Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Architekci porozumień. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Architekci porozumień. Pokaż wszystkie posty

piątek, 16 maja 2014

Architekci porozumień w akcji

  Na moim blogu zebrałem sporo postów, którym przypisałem etykietę "Architekci porozumień":
http://wkramost.blogspot.com/search/label/Architekci%20porozumie%C5%84?updated-max=2012-02-20T08:05:00%2B01:00&max-results=20&start=6&by-date=false
Z radością dałączam do tej kategorii dzisiejszy tekst Brentona i dyskusję z jego udziałem o drogach wyjścia z "kryzysu ukrańskiego":

The unfolding Ukraine crisis signals a new world order

The best outcome for Ukraine, and for the west, would be an agreement with Russia to get the great powers out
A way out of the Ukraine crisis may now be faintly discernible. The round-table negotiations promoted by the Germans has the support of all the key governments. It is intended to produce a ceasefire, discussion of future Ukrainian constitutional arrangements, and the election of a new Ukrainian president on 25 May. There are still all sorts of ways it could go wrong: the east Ukrainian dissidents are not yet involved and will need to be; and polarisation continues, with both sides gradually losing control of their thuggish surrogates. But things now look marginally more hopeful than they have since the ill-fated Geneva agreement of a month ago.

The west has had to learn some hard lessons to get to where we are now.

It is generally accepted that the EU (in a mode splendidly described by one commentator as of "impotent megalomania") precipitated matters by blundering into the most sensitive part of Russia's backyard without seriously asking itself how it might react. This was not an isolated error but the culmination of 20 years of the west simply not taking Russia seriously, most notably with the Kosovo war and the expansion of Nato. When Russia did react in the (legally indefensible, but historically understandable) form of annexing Crimea and destabilising east Ukraine, the western view then swung 180 degrees to focusing on the need to "contain" a revanchist Russia intent on rebuilding the Soviet Union.

In the absence of any willingness among western publics to fight for the independence of Simferopol, the only weapon available was sanctions. These allowed western leaders to claim they were "doing something", but in fact cruelly exposed their unwillingness to take real economic pain on Ukraine's behalf. They have also become something of a badge of patriotic pride for those Russians targeted by them – of the six uses of sanctions by the west against the USSR/Russia since the second world war none have worked.

Happily, we now seem to be waking up to the reality that we are dealing not with a revanchist Russia, but with a coldly calculating one – a Russia that is neither patsy nor praying mantis. They don't want to fight a war or take on the economic burden of rebuilding eastern Ukraine, but they do have a minimal list of requirements – Ukrainian neutrality, more autonomy for Russian speakers – which have to be met before they will back off.

Should we concede these points? Ukraine is a big heterogeneous country where provincial autonomy makes sense, and in such a mess that Nato membership is certainly at least decades off. Nevertheless, I regularly hear two quite compelling arguments why we should not. First, if the Russians get what they want this time, they – and by extension others – will come back for more. We cannot let the annexation of Crimea go unpunished. Second, what business does Russia have telling Ukraine how it can govern itself anyway? The world has moved beyond the point where big states can tell small states what to do.

Link to video: 'Ukraine is trying to stand on its feet': the crisis discussed by a panel of experts

I am afraid my answer to these arguments has to be an uncomfortable one. Indeed, in a rules-based world aggressors would be punished and small states would not be pushed around by big ones. But the rules-based world we imagine we have been living in since 1991 was always an illusion, and is now a fading one. It was an illusion because the rules, as admirably set out in the UN charter, were in fact interpreted and enforced by an economically and militarily predominant west.

When the west saw need for an exception – Iraq, Kosovo, Israel – the rest privately grumbled but went along with it. And the illusion is now fading because, of course, western predominance is also fading. President Obama's trip to Asia two weeks ago saw a circle of allies diminishingly convinced by his assurances of support in their dealings with China. In Ukraine, perhaps the first real crisis of the new order, we are dealing with a newly confident Russia, and it is striking that the other "rising powers", which might have been expected to deplore an illegal annexation, have in fact stood carefully aloof.

Through the crisis the US has regularly charged Russia with behaving in a "19th-century way". This has provoked a leading Russian commentator to suggest that the time has indeed come for the world to relearn the diplomatic arts of that period. He was right. We are no longer in a world where the west can simply enforce its view. Great power politics is back. No doubt we could have a knockdown, drag-out showdown with Vladimir Putin about Ukraine's right to join Nato. But the result would be a split Ukraine, a lot of economic disruption, an even more aggrieved and destructive Russia, and a further enfeebled world order. The only winners would be the likes of China and Iran. As Henry Kissinger, the arch doer of deals with global pariahs, has noted, "We cannot abandon national security in pursuit of virtue".

