Jest to wspaniały poetycki utwór w wykonaniu jednej z nielicznych polskich piosenkarek potrafiących swingować, ale jest też anegdota ze mną w roli, powiedzmy, statysty. Otóż wysoko dochodowe Wydawnictwa Szkole i Pedagogiczne w jesienią 2001 roku obchodziły swój jubileusz. Przed jedzonkiem i winkiem w salach recepcyjnych Teatru Polskiego miała występ na jego scenie Hanna Banaszak. Ku memu zaskoczeniu, wykonując zupełnie fajną, ale przecież satyryczną piosenkę "Ja dla pana czasu nie mam" mnie właśnie wybrała z widowni na adresata słów tego utworu. Jedno mogę powiedzieć - potrafiłem się do niej uśmiechać i nie wyglądać na absolutnego "wypłosza".
niedziela, 27 września 2015
Co jest w stanie połączyć połowę ludzkości?
Oczywiście coś widzialnego na niebie:

Z niedzieli na poniedziałek, pomiędzy 2.00 i 6.00 w Polsce, podobnie jak w strefach sąsiednich, zobaczymy całkowite zaćmienie księżyca.
Z niedzieli na poniedziałek, pomiędzy 2.00 i 6.00 w Polsce, podobnie jak w strefach sąsiednich, zobaczymy całkowite zaćmienie księżyca.
sobota, 26 września 2015
Czy jest się czego bać?
Od dwóch lat polskie społeczeństwo jest bezsilnym świadkiem wielu przerażających obrazów:
https://www.youtube.com/watch?v=HVIe1mnuDe4&feature=player_embedded
Gdzie tu jest miejsce na "poprawność polityczną"? I do tego narzucaną przez "niczego niewinnych" Niemców! Kto w taką interpretację historii chce wierzyć - niech wierzy. Ale bez wielu z nas, znających aż nazbyt dobrze podobne meandry mainstreamu. A poniżej przytaczam, co mówi "niepoprawny politycznie" Max Kolonko:
Bułgarski Kościół Prawosławny zwrócił się do władz o wstrzymanie przyjmowania kolejnych migrantów. Wezwano również rząd, by akcentował, na terytoriach z których pochodzą, prowadzone są czystki religijne i niszczone jest chrześcijaństwo.
„Pomagamy, czym możemy, uchodźcom, którzy już znaleźli się w naszej ojczyźnie, nie dzielimy ich w zależności od wyznania i narodowości, lecz uważamy, że nasz rząd w żadnym wypadku nie powinien dopuszczać do przybycia nowych uchodźców do kraju” – oświadczył Święty Synod.
„W ostatnich miesiącach obserwujemy falę ludzi przybywających ze zniszczonych przez wojnę krajów Bliskiego Wschodu i Afryki i szukających schronienia w Europie. Fala ta nabiera wszelkich cech najazdu” – czytamy w dokumencie.
Święty Synod wezwał również odpowiedzialnych za wywołanie kryzysu o wzięcie na siebie odpowiedzialności:
„Ten, który stworzył problem, powinien go rozwiązać. Nie jest w porządku, by prawosławny naród bułgarski płacił cenę w postaci zniknięcia swojego państwa”.
Bułgarscy duchowni wezwali również władze, by w sposób kategoryczny podnosiły kwestię przerwania wojen na Bliskim Wschodzie i w Afryce Północnej na arenie międzynarodowej. Bułgarski rząd powinien także przypominać, że na terytoriach z których pochodzą migranci prowadzone są czystki religijne i niszczone jest chrześcijaństwo.
Wcześniej premier Bojko Borysow powiedział: „Nie chcemy uchodźców, oni są muzułmanami, a my jesteśmy prawosławnymi chrześcijanami. Boję się ich”. W Bułgarii muzułmanie (głównie Turcy i Romowie) stanowią ok. 13 proc. ludności.
Podsumowując - zalecałbym ostrożność.
https://www.youtube.com/watch?v=HVIe1mnuDe4&feature=player_embedded
Gdzie tu jest miejsce na "poprawność polityczną"? I do tego narzucaną przez "niczego niewinnych" Niemców! Kto w taką interpretację historii chce wierzyć - niech wierzy. Ale bez wielu z nas, znających aż nazbyt dobrze podobne meandry mainstreamu. A poniżej przytaczam, co mówi "niepoprawny politycznie" Max Kolonko:
Oczywiście złodziej-dobrodziej Soros ma uniwersalny plan przebudowy relacji polityczno-ekonomicznych pasujący do dzisiejszych warunków:
I jeszcze jeden głos - Kościoła bułgarskiego:
„Pomagamy, czym możemy, uchodźcom, którzy już znaleźli się w naszej ojczyźnie, nie dzielimy ich w zależności od wyznania i narodowości, lecz uważamy, że nasz rząd w żadnym wypadku nie powinien dopuszczać do przybycia nowych uchodźców do kraju” – oświadczył Święty Synod.
„W ostatnich miesiącach obserwujemy falę ludzi przybywających ze zniszczonych przez wojnę krajów Bliskiego Wschodu i Afryki i szukających schronienia w Europie. Fala ta nabiera wszelkich cech najazdu” – czytamy w dokumencie.
Święty Synod wezwał również odpowiedzialnych za wywołanie kryzysu o wzięcie na siebie odpowiedzialności:
„Ten, który stworzył problem, powinien go rozwiązać. Nie jest w porządku, by prawosławny naród bułgarski płacił cenę w postaci zniknięcia swojego państwa”.
Bułgarscy duchowni wezwali również władze, by w sposób kategoryczny podnosiły kwestię przerwania wojen na Bliskim Wschodzie i w Afryce Północnej na arenie międzynarodowej. Bułgarski rząd powinien także przypominać, że na terytoriach z których pochodzą migranci prowadzone są czystki religijne i niszczone jest chrześcijaństwo.
Wcześniej premier Bojko Borysow powiedział: „Nie chcemy uchodźców, oni są muzułmanami, a my jesteśmy prawosławnymi chrześcijanami. Boję się ich”. W Bułgarii muzułmanie (głównie Turcy i Romowie) stanowią ok. 13 proc. ludności.
