Objawiła się Aztekowi św. Juanowi Diego Cuauhtlatoatzinowi na wzgórzu Tepeyac, obecnie w granicach miasta Meksyk. Jak głoszą przekazy, w ostatnim dniu objawień, 12 grudnia 1531 roku dojść miało do powstania obrazu Matki Bożej z Guadalupe. Jest to najstarsze objawienie maryjne oficjalnie uznane przez Kościół katolicki.
poniedziałek, 31 marca 2014
Matka Boża z Guadalupe
Objawiła się Aztekowi św. Juanowi Diego Cuauhtlatoatzinowi na wzgórzu Tepeyac, obecnie w granicach miasta Meksyk. Jak głoszą przekazy, w ostatnim dniu objawień, 12 grudnia 1531 roku dojść miało do powstania obrazu Matki Bożej z Guadalupe. Jest to najstarsze objawienie maryjne oficjalnie uznane przez Kościół katolicki.
sobota, 29 marca 2014
Kultura ponad podziałami
Artykuł z Polityki:
Google Cultural Institute powstał trzy lata temu i zdążył zgromadzić niemałą kolekcję: od manuskryptów biblijnych znad Morza Martwego po galerie koreańskich gwiazd pop. Łącznie 6 mln obiektów muzealnych dostępnych do obejrzenia przez internet, często w olbrzymiej rozdzielczości, czasem w lepszych warunkach niż w rzeczywistości. W zamierzeniach ma to wszystko służyć jako wielkie archiwum historyczno-kulturalne, z którego później internauci mogą układać własne wirtualne wystawy. A jednocześnie opowiadać historię ludzkości zebranymi w jednym miejscu galeriami. Najpierw jednak – jak przystało na archiwum – samo zbiera partnerów.
Dziś ogłoszono wejście do GCI trzech dużych polskich instytucji: Narodowego Instytutu Audiowizualnego (NInA), Instytutu Adama Mickiewicza (IAM) i Filmoteki Narodowej. Ta ostatnia pokaże wystawę poświęconą trzem odrestaurowanym niemym filmom (m.in. pierwszej filmowej wersji „Pana Tadeusza” z roku 1928), dokumentując przy okazji ich historię i konserwację. IAM i NInA pochwalą się przedsięwzięciami będącymi kilka lat temu ważną częścią kulturalnego programu polskiej prezydencji w UE, czyli „Art of Freedom” – dokumentem o polskim himalaizmie – i serią „Solidarity Shorts”, a także dokumentacją wspólnego koncertu Krzysztofa Pendereckiego i inspirujących się nim zachodnich artystów: Jonny’ego Greenwooda i Aphex Twina. Mają to być nowoczesne prezentacje multimedialne, więc na tle innych propozycji GCI powinny wypaść nieźle. Czy jednak nie bylibyśmy w stanie wykorzystać tych materiałów sami? W końcu NInA jest centralną instytucją zajmującą się digitalizacją polskiej kultury.
Rzecz jest skomplikowana. NInA buduje wprawdzie Ninatekę – na wzór wielkich europejskich placówek tego typu (holenderskiego Instytut Sound and Vision oraz francuskiego Institut National de l’Audiovisuel) – ale zarazem jest ciągle młoda i budżetowo od zachodniej konkurencji odstaje. IAM z kolei potrzebuje promocji za granicą, którą wielki zbiór Google’a (dostępny z niemal każdego miejsca na Ziemi) zapewnia. Towarzystwo jest zresztą imponujące – nowojorska MoMA, paryskie Musée d’Orsay, amsterdamskie Van Gogh Museum itd. W sumie więcej niż 400 instytucji z ponad 50 krajów. To zresztą nie pierwsze polskie ślady w projekcie Google’a. Wcześniej do Instytutu trafiły wystawy z kilku naszych muzeów, m.in. Muzeum Sztuki w Łodzi i Muzeum Historii Polski. Jedne z pierwszych wirtualnych eksponatów pojawiły się tu za sprawą Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau współtworzącego imponujące zbiory GCI poświęcone Holocaustowi. Zatem inni w tę współpracę już weszli, mimo że partner jest firmą prywatną, w dodatku całkowicie dominującą na przeglądarkowym rynku. A może właśnie dlatego?
Żeby odpowiedzieć na pytanie o sens tej publiczno-prywatnej współpracy, trzeba sobie zadać trzy pytania. Czy chcemy, żeby wybraną część naszych zbiorów i dokonań widział świat? Na to twierdząco odpowie prawie każdy. Kto jest partnerem zapewniającym najłatwiejsze dotarcie z tym w świat? Tutaj część osób wskazałaby pewnie na Wikipedię, ale tej – przy ciągłych problemach finansowych i jednak skromnej technologii – nie udało się czegoś takiego zrobić. Także wielki i cenny zbiór The Internet Archive (Archive.org) nie prezentuje się na ekranie nawet w połowie tak dobrze jak GCI. Zatem jednak Google. A w jaką formę prezentacji warto inwestować? Na pewno taką o globalnym, ponadnarodowym zasięgu i publicznym charakterze. I może kiedyś coś takiego powstanie. W co nawet jestem w stanie uwierzyć, jeśli założę różowe okulary. Na razie pod ręką mam jednak gogle.
Google Cultural Institute można znaleźć pod adresem www.google.com/culturalinstitute/
czwartek, 27 marca 2014
Dobre wychowanie
W moich czasach Reytan miał najwięcej olimpijczyków w Warszawie (szczególnie w matematyce i fizyce). Miał też, jeszcze wtedy tradycje szkoły męskiej, a więc niewybrednej w języku i zabawach na przerwach (np. "kto nie przy ścianie kopa dostanie"). Bójki w szatni, służącej za palarnię, były na porządku dziennym. No i to hasło wyróżniające Reytaniaków: Ł.H. (Ławnik H..). Powstała o nim praca naukowa z historii kultury "niższej", bo odnajdywano je w alpejskich schroniskach, na Łuku Triumfalnym w Paryżu, nie mówiąc o tysiącach miejsc w Polsce. Nie zdziwiła mnie więc soczystość języka Andrzeja Celińskiego, kończącego Reytana w moim roczniku:
:
Celiński o sytuacji po wpisie dotyczącym Tymoszenko. "Urywały się telefony od moich znajomych. Z podziękowaniami"
https://twitter.com/AndrzejCeliski1
- Jestem ciekaw czy ci, co Tymoszenko mieli za gwiazdę, - ba! słońce - mają coś w Jej sprawie do powiedzenia. Dla mnie to, przepraszam, k***w - napisał na Twitterze Andrzej Celiński, jedynka EP/TR na Mazowszu. Ta wypowiedź wywołała bardzo ostre komentarze. Jednak lider Partii Demokratycznej nie wycofuje się ze słów pod adresem Tymoszenko.
- Ta wypowiedź to nie był chwyt propagandowy. Ja uważam, że to co robi ta kobieta, jest podpalaniem Ukrainy. Ona powinna siedzieć w więzieniu. Na Ukrainie jedni złodzieje zastępują drugich. Przez lata żadne analizy o niej nie przebijały się w polskich mediach - tłumaczy mi w rozmowie telefonicznej. Co więcej, przyznaje, że otrzymał w czwartek bardzo wiele głosów poparcia.
- Telefon dziś się urywa. Moi znajomi, nawet bardzo dalecy, dzwonili dziś z podziękowaniami za to, co napisałem - przyznaje. Jak też dodał polityk, napisałby ponownie to, co pojawiło się na Twitterze i na Facebooku, ale być może dodałby głębszą analizę dotyczącą Tymoszenko.
- Nie reagowałbym w ten sposób, gdyby nie festiwal Tymoszenko w polskich mediach. Wtedy bym milczał. Widzę bezczelne babsko, które wykorzystuje swój kraj, które ma Ukrainę w głębokim poważaniu. Tymoszenko żeruje na swoim kraju, to jest obrzydliwe - ocenia.
Celiński zaprzecza też, aby jego wypowiedź miała związek z kampanią wyborczą.
- To nie jest element kampanii. Łączenie tej sprawy z kampanią mnie nie interesuje. Ja swoim wyborcom podlizywać się nie będę, za bardzo szanuję ludzi - mówi.
Jedno jest pewne - ta wypowiedź i tak stała się elementem kampanii wyborczej, mimo deklaracji Celińskiego. Zwłaszcza politycy SLD mogą próbować wykorzystać ją w przyszłości przeciwko koalicji EP/TR. Zwłaszcza, że Celiński nie wycofuje się ze swoich bardzo ostrych stwierdzeń. Wręcz przeciwnie - jest zadowolony z tego, że wreszcie ten punkt widzenia o Tymoszenko tak mocno zaistniał w polskiej przestrzeni publicznej.
Komentarzy przybywa:
(w większości aprobujących użycie knajackiego języka w odpowiedzi na gangsterską wypowiedź Tymoszenko).
wtorek, 25 marca 2014
Milenijny Cel Rozwoju - bez Scratcha nieosiągalny
Gordon Brown - były brytyjski premier i kanclerz skarbu, będący specjalnym wysłannikiem ONZ ds. globalnej edukacji, pisze:
Szokująca jest liczba trzech milionów najmłodszych Syryjczyków wysiedlonych ze swoich domów. Ponad milion z nich uciekło z Syrii i koczuje w sąsiednich krajach, zwłaszcza w Libanie, Jordanii i Turcji. Przeżywają trzecią koszmarną zimę z dala od swoich domów, szkół i przyjaciół. Wiele z nich rozdzielono z rodzinami, a każdego dnia szeregi uchodźców dołączają do kolejnych tysięcy ofiar bodaj największej katastrofy humanitarnej naszych czasów.
....
