w niedzielę najbliższą 23 września spod pomnika męczeńskiej śmierci księdza Józefa Stanka, u zbiegu ulic Wilanowskiej i Solec, wyrusza rajd do pamiętnych miejsc Czerniakowa. W 1999 roku ksiądz Stanek został wyniesiony na ołtarze przez papieża Jana Pawła II wraz z grupą 107 innych męczenników.
  Od 2004 roku w Muzeum Powstania Warszawskiego istnieje kaplica pod wezwaniem błogosławionego księdza Józefa Stanka i 107 błogosławionych męczenników II wojny światowej. Wszyscy błogosławieni męczennicy są przedstawieni na kończonym właśnie fresku u góry ścian kaplicy. W rogu kaplicy widzimy błogosławioną siostrę Alicję Kotowską z dwojgiem żydowskich dzieci trzymających się jej rąk, tak jak ją zapamiętano na podwórcu więziennym w dniu 11 listopada 1939 roku (podbiegła wtedy do grupki przestraszonych sierot żydowskich i razem z nimi wsiadała do budy ciężarówki niemieckiej).     

sobota, 8 stycznia 2011

So08I2011: Antoni Prejbisz

  Pierwszego września 1938 roku mój tata, Antoni Prejbisz poznał klasę Ia - pierwszą w sześcioletnim gimnazjum im. Stefana Batorego. Nie przypuszczał nawet, że te jedenastoletnie dzieciaki, młodsze od niego o osiemnaście lat będą kiedyś jego najlepszymi przyjaciółmi. Muszę przyznać, że zazdrościliśmy mu takich przyjaciół i ciepła, które biło z każdego z nimi spotkania. Taka przyjaźń musi się rodzić latami, latami pełnymi wzajemnej o siebie troski, nieustającej pomocy i życia autentycznymi wartościami. Tata doprowadził tę klasę do matury w warunkach tajnego nauczania, wiecznego zagrożenia i braku normalnych warunków szkolnych. Zdawali maturę w 1944 roku, w warunkach pełnej konspiracji, ale działała ona tak sprawnie, że jak wspomina Janusz Ostrowski:
"Pisemny egzamin dojrzałości odbywał się w wielkiej sali "wypożyczonej" od prowadzącej oficjalne zajęcia szkoły zawodowej, natomiast egzaminy ustne nasz komplet zdawał w mieszkaniu pana dyrektora Radwańskiego." (p. str. 83 książki "Na kompletach i barykadach" Krystyny i Janusza Ostrowskich). Po ostatnich egzaminach swoich wychowanków, tata zrobił coś, co dzisiejszym nauczycielom w żadnym (!) wypadku nie wolno: W odpowiedzi na pytanie "Zdaliśmy?" poczęstował ich papierosami.
  Po obronieniu w 1942 roku na tajnym UW pracy doktorskiej prowadził tata prace magisterskie dwóch studentów anglistyki Uniwersytetu Warszawskiego, ale nie pamiętam, czy zostały ukończone.