Podsumowując - zalecałbym ostrożność.
piątek, 25 września 2015
Młodym być
W poniższym wykonaniu piosenki pojawia się Jerzy Połomski, którego głos i interpretacja były jej prawdziwym objawieniem w latach 60-tych:
Ale sama piosenka narodziła się już przed wojną, kiedy królem polskich serc stawał się Mieczysław Fogg:
Pomyślmy o młodości ... naszych rodziców!
czwartek, 24 września 2015
Mein Kampf w omówieniu Snydera
Bardzo cenię warsztat historyczny Snydera:
Każdy wartościowy opis masowego mordu na Żydach w Europie powinien uwzględniać zagadnienia planetarne, gdyż zamysł Hitlera był na swój sposób „ekologiczny” – traktował on Żydów jako skazę na naturze. Historia taka musi mieć charakter kolonialny, ponieważ Hitler pragnął wojen eksterminacyjnych na sąsiednich ziemiach, które zamieszkiwali Żydzi. Winna też być międzynarodowa, gdyż Niemcy i inni mordowali Żydów nie w Rzeszy, lecz poza jej granicami. Należy zachować układ chronologiczny, jako że dojście Hitlera do władzy w Niemczech, stanowiące tylko część opowieści, doprowadziło w efekcie do podboju Austrii, Czechosłowacji i Polski – wydarzeń zmieniających formułę „ostatecznego rozwiązania”. Musi być w pewnym sensie historią polityczną, gdyż zniszczenie przez Niemców sąsiednich państw stworzyło dogodne możliwości, aby na pewnych obszarach (zwłaszcza w okupowanym Związku Radzieckim) mogły powstać i rozwinąć się techniki zagłady. Powinna wreszcie mieścić w sobie wiele perspektyw, wychodząc poza punkt widzenia samych nazistów i czerpiąc ze źródeł, których autorami są przedstawiciele wszystkich grup społecznych – Żydów i nie-Żydów – zamieszkujących całą strefę mordu. Chodzi nie tylko o sprawiedliwość, lecz także o zrozumienie. Ponadto takie rozliczenie musi uwzględniać pierwiastek ludzki: odnotowując obok zbrodni próby przetrwania; opisując Żydów usiłujących przeżyć, jak też nielicznych nie-Żydów, którzy chcieli im pomóc; akceptując przy tym nieodłączną i nieredukowalną złożoność poszczególnych jednostek oraz kontaktów między nimi.
Historia Holokaustu musi mieć charakter współczesny, pozwalając nam zrozumieć, co z epoki Hitlera pozostało w naszych umysłach i w życiu. Światopogląd Hitlera – sam w sobie – nie skutkował Holokaustem, lecz jego ukryta, wewnętrzna spójność wytworzyła nowy rodzaj destrukcyjnej polityki oraz przyniosła nam wiedzę o ludzkich zdolnościach do masowego mordu. Połączenie ideologii i okoliczności obecnych w 1941 roku nie powróci już w tej samej formie, ale wciąż może pojawić się coś podobnego. Zatem częścią wysiłku koniecznego do zrozumienia przeszłości jest dążenie do zrozumienia nas samych. Holokaust stanowi nie tylko historię, ale i ostrzeżenie.
Świat Hitlera
Hitler sądził, że jedyną wiedzą daną nam o przyszłości są ograniczenia naszej planety: „powierzchnia precyzyjnie wymierzonej przestrzeni”. Ekologia sprowadzała się więc do zagadnienia niedoboru, a egzystencja oznaczała walkę o ziemię. W niezmiennej strukturze natury zwierzęta dzieliły się na gatunki, które zostały skazane na „wewnętrzne osamotnienie” oraz niekończącą się bezwzględną walkę. Hitler był przekonany, że rasy ludzkie podobne są do gatunków zwierząt. W procesie ewolucji te najwyższe nieustannie oddalały się od niższych, co oznaczało, że ich krzyżowanie się co prawda jest możliwe, lecz stanowi grzech, gdyż ludzie powinni zachowywać się zgodnie z prawami natury – łącząc się w pary z podobnymi sobie i starając się zabijać innych. Było to dla Hitlera prawem walki rasowej, równie pewnym jak prawo powszechnego ciążenia. Zmagania te miały się nigdy nie zakończyć, a ich wynik nie był pewny. Rasa mogła odnosić triumfy i rozkwitać, ale także zostać zamorzona głodem i zniknąć z powierzchni Ziemi [1].
W świecie Hitlera rządziło prawo dżungli – ludzie mieli obowiązek stłumić miłosierdzie i jak najbardziej rozwinąć swoje drapieżcze instynkty. W ten sposób zerwał on z tradycjami myśli politycznej, zgodnie z którymi człowieka od zwierząt odróżniała zdolność do wyobrażania sobie i znajdowania nowych sposobów łączenia się w grupy. Wychodząc z tego założenia, myśliciele polityczni próbowali opisać nie tylko możliwe, lecz także najsprawiedliwsze formy stosunków społecznych. Dla Hitlera wszak jedyną, brutalną i przytłaczającą prawdę objawiała natura sama w sobie, a historyczne próby snucia odmiennych refleksji były ułudą. Czołowy nazistowski teoretyk prawa – Carl Schmitt – wyjaśniał, że polityka wyrosła nie z historii bądź pojęć, ale z naszego poczucia wrogości. Wrogów rasowych wybrała natura, a zadaniem człowieka jest walczyć, zabijać i ginąć [2].
„Natura – pisał Hitler – nie zna granic politycznych. Umieszcza na naszej planecie formy życia, a następnie daje im swobodę toczenia walki o władzę”. Polityka była więc naturą, a natura – walką, a to nie pozostawiało miejsca na myśl polityczną. Była to skrajna interpretacja powszechnego w XIX wieku poglądu, że działania ludzi można odbierać jako przejaw biologii. W latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych tego stulecia poważni myśliciele oraz popularyzatorzy wiedzy, znajdujący się pod wpływem teorii doboru naturalnego Karola Darwina, utrzymywali, że przełom dokonany przez niego w zoologii udzielił odpowiedzi na nurtujące starożytnych pytania z dziedziny filozofi i polityki. W latach młodości Hitlera swoje piętno na wszystkich najważniejszych kierunkach politycznych odcisnęło rozumienie darwinizmu, zgodnie z którym konkurencję należało uznawać za dobro społeczne. Dla brytyjskiego obrońcy kapitalizmu, Herberta Spencera, rynek stanowił rodzaj ekosystemu, w którym przeżywali najsilniejsi i najlepsi. Korzyści płynące z niczym nieskrępowanej konkurencji usprawiedliwiały przy tym widoczne na pierwszy rzut oka deficyty takiego stanu rzeczy. Przeciwnicy kapitalizmu – na przykład socjaliści z II Międzynarodówki – również odwoływali się do analogii biologicznych. Uznawali oni walkę klas za zjawisko „naukowe”, a człowieka za jeden spośród wielu gatunków zwierząt, a nie szczególnie twórczą istotę o specyficznie ludzkich cechach. Czołowy teoretyk marksistowski tej epoki, Karl Kautsky, w istocie konsekwentnie utrzymywał, że ludzie są zwierzętami [3].