Statystyczne uchodźcze dziecko żyje ponad dziesięć lat z dala od domu. Jeśli nie chodzi do szkoły, z każdym miesiącem maleje prawdopodobieństwo, że kiedyś do niej wróci. Trzy lata temu uczyła się większość syryjskich dzieci. Nauką na poziomie podstawowym objęty był niemal cały kraj. Dziś milionom najmłodszych uchodźców odbiera się szansę rozwijania zdolności. Skutki tych szkód będą odczuwalne przez dziesiątki lat.
.....
W Syrii i w jej sąsiedztwie mamy do czynienia ze straconym pokoleniem dzieci ośmio- i dziewięcioletnich, które nigdy nie uczyły się w szkole i są skazane na pracę; setkami dziewczynek zmuszanych do wczesnych małżeństw. Krążą przerażające opowieści o młodych ludziach, którzy sprzedają swoje nerki i inne organy, by po prostu przeżyć.
Oczywiście, dostarczenie żywności, schronienia i szczepionek jest niezbędne. Tyle że w konfliktach takich jak ten, jedyne, czego poza materialnymi podstawami dzieciom trzeba, to nadzieja. I właśnie wykształcenie daje im nadzieję, że na końcu tunelu jest jakieś światełko, że mogą robić plany na przyszłość, przygotowywać się do pracy i dorosłości.
....
Przyjęte przez ONZ w 2000 roku Milenijne Cele Rozwoju mają zostać osiągnięte w roku 2015, co oznacza, że termin realizacji powszechnej edukacji na poziomie podstawowym zbliża się coraz szybciej. A zadanie to będzie niewykonalne, jeżeli (i dopóki) nie ustanowimy i tak mocno spóźnionej zasady, że prawo dziecka do edukacji nie zna granic.
Całość krótkiego artykułu:
http://www.project-syndicate.pl/artykul/edukacja-bez-granic,679.html
Do roku 2015 zostało dosłownie kilkanaście miesięcy (no, dokładniej 21 miesięcy), a jedynym mi znanym multi-języcznym środowiskiem edukacyjnym, na miarę potrzeb XXI wieku jest Scratch. Dlatego będę się upierał przy tak sformułowanej tezie - bez Scratcha się nie uda!
poniedziałek, 24 marca 2014
Dzieci - Jan Paweł II
Dorastają znienacka przez miłość, i potem tak nagle dorośli
Trzymając się za ręce wędrują w wielkim tłumie -
(serca schwytane jak ptaki, profile wzrastają w półmrok).
Wiem, że w ich sercach bije tętno całej ludzkości.
Trzymając się za ręce usiedli cicho nad brzegiem.
Pień drzewa i ziemia w księżycu: niedoszeptany tli trójkąt.
Mgły nie dźwignęły się jeszcze. Serca dzieci wyrastają nad rzekę.
Czy zawsze tak będzie - pytam - gdy wstaną stąd i pójdą?
Albo też jeszcze inaczej: kielich światła nachylony wśród roślin
Odsłania w każdej z nich jakieś przedtem nie znane dno,
Tego, co w was się zaczęło, czy potraficie nie popsuć,
Czy będziecie zawsze oddzielać dobro od zła?
sobota, 22 marca 2014
Poddajmy analizie MDM
Po dwudziestu pięciu latach decydowania "przez nas o swoich sprawach" Warszawa nie doczekała się żadnego sensownego ciągu urbanistycznego, jakieś nowej osi architektonicznej. Właśnie takie osie tworzą miasta, czynią dostrzegalnym zamysł ładu przestrzennego. Mieszkańcy miasta mają prawo do korzystania z przestrzeni publicznej - parków i placów swojego miasta. Z braku czegoś lepszego pozostaje nam tkanka miejska stworzona w czasach socrealizmu (+Stare Miasto), no chyba że po mieście poruszamy się tylko samochodem i najważniejsza dla nas jest "płynność ruchu". Właśnie ograniczenie ruchu umożliwiło stworzenie z Krakowskiego Przedmieścia jedynego "salonu Warszawy". To samo powinno stać się z ulicą Marszałkowską - od Parku Saskiego do Placu Unii (przecież nieopodal, dołem jeździ tam Metro! - po co taka inwestycja? Wzdłuż linii metra w Toronto bez stosowania ograniczeń, ruch samochodowy podlega samoograniczeniu). Centralnym placem nowego "salonu" stałby się wówczas Plac Konstytucji, wcale nie za duży na wszystkie potrzeby zaglądających tam Warszawiaków. Każdy kto widział place Barcelony, czy słynne włoskie "życie na ulicy", zrozumie że MDM jest po prostu do tego stworzony. O koncepcji i meandrach budowy MDM-u można przeczytać pod adresem:
http://issuu.com/hereditas/docs/realizm_socjalistyczny_net
Warunki budowy od początku uniemożliwiały szerokie przedłużenie Marszałkowskiej, odsłaniające przy okazji kościół Zbawiciela. Jedynym pomysłem dotyczącym tego kościoła było odbudowanie go bez wież. Od początku zakładano też uruchomienie równoległej ulicy, ale jak pamiętamy tzw. przebicie ulicy Waryńskiego nastąpiło dopiero w latach sześćdziesiątych. I właśnie ta przerwa (całkowicie uzasadniona, bo ruch uliczny do połowy lat sześćdziesiątych był niewielki i wystarczała dwukierunkowa wtedy Marszałkowska) stała się przyczyną powstania plotki o "celowym zwężeniu Marszałkowskiej". Warszawiacy nie dopuściliby do zburzenia kolejnych domów pod jej budowę! Przecież nie mieli gdzie mieszkać, a w okolicach Szucha (niezdobyta siedziba Gestapo) zostało sporo domów (aż do Marszałkowskiej), bo zamieszkiwali je Niemcy.
http://issuu.com/hereditas/docs/realizm_socjalistyczny_net
Warunki budowy od początku uniemożliwiały szerokie przedłużenie Marszałkowskiej, odsłaniające przy okazji kościół Zbawiciela. Jedynym pomysłem dotyczącym tego kościoła było odbudowanie go bez wież. Od początku zakładano też uruchomienie równoległej ulicy, ale jak pamiętamy tzw. przebicie ulicy Waryńskiego nastąpiło dopiero w latach sześćdziesiątych. I właśnie ta przerwa (całkowicie uzasadniona, bo ruch uliczny do połowy lat sześćdziesiątych był niewielki i wystarczała dwukierunkowa wtedy Marszałkowska) stała się przyczyną powstania plotki o "celowym zwężeniu Marszałkowskiej". Warszawiacy nie dopuściliby do zburzenia kolejnych domów pod jej budowę! Przecież nie mieli gdzie mieszkać, a w okolicach Szucha (niezdobyta siedziba Gestapo) zostało sporo domów (aż do Marszałkowskiej), bo zamieszkiwali je Niemcy.
piątek, 21 marca 2014
Zaolzie
Wszystko jest skomplikowane. Naszym przodkom sprawiał duże kłopoty, i dalej sprawia innym narodom, problem wyznaczania granic: na rzece? czy wokół rzeki? Naturalnym stanem dla ludzi zasiedlających ziemie w pobliżu małej rzeki (takiej jak Olza) jest traktowanie jej (i jej dopływów) jako kręgosłupa i kośćca wspólnoty okołorzecznej. Każde inne rozwiązanie jest "niedorzeczne". W przypadku dużych rzek, gdzie odległość od mostów w jednym mieście do podobnych przepraw w innym miejscu rzeki wynosi (wynosiła) nawet sto kilometrów, granicą jawi się sama rzeka. Problem Zaolzia brał się właśnie z tej drobnej różnicy w percepcji geografii społecznej (czyli szerokości Olzy), na szczeblu rządowym obu państw przeradzającym się w retorykę "integralności terytorialnej".
Wikipedia o Zaolziu:
Dzieje po I wojnie światowej[edytuj | edytuj kod]
Wikipedia o Zaolziu:
Dzieje po I wojnie światowej[edytuj | edytuj kod]
Osobny artykuł: Wojna polsko-czechosłowacka.
Po zakończeniu I wojny światowej pretensje do Śląska Cieszyńskiego zgłosiły Polska oraz Czechosłowacja. Pomimo wcześniejszych ustaleń co do podziału tego rejonu wzdłuż granic etnicznych, 23 stycznia 1919 roku wojska czechosłowackie przekroczyły linię demarkacyjną i zaatakowały nieliczne oddziały polskie. Rząd Czechosłowacji tłumaczył swoją akcję koniecznością zapobiegnięcia przeprowadzeniu wyborów do Sejmu na terenach, o przynależności których decyzja miała dopiero zapaść. Ofensywa zatrzymała się na linii Wisły 31 stycznia, kiedy nastąpiło zawieszenie broni po bitwie pod Skoczowem. 3 lutego 1919 r. zawarto porozumienie, na mocy którego ustalono nową linię demarkacyjną (wzdłuż linii Kolei Koszycko-Bogumińskiej). Ostatnie walki były podjęte przez stronę czeską między 21 a 24 lutego. 25 lutego wojsko polskie wkroczyło do Cieszyna.
Na początku 1920 roku miała miejsce nieudana próba przeprowadzenia plebiscytu na Śląsku Cieszyńskim. Ostatecznie decyzją Rady Ambasadorów z 28 lipca 1920 roku podzielono region (i Cieszyn) pomiędzy oba kraje (w przybliżeniu wzdłuż rzeki Olzy). Polska otrzymała ok. 1002 km² (czyli 44%), a Czechosłowacja ok. 1280 km² (tj. 56%). Po stronie czechosłowackiej pozostała duża ilość (ok. 150 tys.) ludności polskiej, stanowiącej wtedy większość na rozległych obszarach tzw. Zaolzia.