   Tydzień przed wybuchem drugiej wojny światowej tata ukończył 30 rok życia. Ze względu na wiek i zawód nauczyciela (języka polskiego i angielskiego) nie został powołany pod broń. Szybko znalazł się w strukturach państwa podziemnego - tajnym nauczaniu i zaczątkach Armii Krajowej. Do czasu wydzielenia oddzielnych służb wywiadu, powierzano mu okazjonalnie nasłuch radia angielskiego. W późniejszym okresie wojny uczestniczył w siatce ludzi opiekujących się angielskimi lotnikami, którzy ratując się skokiem na spadochronie po zestrzeleniu nad Polską, uniknęli niemieckiej niewoli. Jeden z nich zakochał się w Polce, no i była z tym niezła polka… Tata jeździł z nim przez miasto na spotkania z tą dziewczyną, oczywiście nie jako tłumacz - w tych sprawach wystarcza “body language” -  ale jako przewodnik. Anglikowi, w razie złapania, groził pobyt w obozie jenieckim, a tacie w najlepszym razie - w Oświęcimiu. Ale czego się nie robi dla miłości - nawet cudzej. Poza tym musiał brać pod uwagę również to, że wpadka nauczyciela tajnych kompletów mogła mieć tragiczne skutki dla jego uczniów - z tego powodu państwo podziemne rygorystycznie wyłączało nauczycieli tajnego nauczania z wszelkich akcji bojowych.
  Przez całą wojnę tata uczył na tajnych kompletach chłopców z Batorego. Był ich wychowawcą i nauczycielem jeszcze w czasach pokoju, w ostatnim roku szkolnym przed wojną. Cała prowadzona przez niego klasa Ia wzięła udział w koloniach we Fronołowie nad Bugiem w lipcu 1939 roku. Uczniowie byli na tyle młodzi - bo trzynastoletni, że pierwszy wojenny rok mogli się jeszcze uczyć w normalnym szkolnym budynku. Potem nauczanie mogło się odbywać już tylko na kompletach, czyli w domach prywatnych. Musieli do wyznaczonego mieszkania przychodzić pojedynczo, w sporych odstępach czasowych. Czekając na lekcje grali w karty - niektórzy stali się wręcz doskonałymi pokerzystami. Karty były stałym rekwizytem tajnego nauczania - nie zdejmowano ich ze stołu, aby w razie niespodziewanego najścia Niemców, natychmiast “wrócić“ do gry. Dużym problemem dydaktycznym był “bez-podręcznikowy” i “bez-zeszytowy” tryb nauczania. Jedną z książek używanych przez tatę do nauki języka angielskiego na tajnych kompletach było opracowane przez Kardaszewskiego wydanie opowiadania Dickensa “A Christmas Carol”  mające w momencie wydania (1922 rok) wręcz zastępować podręcznik do języka angielskiego.
  Oczywiście w warunkach okupacyjnych niemożliwe było obchodzenie dawnych świąt państwowych - każde zgromadzenie ludzi zostałoby natychmiast otoczone i popędzone do bud ciężarówek. Na tajnych kompletach starano się podtrzymywać tradycję świąt państwowych, a szczególnie wprowadzonego do kalendarza tuż przed wojną (w 1937 roku) Święta Niepodległości. Było to również nieoficjalne święto tajnego nauczania.

  Tata kilkakrotnie, przy różnych okazjach, wspominał pierwszą rozmowę o zatrudnieniu z dyrektorem Batorego, Mieczysławem Radwańskim, w której zgłosił ofertę prowadzenia zajęć z trzech przedmiotów: języka polskiego, języka angielskiego i przysposobienia wojskowego. I takie lekcje prowadził - w roku szkolnym 1938/1939 uczył w swojej gimnazjalnej Ia zarówno polskiego jak też angielskiego, a z którąś ze starszych klas Batorego miał ówczesne przysposobienie wojskowe (we wrześniu 1939 roku był opiekunem całej grupy ochotników z Batorego zakwaterowanych w koszarach na Pradze).
  Na tajnych kompletach uczył już tylko angielskiego, gdyż nauczycieli polskiego (bez środków do życia) było bardzo wielu, a anglistów w całej Warszawie ledwie kilkunastu (przed wojną powszechnie nauczanym językiem był język francuski). Uwolniony od kursowego nauczania polskiego tata mógł swobodnie w rozmowach z uczniami skakać po tematach literackich. Uczniowie oczywiście wiedzieli, że tematem pracy magisterskiej taty na polonistyce były podhalańskie lata w twórczości Kasprowicza. Kasprowicz napisał wówczas dwa pogodne, franciszkańskie w przesłaniu zbiory wierszy: Księgę Ubogich i Na Szkle Malowane. Czas wojenny stawiał przed młodymi jednak inne pytania: skąd tyle zła na świecie? jaką jest sprawiedliwość boża? Pisane czterdzieści lat wcześniej Hymny Kasprowicza dawały pesymistyczną odpowiedź:
[…]
a dom się nasz pali,
a siostra utonęła w rozplenionej fali,
a ojciec gdzieś daleko w strasznej zginął bitwie,
a Złe urąga modlitwie...
Cóż z nami się stanie!?
O Ty, łaskami hojny,
Ty, od powietrza, głodu, ognia i wojny,
od nagłej i niespodziewanej śmierci
i od Szatana, który w dom przychodzi
i dusze zwodzi,
zachowaj nas, Panie!...