The best outcome for Ukraine, and for us, would be an agreement with Russia to get the great powers out, as with Finland during the cold war, and give the country space to turn itself into an economic and political success, which would then be an example to Russia itself. And I am afraid we are going to have to brace ourselves for more such transactions in the future.

sobota, 7 kwietnia 2012

Centrum Myśli Jana Pawła II


Organizację warszawskich obchodów siódmej rocznicy śmierci naszego błogosławionego Jana Pawła II powierzono Centrum Myśli Jana Pawła II.
 
Od godziny 10 do 16 w dniu 2 kwietnia młodzież pokonywała Labirynt Myśli kierowanych do młodych podczas licznych spotkań z Janem Pawłem II za jego pontyfikatu:


Wieczorem rozpoczęło się czuwanie w oczekiwaniu na godzinę 21:37.  
Bardzo dobrze prowadzony chór z Centrum Myśli JP2 wykonał, wśród innych utworów, Pieśń o leśnym strumieniu, której słowa zaczerpnięto częściowo z Tryptyku Rzymskiego Jana Pawła II (cz. 1. Strumień). 


Dokładnie o godzinie 21:37 z trąbki popłynęła cisza...

Powyższe zdjęcie przedstawia czoło procesji wielkopiątkowej Drogi Krzyżowej w dniu 6 kwietnia - już na zawsze obchody rocznicy śmierci Jana Pawła II będą się łączyły z uroczystościami wielkanocnymi. Może ci młodzi byli 2 kwietnia w Labiryncie?

Krzyż od pierwszej Stacji ponieśli harcerze i studenci. Zapewne niektórzy z nich też uczestniczyli w działaniach Centrum.



Licznie przybyli warszawiacy szli za pochodniami i krzyżem, a procesję po miejskich ulicach zamykał niesiony przez ośmiu mężczyzn obraz cierpiącego Jezusa:
Następnego dnia, już indywidualnie, młodzi z Centrum, podobnie jak ja z żoną, poszli do swoich Kościołów ze święconkami, a potem udali się na groby do innych kościołów. My zaczęliśmy od Kościoła Garnizonowego, by tam zapalić świeczkę (zbliża się rocznica katyńska) dziadkowi żony, Wincentemu Narewskiemu:
Po lewej stronie, w czwartym rzędzie od góry wyryte jest jego nazwisko w długim ciągu zamordowanych w Katyniu, Starobielsku i Twerze:
U Dominikanów dominuje Nadzieja, mimo przełamania jej z usychaniem:
a w Katedrze św. Jana napominanie odwróconych od wiary:

poniedziałek, 2 kwietnia 2012

Jan Paweł II, góralszczyzna i ...

  Z początkiem XX wieku rozpoczęła się w polskiej kulturze fascynacja góralszczyzną i trwa do dziś. Tak jak nam tata ją przekazał, tak za sprawą Ojca Świętego, który uwielbiał góry, poznawało jej urok całe pokolenie - Pokolenie JP2. Czy był ktoś, kto się nie zachwycił góralskimi życzeniami dla papieża śpiewanymi do melodii zbójnickiego? A tańce góralskie, które oglądaliśmy w telewizji śledząc reakcje Ojca Świętego? To był powrót do góralszczyzny na koniec XX wieku, gdy sami górale musieli uczyć się swojego dialektu już bardzo zniekształconego wpływami "przekaziorów".
  Dziedzictwo Jana Pawła II to nie tylko miłość do stron ojczystych (zaliczał papież do nich również rzeki i jeziora, po których tak chętnie wiosłował w kajaku). Najważniejsze jest odnowione wcielenie Słowa Bożego, którego dokonał w czasie swoich pielgrzymek, porównywalnych chyba jedynie z podróżami świętego Pawła. A treścią tego wcielenia było przesłanie miłości i pokoju - jedynego układu odniesienia dla naszych ziemskich dróg, bo jeżeli nie w tej przestrzeni żyliśmy, to po co nam Wieczność?
  W dniu dzisiejszym uśmiecham się do pogodnych wydarzeń z czasów Jana Pawła II, ale staram się wrócić przede wszystkim do poczucia niezwykłej wspólnoty z Wielkiego Tygodnia Żałoby, który rozpoczął się na placu przed bazyliką świętego Piotra, o godzinie 21:37(wszyscy tam byliśmy), a kończył mszą na placu Piłsudskiego celebrowaną w tym samym miejscu, w którym Jan Paweł II rozpoczynał w roku 1979 swoją misję ewangelizacji Świata:
  

piątek, 16 marca 2012

Twoja własna utopia



  Do Atheneum Richarda Meiera, budowli wzniesionej w Nowej Harmonii w stanie Indiana, przychodzą ludzie, aby snując refleksje o dokonaniach Roberta Owena zdobyć się na decyzję o realizacji własnej utopii - wielkiego, dzielonego z innymi ludźmi marzenia o...(kropki czekają na twoją propozycję). Może był tu kiedyś Elon Musk, który postawił sobie za cel nakłonienie ludzkości do kolonizacji Marsa? (Realizuje go konsekwentnie - jego firma, jako pierwszy podmiot prywatny na świecie, wynosi swoimi rakietami satelity w przestrzeń kosmiczną). Może był tu Steve Jobs? Jeśli nawet tam nie byli, to z pewnością od kilkudziesięciu lat wiedzieli o takiej Świątyni Kreatywności (powstała w 1979 roku) i już samo jej istnienie w zasięgu jednodniowej wycieczki dawało im napęd do uruchamiania zespołów ludzkich. Szkoda, że z Polski jest tak daleko...