2 października 1938 roku wojska polskie zajęły większość terenów czechosłowackiego Śląska Cieszyńskiego (Zaolzie). Nastąpiło to następnego dnia po tym, jak oddziały niemieckie wkroczyły doCzechosłowacji i zajęły Kraj Sudecki Sudetenland. Był to dalszy ciąg tzw. „upadku Czechosłowacji”, rozpoczętego zawarciem przez Niemcy, Włochy, Wielką Brytanię i Francję układu monachijskiego 30 września 1938 i aneksji przez hitlerowców Sudetenlandu.
W 1945 roku przywrócono granicę sprzed 1938, choć obszar ten pozostawał spornym. Dopiero w 1958 roku Polska i Czechosłowacja podpisały porozumienie zatwierdzające granicę ustaloną w 1920 r. Po podziale Czechosłowacji w 1993 roku Zaolzie znalazło się w granicachCzech
czwartek, 20 marca 2014
20 marca 1999
Bardzo smutny rodzinnie dzień (piętnasta rocznica śmierci naszej mamy), ale może właśnie taka spokojna i nostalgiczna piosenka jest najwłaściwszym przypomnieniem kogoś, kto tak bardzo kochał muzykę:
środa, 19 marca 2014
Nowe otwarcie?
..................
Prof. Magdalena Środa czy Janusz Palikot uważają, że poza Kościołem i religią można zbudować system wartości.
Michnik: - To niech budują, ale nie na pogardzie dla katolicyzmu, który jest dla milionów ludzi czymś świętym. Gdy wyobrażę sobie Polskę bez Kościoła, to mam czarny obraz. Nasze życie byłoby o wiele uboższe w sferze etyki.
Jedni mówią językiem katolickiego fundamentalizmu, inni - fundamentalistycznego antyklerykalizmu. Gdy czytam teksty Magdy Środy, którą skądinąd lubię i szanuję, to widzę, że dla niej to, co katolickie i związane z Kościołem, z definicji zasługuje na potępienie i pogardę. Otrzymywałem teksty autorów, którzy nie widzieli żadnej różnicy między Rydzykiem a Wojtyłą.
.................
Jaka jest odpowiedzialność Jana Pawła II za to, że Kościół polski ma twarz Rydzyka?
Michnik: - Dajcie mi spokój, Jan Paweł II to moja miłość. Wyznawał, tak jak prymas Wyszyński, bardzo ortodoksyjne poglądy, ale duszę miał szeroką. To, co wykładał, bywało wąskie, ale jego mowa ciała była taka, jakby otwierał serce dla całego świata. Wielokrotnie mówił, że to wspaniale, że polski Kościół otwiera się na innych ludzi.
W Polsce dzisiaj jest bardzo mało autorytetów, nie wolno wszystkich poniewierać. I mówię to, pamiętając, jak papież podczas jednej z pielgrzymek stwierdził, że katolicy w Polsce są dyskryminowani. Sączyli mu codziennie takie opowieści i on w to wreszcie uwierzył.
Może dlatego, że nie odnajdywał się w wolnej Polsce?
Michnik: - Trudno mi o tym mówić, bo to jest tak, jakby ktoś mi kazał mówić o ukochanej kobiecie. Sądzę, że papież uznał, że skoro od Polski zaczął się koniec komunizmu, to od Polski zacznie się wielka reewangelizacja Europy. I bardzo był rozgoryczony, że tak się nie dzieje. Mówił o holocauście dzieci nienarodzonych, o cywilizacji śmierci. I nie widział, że te kobiety nie mają co do garnka włożyć, że w Polsce jest wielka bieda, że nie możemy się pozbierać po tym komunizmie.
...................
Przewodniczącym Konferencji Episkopatu Polski został abp Stanisław Gądecki. To początek dialogu?
Michnik: - Wielkich oczekiwań nie mam, bo nie jest to sprawa jednego człowieka, lecz duchowieństwa uformowanego przez pewien język, retorykę. I dopóki nie przeobrazi się z duchowieństwa rydzykowego w duchowieństwo, nazwijmy to, wojtyłowe - jeszcze to potrwa. Niezależnie od tego, kto będzie przewodniczącym Episkopatu.
Całość wywiadu: http://wyborcza.pl/politykaekstra/1,136828,15645067.html#MT
Prof. Magdalena Środa czy Janusz Palikot uważają, że poza Kościołem i religią można zbudować system wartości.
Michnik: - To niech budują, ale nie na pogardzie dla katolicyzmu, który jest dla milionów ludzi czymś świętym. Gdy wyobrażę sobie Polskę bez Kościoła, to mam czarny obraz. Nasze życie byłoby o wiele uboższe w sferze etyki.
Jedni mówią językiem katolickiego fundamentalizmu, inni - fundamentalistycznego antyklerykalizmu. Gdy czytam teksty Magdy Środy, którą skądinąd lubię i szanuję, to widzę, że dla niej to, co katolickie i związane z Kościołem, z definicji zasługuje na potępienie i pogardę. Otrzymywałem teksty autorów, którzy nie widzieli żadnej różnicy między Rydzykiem a Wojtyłą.
.................
Jaka jest odpowiedzialność Jana Pawła II za to, że Kościół polski ma twarz Rydzyka?
Michnik: - Dajcie mi spokój, Jan Paweł II to moja miłość. Wyznawał, tak jak prymas Wyszyński, bardzo ortodoksyjne poglądy, ale duszę miał szeroką. To, co wykładał, bywało wąskie, ale jego mowa ciała była taka, jakby otwierał serce dla całego świata. Wielokrotnie mówił, że to wspaniale, że polski Kościół otwiera się na innych ludzi.
W Polsce dzisiaj jest bardzo mało autorytetów, nie wolno wszystkich poniewierać. I mówię to, pamiętając, jak papież podczas jednej z pielgrzymek stwierdził, że katolicy w Polsce są dyskryminowani. Sączyli mu codziennie takie opowieści i on w to wreszcie uwierzył.
Może dlatego, że nie odnajdywał się w wolnej Polsce?
Michnik: - Trudno mi o tym mówić, bo to jest tak, jakby ktoś mi kazał mówić o ukochanej kobiecie. Sądzę, że papież uznał, że skoro od Polski zaczął się koniec komunizmu, to od Polski zacznie się wielka reewangelizacja Europy. I bardzo był rozgoryczony, że tak się nie dzieje. Mówił o holocauście dzieci nienarodzonych, o cywilizacji śmierci. I nie widział, że te kobiety nie mają co do garnka włożyć, że w Polsce jest wielka bieda, że nie możemy się pozbierać po tym komunizmie.
...................
Przewodniczącym Konferencji Episkopatu Polski został abp Stanisław Gądecki. To początek dialogu?
Michnik: - Wielkich oczekiwań nie mam, bo nie jest to sprawa jednego człowieka, lecz duchowieństwa uformowanego przez pewien język, retorykę. I dopóki nie przeobrazi się z duchowieństwa rydzykowego w duchowieństwo, nazwijmy to, wojtyłowe - jeszcze to potrwa. Niezależnie od tego, kto będzie przewodniczącym Episkopatu.
Całość wywiadu: http://wyborcza.pl/politykaekstra/1,136828,15645067.html#MT
wtorek, 18 marca 2014
Dzienniki Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej
Szkoda, że nasz tata, magister polonistyki po pierwszym kierunku studiów, nie mógł przeczytać dzienników z czasów wojny Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej. Może byłby w stanie naświetlić faktografię i przywołać z pamięci swoje niewątpliwe fascynacje międzywojennymi poetessami (osobiście znał Kazimierę Iłłakowiczównę, bo nawet po wojnie się z nią spotkał, a zapewne poznał przed wojną jeszcze inne literatki). No bo jak mamy, bez tej wiedzy, zinterpretować taki jej wpis:
„Wstydzę się swojego plemienia. Schłopiałe, ogłupiałe, rozpustne prostaki. Możemy śmiało nie żałować, że to się nie rozpanoszyło na cały świat, ale że po łbie chamskim dostało. Polska profesorów krakowskich, Kossaków, Zamoyskich, Tarnowskich, tych typów kochanych Staffa i Boya, pięknych pań, cudownych aktorek to Polska – za to Polska rządowa to jakaś prowincja, to coś tak okropnego, że w gardle mi zasycha, gdy tylko myślę np. o takim Becku i jego żonie w Juracie (…), o terrorze polskim, o prywacie w wojsku, o snobizmie wojskowym, o komediach z wiejską młodzieżą i sportem, (…) o antysemityzmie brutalnym”
„Wstydzę się swojego plemienia. Schłopiałe, ogłupiałe, rozpustne prostaki. Możemy śmiało nie żałować, że to się nie rozpanoszyło na cały świat, ale że po łbie chamskim dostało. Polska profesorów krakowskich, Kossaków, Zamoyskich, Tarnowskich, tych typów kochanych Staffa i Boya, pięknych pań, cudownych aktorek to Polska – za to Polska rządowa to jakaś prowincja, to coś tak okropnego, że w gardle mi zasycha, gdy tylko myślę np. o takim Becku i jego żonie w Juracie (…), o terrorze polskim, o prywacie w wojsku, o snobizmie wojskowym, o komediach z wiejską młodzieżą i sportem, (…) o antysemityzmie brutalnym”
poniedziałek, 17 marca 2014
Nad studnią w Sychem - Jan Paweł II
Popatrz - tam łuską srebrzystą nieustannie się woda
odrywa, oto głębi brzemieniem drży
jak źrenica czując dno obrazu.
Woda jednak miejsca zmęczone wokół twych oczu przemywa,
gdy odbiciem szerokich liści dosięga twojej twarzy.
Tak daleko do źródła -
Te oczy znużone to znak,
że ciemne wody nocy płynęły w słowach modlitwy
( nieurodzaj, nieurodzaj dusz )
a teraz światło studni pulsuje głęboko w tych łzach,
które - pomyślą przechodnie - wycisnął podmuch snu...
A tymczasem -
ta studnia otwiera w twym wzroku tylko migot liści i łuską odbitej zielem zasnuwa
miękko twą twarz tam - w głębi.