Dawnych liberałów i socjalistów ograniczało jednak – niezależnie od tego, czy zdawali sobie z tego sprawę, czy też nie – przywiązanie do tradycji i instytucji; wyrastające z doświadczenia społecznego nawyki myślowe utrudniały im wyciągnięcie najbardziej radykalnych wniosków. Wyznawana przez nich etyka skutkowała uznaniem dóbr, takich jak wzrost gospodarczy czy sprawiedliwość społeczna. Pogląd, że efektem naturalnej konkurencji będą te zjawiska, był dla nich atrakcyjny bądź wygodny. Hitler zatytułował swoją książkę Mein Kampf (Moja walka). Wychodząc od tych dwóch słów, przez dwa długie tomy oraz dwie dekady życia politycznego objawiał – w sposób nieosiągalny dla innych – niezwykły narcyzm, bezlitosną konsekwencję i żywiołowy nihilizm. Ciągła walka między rasami nie była dla niego elementem życia w szerokim znaczeniu, lecz jego istotą. Stwierdzenie to nie sprowadzało się też do ustalenia teorii – w jego rozumieniu przedstawiało wszechświat taki, jakim był. Zatem konflikt stanowił esencję życia, a nie środek prowadzący do celu. Nie uzasadniały go rzekome dążenia: dobrobyt (kapitalizm) lub sprawiedliwość społeczna (socjalizm).
Hitlerowi wcale nie chodziło o to, że pożądany cel uświęcał krwawe środki. Celu nie było wcale, pozostawała tylko wrogość.
Rasa istniała realnie, natomiast jednostki czy klasy stanowiły przelotne, błędne konstrukty. Walka nie była metaforą ani analogią, ale namacalną i wszechogarniającą prawdą. Słabych czekało zdominowanie przez silnych, gdyż „świat nie jest dla tchórzliwych narodów”. To wszystko, co trzeba było wiedzieć – i w co wierzyć [4].
Mimo że w swoim światopoglądzie Hitler odrzucał tradycje religijne i świeckie, to odwoływał się do nich. Choć nie był oryginalnym myślicielem, przedstawił pewne rozwiązanie kryzysów: myśli oraz wiary. Podobnie jak wielu przed nim, starał się połączyć te dwie rzeczy w jedno. Zamysłem nie była wszakże wzniosła synteza, która ocaliłaby duszę wraz z umysłem. Kusił on raczej perspektywą zderzenia skutkującego zniszczeniem obydwu tych bytów. Walkę rasową Hitlera rzekomo uzasadniała nauka, lecz jako jej nadrzędny cel wskazywał on „chleb powszedni”. Posługując się tymi słowami, przywoływał jeden z najbardziej znanych tekstów chrześcijańskich, zarazem głęboko zmieniając jego sens. „Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj” – to prośba wyrażona w Modlitwie Pańskiej. We wszechświecie opisanym w modlitwie istnieje metafizyka, porządek wychodzący ponad ziemski i pojęcie dobra wspólne dla wszystkich sfer. Odmawiający „Ojcze nasz” proszą Boga: „I odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom. I nie wódź nas na pokuszenie, ale nas zbaw ode złego”. W hitlerowskiej „walce o bogactwa naturalne” grzechem było nie zagarnąć wszystkiego, co leżało w zasięgu możliwości, a pozwolić innym na przetrwanie oznaczało zbrodnię. Miłosierdzie naruszało porządek rzeczy, dzięki niemu bowiem słabi mogli się mnożyć. Hitler oświadczył, że ludzie muszą odrzucić więc biblijne przykazania. „Jeśli miałbym wierzyć w jakiś nakaz boski – mówił – to musiałby brzmieć tak: zachować gatunek” [5].
Hitler wykorzystywał obrazy i tropy dobrze znane chrześcijanom: Boga, modlitwę, grzech pierworodny, przykazania, proroków, naród wybrany, mesjaszy, a nawet znajomy biblijny trójpodział czasu na okresy raju, wygnania oraz odkupienia. Ludzkość żyła w moralnym brudzie, a warunkiem poprawy było oczyszczenie siebie oraz świata. Przedstawienie wizji Edenu jako bitwy między gatunkami, nie zaś harmonii stworzenia, oznaczało połączenie chrześcijańskich pragnień z pozornym realizmem biologii. Wojna wszystkich ze wszystkimi nie uderzała w tym obrazie przerażającą bezcelowością, ale stawała się jedynym celem we wszechświecie. Dary natury były przeznaczone dla ludzi, niczym w Księdze Rodzaju – ale tylko postępujących zgodnie z jej prawami i walczących po jej stronie. Tak jak w pierwszej księdze Biblii, w Mein Kampf stanowiła ona źródło zasobów, do których prawo mieli jednak nie wszyscy, a wyłącznie zwycięskie rasy. Raj nie był wcale ogrodem, lecz okopem [6].
Stosunki płciowe nie stanowiły problemu (jak we wspomnianej Księdze Rodzaju), ale rozwiązanie. Zwycięzcy powinni spółkować: zdaniem Hitlera obowiązki ludzi obejmowały – oprócz mordowania – także seks i rozmnażanie. W tym ujęciu grzech pierworodny, który doprowadził do upadku człowieka, był defektem umysłu i duszy, a nie ciała. Zdaniem Hitlera, naszą zgubą była umiejętność myślenia oraz uświadomienia sobie, że przedstawiciele innych ras również używają rozumu – a tym samym uznania ich za bliźnich. Z jego krwawego raju ludzi wygnano nie za obcowanie cielesne; przyczyną było to, że poznali dobro i zło [7].
Za upadek człowieka i oddzielenie go od natury winę ponosiła dwoista istota: ani ludzka, ani naturalna – taka jak wąż z Księgi Rodzaju. Jeśli ludzie są w rzeczywistości częścią natury, a ta – jak dowodzi nauka – sprowadza się do bezwzględnego konfliktu, zdeprawować nasz gatunek musiało coś pochodzącego z zewnątrz. Dla Hitlera tym, który przyniósł na ziemię wiedzę o dobru i złu oraz zniszczył Eden, był Żyd. To właśnie on powiedział ludziom, że górują nad innymi zwierzętami, więc potrafią samodzielnie decydować o swojej przyszłości. Wprowadził też fałszywe rozróżnienia: między polityką a naturą oraz między ludzkością a walką. Za swoje przeznaczenie Hitler uważał odkupienie „grzechu pierworodnego” żydowskiej duchowości i przywrócenie „krwawego raju”. Jako że jedyną drogą do przetrwania homo sapiens było niepohamowane eksterminowanie się ras, żydowski triumf rozumu nad popędem oznaczałby zagładę gatunku. Zdaniem Hitlera, dominująca rasa potrzebowała „światopoglądu”, który pozwoliłby jej odnieść sukces, co w ostatecznym rozrachunku oznaczało ślepą wiarę w jej bezrozumną
„misję” [8].