Krasicki na wyspie Nipua

Z małymi kinami to było tak, że już jako dzieciak znałem na pamięć (podobnie jak rówieśnicy) fragmenty piosenki Fogga W małym kinie, z kiczowatym, ale przemawiającym do wyobraźni dwuwierszem: "Na ekranie on ją kocha i umiera dla niej" (świetny szlagwort). Potem czytałem Gałczyńskiego z jego parodią listu miłosnego i oczywiście poczułem się świetnie, bo "ponad to". A dziś myślę: ponad co?

Krasicki (niby naiwnie):
Żebym cokolwiek oszczędził moich współziomków, zataiłem był przed nim kunszt wojenny. Dociekł tej zdrady Xaoo; naglił mnie więc, żebym mu dokładną w tej mierze dał informacyję. Chcąc więc, ile możności, umniejszyć w nim złą o nas opinię, zacząłem mu przekładać liczbę niezliczoną mieszkańców świata, różnicę narodów nie tylko w odzieży i w mowie, ale i w obyczajach i skłonnościach. Z tych różnic naturalne niezgody, a przeto potrzeba uzbrojenia, któreby ubezpieczało od napaści sąsiedzkiej, broniło słabych od przemocy potężniejszych, czyniło wstręt nieprawej zapalczywości. Przypadkiem z ziemi wydobyty kruszec, przez długi czasów przeciąg zażyty do rolnictwa i budowli, ułatwiał i skracał udziałanie tego, co przemysł potrzebą przynaglony wynalazł. Jako zaś złe życie najlepsze rzeczy skazić może, żelazo w ręku nieprawych stało się narzędziem szkodliwem, instrumentem zguby życia ludzkiego. Stąd poszły zbrojne utarczki człowieka z człowiekiem, towarzystwa z towarzystwem, narodu z narodem. Trudno było w dalszych czasach złemu, nadto już wkorzenionemu i powszechnemu, zupełnie zabieżyć. Stąd ludzie dobrzy i oświeceni przez pisma i rady, prawodawcy przez ustawy urzędowne, określili granice sprawiedliwej wojny, nadali reguły temu nieprawemu kunsztowi, ile możności, zapobiegające fatalnym jego skutkom. Wódz na czele wojska broniący ojczyznę stał się szacownym obywatelem; żołnierz, umierający na pobojowisku, ofiarą dobra publicznego. Ustała nieznacznie odraza od okrutnego z natury swojej rzemiosła, a natychmiast to, co przyrodzenie kazało z początku nazywać gwałtem, dzikością, okrucieństwem, opinia z czasem ochrzciła odwagą, męstwem i heroizmem.
-My nie znamy - mówił - tego, co wy nazywacie monarchią, arystokracyją, demokracyją, oligarchią itd. W zgromadzeniu naszym nie masz żadnej innej zwierzchności politycznej, prócz naturalnej: rodziców nad dziećmi. Okoliczności— wychodzące nad zamiar szczególnych familij, ugodnymi sposoby— radą, nie przemocą przez starszych uspokojone i rozrządzone bywają. Człowiek—jednakowo z drugim człowiekiem rodzący się — nie może, a przynajmniej nie powinien by sobie przywłaszczać zwierzchności nad nim: wszyscy są równi. Skoro zaś są złączeni w towarzystwo, natenczas toż samo towarzystwo pozwala dla dobra swojego w niektórych okolicznościach niejakiej nad szczególnym albo zgromadzeniu, albo niektórym ze zgromadzenia zwierzchności.