Czy daleko jeszcze do źródła?
Przecież w Tobie drży tylu ludzi
prześwietlonych blaskiem Twoich słów -
jak źrenice prześwietla blask wody...
Tych ludzi znużeniem zarazem i światłem znasz.
niedziela, 16 marca 2014
Ludzki wymiar sprawy Ukrainy
Dlaczego federalizacja Ukrainy jest najlepszym rozwiązaniem? Bo Zachód nie ma i nie będzie miał na dopłaty do całej Ukrainy, a Rosja nie będzie wspierać Ukrainy Zachodniej, otwarcie jej wrogiej. Oby ludzie z tamtego rejonu świata, obecnie ledwie wegetujący, (patrz niżej) mogli wreszcie dostać podobne wsparcie jak my z UE od zainteresowanych sponsorów (zainteresowanych również długoterminowymi zyskami!), a nie kolejne wskazówki od bezwzględnych politykierów!

Rozkradzione fabryki, szkoły, magazyny. Pensje głodowe albo żadnych. - Bieda przyszła razem z wolną Ukrainą - można usłyszeć w obwodzie donieckim
Przeczytał na głos: "Mieszkańcy naszego miasta opowiedzieli się wczoraj za wojną". Nagłówek wydrukowano tłustymi literami niemal na ćwierć pierwszej strony. I jeszcze zdjęcie kobiety z megafonem.
Maria zdjęła czajnik z gazu i odwróciła się ku mężowi. - Jaką znowu wojną? Wojny nam jeszcze brakuje. Nic nie mówiłeś!
- Bo nie było mowy o żadnej wojnie, chyba - jęknął Jura.
- Chyba? Przecież byłeś na tej demonstracji.
- Nie słuchałem - machnął ręką. - Pójdę do matki po prowiant.
Demonstrację zwołano pod pomnikiem Lenina, w parku Lenina, vis-a-vis kina im. Lenina. W Konstantynówce, po rosyjsku Konstantinowce, po ukraińsku Konstantiniwce, w obwodzie donieckim.
Już od kilku dni dzień i noc koczowały tam barczyste chłopy w niebieskich beretach - weterani wojny afgańskiej. "Afgańcy", jak na nich mówią w całym byłym Sojuzie. Teraz nazwali się "pospolitym ruszeniem", "samoobroną" albo "strażą obywatelską". Twierdzą, że pilnują Lenina przed banderowcami i nazistami z kijowskiego Majdanu. W gazetach pisali, że już 80 Leninów naziści po różnych miastach Ukrainy obalili. Nie tylko na zachodzie, gdzie wiadomo, że Bandera i Hitler to gieroje, ale też tu, na wschodzie.
Jura przypomniał sobie, że na wiecu głosowano nad całą listą postulatów. Wydawały mu się całkiem słuszne. Ale o wojnie nic nie pamiętał. Nic, pójdzie do matki, ludzi po drodze rozpyta.
Na złom
Masza zrobiła plan na marzec. Straszne. Nadal wierzyć się nie chce, że to było dobrze prosperujące przemysłowe miasto. Podliczyła dochód rodziny. Punkt pierwszy: emerytura matki. Po 30 latach w cegielni - 600 hrywien. Emerytura minimalna, mimo że matka przy piecach pracowała. W piekle. Robota najcięższa, ale i płatna najlepiej. Co z tego, kiedy cegielnię pod koniec lat 90. zeszłego wieku sprywatyzowali, nowy właściciel w rok rozkradł zakład do ziemi, zginęły nawet dokumenty z kadr. Poszły pewnie na złom, razem z szafami, gdzie leżały. Kto szczęśliwie, jak matka, 20 lat stażu miał, dostał na odczepnego pomostowe emerytury. Od 600 do 800 hrywien.
Punkt drugi: jej własna pensja. Maszy, Marii Nikołajewny Szyło, lat 53, doktora historii, absolwentki moskiewskiego uniwersytetu Łomonosowa, kustosza muzeum miejskiego w Konstantynówce. Niby 1200 hrywien, ale od roku znów nie płacą.
Punkt trzeci: mąż, Jura, Jurij Rodionowicz Szyło, lat 56, były dysydent, inżynier... Szkoda gadać, już ponad cztery lata bez stałej pracy. Masza nie pamięta, kiedy jakiś grosz do domu przyniósł.
Do ostatniego dnia tkwił w fabryce szkła Awtostiekło. Mówił, że czeka na to, co są mu winni - pensje za ponad dwa lata. Twierdził, że jak się zwolni, nie odzyska ni kopiejki. I tak nie odzyskał. Masza sądzi, że on po prostu nie mógł się z tą szklaną fabryką rozstać. Szczycił się nią.
Robili tam luki do statków kosmicznych Sojuz i do orbitalnych stacji Salut. Powstał tam pierwszy sarkofag Lenina i największa duma zakładu - rubinowe gwiazdy na kremlowskie wieże. Jura o tych gwiazdach może mówić bez końca. A to, że takiego szkła wcześniej ani w Rosji, ani w Sojuzie nie robiono, a to, że dzięki różnej jego gęstości gwiazdy świecą niby promieniami, albo że każda waży blisko tonę, albo jeszcze, że płoną dzień i noc i przenigdy jeszcze nie zgasły. Nawet w 1941, kiedy Niemcy stali pod Moskwą, zasłaniano je tylko przed zmierzchem pokrowcami .
Można go zrozumieć, cale życie w tej fabryce spędził. Prawie 30 lat. Poszedł zaraz po dyplomie na początku lat 80. Wyszedł jako ostatni.
Punkt czwarty planu żywieniowego to młodszy syn, Sierioża. Czasem coś zarobi, głównie nocami, z kolegami na złomie, ale to pieniądz niepewny i nieczysty. Masza tego nie akceptuje. Dobrze wie, skąd oni po nocy ten złom biorą. W całym mieście już większość fabryk rozebrana; a żeby tylko fabryk - rozebrane szkoły, magazyny, biurowce, nawet mieszkalne bloki. Sterczą te szkielety wszędzie.
Masza: - Mamy tu całe bulwary szkieletów, przecznice, zaułki. Miasto szkieletów. O, kino imienia Lenina, wielkie, z kolumnami i tympanonem niczym w greckiej świątyni, gdzie dzieciaki przychodziły na gry telewizyjne po pięć kopiejek. Dziś sama skorupa, okna dyktą od 20 lat zabite. W środku wychodek. A dom kultury, modelarnia, sala baletowa, basen? Zaraz będzie z nim to samo, już szyb brakuje. Wielkie diabelskie koło? Mówiono, że jedno z największych w Sojuzie. Może z połowa została. Pogięte, przerdzewiałe żelastwo.
A park Zwycięstwa - ciągnie - z pomnikiem weteranów Wielkiej Ojczyźnianej założony raptem w latach 70.? Wszystkie ławki wyrwane, wszystkie lampy. Po zmierzchu strach wejść. Same dziwne postaci. Ze strzykawkami skuleni, nad butelkami chwiejni. Śmiech potępieńczy, krzyki, jęki. W dzień ludzie, zamiast na spacer iść, to kozy na wypas tam gnają. Trawy dawno już nie ma, ale koza sobie zawsze śmieć jakiś znajdzie.
Maria zdjęła czajnik z gazu i odwróciła się ku mężowi. - Jaką znowu wojną? Wojny nam jeszcze brakuje. Nic nie mówiłeś!
- Bo nie było mowy o żadnej wojnie, chyba - jęknął Jura.
- Chyba? Przecież byłeś na tej demonstracji.
- Nie słuchałem - machnął ręką. - Pójdę do matki po prowiant.
Demonstrację zwołano pod pomnikiem Lenina, w parku Lenina, vis-a-vis kina im. Lenina. W Konstantynówce, po rosyjsku Konstantinowce, po ukraińsku Konstantiniwce, w obwodzie donieckim.
Już od kilku dni dzień i noc koczowały tam barczyste chłopy w niebieskich beretach - weterani wojny afgańskiej. "Afgańcy", jak na nich mówią w całym byłym Sojuzie. Teraz nazwali się "pospolitym ruszeniem", "samoobroną" albo "strażą obywatelską". Twierdzą, że pilnują Lenina przed banderowcami i nazistami z kijowskiego Majdanu. W gazetach pisali, że już 80 Leninów naziści po różnych miastach Ukrainy obalili. Nie tylko na zachodzie, gdzie wiadomo, że Bandera i Hitler to gieroje, ale też tu, na wschodzie.
Jura przypomniał sobie, że na wiecu głosowano nad całą listą postulatów. Wydawały mu się całkiem słuszne. Ale o wojnie nic nie pamiętał. Nic, pójdzie do matki, ludzi po drodze rozpyta.
Na złom
Masza zrobiła plan na marzec. Straszne. Nadal wierzyć się nie chce, że to było dobrze prosperujące przemysłowe miasto. Podliczyła dochód rodziny. Punkt pierwszy: emerytura matki. Po 30 latach w cegielni - 600 hrywien. Emerytura minimalna, mimo że matka przy piecach pracowała. W piekle. Robota najcięższa, ale i płatna najlepiej. Co z tego, kiedy cegielnię pod koniec lat 90. zeszłego wieku sprywatyzowali, nowy właściciel w rok rozkradł zakład do ziemi, zginęły nawet dokumenty z kadr. Poszły pewnie na złom, razem z szafami, gdzie leżały. Kto szczęśliwie, jak matka, 20 lat stażu miał, dostał na odczepnego pomostowe emerytury. Od 600 do 800 hrywien.
Punkt drugi: jej własna pensja. Maszy, Marii Nikołajewny Szyło, lat 53, doktora historii, absolwentki moskiewskiego uniwersytetu Łomonosowa, kustosza muzeum miejskiego w Konstantynówce. Niby 1200 hrywien, ale od roku znów nie płacą.