Nie skłonił się jeszcze dzień,
a Szatan z moczarów łożyska,
gdzie nocą ognikami błyska,
z czeluści błota wstał
i gdy najkrótszy słońce rzuca cień
na te manowce, na te ścierniska,
pod ramię chwycił Kościotrupa
i wzrósł nad jego niebosięgłą stal -
nad Ciebie, Boże, wzrósł!...

Maszli Ty grom -
Maszli Ty chmurę w ten południa skwar,
aby z niej piorun padł
i od Szatana uwolnił ten świat?...
Wal błyskawicą, wal!
Niechaj się łamie,
niech się rozkruszy ta zdrada,
która nad życiem i nad śmiercią włada!...
. . . . . . . . . . . .
Szatanie!
Ty Kościotrupa chwyciłeś pod ramię
i nad wysokość jego ostrej kosy
wzrosłeś w niebiosy -
a grom nie pada!
Z nieukojoną żałobą
klękam przed Tobą!
Zlituj się, zlituj nad ziemią,
gdzie ból i rozpacz drzemią,
gdzie ból i rozpacz dzwonem się rozlega
i w strasznej pieśni brzmi...
Szatanie!
Kop mi samotny grób
na opuszczonym łanie,
u krzyża czarnego stóp,
pod gliny powłoką rdzawą!
A iżby nie porósł trawą,
tańcz na nim taniec piekielny
po wszystkie dni!...

A Ty, o Święty!
A Ty, o Mocny!
Ty Nieśmiertelny,
proch gwiazd przesypuj w Swej klepsydrze złotej
i płodź żywoty,
aby tak klęły jak ja;
aby płakały jak ja;

aby w szarpiącej modlitwie,
co jako dzwon ten łka,
o zmiłowanie prosiły;
aby się wlokły z gromnicami w dłoni
ku tej nieznanej ustroni,
do tej - ostatniej mogiły;
aby tak wyschły jak łza,
którą już oko me płakać nie może;
aby tak marły jak ja -
o Święty, Nieśmiertelny! Święty, Mocny Boże!


Szatan tańczący na grobie, szatan mocniejszy od Boga - czyż ta właśnie wizja z najbardziej znanego (i najbardziej bluźnierczego) Hymnu „Święty Boże, Święty Mocny” nie znajdowała prawie codziennie przerażającego potwierdzenia w okupowanej Warszawie?

Ponieważ nasz tata jako nauczyciel w Batorym, w czasie ferii zimowych 1938/1939 był na obozie narciarskim właśnie z maturalną wówczas klasą "Zośki" i "Rudego", poczułem się zobowiązany do zamieszczenia na blogu ostatnio dyskutowanych tekstów (wklejony - z Frondy, w linku - z Dzieje.pl, żaden z nich nie wyraża moich poglądów, bo chodzi tu o zwykłą "prasówkę"): 

Badaczka PAN: "Zośka" i "Rudy" mogli być gejami. "Prymitywne próby kradzieży bohaterów narodowych, infekowanie społeczeństwa dewiacjami"

Dodane przez: Redakcja Fronda.pl | 3.04.2013, 21:06 | komentarzy: 75 | odsłon: 8798


Dr Elżbieta Janicka z Instytutu Slawistyki PAN zasugerowała, że "Rudego" i "Zośkę" łączyła homoseksualna miłość. - To prymitywne próby kradzieży bohaterów narodowej wyobraźni - ocenia w rozmowie z Fronda.pl Artur Zawisza.
Dr Elżbieta Janicka z Instytutu Slawistyki PAN zasugerowała, że "Rudego" i "Zośkę", bohaterów książki "Kamienie na szaniec" Aleksandra Kamińskiego łączyła homoseksualna miłość. Naukowiec powołuje się na cytat z książki, w którym "Zośka" tak wspomina uwolnienie "Rudego": "Wziął moją rękę w swoją dłoń i trzymał mocno. Mówił: +Tadeusz, ach Tadeusz, gdybyś wiedział...+. Skarżył się na ból i mówił: +Tadeusz, jak rozkosznie, jak przyjemnie...+.  (...) Jęczał z bólu, jednocześnie mówiąc, jak jest szczęśliwy i jak jest rozkosznie. Na chwilę zasnął. Koło 12 Janek obudził się, zawołał mnie, kazał usiąść obok siebie i uścisnąć serdecznie. Te chwile wynagradzały nam wszystko. Potem opowiadaliśmy sobie nawzajem jeden przez drugiego, a bliskość nasza była dla nas prawdziwą rozkoszą. Wreszcie kazał mi się położyć obok siebie, objął mocno głowę i zasnął (...). Mówił, że już będziemy szczęśliwi, że będziemy wreszcie mieszkać razem, że pojedziemy na wieś, gdzie w lecie spędzaliśmy dwa niezapomniane, szczęśliwe dni. (...) Gdy byliśmy razem przyjemność mu sprawiało, gdy trzymałem go za ręce lub gładziłem ręką po głowie. Rozmowa była wtedy była otwarta, szczera i żaden z nas nie krył wtedy swojej niewysłowionej radości i przyjaźni". 
  Jej zdaniem to jeden z najpiękniejszych tekstów o miłości (całość wypowiedzi dr Janickiej na Dzieje.pl). 
  "Prymitywne próby kradzieży bohaterów narodowej wyobraźni będą się powtarzać raz za razem, bo taka jest światowa strategia środowisk przeciwnych prawu naturalnemu i ludzkiej godności. Oczywiście nie chodzi tu o żadne literaturoznawstwo ani badania historyczne, ale o infekowanie społecznej świadomości domniemaniami oswajającymi z dewiacjami. 
  "Rudy" i "Zośka" to postaci emblematyczne dla pokoleń młodzieży patriotycznej. Ich przyjaźń to wzór postaw męskich tyleż patetycznych, co sentymentalnych. Ta przyjaźń jest twarda, przypadając na czas krwi i żelaza, a jednocześnie czuła, bo łzy i wzruszenia też bywają męskie. Już w starożytności Arystoteles i potem w szczególności Doktor Anielski w osobie św. Tomasza traktowali przyjaźń jako rodzaj miłości - duchowej, a nie cielesnej. To jednak nie ma nic wspólnego z obecnym konceptem homoseksualizmu jako rzekomego przywiązania opartego na pożądaniu, a w istocie afektu contra naturam. "Kamienie na szaniec" nawiązują do tradycji klasycznej, zaś relacja bohaterów słusznie opisana jest przez autora książki jako "braterstwo", czyli głęboka męska przyjaźń.  
  Przedstawiając "Rudego" i "Zośkę" jako homoparę pani doktor o nazwisku nie wartym wspominania opluwa tradycję "braterstwa i służby". Próbuje także wpisać się w modną narrację przynoszącą uznanie salonu i granty od wywrotowców zagnieżdżonych w instytucjach publicznych. Najsmutniejsze jest to, że harcerze czasów wojny światowej nie mogą się bronić przed wpychaniem ich do worka obrzydliwości przez tę ohydną kłamczynię, idącą po ich grobach do pseudoliteraturoznawczej kariery.   
  Środowiska pederastyczno-lesbijskie nie chcą dobrej woli, współczucia i tolerancji. Chcą zniszczyć uniwersalną kulturę wywodzącą się z europejskiego antyku i przepojoną chrześcijaństwem. Ich celem jest światowa rewolucja przeciwko małżeństwu i rodzinie w celu odwrócenia świata na opak i uczynienia go antyświatem niszczącym człowieka i grożącym Bogu" - ocenia Zawisza.  

Ostatni dzień pokoju


  Próbuję sobie wyobrazić ten ostatni dzień - 31 sierpnia 1939 roku - na podstawie opowiadań moich rodziców:
  Rodzina mamy, z rodzicami (moimi dziadkami), trzema siostrami i piątką małych dzieci, zebrała się w Cieksynie, czekając na rozwój wydarzeń i ciesząc się pogodnym latem. Wszyscy dorośli, poza mamą, która urodziła się w 1915 roku, pamiętali dobrze dramatyczne dni I wojny światowej, kiedy to na wozach uciekali przed Niemcami z Krasińca. W Cieksynie była więc przygotowana duża bryczka, którą miała powozić mama, studentka SGGW. O wojnie się nie rozmawiało, mówiło się raczej o rodzinnym spotkaniu z okazji przypadających 1 września urodzin mojej mamy - dzieciaki czekały na tort.
  W Warszawie 31 sierpnia odczuwało się wielkie napięcie. Tata tego dnia był na zebraniu nauczycieli Liceum Batorego - następnego dnia miały rozpocząć się lekcje. Tata uczył w Batorym polskiego, angielskiego i przysposobienia wojskowego - miał stopień podporucznika rezerwy. Tydzień wcześniej, 22 sierpnia, obchodził trzydzieste urodziny, jak opowiadał, w bardzo podłym nastroju ("nigdy później nie czułem się tak stary"), bo jeszcze nie zdążył założyć rodziny, a tu już nadchodzi wojna i ...co dalej?, czy będzie jakieś "dalej"?. Jego ojciec, a mój dziadek, Wojciech Prejbisz (1876-1918), wraz z wybuchem wojny internowany przez Rosjan jako obywatel niemiecki (do Warszawy przybył z Wielkopolski w roku 1904), miał już dwóch synów, urodzonych w 1909 i 1913 roku. Pięcioletni Antoś widział go przed wyjazdem do Heringsdorfu nad Bałtykiem na początku wakacji 1914 roku, a potem już tylko słyszał, że jest gdzieś w Orenburgu, aż do tragicznej wiadomości o jego śmierci w 1918 roku gdzieś pod Semipałatyńskiem, gdy próbował wracać do rodziny przez Azję jako żołnierz Polskiej Brygady Syberyjskiej (tej samej, która po powrocie, 14 sierpnia roku 1920 walczyła w Cieksynie, a 15 sierpnia zdobyła Nowe Miasto). Wiek mojego taty, a także zawód nauczyciela sprawiały, że podlegał mobilizacji dopiero w dalszym rzucie. Ale w razie wybuchu wojny, już od września był przewidziany na opiekuna pomocniczego oddziału chłopców z II klasy liceum, których szkolił w ramach PW, z lokalizacją na ulicy Ratuszowej na warszawskiej Pradze.
  Od dnia publikacji w dniu 9 kwietnia 1939 roku, bardzo popularny stał się wiersz Broniewskiego "Bagnet na broń", określany mianem poetyckiej karty mobilizacyjnej. Wielu uczniów taty znało go na pamięć. Tata miał dobrą pamięć do wierszy, wyćwiczoną studiami polonistycznymi i anglistycznymi, więc pamiętał go również:

Kiedy przyjdą podpalić dom,
ten, w którym mieszkasz - Polskę,
kiedy rzucą przed siebie grom
kiedy runą żelaznym wojskiem
i pod drzwiami staną, i nocą
kolbami w drzwi załomocą -
ty, ze snu podnosząc skroń,
stań u drzwi.
Bagnet na broń!
Trzeba krwi!

Są w ojczyźnie rachunki krzywd,
obca dłoń ich też nie przekreśli,
ale krwi nie odmówi nikt:
wysączymy ją z piersi i z pieśni.
Cóż, że nieraz smakował gorzko
na tej ziemi więzienny chleb?
Za tę dłoń podniesioną nad Polską-
kula w łeb!

Ogniomistrzu i serc, i słów,
poeto, nie w pieśni troska.
Dzisiaj wiersz-to strzelecki rów,
okrzyk i rozkaz:
Bagnet na broń!

Bagnet na broń!
A gdyby umierać przyszło,
przypomnimy, co rzekł Cambronne,
i powiemy to samo nad Wisłą.




sobota, 1 stycznia 2011

So01I2011: Tadeusz Gajcy

Rok zerowy (0 z 2010) przyniósł drugą płytę projektu "Gajcy" zatytułowaną "Gajcy - Szyc, Pierończyk". Szyc recytuje, Pierończyk improwizuje. Jest tam wreszcie poemat "Do potomnego", według mnie najdoskonalszy polski utwór poetycki całego XX wieku. Jaka szkoda, że całe pokolenia go nie znają (nie było go w tzw. lekturach szkolnych). A przecież sam tytuł wskazuje na odbiorcę - wszystkich nas. Przytaczam go w niewielkim skróceniu:

Tadeusz Gajcy: Do potomnego

Jestem jak ty zapewne: nisko,
a jeszcze niżej źdźbło i kret.
Niebo różową idzie kreską
i na papierze zgina brew;
krzesło pode mną, dachu jęzor
spływa ceglasty, dłonie czyni
podobne nocy. Są godziny,
że martwe palce cicho leżą
jak gdyby śpiąc, uwierzyć trzeba,
że obraz ten to na powietrzu
odbicie ptaka albo drzewa
i tylko cień spłowiały z wierzchu
przemawia za mnie. Oto świat,
w którym struchlałym krokiem mierzę
ziemię kulistą ponoć. Maszt
gwiaździsty nocą skrzypi rzewnie
i w górze jest jak czujne zwierzę,
co martwym okiem liczy czas.

Jedna jest ziemia, która niesie
ciebie i mnie, i jedna młodość;
w niej nauczony lęku - pięści
wzniosłem krnąbrne ponad głową
i w szczęk żelaza zasłuchany
mijałem dzień po dniu jak krzyże
jak ty - podniesiesz na mnie kamień
lub rzucisz z wzgardą ziemi grudę.

Kochałem tak jak ty zapewne,
ale mi serca dano skąpo
na miłość moją niepotrzebną,
bowiem stawały nad epoką,
której imiona dajesz teraz
olbrzymia śmierć i przerażenie.

Nie żebym uląkł się lub płakał,
nie żebym czekał już skazany
na trwałość kruchą - szukam w gwiazdach
zarysu twego. Między nami
jak dłonie dwie złączone są
pamięci nasze i miłości,
a jeden tylko wspólny dom,
który nade mną w tobie rośnie.
Piszę - jak grabarz dół wybiera
na ciała bezruch, dłoni rozpacz
i słowo małe staje nieraz
jak krzyż lub wieniec. Jeśli zostać
dane mu będzie - ręka twoja
otworzy je i sercem spełni,
a czas, co młodość ku jesieni
przechyla twardo - twarz wywoła
kamienną już i nocną wiecznie.
[…]
A blisko - mur omszały chroni
spokoju tych, co dłoni wierząc
i miłość mierząc ostrzem broni
upadli w piasek twarzą szczerą.
Szyderczy krzyż imiona proste
ocienią chętnie; jeszcze słychać
bojowy marsz i bliski pocisk,
co grobem był im i kołyską.

Szeroki obłok drogą sunie,
szczękają osie, bagnet wąski
jak obłamany cierń gałązki
nad ramionami drży i błyska
i pieśń radosna w gęstej łunie
ma gniazdo trudne i nazwisko.

Ten czas, ta noc, ta ziemia czarna
potrafi zwodzić, serca grono
zaciskać mocno jak ty wargę,
która znów słowo da potomne.
Jesteś jak ja zapewne: czas
opływa lekko ciało twoje
jak rybę szybką; oczy masz
pojone światłem, co koronę
wijąc nad ziemią twą przemija.
Może jak ja w swej dłoni chwilę
dymiącą pieścisz, w pierś kierujesz
człowieka, który mową dziwną
na krzyżach także imię pisze.

I może ty znów nad ojczyzną
posępny szlak pocisku widzisz
i drzewa kształty jak szubienic
skrzypią ci groźnie, ostro lśnią,
a serce dzwoni jak zły pieniądz,
gdy patrzysz chmurnie poprzez noc.
A wtedy kochać ci wypadnie
niewielki obszar, gdzie piramid
malutkie grudki leżą na dnie,
a z wierzchu zwiędły kwiat lub kamień.
A wtedy - mierząc sercem skąpym
swój krok i słowo już daremne
podasz jak laur dłonie obie
i kochać będziesz razem ze mną.

Cokolwiek pieszczą dłonie nasze,
niewierne jest: czy liść, czy woda
przecieka poprzez palce; twarz się
odsuwa bliska w cienie gęste
i tak odsuwa się nam młodość
i radość prosta, że jesteśmy.
A wtedy tęsknić nam wypadnie
i patrzeć w czas jak w księżyc wsteczny,
gdzie płomień huczał, broni granie
głuszyło szmer i brzóz, i leszczyn,
a wtedy chmur ponury krąg
będzie nam dziwny, bo nie znany,
gdy zamiast cienia lotnych maszyn
objawi się pogodny gołąb
i księżyc w trawach niby dłoń
co niegdyś hełmem wieńczył czoło.
Tak będzie tylko. Miasto, w którym
do ciebie piszę - stoi ciemne,
choć zwykle słońce liże mury
spryskane pismem krwi daremnej.
Człowiek przechodzi tam niewielki
i oczy zwraca żalem zbrojne,
jak ja do ciebie poprzez wieki
bezbronne słowo i opowieść.

Oto na papier mój upada
jak ćma lub niewiadomy komar
brzęczenie stali. Ślepy granat
usta położył na powietrzu
i ten jest śpiew, co uczył wcześnie
miłości mojej i pokory.
I ta jest wiedza we mnie mocna,
i ten jest tylko chudy śpiew:
fujarką był mi grom i pocisk
i ogień barwił krzepko sen.
[…]

Na drugim zjeździe Stowarzyszenia Spadkobierców Polskich Kombatantów II Wojny Światowej w sierpniu tego roku, podjąłem się prowadzenia "działki edukacyjnej" i jednocześnie przedstawiłem kilka propozycji takiej działalności. Na coroczne obchody 11 listopada zaproponowałem "Tajną oświatę i kulturę". Oto fragment przygotowanych przeze mnie materiałów zjazdowych (zawierały one również powyższy skrót poematu): "Jako spadkobiercy polskich kombatantów II wojny światowej sięgniemy do tradycji tajnego nauczania (startując z „kompletów” prowadzonych w podziemnych liceach warszawskich, bo licea, a nawet gimnazja były nielegalne wedle praw okupantów), a także do działalności grup kulturotwórczych, takich jak „Sztuka i Naród”, których najwybitniejszym przedstawicielem był poeta Tadeusz Gajcy. Konkretnym, najbliższym naszym celem będzie konkurs recytatorski poświęcony poezji Gajcego."