A poważniej:
http://wkramost.blogspot.com/2011/09/dwie-ideologie.html

piątek, 9 marca 2012

Rok gorącego słońca


  Takim, olśniewającym widokiem Słońce zainagurowało ubiegłej nocy (8/9 marca) swój gorący rok. Powtarza się on regularnie w cyklu jedenastoletnim i przypomina, że wszyscy jesteśmy Dziećmi Wszechświata. Lat temu 44 był rok 1968, rok do którego przylgnęła nazwa: Rok Gorącego Słońca. Otwieram książkę "Spotkania z utopią w XXI wieku" i czytam:
  "Ostatnia próba zrealizowania utopii na dużą skalę rozegrała się w Europie dokładnie czterdzieści lat temu /książka ukazała się w 2008 roku/ - w pamiętnym roku 1968. To wtedy mury zachodnioeuropejskich miast pokryły się hasłami: "Własność prywatna to kradzież", "Może nas nie słyszą, strajkuj trochę głośniej", "Otwieraj umysł równie często jak rozporek" czy też "Bądź realistą, żądaj niemożliwego". I choć rewolucyjna fala nie obaliła ani kapitalizmu, ani realnego socjalizmu, to jednak głęboko przeorała oraz zmieniła mentalność, kulturę i krajobraz społeczny Europy."
  Aby zacząć, trzeba się cofnąć (ja to nazywam "braniem rozbiegu"). Nam, pamiętającym tamte czasy, wystarczy cofnąć się w pamięci - młodsi musza sięgnąć po książki. Zresztą my też, jeżeli chcemy cokolwiek sensownego zrobić, coś co przekraczałoby chwilową transakcję na rynku, a przypominałoby konstrukcje wznoszone od stuleci przez Architektów porozumień, też powinniśmy sięgnąć do książek. Postaram się to zrobić w kolejnych postach, ale żeby nie było tak poważnie (słowa "cokolwiek" i "coś" dla milionów Oburzonych naprawdę brzmią poważnie w sytuacji, gdy alternatywą jest "nic"), dołączam może najlepszą piosenkę ostatniego dziesięciolecia z "boskim" refrenem: "Utopię waszą utopię".

poniedziałek, 5 marca 2012

Wychowanie młodzieży do sprawiedliwości i pokoju

Orędzie Ojca Świętego Benedykta XVI na Światowy Dzień Pokoju
(fragmenty)
Moje Orędzie skierowane jest także do rodziców, rodzin i wszystkich osób zajmujących się wychowaniem, formacją, a także do odpowiedzialnych za różne dziedziny życia religijnego, społecznego, politycznego, gospodarczego, kulturalnego oraz za przekaz. Poświęcanie uwagi światu młodzieży, umiejętność słuchania jej i doceniania jest nie tylko szansą, ale podstawowym obowiązkiem całego społeczeństwa, w perspektywie budowy przyszłości opartej na sprawiedliwości i pokoju.
.....................
Ważne jest, by to wrzenie i związane z nim idealistyczne zapędy zostały potraktowane z należną uwagą przez wszystkie części składowe społeczeństwa. Kościół patrzy na młodych z nadzieją, pokłada w nich ufność i zachęca ich, by dążyli do prawdy, by bronili wspólnego dobra, by ich perspektywy były otwarte na świat, a oczy zdolne do widzenia «rzeczy nowych» (Iz 42, 9; 48, 6)!
.......................
Dlatego bardziej niż kiedykolwiek potrzebni są autentyczni świadkowie, a nie zwykli dystrybutorzy reguł i informacji; świadkowie, którzy potrafią widzieć dalej niż inni, ponieważ ich życie obejmuje sfery bardziej rozległe. Świadek to ten, który jako pierwszy żyje tym, co głosi.
........................
Właściwe korzystanie z wolności ma zatem centralne znaczenie w promowaniu sprawiedliwości i pokoju, które wymagają szanowania samych siebie i drugiego człowieka, nawet jeśli jego sposób postępowania i życia jest odległy od naszego. Z takiej postawy rodzą się czynniki, bez których pokój i sprawiedliwość pozostają słowami pozbawionymi treści: wzajemne zaufanie, zdolność prowadzenia konstruktywnego dialogu, możliwość przebaczenia, które jakże często chciałoby się uzyskać, ale którego nam z trudem przychodzi udzielić, wzajemna miłość, współczucie dla słabszych, a także gotowość do poświęcenia.
........................
Trzeba wychowywać do sprawiedliwości
«Błogosławieni, którzy łakną i pragną sprawiedliwości, albowiem oni będą nasyceni» (Mt 5, 6). Będą nasyceni, ponieważ łakną i pragną mieć uczciwe relacje z Bogiem, z samymi sobą, ze swoimi braćmi i siostrami, z całym światem stworzonym.
.............................
Trzeba wychowywać do pokoju
«Pokój nie polega jedynie na braku wojny i nie ogranicza się do zapewnienia równowagi sił. Nie da się osiągnąć pokoju na ziemi bez obrony dóbr osoby ludzkiej, swobodnej wymiany myśli między ludźmi, poszanowania godności osób i narodów, wytrwałego dążenia do braterstwa». Pokój jest owocem sprawiedliwości i skutkiem miłości. Pokój jest przede wszystkim darem Boga. My chrześcijanie wierzymy, że Chrystus jest naszym prawdziwym pokojem: w Nim, przez krzyż, Bóg pojednał ze sobą świat i zburzył bariery, które nas dzieliły (por. Ef 2, 14-18); w Nim istnieje jedna rodzina pojednana w miłości.
Pokój jednak nie jest tylko darem, który należy przyjąć, lecz jest także dziełem, które trzeba tworzyć. Abyśmy byli naprawdę wprowadzającymi pokój, musimy nauczyć się współczucia, solidarności, współpracy, braterstwa, musimy być aktywni we wspólnocie i z czujnością uwrażliwiać sumienia na sprawy narodowe i międzynarodowe oraz na to, jak ważne jest poszukiwanie odpowiednich sposobów rozdziału bogactw, wspierania wzrostu, współpracy w rozwoju i rozwiązywania konfliktów. «Błogosławieni, którzy wprowadzają pokój, albowiem oni będą nazwani synami Bożymi» – mówi Jezus w Kazaniu na Górze (Mt 5, 9).
Pokój dla wszystkich rodzi się ze sprawiedliwości każdego, i nikt nie może uchylać się od tego zasadniczego obowiązku umacniania sprawiedliwości, zgodnie ze swoimi kwalifikacjami i odpowiednio do zakresu odpowiedzialności. Wzywam w szczególności młodych ludzi, w których zawsze żywe jest dążenie do ideałów, by cierpliwie i wytrwale poszukiwali sprawiedliwości i pokoju, kultywowali miłość do tego, co jest sprawiedliwe i prawdziwe, również wtedy, kiedy może to oznaczać, że trzeba ponosić ofiary i iść pod prąd.
............................
Trzeba podnieść oczy ku Bogu
W obliczu trudnego wyzwania, jakim jest chodzenie drogami sprawiedliwości i pokoju, możemy odczuwać pokusę, by zapytać jak Psalmista: «Wznoszę swe oczy ku górom: skądże nadejdzie mi pomoc?» (Ps 121 [120], 1).
Wszystkim, a zwłaszcza młodym, chcę powiedzieć z mocą: «To nie ideologie zbawiają świat, lecz jedynie wpatrywanie się w żyjącego Boga, który jest naszym Stwórcą i stoi na straży wolności oraz tego, co jest naprawdę dobre i autentyczne (…), zwracanie się bez wahania do Boga, który jest miarą tego, co sprawiedliwe, i zarazem jest wieczną miłością. A co może nas zbawić, jeżeli nie miłość?». Miłość współweseli się z prawdą, jest siłą, która uzdalnia do angażowania się na rzecz prawdy, na rzecz sprawiedliwości, na rzecz pokoju, ponieważ wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma (por. 1 Kor 13, 1-13).
..............................
Kobiety i mężczyźni, którym leży na sercu sprawa pokoju! Pokój nie jest dobrem, które już zostało osiągnięte, ale celem, do którego wszyscy powinniśmy dążyć. Patrzmy z większą nadzieją w przyszłość, dodawajmy sobie nawzajem odwagi na tej drodze, pracujmy nad tym, aby naszemu światu nadać bardziej ludzki i braterski kształt, czujmy się zjednoczeni w odpowiedzialności za młode pokolenia obecne i przyszłe, a zwłaszcza za takie ich wychowanie, by były nastawione pokojowo i wprowadzały pokój. Z tą świadomością przesyłam wam te refleksje i kieruję do was wezwanie: zjednoczmy nasze siły duchowe, moralne i materialne, aby «wychowywać młodzież do sprawiedliwości i pokoju».
Papież Benedykt XVI dostrzegając dzisiejszą, bardzo trudną sytuację młodzieży w Europie i na świecie apeluje o podjęcie wszelkich działań wychowawczych zapobiegających narastaniu niechęci i nienawiści prowadzących wprost do wojny - wojny, która niszczy człowieczeństwo, a która jemu samemu odebrała normalne i pogodne przeżywanie młodości.  

poniedziałek, 20 lutego 2012

Dysputa o Bogu (z Krytyki Politycznej)






Gra_ce  - pojmowanie Logosu |16.02.2012 19:40:04



Ja w Boga wierzę a nie "pojmuję". Ja się do boga modlę, buduję z nim
moją nieudolną pewnie relację, a nie analizuję i redukuję. Wiara to nie wiedza -
nie bez powodu jest to rozróżnienie. Oczywiście w ramach wiary są niedoskonałe
sposoby porozumiewania się, jest hermeneutyka Słowa, Ewangelii, Starego
Testamentu, ale to jest Otwarta Księga Logosu - który był na początku, a którego
nie przyjęliśmy. (Moim zdaniem pierwsze wersety Ewangelii św. Jana to taka
poetycka i lapidarna wersja opowieści o raju i jego utracie z Księgi Rodzaju).
Nie zawsze czułam Jego obecność, ale pojawił się czas w moim życiu, w którym
jescze nie czułam jej ale już jej chciałam, prosiłam o jej łaskę. I to się
zdarzyło. To było jak łagodny powiew wiatru, to nie było przeżycie emocjonalne,
nie umiem Ci tego wytłumaczyć, to było takie łagodne poruszenie świadomości, w
momencie, którego się nie spodziewałam. Od tego czasu przeżywam Jego obecność i
wierzę w nią. "Przeżywam"- używam tego słowa, z braku lepszego - to nie
jest z całą pewnością emocja, to nie jest zmysłowe, chciałoby się powiedzieć
"duchowe" zjawisko. Bóg przygodzi do każdego, kto zwróci szczerze w jego
kierunku twarz i poprosi o relację. Do każdego, bez wyjątku - wierzę to, na
granicy pewności. Trzeba TYLKO zaryzykować to, że wiele się potem zmieni i
rozumiem, że można tego nie chcieć. Czy pojmuję jego przekaz??? - NO cóż, mam na
ten temat intuicje i wierzę w dobrą wolę i wybacz mądrość zdrowego jądra
Kościoła - choć Jezus zbudował go na grzesznym i słabym Piotrze, którego na
pewnym etapie nazwał nawet "Szatanem", bo myślał ów Apostoł ludzkimi a
nie boskimi kategoriami. Piotr został podwaliną Kościoła; mimo że grzeszył,
potrafił przyznawać się do błędu, potrafił się PODNOSIĆ z upadku. I o tym jest
Kościół moim zdaniem - o wspólnym podnoszeniu się z upadku, z martwoty.








Spokojny  - Gra_ce |17.02.2012 12:45:15



Jeśli czujesz jakąś obecność, to muszę ci powiedzieć, że nie jest to szczególnie
trudne do osiągnięcia. Wystarczy się dobrze skupić i można poczuć cokolwiek co
się wcześniej zaplanuje. W niektórych buddyjskich szkołach się na przykład czuje
obecność duchowego nauczyciela. Po kilku tygodniach skupienia taka postać wydaje
się ciągle obecna. Można czuć tak wiele rzeczy. Na przykład że ma się raka, że
jest się w ciąży.. Nawet brzuch rośnie niektórym od tego. Coś sobie uroiłaś, ale
to nie moja sprawa, bo ja nie odnoszę się do twojego czucia tylko do twoich
słów. Kiedy mówisz "czuję obecność", to ja wierzę w pełni, że ty czujesz
obecność. Czułem już w życiu takie rzeczy że sobie nie wyobrażasz. Ale kiedy
mówisz na przykład "Bóg przemówił przez ewangelię i apostołów" albo
"Bóg nie reaguje w przestrzeni naszych wyborów" czy też "Bóg szanuje
nasze prawo wyboru" to to nie jest czucie obecności tylko pewne myśli i
wyobrażenia które masz, ponieważ ich się wyuczyłaś. I one są jak najbardziej
dyskutowalne bo one właśnie nie należą do sfery czucia czegoś tylko do sfery
treści. Są to twoje przekonania które mają treść dajacą się zapisać w słowach. I
wtedy nie ma różnicy czy napiszesz, że tak uważasz, "pojmujesz" czy że
tak wierzysz. Tak twierdzisz. Być może jest jakaś nawet duchowa istota która ci
towarzyszy. Może to demon? Może duch hrabiego Bebe? Za życia tyle nagrzeszył,
jadł cukierki przed obiadem.. Skąd wiesz kto to jest? Interpretujesz swoje
doznanie na podstawie systemu przekonań którego cię wyuczono i który jak
najbardziej jest dyskutowalny. Gdybyś miała się skupić tylko na samym czuciu,
nie możesz niczego mówić. Czucie samo nie podlega dyskusji i analizie. Słowa
tak. Kto chce mieć słuchaczy, ten ma i krytyków badających czy to co opowiada
trzyma się kupy. Coś za coś. Nie można mieć jednego bez drugiego.








Valentino  - @Jan |17.02.2012 16:23:17



Pytanie czy bóg jest dobry jest dość przewrotne. Odwraca uwagę, bo zakłada że
jest. Kto tutaj boga obarcza winą za wojny, głód, cierpienie, etc? Jak można
obarczyć kogoś za coś, jeśli tego kogoś nie ma? Kto się zastanawia czy bóg jest
dobry czy zły? Jeśli ktoś da głodującemu bułkę z szynką nie oznacza to, że bóg
jest dobry i że istnieje.
No ale dobra, podążę dalej Twoim tropem, czyli
załóżmy że jest. To czy się smuci i jest zraniony tym, co sobie ludzie nawzajem
gotują, jest życzeniowe. To Twoje życzenie widzieć w nieistniejącym bogu
zatroskanego ojca, który poczuł się zraniony, że dzieci się bawią zapałkami.
Zapewne sam się smucisz i czujesz się zraniony, że człowiek jest śmiertelny i że
w ogóle ktoś ma taki pomysł, żeby wyjmować innemu wątrobę przez jamę gębową. I
to jest normalne. Przenosisz na nieistniejące bóstwo towarzyszące Ci odczucia,
która powstają, gdy dociera do Ciebie, że jakaś grupa masowo wyrżnęła inną
grupę. Rozumiem, że jeśli postawię fabrykę, dam tysiącu ludzi robotę, cały zysk
po odjęciu od przychodów podatków, zusów, krusów, srusów i za stadion oraz
kosztów wszelkiej maści rozdam załodze, to w bogu wywołam radość, że swą
wolność, którą mi dał (dodajmy, że w łasce, bo wszystko co spływa na mnie jest
łaską) spożytkowałem odpowiednio?








@spokojny  - wyuczone martwe czy wyistoczone żywe? |17.02.2012 19:33:20



mogłabym Ci odpowiedzieć Twoimi słowami, że Twoja analiza moich słów również się
opiera na wyobrażeniach, których się wyuczyłeś. Jak tak dalej pójdzie, to zaraz
zaczniemy analizować istotę świadomości i intencjonalności, otrzemy się o
filozofię języka i źródła powstawania znaczeń. Mam jednak wrażenie, że ściągasz
rozmowę do Twojego świata pojęć, rozumiem to, bo to dość naturalne. Pozwól mi
jednak zostać przy moim przekonaniu, że to co przeżywają inni, a do czego ja nie
mam dostępu niekoniecznie jest urojeniem.
Dopuszczam istnienie bytów,
zjawisk,których nie są mi dostępne i nie są one tylko senną, permutacją
świadomości, urojeniem, mogą być czymś na co ja nie mam "zmysłów", nie
mam teraz przestrzeni w świadomości, nie jestem otwarta. Piszesz, że wyuczyłam
się twierdzeń, które cytuję. W jakimś sensie masz rację, wyuczyłam się na
podstawie swoich doświadczeń, rzeczywiście nie zdarzyło mi się, by Bóg swoją
ingerencją zabronił mi dokonywać jakichkolwiek wyborów… Czy wyuczyłam się
prawd wiary chrześcijańskiej? No cóż, chrześcijaństwo dotyczy ŻYCIA, wymaga
zawierzenia, zaryzykowania pewnej DROGI życia, to nie jest UMOWA na przyczyny i
skutki, to nie są zamknięte martwe twierdzenia.








Spokojny  - @ Gra_ce |18.02.2012 17:25:51


Poza tym mam wrażenie, że kiedy pytałem skąd wiesz czy pojmujesz przekaz swojego
Boga nie zrozumiałaś istoty mojego pytania. Bo tu żadne odpowiedzi o zdrowej czy
chorej części kościoła nie mają sensu. Ja mówię o najbardziej elementarnym
sposobie użycia pojęcia r o z u m i e n i a c z e g o ś, ponieważ to co
robicie razem z TP to żonglujecie tym jak wam wygodnie. Kiedy mowa o
uzasadnieniu cierpienia na świecie, okazuje się, że Boga nie można zrozumieć,
ale kiedy mowa o wieści, że on coś do nas powiedział to nagle się okazuje, że to
zrozumieć można.
Spróbuję to wyjaśnić na przykładzie. Załóżmy, że pszczoła
dostrzegła człowieka. No i ten człowiek robi takie ruchy, które w języku pszczół
odpowiadaja tanecznemu pszczelemu komunikatowi. Halo, halo, wielkie żarcie góra
cukru jakieś 50 metrów na lewo, lećcie tam. Ale to sygnalizuje swoimi ruchami
człowiek, nie pszczoła. Pszczoła to obserwuje. Co powinna zrobić? Polecieć 50
metrów w lewo, czy olać to? Pomyśleć, że człowiek się z nią bawi? Prowokuje do
czegoś? Testuje? Chce pomóc? Zastawił pułapkę? Może robi coś całkiem innego?
Niezależnie co pszczoła wykombinuje nie ma żadnych, najmniejszych nawet szans
żeby pojąć skąd ten komunikat i co znaczy. I nie ma żadnych podstaw by się
sensownie do tego ustawić. To, że ruchy człowieka przypominają taniec jej
koleżanek oznaczający "dobrą nowinę" nie znaczy nic. Równie dobrze może
to być frament tańca człowieka wcale nie do pszczoły skierowany, tylko do
dziewczyny na to patrzącej, może to być żart z pszczół, atak epilepsji, fragment
formy kung fu podejrzanej na filmie.. Cokolwiek o czym pszczoły nie mają
pojęcia. Ich zasięg intelektualny sięga tylko do tego, by się zastanawiać czy
ten tańczący człowiek który sygnalizuje "góra cukru 50 metrów w lewo"
miał na myśli "lewo" nadawcy czy "lewo" obserwatora i jak duża
góra cukru to będzie. W najbardziej podstawowym sensie pszczoła rozważając sens
ruchów człowieka błądzi totalnie. JEdyne co naprawdę miałoby sens w jej
przypadku, to spierniczać jak najdalej.
I kiedy ja cię pytam skąd wiesz że
rozumiesz co Bóg mówi do ciebie, to pytam o to w takim właśnie najbardziej
elementarnym sensie. Nawet gdybyś dostała list bezpośrednio od Boga z dokładną
instrukcją postępowania na jutro, to jak możesz zakładać, że to co powinnaś
zrobić to jest właśnie wykonanie tej instrukcji? To tak samo jak z tą pszczołą.
Czemu Bóg miałby napisać taki list? A czemu człowiek może tańczyć przed pszczołą
komunikat o cukrze? Jeśli zakładasz istnienie osoby o mentalności nieskończenie
wyższej niż twoja, to żadne próby interpretacji, zrozumienia, przypisywanie
cech, przypisywanie intencji, wiara, że się dostało jakąś wiadomość, że trzeba
ją wypełniać.. Wszystko to jest wówczas furą nonsensu. Czy jak człowiek wydziela
zapach kwasu mrówkowego, to mrówka mądrze zrobi próbując wspólnie z nim budować
mrowisko? Kukułka słysząca w lesie chłopaka wołającego "kuku" mądrze
zrobi próbując mieć z nim wspólne jajo? Jeśli cokolwiek takiego by istniało, być
może całym sensem czytania biblii jest dla tego czegoś szeleszczenie kartek?
Może on kolekcjonuje te szelesty? Lubi je, handluje nimi z jakimś innym podobnym
kolesiem z drugiego kosmosu? Albo może najbardziej dla niego liczą się zęby?
Zostawiam im przekaz - biblię - i patrzę, czy jej czytanie koreluje z ilością
traconych trzonowców. Czemu tak? A czemu nie? Czemu nieskończony umysł miałby
rozumować w takich kategoriach, w jakich rozumuje europejczyk z XXI wieku?
Równie dobrze całym celem twojej przygody z "obecnością" może być to,
żeby popatrzeć jak po przeczytaniu tego tekstu będziesz piła herbatę. Bo to dla
niego ładne..






Spokojny  - @ Gra_ce |18.02.2012 20:44:07


Ależ oczywiście, że to co piszę opiera się na wyobrażeniach. Bo na niczym innym
się przecież opierać nie może. Coś odczuwam, na przykład odczuwam świerzbienie
skóry i na podstawie tego czego się wyuczyłem interpretuję to. Mroźne powietrze
wysuszyło mi skórę. Ty odczuwasz obecność i na podstawie swojego systemu
twierdzeń którego się wyuczyłaś interpretujesz to w ten sposób, że to jest bóg
izraelitów, który wyprowadził ich z Egiptu, wcześniej stworzył świat w siedem
dni, wysłał na Ziemię Jezusa itd. i który jest miłością, ale w sensie tego słowa
którego się nie da zrozumieć bo żaden inny sens się nie da logicznie obronić.
Czucie obecności albo innych rzeczy w tym rodzaju nie jest problemem. Gdybyś
na przykład napisała tak:
"słuchajcie, od pewnego czasu czuję jakąś
obecność i jest to przyjemne uczucie" czytając to po prostu bym się
uśmiechnął. Kłopot w tym, że napisanie czegoś takiego nie daje żadnej władzy nad
umysłem słuchacza. Plasuje mówiącego w pozycji sympatycznego oszołoma. Dlatego
tworzy się coś więcej. Jakąś teorię dzięki której ze statusu autohipnozy czy
marzenia przechodzi się do statusu mistycznego wglądu. To teoria to daje, nie
samo przeżycie. Opowieść. Coś co można sprzedać.






Valentino  - @ Spokojny |18.02.2012 21:28:41


Gdybym był nastolatkiem, który swoich bohaterów szuka wśród ludzi czytelnie
argumentujących swoje zdanie, w dodatku piękną polszczyzną i z polotem i ciętym
dowcipem, to Twój plakat wisiałby u mnie w pokoju w centralnym miejscu. Beret z
głowy. Ale nie zawsze zgodzić się z Tobą mogę. Jestem w stanie wyobrazić sobie,
że istnieje bóstwo, cokolwiek, co stworzyło świat, wszechświat, układy gwiezdne,
czarną dziurę, czy co tam jeszcze i że to bóstwo wybiórczo przekazuje komunikaty
zrozumiałe dla jego odbiorców i że ma plan, którego pewne elementy nie muszą być
zrozumiałe, ale za to "spoko, spoko, zaufajcie mi, wiem co robię i tak nie
zrozumiecie, ale jak już mówiłem spoko, spoko". Innymi słowy, hobby takie
mam, że mam automat perkusyjny i robię na nim sample i żeby je użyć poza
bezpośrednim strumieniem, muszę użyć konwertera plików i wówczas ciach - jeden z
softwareów, który wykorzystuje zaczyna go rozumieć. Ale mam też sampler, stary
grzmot taki, który nie zamierza generować plików i jedyna możliwość to strumień
dźwięku. Całość, czyli plik w softwarze z automatu i strumień z samplera tworzyć
może spójną sekwencję.
Natomiast wierzę, że boga nie ma, a wszelkie
interpretacje np. Gra_ce traktuję jako nieudolne próby dopasowania
rzeczywistości do mitu.





Gra_ce  - Skąd wiem co Bóg mówi? |18.02.2012 21:41:10


Spokojny, ja nie wiem. Ja ryzykuję gdy szukam tej relacji. Dlaczego? Nie wiem.




"Dlaczego? Nie wiem." - pisze Grace. Dlaczego więc ryzykuje? Podpowiem nieśmiało, semantycznym neologizmem: bo człowiek bez Boga, to człowiek  z u b o ż o n y.