Punkt trzeci: mąż, Jura, Jurij Rodionowicz Szyło, lat 56, były dysydent, inżynier... Szkoda gadać, już ponad cztery lata bez stałej pracy. Masza nie pamięta, kiedy jakiś grosz do domu przyniósł.
Do ostatniego dnia tkwił w fabryce szkła Awtostiekło. Mówił, że czeka na to, co są mu winni - pensje za ponad dwa lata. Twierdził, że jak się zwolni, nie odzyska ni kopiejki. I tak nie odzyskał. Masza sądzi, że on po prostu nie mógł się z tą szklaną fabryką rozstać. Szczycił się nią.
Robili tam luki do statków kosmicznych Sojuz i do orbitalnych stacji Salut. Powstał tam pierwszy sarkofag Lenina i największa duma zakładu - rubinowe gwiazdy na kremlowskie wieże. Jura o tych gwiazdach może mówić bez końca. A to, że takiego szkła wcześniej ani w Rosji, ani w Sojuzie nie robiono, a to, że dzięki różnej jego gęstości gwiazdy świecą niby promieniami, albo że każda waży blisko tonę, albo jeszcze, że płoną dzień i noc i przenigdy jeszcze nie zgasły. Nawet w 1941, kiedy Niemcy stali pod Moskwą, zasłaniano je tylko przed zmierzchem pokrowcami .
Można go zrozumieć, cale życie w tej fabryce spędził. Prawie 30 lat. Poszedł zaraz po dyplomie na początku lat 80. Wyszedł jako ostatni.
Punkt czwarty planu żywieniowego to młodszy syn, Sierioża. Czasem coś zarobi, głównie nocami, z kolegami na złomie, ale to pieniądz niepewny i nieczysty. Masza tego nie akceptuje. Dobrze wie, skąd oni po nocy ten złom biorą. W całym mieście już większość fabryk rozebrana; a żeby tylko fabryk - rozebrane szkoły, magazyny, biurowce, nawet mieszkalne bloki. Sterczą te szkielety wszędzie.
Masza: - Mamy tu całe bulwary szkieletów, przecznice, zaułki. Miasto szkieletów. O, kino imienia Lenina, wielkie, z kolumnami i tympanonem niczym w greckiej świątyni, gdzie dzieciaki przychodziły na gry telewizyjne po pięć kopiejek. Dziś sama skorupa, okna dyktą od 20 lat zabite. W środku wychodek. A dom kultury, modelarnia, sala baletowa, basen? Zaraz będzie z nim to samo, już szyb brakuje. Wielkie diabelskie koło? Mówiono, że jedno z największych w Sojuzie. Może z połowa została. Pogięte, przerdzewiałe żelastwo.
A park Zwycięstwa - ciągnie - z pomnikiem weteranów Wielkiej Ojczyźnianej założony raptem w latach 70.? Wszystkie ławki wyrwane, wszystkie lampy. Po zmierzchu strach wejść. Same dziwne postaci. Ze strzykawkami skuleni, nad butelkami chwiejni. Śmiech potępieńczy, krzyki, jęki. W dzień ludzie, zamiast na spacer iść, to kozy na wypas tam gnają. Trawy dawno już nie ma, ale koza sobie zawsze śmieć jakiś znajdzie.
Za to czasu pod dostatkiem
Do matki Jura ma 40 minut. Lubi te spacery, nie musi się spieszyć. Nie spieszył się już nigdzie od wielu lat. Ilu? Policzył: od czterech, kiedy ostatecznie upadła jego fabryka Awtostiekło, to na pewno, ale wcześniej był długo na przymusowym bezpłatnym urlopie. Czyli od sześciu? Siedmiu?
Jura powtarza sobie czasem: - W Konstantynówce nie ma pracy, nie ma pieniędzy, nie ma też przyszłości, ale czasu jest pod dostatkiem.
Można by niby samochodem, Jurij i Masza mają jeszcze żiguli - pamiątkę lepszych czasów, ale autem strach. Drogówka poluje. Zatrzymują znienacka, wymyślają jakieś przewinienie i wymuszają haracz.
Łapówki były jeszcze do przyjęcia, póki groził mandat, 50-100 hrywien. Odkąd jednak jesienią 2013 r. drogówka w mieście zaczęła zabierać upolowane auta lawetą na "karny parking", który po przejściu na emeryturę założył zastępca komendanta, haracze skoczyły pięciokrotnie.
Można też tramwajem zamiast z buta, ale na to samo wychodzi. Godzina zejść musi. W całym mieście zostały tylko dwie linie i cztery stare, rzężące tramwaje z lat 70. Po dwa wozy na linię. Jeden puszczają w tę, drugi nazad. Pół godziny samego czekania. Czekać trzeba, rozkładów nie ma i nie wie człowiek, jak je inaczej złapać.
Był rok, że tramwaje zawiesili. Cud, że w ogóle ruszyły, bo już złodzieje zaczęli rozbierać opuszczoną trakcję i szyny na złom. W trakcji miedzi dużo, ona droga.
Aż trudno uwierzyć, że za Sojuza w Konstantynówce było pięć linii tramwajowych i 20 wozów. Ale czego to za Sojuza tu nie było. Jeszcze na początku lat 90. miasto miało prawie 110 tys. mieszkańców, teraz niecałe 76 tys.
Dziś nawet światła uliczne się w nocy nie zapalają. Gdzieś, bo pieniędzy nie ma, gdzieś, bo rozkradli. W całych kwartałach ciemno.
Rosjo, pomóż
W lokalnym radiowęźle jak przed laty - po kablu, przez trzeszczące, plastikowe głośniczki - zaczęli czytać wczorajsze postulaty. Ogłosili, że demonstranci uchwalili je w imieniu całego miasta.
"Władza w kraju została przechwycona przez uzbrojone nazistowskie bojówki - zaczął spiker. - Ich cel to zniszczenie historii i wartości naszego narodu. Likwidacja rosyjskiego języka i oddanie kraju w niewolnictwo Europie i USA.
Miasto Konstantinowka nie uznaje nowych władz centralnych i wzywa władze regionu do (...) nieposłuszeństwa wobec bandyckich uzurpatorów, przede wszystkim przerwania ich finansowania przez nieodprowadzanie podatków.
Miasto Konstantinowka wyraża solidarność z mieszkańcami Krymu.
Żądamy od władz regionu, by zaapelowały do bratniego rosyjskiego narodu z prośbą o pomoc w walce z uzbrojonymi nacjonalistycznymi bojówkami i przywrócenie porządku konstytucyjnego. Żądamy ogłoszenia referendum w sprawie samostanowienia obwodu donieckiego".
Masza się uspokoiła: - I to jest ta wojna?
Pozycję ''dochód rodziny'' z planu przeżycia na marzec musiała wykreślić. Nic wielkiego. Robi tak od lat. Tych kilkuset hrywien, których może być pewna, potrzebuje nie na jedzenie, ale na gaszenie pożarów - łapówkę dla lekarza, jakby na kogoś z nich bieda przyszła, łapówkę dla urzędnika, jakby trzeba było coś załatwić; choćby meldunek zwykły, dla prawnika za pomyślną sprawę spadkową, dla dyrektora uczelni, żeby dzieciaka na studia przyjął. Bez pieniędzy nic się dziś nie załatwi. A na jedzenie nie trzeba, matka Jury ma obok chałupy trzy ary przydomowego ogrodu. Z niego cała rodzina żyje.
Nauczyli się tego, jak bieda razem z wolną Ukrainą przyszła, gdy Sojuz się rozpadł. Pensja nauczyciela wychodziła - 30 dolarów, Maszy w muzeum - 60, Jury w fabryce - 100. Ale raz, że ceny poszybowały. Dwa, że pensje przestali płacić.
Sprzedali, co mieli cennego - Jura obiektywy i aparat fotograficzny, które miał jeszcze z czasów, kiedy na studiach bawił się w dysydenta demokratę i robił zdjęcia do ulotek i gazetek. Masza pierścionek od taty za złoty medal na koniec szkoły, łańcuszek za indeks, wisiorek za magisterkę, takie tam - historia dzieciństwa. Kupili dwie kozy, kilka królików, nasiona, sadzonki. Brukiew, kartofle, marchew. Matka Jury pokazała, co do czego. Kozy pasły się same na czym popadnie. Było mleko dla dzieci, z mleka ser. Króliki mnożyły się szybko, było mięso na mielone. Resztę przyniosło się z targu. Tam też pieniądz rzadko bywał potrzebny. Kto miał królika, zamieniał go na mąkę, kto marchew, przehandlował za selera. Wódkę ludzie po domach pędzić zaczęli. Czasem lepsza wychodziła niż dawna sklepowa.
Wszystko wróciło do gospodarki pierwotnej. Fabryki zaczęły pensje płacić produkcją. Ludzie z chemicznej targali na targ kwas siarkowy, z fabryki platerów - walizeczki z zastawą na 12 osób, z lustrzanej - lustra, ze szklanej - szyby do aut i fabryczny hit lat 80., czyli naczynia ze szkła żaroodpornego. U matki Jury na strychu tych naczyń jeszcze dwie skrzynie leżą. Inżynier wstydził się na bazarze z garami stać. Ot, sowiecki inteligent.
W pierwszych latach nowego wieku zaczęli znów płacić. Potem znów przestali i znowu zaczęli. Odszedł Kuczma, przyszła pomarańczowa rewolucja. Potem do Kijowa pojechał rządzić niby ich człowiek, dawny gubernator obwodu, a więc i Konstantynówki - Wiktor Janukowycz.
Do matki Jura ma 40 minut. Lubi te spacery, nie musi się spieszyć. Nie spieszył się już nigdzie od wielu lat. Ilu? Policzył: od czterech, kiedy ostatecznie upadła jego fabryka Awtostiekło, to na pewno, ale wcześniej był długo na przymusowym bezpłatnym urlopie. Czyli od sześciu? Siedmiu?