Sposób przedstawienia przez Hitlera zagrożenia żydowskiego zdradzał wyznawany przez niego swoisty amalgamat idei religijnych i zoologicznych. Napisał on, że jeśli Żyd zwycięży, „jego koroną będzie wieniec żałobny gatunku ludzkiego”. Z jednej strony przedstawiona przez Hitlera wizja wszechświata bez człowieka oznaczała przyjęcie naukowych ustaleń mówiących o tym, że zamieszkujemy starą planetę, na której wyewoluowała ludzkość. Po żydowskim triumfie, jak pisał, „Ziemia będzie ponownie przemierzać wszechświat zupełnie bez ludzi, jak miało to miejsce miliony lat temu”. Jednocześnie w tym samym fragmencie Mein Kampf wyraźnie wskazał, że stara Ziemia, stanowiąca kolebkę ras i arenę konfliktu, była dziełem Boga. „Dlatego też uważam, że działam zgodnie z wolą Stwórcy. Walcząc z Żydami, wykonuję pracę Pana Naszego” [9].
W wizji Hitlera gatunek dzielił się na rasy, jednak odmawiał on tego miana Żydom. Nie byli oni rasą niższą ani wyższą, lecz nie-rasą lub antyrasą. Rasy postępowały zgodnie z prawami natury, walcząc o ziemię i pożywienie, natomiast Żydzi kierowali się obcą, wynaturzoną logiką. Sprzeciwiali się oni podstawowemu imperatywowi, nie czerpiąc zadowolenia z podboju nowych siedlisk; co więcej, nakłaniali innych do podobnego postępowania. Dążyli jednak do dominacji nad całą planetą (i zamieszkującymi ją narodami), wynajdując w tym celu ogólne idee, które odwracały uwagę ras od naturalnej walki. Ziemia nie miała nam do zaoferowania nic prócz krwi i łez, a mimo to Żydzi posiadali zdumiewającą zdolność tworzenia koncepcji umożliwiających postrzeganie świata nie w kategoriach ekologicznej pułapki, lecz ludzkiego porządku. Założenia dotyczące wzajemności politycznej oraz praktyki prowadzące do tego, że ludzie rozpoznawali innych jako istoty równe sobie, pochodziły od Żydów [10].
Hitler nie twierdził – jak wielu innych – że ludzie w gruncie rzeczy są dobrzy, lecz zostali zdeprawowani przez nazbyt żydowską w swoim charakterze cywilizację. Uważał natomiast, że ludzie są zwierzętami, a wszelkie rozważania etyczne stanowią oznakę „żydowskiego zepsucia”. Z nienawiścią odnosił się do samej próby ustanowienia jakiegokolwiek uniwersalnego ideału i dążenia do niego.
Jego najważniejszy zastępca, Heinrich Himmler, nie śledził dokładnie wszystkich meandrów myśli Führera, uchwycił jednak konkluzję: etyka jako taka stanowi błąd, a jedyną moralnością jest wierność wobec rasy. Himmler utrzymywał, że udział w masowej zbrodni jest czynem dobrym, pozwala bowiem rasie panującej osiągnąć harmonię wewnętrzną oraz jedność z naturą. Trudności, jakich doświadczamy, widząc na przykład tysiące ciał pomordowanych Żydów, wiążą się z wyjściem poza ramy konwencjonalnej moralności. Chwilowy stres związany z zabójstwem jest poświęceniem wartym dokonania w imię przyszłości rasy [11].
Zdaniem Hitlera każda postawa nierasistowska była żydowska, a każda uniwersalna idea torowała drogę żydowskiej dominacji.
Zarówno kapitalizm, jak i komunizm były wynalazkami Żydów, a pozorne zmagania między nimi miały po prostu ukryć żydowskie dążenie do władzy nad światem. Każda abstrakcyjna idea państwa także pochodziła od nich. „Nie ma czegoś takiego – pisał Hitler – jak państwo będące celem samym w sobie”. Jak wyjaśniał, „najwyższym dążeniem istot ludzkich” jest nie „zachowanie jakiegoś państwa czy rządu, ale zachowanie gatunku”. Dotychczasowe granice miały zostać zniesione przez siły natury w przebiegu konfliktów na tle rasowym: „granice polityczne nie mogą odwracać naszej uwagi od granic Wiecznego Prawa”.
Z założenia, że państwa nie były imponującymi osiągnięciami myśli ludzkiej, ale tylko kruchymi barierami, które miała przełamać pierwotna siła, wynikał wniosek, że prawo ma charakter partykularny, a nie ogólny. Jako takie stanowi więc odzwierciedlenie wyższości panującej rasy, nie zaś drogę do powszechnej równości. Osobisty prawnik Hitlera i generalny gubernator okupowanej Polski w latach II wojny światowej, Hans Frank, oświadczył, że prawo zbudowano „na podstawach przetrwania narodu niemieckiego”. Tradycje legislacyjne oparte na czymkolwiek poza rasą były „bezkrwistymi abstrakcjami”. Jedynym celem prawa było skodyfikowanie intuicji wyrażanych w danym momencie przez Führera, dotyczących dobra jego rasy. Tak więc niemiecka koncepcja Rechtsstaat, czyli państwa prawnego, nie zawierała w sobie głębszej treści. Jak tłumaczył Carl Schmitt, prawo – tak jak państwo – służyło rasie, toteż istotne było wyłącznie rozumienie pojęcia rasy. Idea państwa ograniczonego zewnętrznymi normami prawnymi stanowiła fikcję stworzoną po to, by powstrzymać silnych [12].
Hitler twierdził, że przenikanie uniwersalnych idei do świadomości zbiorowej osłabia społeczności rasowe, przynosząc tym samym korzyść Żydom. Treść poszczególnych koncepcji politycznych nie miała znaczenia, gdyż wszystkie pełniły jedynie rolę pułapek na głupców. Nie było żydowskich liberałów, żydowskich nacjonalistów, żydowskich mesjaszy ani żydowskich bolszewików: „Bolszewizm jest nieślubnym synem chrześcijaństwa, a oba te nurty – wytworem Żydów”. Hitler uważał Jezusa za wroga Żydów, którego nauki zostały wypaczone przez św. Pawła, stając się tym samym kolejnym fałszywym uniwersalizmem żydowskim głoszącym miłosierdzie dla słabych. Utrzymywał on, że myśliciele od św. Pawła aż do Lwa Trockiego, to nieprzerwana linia Żydów, którzy przybierają rozmaite postaci po to, by zwodzić naiwnych. Koncepcje nie miały ani korzeni historycznych, ani związku z następstwem zdarzeń lub twórczością jednostek. Były zaledwie taktycznymi posunięciami Żydów i w tym sensie niczym się od siebie nie różniły [13].
Dla Hitlera w rzeczy samej nie istniała historia ludzkości jako taka. „Wszystkie wydarzenia w dziejach świata – twierdził – są wyłącznie wyrazem instynktu samozachowawczego ras, czy nam się to podoba, czy nie”. Ważnym aspektem przeszłości były natomiast nieustanne próby wypaczenia praw natury przez Żydów – miały trwać, dopóki będą oni zamieszkiwać ziemię. „Żydostwo – pisał Hitler – zawsze niszczy ten porządek”. Silni powinni zagłodzić słabych, ale Żydzi potrafili sprawić, by to słabi uciskali silnych. Nie była to niesprawiedliwość w zwykłym znaczeniu tego słowa, lecz pogwałcenie logiki bytu. W zniekształconym żydowskimi ideami wszechświecie konflikt mógł prowadzić do niewyobrażalnych konsekwencji: najsilniejsi nie triumfowali, ale byli morzeni głodem [14].
Z tego jasno wynikało, że dopóki Żydzi nie znikną, Niemcy mieli pozostać ofiarami, podczas gdy jako najwyższa rasa zasługiwali oni na pierwszeństwo – i mieli też najwięcej do stracenia. Nienaturalna dominacja Żydów w świecie była „zbrodnią dokonaną na przyszłości”.
Chociaż Hitler usiłował opisać świat bez historii, jego poglądy ukształtowały się pod wpływem osobistych doświadczeń. I wojna światowa – najbardziej krwawy konflikt w dziejach, stoczony na kontynencie, którego mieszkańcy uważali się za cywilizowanych – odwiodła wielu Europejczyków od przekonania, że walka służy wyłącznie dobrym celom. Niektórzy zwolennicy nurtów skrajnie prawicowych lub lewicowych wyciągnęli wszak odmienne wnioski. Z ich punktu widzenia rozlew krwi nie był wystarczająco duży, a ofiara jeszcze się nie spełniła. Dla bolszewików z Imperium Rosyjskiego – zdyscyplinowanych i woluntarystycznych marksistów – wojna oraz wyzwolona przez nią energia rewolucyjna dawały sposobność do rozpoczęcia przebudowy świata na wzór socjalistyczny. Dla Hitlera, jak i dla wielu innych Niemców, wojna zakończyła się, zanim została naprawdę rozstrzygnięta, a wyższe rasy odwołano z pola bitwy, nim zdobyły należną sobie część.
Poczucie, że Niemcy zasługiwały na zwycięstwo, było oczywiście powszechne, i to nie tylko wśród militarystów czy ekstremistów. Największy z niemieckich pisarzy, późniejszy przeciwnik Hitlera, Tomasz Mann, mówił o niemieckim „prawie do dominacji oraz do współuczestniczenia w zarządzaniu światem”. Edyta Stein – błyskotliwa filozofka niemiecka, która stworzyła teorię empatii – pisała: „Wykluczone, byśmy teraz ulegli”. Po dojściu do władzy naziści odnaleźli ją w klasztorze i zamordowali jako Żydówkę [15].
Dla Hitlera zakończenie I wojny światowej było dowodem na ruinę, do jakiej doprowadzono Ziemię. Jego interpretacja wyniku konfliktu wychodziła poza zakres zwykłego niemieckiego nacjonalizmu, a reakcja na porażkę tylko powierzchownie przypominała powszechną urazę spowodowaną utratą terytoriów. Z punktu widzenia Hitlera klęska Niemiec wskazywała na to, że wypaczona została struktura świata, i stanowiła bezapelacyjny dowód, że nad naturą panują Żydzi. Utrzymywał on, że gdyby na początku wojny uśmiercić gazem kilka tysięcy niemieckich Żydów, Niemcy odniosłyby zwycięstwo. Uważał, że typową dla Żydów techniką jest morzenie ofiar głodem, a brytyjską blokadę morską Niemiec podczas I wojny światowej (oraz zaraz po niej) uznawał za przykład zastosowania tej metody. Był to objaw długotrwałego stanu i dowód na to, że dalsze cierpienia są nieuniknione. Dopóki to Żydzi głodzili Niemców, nie zaś oni sami uciskali innych według swego uznania, świat nie mógł odzyskać równowagi [16].
Analizując klęskę 1918 roku, Hitler wyciągnął wnioski na temat wszelkich przyszłych konfliktów. Bez żydowskiego zaangażowania Niemcy zwyciężaliby w każdym przypadku, ponieważ jednak Żydzi opanowali cały świat, a ich idee przeniknęły nawet do germańskich umysłów, walka o niemiecką dominację musiała przyjąć dwojaką formę. Zwykły podbój nie mógł wystarczyć, choćby przynosił wielkie triumfy. Oprócz wspomnianego zagłodzenia ras niższych i zagarnięcia ich ziem, Niemcy musieli równocześnie pokonać samych Żydów, których globalna potęga i podstępny uniwersalizm z góry przesądzały o niepowodzeniu każdej wymierzonej w nich kampanii rasowej. Niemcom przysługiwały prawa zarówno silnych przeciwko słabym, jak i słabych przeciwko silnym. Jako „silni” mieli obowiązek uzyskać przewagę nad napotkanymi gorszymi rasami, a jako „słabi” musieli wyzwolić świat spod dominacji żydowskiej. W ten sposób Hitler połączył ze sobą dwie wielkie siły napędzające politykę światową epoki: kolonializm i antykolonializm.
Zarówno walka o ziemię, jak i ta przeciw Żydom, w jego pojęciu miała przyjąć formę drastyczną, połączoną z eksterminacją – a mimo to każdy z konfliktów miał być inny. Zmagania z rasami niższymi o terytorium były kwestią kontroli sprawowanej nad częścią świata, natomiast wojna z Żydami przybierała charakter ekologiczny, gdyż jej celem było nie zniszczenie konkretnego wroga bądź przejęcie skrawka terenu, ale zmiana samych warunków życia na Ziemi. Żydzi byli „duchową zarazą gorszą od czarnej śmierci”. Jako że walczyli przy użyciu abstrakcyjnych idei, ich potęga była wszechobecna i każdy mógł stać się ich świadomym lub nieświadomym sprzymierzeńcem. Aby zaradzić takiej pladze, należało wyplenić ją u źródeł. „Choć natura uczyniła Żyda materialną przyczyną schyłku i upadku narodów – pisał Hitler – dała też temu narodowi zdolność zdrowej reakcji”. Eliminacja musiała być zupełna: gdyby w Europie pozostała choć jedna żydowska rodzina, mogłaby na powrót skazić cały kontynent [17]. Upadek człowieka można było odwrócić, uzdrawiając planetę. Według Hitlera: „Naród bez Żydów – to naród przywrócony naturalnemu porządkowi” [18].
Poglądy Hitlera na życie ludzkie i porządek rzeczy miały charakter wszechogarniający, prowadzący do błędnego koła. Na każde pytanie o zjawiska polityczne padała odpowiedź taka, jak gdyby dotyczyło ono praw natury, a odpowiedzią na wszelkie pytania o naturę było odwołanie się do polityki.
Krąg ten nakreślił sam Hitler. Jeżeli polityka i natura nie były źródłami wiedzy i spójnymi światopoglądami, lecz tylko pozbawionymi treści stereotypami, które istnieją wyłącznie w odniesieniu do siebie wzajemnie, wówczas władza absolutna spoczywała w rękach tego, kto sprawował kontrolę nad archetypami. Rozum zastąpiły odniesienia, a argumentację – zaklęcia. „Walkę” – jak wskazywał tytuł książki Hitlera – toczył on sam. Totalistyczna wizja życia jako wiecznego konfliktu dawała jej autorowi prawo do interpretacji wszystkich zdarzeń.
Zrównanie natury i polityki skutkowało zanegowaniem nie tylko myśli politycznej, ale także naukowej. Dla Hitlera nauka zakończyła się z chwilą objawienia prawa walki rasowej. Miała być ona dopełnieniem ewangelii rozlewu krwi, a nie zbiorem procesów polegających na stawianiu hipotez i przeprowadzaniu doświadczeń. Dostarczała słownictwa opisującego zoologiczny konflikt, nie stanowiąc jednak źródła pojęć i procedur, które umożliwiłyby jego dogłębne zrozumienie. Dawała odpowiedzi, ale nie niosła za sobą dalszych pytań. Powinnością człowieka było przyjęcie nowej wiary, a nie świadome narzucanie naturze zwodniczych, żydowskich idei.
Światopogląd Hitlera opierał się na jednym wszechogarniającym dogmacie o charakterze błędnego koła, więc zagrożenie dla niego stanowił każdy, choćby najzwyklejszy przejaw pluralizmu. Przykładem może być sytuacja, w której ludzie potrafiliby przekształcać otoczenie w sposób wpływający z kolei na społeczeństwo. Jeżeli nauka mogła zmieniać ekosystem, warunkując tym samym zachowanie ludzi, wszystkie jego twierdzenia stałyby się bezpodstawne. Zamknięty krąg, w którym społeczeństwo było naturą, gdyż natura była społeczeństwem, a ludzie byli zwierzętami, ponieważ zwierzęta były ludźmi, uległby rozerwaniu [19].
Hitler uznawał, że naukowcom oraz specjalistom przydzielono pewne funkcje w obrębie wspólnoty rasowej: produkcję broni, doskonalenie komunikacji i krzewienie powszechnej higieny. Lepsze rasy powinny mieć potężniejsze działa, sprawniejsze radiostacje i być zdrowsze, bo to ułatwi im uzyskanie przewagi nad słabszymi. Uznawał to za należytą odpowiedź na wezwanie do walki, które wydała natura, nie zaś za pogwałcenie jej praw. Osiągnięcia techniczne były dowodem wyższości ściśle rasowej, a nie postępu ogólnej wiedzy naukowej. „Wszystko, co podziwiamy dziś na Ziemi – pisał Hitler – cała nauka i sztuka, technologia oraz wynalazki, nie jest niczym więcej, niż wytworem kilku narodów, a pierwotnie być może jednej rasy”. Żadna rasa, jakkolwiek zaawansowana, nie mogła jednak zmienić za pomocą swoich innowacji podstawowych zasad natury. Ta zaś miała tylko dwa wcielenia: raj, gdzie rasy wyższe eksterminowały niższe, oraz upadły świat, gdzie dysponujący nadprzyrodzoną mocą Żydzi ograbiali rasy wyższe z tego, co im przynależało, oraz morzyli je głodem, kiedy tylko mogli [20].
Hitler rozumiał zagrożenie, jakie dla jego konstrukcji logicznej stwarzała agronomia. Jeśli ludzie mogliby – dzięki okiełznaniu natury – produkować coraz więcej żywności, nie potrzebując do tego dodatkowej ziemi, cały światopogląd runąłby u podstaw. Dlatego też dezawuował on znaczenie ówczesnych osiągnięć naukowych, które później zyskały miano „zielonej rewolucji”: hybrydyzacji zbóż, dystrybucji nawozów sztucznych i pestycydów czy coraz powszechniejszego nawadniania. Twierdził, że nawet „w najlepszym wypadku” głód i tak przeważy nad uzyskanym wzrostem plonów. Według niego wszelkie postępy nauki miały swoje „granice”, a „naukowe metody uprawy” zostały już wypróbowane i zawiodły. Nie sposób było obecnie czy w przyszłości wyobrazić sobie udoskonaleń, które pozwoliłyby Niemcom wyżywić się „z własnej ziemi i terytorium”. Nadwyżki żywności można było zabezpieczyć, jedynie podbijając żyzne, sąsiednie tereny, nie zaś stosując zdobycze nauki, które uczyniłyby niemiecką glebę bardziej urodzajną. Żydzi celowo głosili odmienne przekonanie, aby stłumić apetyt na podbój i przygotować grunt pod zagładę narodu niemieckiego. „Żyd zawsze – pisał w tym kontekście Hitler – z powodzeniem stara się zaszczepić takie śmiercionośne myślenie” [21].
Hitler musiał bronić swojego systemu przed odkryciami, które zagrażały mu równie mocno, jak ludzka solidarność. Gatunku nie mogła zbawić nauka, gdyż wszystkie jej idee miały ostatecznie charakter rasowy i były zaledwie oddźwiękami nadrzędnej koncepcji wiecznego konfliktu. Założenie przeciwne, mówiące o tym, że ludzka pomysłowość może faktycznie odzwierciedlać naturę lub ją zmieniać, było „żydowskim kłamstwem” i „szwindlem”. Hitler utrzymywał, że „człowiek nigdy nie podbił natury w żadnym aspekcie”. Uniwersalną naukę, tak jak uniwersalną politykę, trzeba było postrzegać nie jako obietnicę dla gatunku ludzkiego, ale jako żydowskie zagrożenie [22].
Zdaniem Hitlera, problemem świata było to, że Żydzi dokonali fałszywego rozdziału nauki od polityki, składając ludzkości złudne obietnice dotyczące postępu. Proponowane przez niego rozwiązanie polegało na postawieniu Żydów naprzeciw brutalnej rzeczywistości, w której natura oraz społeczeństwo są jednym. Zatem należało ich oddzielić od innych i zmusić do zamieszkania na odludnym, niegościnnym terenie. Siła Żydów wynikała z mocy przyciągania ich nadnaturalnych idei, natomiast ich słabością była nieumiejętność stawienia czoła okrutnej rzeczywistości. Przesiedleni w odległe miejsce nie mogliby wykorzystać swoich nieziemskich koncepcji do manipulowania ludźmi i w końcu ulegliby prawu dżungli. Pierwsza obsesja Hitlera to odnalezienie miejsca, gdzie występowałyby skrajne warunki naturalne – „stan anarchii na wyspie”. Później jego myśli zwróciły się ku pustkowiom Syberii; w które z tych miejsc zostaliby wysłani Żydzi, było „obojętne” [23].
W sierpniu 1941 roku, mniej więcej w miesiąc po tym, jak Hitler wypowiedział te słowa, jego podwładni zaczęli urządzać pierwsze masakry, rozstrzeliwując w każdej z nich dziesiątki tysięcy Żydów. Działo się to w miejscu, gdzie sami zaprowadzili anarchię – w sercu Europy, nad dołami wykopanymi w ukraińskim czarnoziemie.
przeł. Bartłomiej Pietrzyk
Przypisy
[1] Przestrzeń: Second Book, s. 8. „Innere abgeschlossenheit” i pragnienie natury, aby rasy żyły oddzielnie: Mein Kampf, s. 281–282. Zob. J. Chapoutot, Le nazisme et l’Antiquité, s. 428; J. Chapoutot, Les Nazis et la 'Nature', s. 31. Amerykański konsul generalny Raymond Geist słusznie mówił o antysemickiej „kosmologii”: E. Husson,Heydrich et la solution finale, s. 121. W niniejszej książce przechodzę od wizji żydowskiego zagrożenia dla planety do koncepcji bezpaństwowości mającej mu zaradzić, omawiając przy tym nowe nurty polityczne łączące antysemityzm z antypolityką. Sémelin (Purifier et détruire, s. 135) ma rację, twierdząc, że historia masowych mordów musi mieć charakter międzynarodowy. W szczególnym przypadku Holokaustu ważne wydaje się jednak w pierwszej kolejności ustalenie, jak jego autor pojmował planetę, gdyż wizja stosunków międzynarodowych Hitlera była pochodną jego poglądów na ekologię. Idee pozostawały – jak się zdaje – zasadniczo niezmienne; jak stwierdza Kershaw: „Hitler zachował to, co stanowiło o jego niezwykłym uporze – dogmatyczną nieelastyczność”. Führer, s. 377. Burrin wspomina podobnie o „la consistence et la continuité étonnantes que manifesta cette vision du monde”. Hitler et les Juifs, s. 19.
[2] Dla myślicieli angielskich i francuskich, takich jak Hobbes czy Rousseau, wyimaginowany stan natury był chwytem literackim, który pozwalał rozważyć ludzkie wybory dotyczące władzy. W ramach ćwiczenia intelektualnego mamy sobie wyobrazić, jak musiało wyglądać życie, zanim ludzie wspólnie ustanowili pewne zasady, a następnie powinniśmy przemyśleć to, jakich struktur naprawdę pragniemy. Pojmowanie natury przez Hitlera ma również niewiele wspólnego z niemieckimi tradycjami myśli filozoficznej. Zdaniem Kanta pełna wiedza o zewnętrznym świecie natury jest nieosiągalna, a mądrość polega na dążeniu do niej z pełną świadomością naszych ograniczeń. Zdaniem Hegla stan natury był barbarzyńskim etapem prehistorii, po którym nastąpiły nieustannie doskonalone przez człowieka instytucje. Według Marksa natura jest tym, co nas otacza i stawia nam opór. Znamy ją (i siebie) na tyle, na ile działamy, by ją zmieniać. Na temat Schmitta, zob. Y.Ch. Zarka, Un détail nazi dans la pensée de Carl Schmitt, s. 7 i 36. Zob. też F. Neumann,Behemoth, s. 467.
[3] Cytat: Mein Kampf, s. 140. Karol Darwin napisał pewnego razu, że imperium wytępi „dzikie ludy”. Ch. Darwin, O pochodzeniu człowieka, s. 194. Z kontekstu tej uwagi wynika, że nie chodziło mu wcale o zagadnienia natury politycznej. Darwin – twórca fundamentalnej teorii ewolucji przez dobór naturalny – nie sądził, aby rasy były podobne gatunkom; wręcz przeciwnie, twierdził, że wszyscy ludzie należą do jednego gatunku zdolnego posługiwać się rozumem, a tym samym dokonywać doboru jednostek, które przeżyją, na podstawie innej niż biologiczna. Zob. P. Tort,L’Effet Darwin, s. 75–80. Dokonuję rozróżnienia między Marksem a Engelsem, jego przyjacielem i popularyzatorem, który skodyfikował „naukową” wersję marksizmu. Na temat długiego starcia drugiej generacji darwinistów z drugą generacją marksistów, zob. L. Kołakowski, Główne nurty marksizmu, t. 2: Rozwój.
[4] „Feige Völker”: Mein Kampf, s. 103. Zob. C. Koonz, The Nazi Conscience, s. 59. Por. Z. Sternhell, Les anti-Lumières, s. 666–667.
[5] Chleb powszedni: Mein Kampf, s. 281; Second Book, s. 15 i 74. Zob. też R. Hilberg, Zagłada Żydów europejskich, t. 1, s. 168. Bogactwa naturalne i przykazanie:Adolf Hitler – Rozmowy przy stole 1941–1944, s. 76 i 149. Prezentacja tych poglądów służy między innymi uniknięciu błędu wskazanego przez Arendt: „niechęci do poważnego potraktowania tego, co głosili sami naziści”. Korzenie totalitaryzmu, s. 41. Zob. też U. Jureit, Das Ordnen von Räumen, s. 279.
[6] Por. L. White, The Historical Roots of Our Ecological Crisis.
[7] Zob. D. Engel, The Holocaust, s. 15.
[8] Zob. B. Valentino, Final Solutions, s. 168; E. Jäckel, Hitler in History, s. 47. Por. N. Sarraute, L’Ère du soupçon, s. 77 i H. Arendt, Korzenie totalitaryzmu, s. 282: „Nienawiść rasistów do Żydów wynikała z przesądnej obawy, że być może właśnie Żydzi, a nie oni, są wybrani przez Boga jako ci, którym się powiedzie”. Na temat światopoglądu jako wiary, zob. C.E. Bärsch, Die politische Religion des Nationalsozialismus, s. 276–277.
[9] Mein Kampf, s. 73. To powołanie się na wolę boską – ostatnie zdanie rozdziału 2.Mein Kampf – zostało zacytowane przez Carla Schmitta w przemowie otwierającej konferencję na temat walki niemieckiej jurysprudencji z żydowskim duchem:Eröffnung, s. 14. Zob. koncepcja „antysemityzmu zbawczego” w: S. Friedländer,Czas eksterminacji.
[10] „Unnatur”: Mein Kampf, s. 69. Zob. też Mein Kampf, s. 287; Sämtliche Aufzeichnungen, s. 462–463; J. Chapoutot, La loi de sang, s. 391; L. Poliakov, Sur les traces du crime, s. 212 i 217; Z. Bauman, Nowoczesność i zagłada, s. 106; H. Arendt, Korzenie totalitaryzmu, s. 242–243.
[11] Na temat Himmlera, zob. T. Kühne, Belonging and Genocide, s. 60; J. Chapoutot, Le loi de sang, s. 405. Por. G. Steiner, W zamku Sinobrodego, s. 55.
[12] Cytaty z Hansa Franka: Ansprache, s. 8; Einleitung zum „Nationalsozialistischen
Handbuch für Recht und Gesetzgebung”, s. 141. C. Schmitt – zob. Neue Leitsätze für die Rechtspraxis, s. 516. Por. H. Arendt, Essays in Understanding, s. 290 i 295.
[13] Syn: Adolf Hitler – Rozmowy przy stole 1941–1944, s. 40. Twierdzenie Hitlera, że „żydowskie” idee są wszystkie takie same: Mein Kampf, s. 66 i passim. Na temat Jezusa: C.E. Bärsch, Die politische Religion des Nationalsozialismus, s. 286–287; na temat św. Pawła: J. Chapoutot, L’historicité nazie, s. 50. Zob. też J. Thies,Architekt der Weltherrschaft, s. 29.
[14] Brak historii: Mein Kampf, s. 291. Zawsze niweczy: Adolf Hitler – Rozmowy przy stole 1941–1944, s. 287, podobnie na s. 251; zob. też Sämtliche Aufzeichnungen, s. 907; J. Thies, Architekt der Weltherrschaft, s. 42. Brak przyszłości: Second Book, s. 10. Prawdą jest, że Hitler nazywa w Mein Kampfhistorię swoim ulubionym przedmiotem, lecz tak naprawdę ma na myśli swoją mglistą intuicję dotyczącą sił stojących za wydarzeniami.
[15] Mann cytowany za: L. Poliakov, Historia antysemityzmu, s. 306. E. Stein,Autoportret z listów III: Listy do Romana Ingardena, s. 58. Zob. B. Zehnpfennig,Hitlers Mein Kampf, s. 128; P. Burrin, Hitler et les Juifs, s. 23.
[16] Gazowanie: E. Husson, Heydrich et la solution finale, s. 41.
[17] „Geistiger Pestilenz”: Mein Kampf, s. 66. Zdrowa reakcja: cytat za Y. Govrin,
The Jewish Factor in the Relations between Nazi Germany and the Soviet Union 1933–1941, s. 7. Cały kontynent: A. Hillgruber (red.), Staatsmänner und Diplomaten bei Hitler, s. 557.
[18] Adolf Hitler – Rozmowy przy stole 1941–1944, s. 287. Por. S. Friedländer,
Some Reflections on the Historicization of National Socialism, s. 100.
[19] Podobnie wygląda interpretacja B. Zehnpfenniga: Hitlers Mein Kampf, s. 116. Zob. też F. Neumann, Behemoth, s. 140.
[20] Zob. H. Jonas, Zasada odpowiedzialności, s. 68.
[21] Najlepszy wypadek, granice, metody naukowe, własna ziemia: Second Book, s. 16, 21, 74 i 103. „Gefährliche Gedankengängen”: Mein Kampf, s. 141.
[22] Mein Kampf, s. 282–283.
[23] Stan anarchii: E. Husson, Heydrich et la solution finale, s. 256. „Wohin man die Juden schicke, nach Sibirien oder Madagaskar, sei gleichgültig”, 21 lipca 1941 r., A. Hillgruber (red.), Staatsmänner und Diplomaten bei Hitler, s. 557.
"Mein Kampf", które w latach 1933-45 postawił każdy Niemiec na półce, a u nas jest wciąż na zakazanym indeksie wydawniczym, nie budzi już specjalnych emocji. Warto jednak zapoznać się z przedstawieniem poglądów Hitlera w omówieniu Snydera:
http://www.krytykapolityczna.pl/artykuly/historia/20150922/snyder-czarna-ziemia
Hitler poruszał się w świecie, w którym (według niego) należało wyselekcjonowanych ludzi zabić, ale w naszych (wspaniałych) czasach wystarczy nie dopuścić do ich przyjścia na świat!
W modnej szóstej dzielnicy Wiednia historię Holokaustu zapisano na bruku. Przed budynkami, gdzie dawniej mieszkali i pracowali Żydzi – w tych samych chodnikach, które niegdyś musieli szorować gołymi rękami – osadzono kwadratowe mosiężne tabliczki z nazwiskami, datami deportacji oraz miejscami śmierci. W umyśle dorosłego słowa i liczby łączą teraźniejszość z przeszłością. Dziecko widzi to inaczej, gdyż dla niego wszystko zaczyna się od rzeczy.
Mały chłopiec z szóstej dzielnicy dzień po dniu obserwuje, jak ekipa robotników posuwa się budynek po budynku po przeciwległej stronie jego ulicy. Patrzy na zrywanie chodnika, jak gdyby mieli naprawiać rurę lub kłaść kable. Pewnego ranka, czekając na autobus do przedszkola, widzi jak mężczyźni – teraz dokładnie naprzeciwko – rozkładają i walcują dymiący czarny asfalt. Pamiątkowe tabliczki w ich dłoniach są dla niego tajemniczymi przedmiotami, w których odbija się anemiczne słońce.
– Was machen sie da, Papa? (Co oni tam robią, tato?).
Ojciec chłopca milczy. Spogląda na ulicę, czy nie nadjeżdża już autobus. Chwilę się waha, po czym zaczyna mówić:
– Sie bauen… (Budują…).
Przerywa. Nie wie, co powiedzieć. Wtedy nadjeżdża autobus i zasłania widok, otwierając ze świstem automatyczne drzwi – wstęp do zwykłego dnia.
Siedemdziesiąt pięć lat wcześniej, w marcu 1938 roku, na ulicach całego Wiednia Żydzi ścierali z bruku słowo „Österreich” (Austria), usuwając ślady istnienia kraju, który unicestwiał właśnie Hitler wraz ze swymi wojskami. Dziś nazwiska tych Żydów na płytach stanowią wyrzut dla przywróconej do istnienia Austrii, która – podobnie jak Europa – pozostaje niepewna swej przeszłości. Dlaczego, w chwili gdy Austria znikała z mapy, prześladowano wiedeńskich Żydów? Dlaczego następnie wysłano ich na śmierć na odległą o tysiąc kilometrów Białoruś, kiedy w Austrii nie ukrywano wobec nich nienawiści? