W poście Decyzja o powstaniu pisałem, że podjęta 25 lipca decyzja miała wymiar przekraczający, jak w greckiej tragedii, rozpoznanie śmiertelnych. Ostateczna decyzja - z 31 lipca - stanowiła drugi akt tego dramatu. Za Janem M. Ciechanowskim przytaczam chyba najbardziej dramatyczną w XX wieku odprawę sztabową (w relacji uzyskanej od gen. Bora-Komorowskiego):
Dowódca AK (Bór-Komorowski) poprosił Delegata Rządu (Jankowskiego) o ostateczną decyzje motywując ją tak:
"Wykonane w tym momencie działanie Armii Krajowej w Warszawie, może przemienić niemiecka porażkę w całkowitą klęskę. Trzeba zapobiec wzmocnieniu sił 73 dywizji na przedpolu Pragi i przeciąć linie zaopatrzenia całego frontu niemieckiego przed Warszawą, zapewniając w ten sposób Rosjanom łatwe powodzenie ich ruchu okrążającego, który właśnie rozpoczynał się na wschodzie, północnym wschodzie i północy."
Wszystkie te rozważania wskazywały, że powinniśmy działać już teraz. Chociaż z propagandy sowieckiej wynikało ponad wszelką wątpliwość, że Moskwa chce natychmiastowej akcji w Warszawie, to jednak nie byliśmy w stanie uzgodnić działania z dowództwem Armii Czerwonej, ani nie znaliśmy wyników misji Mikołajczyka.
Zakładając, że nasze pierwsze uderzenie wydrze Niemcom kontrolę nad miastem, posiadaliśmy broni i żywności na cztery lub pięć dni, w ostateczności na siedem dni. Bez wątpienia nasi sprzymierzeńcy nadeślą nam zaopatrzenie drogą powietrzną, lecz nie mogliśmy przewidzieć w jakiej ilości. O ile mogliśmy przewidzieć, nasze powodzenie zależało od tego, aby nie uderzyć za wcześnie. Armia Czerwona musi wejść do Warszawy w ciągu tygodnia licząc od naszego pierwszego uderzenia.
Pan Jankowski wysłuchał mnie, a następnie zadawał pytania niektórym oficerom sztabu: "Co będzie gdy Rosjanie staną?" Generał Pełczyński odpowiedział, że wtedy Niemcy nas wyrżną, ale raczej nikt z nas nie wierzył, aby Rosjanie stanęli, bo było w ich interesie zajęcie Warszawy. Delegat pytał "Montera" o broń, amunicję i zwrócił się do mnie ze słowami: "Niech pan zaczyna".
Dowódca Armii Krajowej gen. Tadeusz Bór Komorowski zwrócił się wtedy do płk. Montera ze słowami:
Jutro punktualnie o godzinie 17.00 rozpocznie Pan operację "Burza" w Warszawie.
"Wykonane w tym momencie działanie Armii Krajowej w Warszawie, może przemienić niemiecka porażkę w całkowitą klęskę. Trzeba zapobiec wzmocnieniu sił 73 dywizji na przedpolu Pragi i przeciąć linie zaopatrzenia całego frontu niemieckiego przed Warszawą, zapewniając w ten sposób Rosjanom łatwe powodzenie ich ruchu okrążającego, który właśnie rozpoczynał się na wschodzie, północnym wschodzie i północy."
Wszystkie te rozważania wskazywały, że powinniśmy działać już teraz. Chociaż z propagandy sowieckiej wynikało ponad wszelką wątpliwość, że Moskwa chce natychmiastowej akcji w Warszawie, to jednak nie byliśmy w stanie uzgodnić działania z dowództwem Armii Czerwonej, ani nie znaliśmy wyników misji Mikołajczyka.
Zakładając, że nasze pierwsze uderzenie wydrze Niemcom kontrolę nad miastem, posiadaliśmy broni i żywności na cztery lub pięć dni, w ostateczności na siedem dni. Bez wątpienia nasi sprzymierzeńcy nadeślą nam zaopatrzenie drogą powietrzną, lecz nie mogliśmy przewidzieć w jakiej ilości. O ile mogliśmy przewidzieć, nasze powodzenie zależało od tego, aby nie uderzyć za wcześnie. Armia Czerwona musi wejść do Warszawy w ciągu tygodnia licząc od naszego pierwszego uderzenia.
Pan Jankowski wysłuchał mnie, a następnie zadawał pytania niektórym oficerom sztabu: "Co będzie gdy Rosjanie staną?" Generał Pełczyński odpowiedział, że wtedy Niemcy nas wyrżną, ale raczej nikt z nas nie wierzył, aby Rosjanie stanęli, bo było w ich interesie zajęcie Warszawy. Delegat pytał "Montera" o broń, amunicję i zwrócił się do mnie ze słowami: "Niech pan zaczyna".
Dowódca Armii Krajowej gen. Tadeusz Bór Komorowski zwrócił się wtedy do płk. Montera ze słowami:
Jutro punktualnie o godzinie 17.00 rozpocznie Pan operację "Burza" w Warszawie.