Jura powtarza sobie czasem: - W Konstantynówce nie ma pracy, nie ma pieniędzy, nie ma też przyszłości, ale czasu jest pod dostatkiem.
Można by niby samochodem, Jurij i Masza mają jeszcze żiguli - pamiątkę lepszych czasów, ale autem strach. Drogówka poluje. Zatrzymują znienacka, wymyślają jakieś przewinienie i wymuszają haracz.
Łapówki były jeszcze do przyjęcia, póki groził mandat, 50-100 hrywien. Odkąd jednak jesienią 2013 r. drogówka w mieście zaczęła zabierać upolowane auta lawetą na "karny parking", który po przejściu na emeryturę założył zastępca komendanta, haracze skoczyły pięciokrotnie.
Można też tramwajem zamiast z buta, ale na to samo wychodzi. Godzina zejść musi. W całym mieście zostały tylko dwie linie i cztery stare, rzężące tramwaje z lat 70. Po dwa wozy na linię. Jeden puszczają w tę, drugi nazad. Pół godziny samego czekania. Czekać trzeba, rozkładów nie ma i nie wie człowiek, jak je inaczej złapać.
Był rok, że tramwaje zawiesili. Cud, że w ogóle ruszyły, bo już złodzieje zaczęli rozbierać opuszczoną trakcję i szyny na złom. W trakcji miedzi dużo, ona droga.
Aż trudno uwierzyć, że za Sojuza w Konstantynówce było pięć linii tramwajowych i 20 wozów. Ale czego to za Sojuza tu nie było. Jeszcze na początku lat 90. miasto miało prawie 110 tys. mieszkańców, teraz niecałe 76 tys.
Dziś nawet światła uliczne się w nocy nie zapalają. Gdzieś, bo pieniędzy nie ma, gdzieś, bo rozkradli. W całych kwartałach ciemno.
Rosjo, pomóż
W lokalnym radiowęźle jak przed laty - po kablu, przez trzeszczące, plastikowe głośniczki - zaczęli czytać wczorajsze postulaty. Ogłosili, że demonstranci uchwalili je w imieniu całego miasta.
"Władza w kraju została przechwycona przez uzbrojone nazistowskie bojówki - zaczął spiker. - Ich cel to zniszczenie historii i wartości naszego narodu. Likwidacja rosyjskiego języka i oddanie kraju w niewolnictwo Europie i USA.
Miasto Konstantinowka nie uznaje nowych władz centralnych i wzywa władze regionu do (...) nieposłuszeństwa wobec bandyckich uzurpatorów, przede wszystkim przerwania ich finansowania przez nieodprowadzanie podatków.
Miasto Konstantinowka wyraża solidarność z mieszkańcami Krymu.
Żądamy od władz regionu, by zaapelowały do bratniego rosyjskiego narodu z prośbą o pomoc w walce z uzbrojonymi nacjonalistycznymi bojówkami i przywrócenie porządku konstytucyjnego. Żądamy ogłoszenia referendum w sprawie samostanowienia obwodu donieckiego".
Masza się uspokoiła: - I to jest ta wojna?
Pozycję ''dochód rodziny'' z planu przeżycia na marzec musiała wykreślić. Nic wielkiego. Robi tak od lat. Tych kilkuset hrywien, których może być pewna, potrzebuje nie na jedzenie, ale na gaszenie pożarów - łapówkę dla lekarza, jakby na kogoś z nich bieda przyszła, łapówkę dla urzędnika, jakby trzeba było coś załatwić; choćby meldunek zwykły, dla prawnika za pomyślną sprawę spadkową, dla dyrektora uczelni, żeby dzieciaka na studia przyjął. Bez pieniędzy nic się dziś nie załatwi. A na jedzenie nie trzeba, matka Jury ma obok chałupy trzy ary przydomowego ogrodu. Z niego cała rodzina żyje.
Nauczyli się tego, jak bieda razem z wolną Ukrainą przyszła, gdy Sojuz się rozpadł. Pensja nauczyciela wychodziła - 30 dolarów, Maszy w muzeum - 60, Jury w fabryce - 100. Ale raz, że ceny poszybowały. Dwa, że pensje przestali płacić.
Sprzedali, co mieli cennego - Jura obiektywy i aparat fotograficzny, które miał jeszcze z czasów, kiedy na studiach bawił się w dysydenta demokratę i robił zdjęcia do ulotek i gazetek. Masza pierścionek od taty za złoty medal na koniec szkoły, łańcuszek za indeks, wisiorek za magisterkę, takie tam - historia dzieciństwa. Kupili dwie kozy, kilka królików, nasiona, sadzonki. Brukiew, kartofle, marchew. Matka Jury pokazała, co do czego. Kozy pasły się same na czym popadnie. Było mleko dla dzieci, z mleka ser. Króliki mnożyły się szybko, było mięso na mielone. Resztę przyniosło się z targu. Tam też pieniądz rzadko bywał potrzebny. Kto miał królika, zamieniał go na mąkę, kto marchew, przehandlował za selera. Wódkę ludzie po domach pędzić zaczęli. Czasem lepsza wychodziła niż dawna sklepowa.
Wszystko wróciło do gospodarki pierwotnej. Fabryki zaczęły pensje płacić produkcją. Ludzie z chemicznej targali na targ kwas siarkowy, z fabryki platerów - walizeczki z zastawą na 12 osób, z lustrzanej - lustra, ze szklanej - szyby do aut i fabryczny hit lat 80., czyli naczynia ze szkła żaroodpornego. U matki Jury na strychu tych naczyń jeszcze dwie skrzynie leżą. Inżynier wstydził się na bazarze z garami stać. Ot, sowiecki inteligent.
W pierwszych latach nowego wieku zaczęli znów płacić. Potem znów przestali i znowu zaczęli. Odszedł Kuczma, przyszła pomarańczowa rewolucja. Potem do Kijowa pojechał rządzić niby ich człowiek, dawny gubernator obwodu, a więc i Konstantynówki - Wiktor Janukowycz.
Ktokolwiek do Kijowa się wybierał, za każdym razem w Konstantynówce ruszała karuzela - najpopularniejsze ukraińskie oszustwo wyborcze. Proste i skuteczne: łapie się ludzi z ulicy do autobusów, tam, często po prostu za flaszkę, kupuje się głos i wiezie całą bandą do urny. Ostatnim razem w samym centrum było pięć takich autokarów. Eleganckie, z ciemnymi szybami. Karuzele wirowały, a w mieście padały ostatnie fabryki.
Lenina nie damy
W parku im. Lenina, pod pomnikiem im. Lenina, vis-a-vis kina im. Lenina Jurij nie zastał nikogo. Nie było nawet "pospolitego ruszenia", co Lenina przed banderowcami pilnowało. Tylko Michaił Stiepanycz, sąsiad Jury i Maszy, w mundur kozacki strojny, pod szablą, rozdawał wydrukowane z lokalnego internetowego serwisu postulaty z wczorajszego wiecu.
Jurij wziął sobie jedną kartkę, żeby sprawdzić, jak w końcu z tą wojną. Stiepanycza pytać nie chciał. Odkąd postanowił zostać prorokiem, gada się z nim ciężko. Już lepiej było za Sojuza, kiedy Stiepanycz był oficerem wojsk wewnętrznych - ale cóż nie było lepsze za Sojuza?
Teraz Stiepanycz zgłębia starosłowiańskie tradycje i mity. Runy czyta, wedy rozumie. Twierdzi, że Matka Boska to z pochodzenia Kozaczka dońska, Jezus zaś trzon swojej nauki zapożyczył z Rusi pradawnej, wprost od wyznawców Swaroga. Udowadniał Stiepanycz nawet mistyczne pochodzenie i znaczenie rosyjskich słów. Głosi, że liczby od jednego do dziewięciu opowiadają o stworzeniu świata. Jeden, po rosyjsku "odin", to Bóg stwórca - Odyn, "dwa" to "dziewa", czyli łono, "tri" to tchnienie Odyna, którym to łono napełnił itd.
Wczoraj na wiecu jako pierwszy wystąpił weteran z "Afganu". Błękitny sowiecki beret na głowie, pod bluzą pasiasta "tielniaszka" desantowca. Jura sądził, że będzie wzywał do broni, do rzezi "euromajdanych", jak prorosyjscy radykałowie tu, na wschodzie, mówią o kijowskich demonstrantach. Niby nic to nie znaczy, ale brzmi bardzo obraźliwie.
Ale nic, żadnych obelg. - Dbajmy o nasze miasto - prawił weteran. - Sprzątajmy je, uczyńmy piękniejszym. Trzymajmy się razem.
Na koniec wali przez megafon: - Pamiętajcie, najbardziej brakuje nam miłości.
Jura oniemiał. Może to jakiś uczeń Stiepanycza, mistyk. Ale nie. Ot, chłopak nie wiedział, co ma teraz oprócz tego pilnowania Lenina począć ze sobą. Pewnie nawet nie wiedział do końca, kim jest. Dużo ludzi w mieście zdziwaczało w ciągu ostatnich lat, dużo też najnormalniej zwariowało, wielu też skończyło ze sobą, tysiące wyjechały.
Bo też ludzie tu w większości skołowani, jak ten "afganiec". Ani Rosjanie, ani Ukraińcy. Ani za tym, ani za tamtym. Ci z Majdanu przynajmniej wiedzą, skąd są i dokąd iść pragną. Jura im tego nawet zazdrości: - Bo my tutaj co? Ludzie sowieccy, sieroty po imperium.
Podczas ostatniego spisu ludności w 2006 r. 50 proc. mieszkańców zadeklarowało się jako Ukraińcy, ale język ukraiński za ojczysty uznało nieco ponad 20 proc.
Dziki Zachód
Rodzina Jury, przykład dla miasta typowy.
On sam niby Ukrainiec z dziada pradziada, ale po ukraińsku ledwo duka. Matka podobno jest z pierwszych 20 rodzin pańszczyźnianych, które dostał od cara i przywiózł tu założyciel Konstantynówki. Ojciec, choć też Ukrainiec, pochodzi z rodziny, która przyjechała tu budować fabryki w czasie "wielkiej industrializacji" lat 30. Jura nawet nie wie skąd. Tu wielu nie wie, skąd przyszli. Industrializacja, głód, denuncjacje, przesiedlenia, zsyłki, obozy, ucieczki. Czasem i pytać straszno było. W 1925 r. Konstantynówka miała 25 tys. mieszkańców, w 1938 r. - prawie 50 tys.
A Masza? Czarna jak Turczynka, oczy skośne. Jej ojciec, Kozak doński, urodził się i wychował na Kołymie, szkołę tam skończył. Był synem zesłańca skazanego na "ćwiarę" (25 lat) za służbę faszystom. Mieszka razem z matką Maszy, Rosjanką, na Syberii w Tiumeniu, jest geologiem, współpracuje z przemysłem naftowym, nieźle mu się wiedzie.
Matka Maszy urodziła się w Konstantynówce. Jej rodzice uciekli tu po wojnie z rodzinnej podmoskiewskiej Kaługi przed represjami, jakie za niemiecką niewolę czekały dziadka, nauczyciela powołanego w stopniu lejtnanta do Armii Czerwonej. Wybrali Ukrainę. Wtedy po Wielkiej Ojczyźnianej była niczym Dziki Zachód, mówiło się, że tu łatwiej, tu prawie każdy ma na życiorysie skazę.
Czemu Masza wróciła? Doktor historii, z moskiewskim dyplomem. Na studiach zakochała się w Azerze, wyszła za niego po kilku tygodniach i matka z ojcem się jej wyrzekli, bo wzięła sobie "czarnucha". Akademik się skończył. Nie było gdzie mieszkać. Przygarnęła babcia - do Konstantynówki. Azer poszedł na ochotnikawalczyć z Ormianami o ''Nagornyj Karabach'' i zginął. Zmarła babcia. Została Masza. Poznała Jurija. Urodziła dwóch synów.
I gdzie ich ojczyzna? Nie ma jej dla nich, ludzi sowieckich. Zniknął kraj obiecany. Kiedy rozpadł się Sojuz, to pomyśleli: niech będzie ta Ukraina, w sumie co za różnica? Później klęli ją słowami najohydniejszymi. Rosja podnosiła się z kolan, a Ukraina nie płaciła pensji, emerytur, rent. Wtedy musieli się nauczyć, co sadzić na trzech arach, kiedy trzeba kozę wydoić i jak królikowi łeb ukręcić. Kiedy nastała pomarańczowa rewolucja, to byli za nią całym sercem. Rewolucja zwyciężyła, a życie zrobiło się jeszcze cięższe. Kartofle, koza, króliki.
Lenina nie damy
W parku im. Lenina, pod pomnikiem im. Lenina, vis-a-vis kina im. Lenina Jurij nie zastał nikogo. Nie było nawet "pospolitego ruszenia", co Lenina przed banderowcami pilnowało. Tylko Michaił Stiepanycz, sąsiad Jury i Maszy, w mundur kozacki strojny, pod szablą, rozdawał wydrukowane z lokalnego internetowego serwisu postulaty z wczorajszego wiecu.
Jurij wziął sobie jedną kartkę, żeby sprawdzić, jak w końcu z tą wojną. Stiepanycza pytać nie chciał. Odkąd postanowił zostać prorokiem, gada się z nim ciężko. Już lepiej było za Sojuza, kiedy Stiepanycz był oficerem wojsk wewnętrznych - ale cóż nie było lepsze za Sojuza?
Teraz Stiepanycz zgłębia starosłowiańskie tradycje i mity. Runy czyta, wedy rozumie. Twierdzi, że Matka Boska to z pochodzenia Kozaczka dońska, Jezus zaś trzon swojej nauki zapożyczył z Rusi pradawnej, wprost od wyznawców Swaroga. Udowadniał Stiepanycz nawet mistyczne pochodzenie i znaczenie rosyjskich słów. Głosi, że liczby od jednego do dziewięciu opowiadają o stworzeniu świata. Jeden, po rosyjsku "odin", to Bóg stwórca - Odyn, "dwa" to "dziewa", czyli łono, "tri" to tchnienie Odyna, którym to łono napełnił itd.
Wczoraj na wiecu jako pierwszy wystąpił weteran z "Afganu". Błękitny sowiecki beret na głowie, pod bluzą pasiasta "tielniaszka" desantowca. Jura sądził, że będzie wzywał do broni, do rzezi "euromajdanych", jak prorosyjscy radykałowie tu, na wschodzie, mówią o kijowskich demonstrantach. Niby nic to nie znaczy, ale brzmi bardzo obraźliwie.
Ale nic, żadnych obelg. - Dbajmy o nasze miasto - prawił weteran. - Sprzątajmy je, uczyńmy piękniejszym. Trzymajmy się razem.
Na koniec wali przez megafon: - Pamiętajcie, najbardziej brakuje nam miłości.
Jura oniemiał. Może to jakiś uczeń Stiepanycza, mistyk. Ale nie. Ot, chłopak nie wiedział, co ma teraz oprócz tego pilnowania Lenina począć ze sobą. Pewnie nawet nie wiedział do końca, kim jest. Dużo ludzi w mieście zdziwaczało w ciągu ostatnich lat, dużo też najnormalniej zwariowało, wielu też skończyło ze sobą, tysiące wyjechały.
Bo też ludzie tu w większości skołowani, jak ten "afganiec". Ani Rosjanie, ani Ukraińcy. Ani za tym, ani za tamtym. Ci z Majdanu przynajmniej wiedzą, skąd są i dokąd iść pragną. Jura im tego nawet zazdrości: - Bo my tutaj co? Ludzie sowieccy, sieroty po imperium.
Podczas ostatniego spisu ludności w 2006 r. 50 proc. mieszkańców zadeklarowało się jako Ukraińcy, ale język ukraiński za ojczysty uznało nieco ponad 20 proc.
Dziki Zachód
Rodzina Jury, przykład dla miasta typowy.
On sam niby Ukrainiec z dziada pradziada, ale po ukraińsku ledwo duka. Matka podobno jest z pierwszych 20 rodzin pańszczyźnianych, które dostał od cara i przywiózł tu założyciel Konstantynówki. Ojciec, choć też Ukrainiec, pochodzi z rodziny, która przyjechała tu budować fabryki w czasie "wielkiej industrializacji" lat 30. Jura nawet nie wie skąd. Tu wielu nie wie, skąd przyszli. Industrializacja, głód, denuncjacje, przesiedlenia, zsyłki, obozy, ucieczki. Czasem i pytać straszno było. W 1925 r. Konstantynówka miała 25 tys. mieszkańców, w 1938 r. - prawie 50 tys.
A Masza? Czarna jak Turczynka, oczy skośne. Jej ojciec, Kozak doński, urodził się i wychował na Kołymie, szkołę tam skończył. Był synem zesłańca skazanego na "ćwiarę" (25 lat) za służbę faszystom. Mieszka razem z matką Maszy, Rosjanką, na Syberii w Tiumeniu, jest geologiem, współpracuje z przemysłem naftowym, nieźle mu się wiedzie.
Matka Maszy urodziła się w Konstantynówce. Jej rodzice uciekli tu po wojnie z rodzinnej podmoskiewskiej Kaługi przed represjami, jakie za niemiecką niewolę czekały dziadka, nauczyciela powołanego w stopniu lejtnanta do Armii Czerwonej. Wybrali Ukrainę. Wtedy po Wielkiej Ojczyźnianej była niczym Dziki Zachód, mówiło się, że tu łatwiej, tu prawie każdy ma na życiorysie skazę.
Czemu Masza wróciła? Doktor historii, z moskiewskim dyplomem. Na studiach zakochała się w Azerze, wyszła za niego po kilku tygodniach i matka z ojcem się jej wyrzekli, bo wzięła sobie "czarnucha". Akademik się skończył. Nie było gdzie mieszkać. Przygarnęła babcia - do Konstantynówki. Azer poszedł na ochotnikawalczyć z Ormianami o ''Nagornyj Karabach'' i zginął. Zmarła babcia. Została Masza. Poznała Jurija. Urodziła dwóch synów.
I gdzie ich ojczyzna? Nie ma jej dla nich, ludzi sowieckich. Zniknął kraj obiecany. Kiedy rozpadł się Sojuz, to pomyśleli: niech będzie ta Ukraina, w sumie co za różnica? Później klęli ją słowami najohydniejszymi. Rosja podnosiła się z kolan, a Ukraina nie płaciła pensji, emerytur, rent. Wtedy musieli się nauczyć, co sadzić na trzech arach, kiedy trzeba kozę wydoić i jak królikowi łeb ukręcić. Kiedy nastała pomarańczowa rewolucja, to byli za nią całym sercem. Rewolucja zwyciężyła, a życie zrobiło się jeszcze cięższe. Kartofle, koza, króliki.
My, rosyjscy patrioci
Po drodze do matki Jura mija swoją starą szkołę nr 10 - dzisiaj to już tylko szkielet. Popatrzy chwilę, o dzieciństwie pomyśli, nad losem synów się zaduma.
Chłopaki, jak wszyscy młodzi, chcą z miasta wiać, byle dalej. Tylko kierunki wybrali różne. Starszy Aleksander skończył Wyższą Szkołę Przemysłową w Doniecku i w zeszłym roku wyjechał za pracą przy ropie do Rosji, do dziadków w Tiumeniu. Sieriożę, który jest w ostatniej klasie konstantynowskiego technikum, ciągnie do Europy albo Ameryki. Nie zostanie na pewno.
Aleksander wyrósł na Wielkorusa. Jak sobie porównał życie tam i w domu, w Moskwie pobył, wątpliwości co do potęgi Rosji nie ma żadnych. Rodzicom zdjęcie w nowym garniturze przysłał: spodnie wąskie, buty w szpic, w dłoni "pedałówka". Menedżer. Dzwonił zaraz, jak Majdan w Kijowie zwyciężył. - Spokojnie, mamo - mówił. - Nie minie miesiąc, jak pogonimy banderowców.
- Kto my? - pytała Masza.
- Jak kto? My! Słowianie! Rosyjscy patrioci. Nasza armia, czołgi, prezydent.
Sierioża interesuje się historią, odwiedza dziadka każdego lata, kiedy ten przyjeżdża nad Don do rodzinnej stanicy. Dużo rozmawiają. O Kozakach, o niemieckich Ostlegionach, Stalinie, obozach, o Kołymie. Sierioża jakoś ani razu nie powiedział "banderowcy". Ostrożniejszy jest. Na szarości wrażliwszy. Ale uciekać chce.
Stara matka ma choć jeszcze Jurę, a on już w tym mieście nikogo mieć nie będzie. Ale synów nie będzie zatrzymywać. Tak długo wierzył, że doczeka tu normalnego życia. Teraz wie, że już się nie uda. Ktokolwiek by Ukrainą rządził, na normalność zejdzie następnych 20 lat. Jura ma 56, chłopaki 23 i 17. Niech wieją.
W roztargnieniu wyjął ulotkę spod pomnika Lenina w parku Lenina vis-a-vis kina Lenina. Pytanie: "Co myślisz o naszych miejskich oddziałach samoobrony?". Odpowiedzi: 67 proc. - zuchy, inni - pomagam, zapiszę się, 10 proc. - nie rozumiem, po co oni są.
Jura doszedł do postulatów. Nic o wojnie nie ma. Przeczytał na głos ostatni: „Domagamy się wystawienia w mieście pomnika upamiętniającego męstwo i poświęcenie funkcjonariuszy oddziałów » Berkut «”.
No nie! Pomnik? Za co, k...a, za jakie pieniądze! Nie ma się co denerwować. Do matki miał już tylko kawałek. Pięć minut wzdłuż wyrwanych torów tramwajowych, a na koniec obok samotnej frontowej ściany swojej dawnej fabryki. Jedna jedyna ta ściana została z całego budynku. Dziwna taka, płaska jak dekoracja w teatrze. Nad niebieskimi korynckimi kolumnami nadal widać wielki czerwony napis: "Naszym celem jest komunizm".
Po drodze do matki Jura mija swoją starą szkołę nr 10 - dzisiaj to już tylko szkielet. Popatrzy chwilę, o dzieciństwie pomyśli, nad losem synów się zaduma.
Chłopaki, jak wszyscy młodzi, chcą z miasta wiać, byle dalej. Tylko kierunki wybrali różne. Starszy Aleksander skończył Wyższą Szkołę Przemysłową w Doniecku i w zeszłym roku wyjechał za pracą przy ropie do Rosji, do dziadków w Tiumeniu. Sieriożę, który jest w ostatniej klasie konstantynowskiego technikum, ciągnie do Europy albo Ameryki. Nie zostanie na pewno.
Aleksander wyrósł na Wielkorusa. Jak sobie porównał życie tam i w domu, w Moskwie pobył, wątpliwości co do potęgi Rosji nie ma żadnych. Rodzicom zdjęcie w nowym garniturze przysłał: spodnie wąskie, buty w szpic, w dłoni "pedałówka". Menedżer. Dzwonił zaraz, jak Majdan w Kijowie zwyciężył. - Spokojnie, mamo - mówił. - Nie minie miesiąc, jak pogonimy banderowców.
- Kto my? - pytała Masza.
- Jak kto? My! Słowianie! Rosyjscy patrioci. Nasza armia, czołgi, prezydent.
Sierioża interesuje się historią, odwiedza dziadka każdego lata, kiedy ten przyjeżdża nad Don do rodzinnej stanicy. Dużo rozmawiają. O Kozakach, o niemieckich Ostlegionach, Stalinie, obozach, o Kołymie. Sierioża jakoś ani razu nie powiedział "banderowcy". Ostrożniejszy jest. Na szarości wrażliwszy. Ale uciekać chce.
Stara matka ma choć jeszcze Jurę, a on już w tym mieście nikogo mieć nie będzie. Ale synów nie będzie zatrzymywać. Tak długo wierzył, że doczeka tu normalnego życia. Teraz wie, że już się nie uda. Ktokolwiek by Ukrainą rządził, na normalność zejdzie następnych 20 lat. Jura ma 56, chłopaki 23 i 17. Niech wieją.
W roztargnieniu wyjął ulotkę spod pomnika Lenina w parku Lenina vis-a-vis kina Lenina. Pytanie: "Co myślisz o naszych miejskich oddziałach samoobrony?". Odpowiedzi: 67 proc. - zuchy, inni - pomagam, zapiszę się, 10 proc. - nie rozumiem, po co oni są.
Jura doszedł do postulatów. Nic o wojnie nie ma. Przeczytał na głos ostatni: „Domagamy się wystawienia w mieście pomnika upamiętniającego męstwo i poświęcenie funkcjonariuszy oddziałów » Berkut «”.
No nie! Pomnik? Za co, k...a, za jakie pieniądze! Nie ma się co denerwować. Do matki miał już tylko kawałek. Pięć minut wzdłuż wyrwanych torów tramwajowych, a na koniec obok samotnej frontowej ściany swojej dawnej fabryki. Jedna jedyna ta ściana została z całego budynku. Dziwna taka, płaska jak dekoracja w teatrze. Nad niebieskimi korynckimi kolumnami nadal widać wielki czerwony napis: "Naszym celem jest komunizm".
sobota, 15 marca 2014
Ron Paul
Jest czynnym politykiem od dziesięcioleci - trzykrotnie kandydował na urząd prezydenta USA.

Ma więc sporą wiedzę o metodach amerykańskiego działania na świecie. Dzieli się nią dzisiaj, zanim ruszą sankcje - jego zdaniem uruchamiające nową zimną (oby tylko zimną) wojnę.
Ma więc sporą wiedzę o metodach amerykańskiego działania na świecie. Dzieli się nią dzisiaj, zanim ruszą sankcje - jego zdaniem uruchamiające nową zimną (oby tylko zimną) wojnę.
piątek, 14 marca 2014
Rodzinna Warszawa
Urodziny moich młodszych braci (wspólne - bo bliźniaków) uczciłem spacerową sesją zdjęciową. Szedłem ciągiem miejsc i zdarzeń: Nowolipki - Arsenał - Długa - Kościół Garnizonowy - Podwale - Krakowskie Przedmieście - Uniwersytet Warszawski - Oboźna - Sewerynów - Bartoszewicza - Zajęcza - Dobra. Proponuję wszystkim zainteresowanym włączyć Street View dla tej trasy. 
Nowolipki, ulica dzieciństwa naszej mamy, została tak doszczętnie zniszczona przez Niemców, że fikcyjne umieszczenie akcji przedwojennego filmu Dziewczęta z Nowolipek pod numerem 90 na tej ulicy jest tak samo rzeczywiste jak wszystko co widzimy na niej dzisiaj:

A tak było przed wojną:

Tu, na tym trawniczku ma stanąć pomnik Archiwum Ringelbluma:
nawiązujący do odnalezienia części dokumentów tego archiwum:
Narożny dom na skrzyżowaniu ulicy Nowolipki ze Smoczą w niczym nie przypomina stojącego tu budynku przedwojennej Policji Warszawskiej, w którym mieszkał dziadek z rodziną na początku lat dwudziestych:
Kościół też nieźle oberwał w czasie wojny (zniszczony dach, liczne uszkodzenia murów):
ale ocalał wśród morza gruzów, bo służył Niemcom za magazyn na zrabowane w getcie rzeczy:

Wychodząc z ulicy Nowolipki widzimy Arsenał:
Alek, Rudy i Zośka jako "Kamienie na szaniec" stali się fundamentem patriotyzmu młodzieży walczącej w Powstaniu Warszawskim. Widząc na poniższym muralu dołączonego do nich Orszę, dowódcę Akcji pod Arsenałem, od razu pomyślałem: czy mógł być z nimi na obozie zimowym w Zakopanem, na którym był również nasz tata, jako nauczyciel Batorego? Orsza był od nich starszy o sześć lat, ale był przecież ich drużynowym w harcerskiej Pomarańczarni.
Sama akcja miała miejsce właśnie tu:
Przy ulicy Długiej znajduje się Kościół Garnizonowy:
a w nim wśród spisu rozstrzelanych w Katyniu jest uwieczniony Jan Bajoński, nasz niepoznany wujek, mąż stryjecznej siostry naszego taty:
Ulica Podwale zapisała się tragicznie w Powstaniu Warszawskim:
Brama Uniwersytetu była bramą do wiedzy dla wielu członków naszej rodziny, ale dla Siostry Alicji była też początkiem patriotyczno-religijnej drogi życia.
Po przejściu przez teren Uniwersytetu znajdziemy się na ulicy Oboźnej skąd widać czerwony dach Elektrowni Warszawskiej:

Po przejściu przez Oboźną znajdziemy się na ulicy Sewerynów, na której przez prawie dziesięć lat mieszkała Siostra Alicja:
Ulica Bartoszewicza doprowadza nas na skraj Skarpy Warszawskiej:
Ze Skarpy widzimy ulicę Zajęczą:
trochę podobną do przedwojennej Zajęczej:
Zajęczą dochodzimy do ulicy Dobrej, przy której był mur graniczny Elektrowni:
a na samym rogu, w kamienicy Dobra 31 mieściła się poczta.

Subskrybuj:
Posty (Atom)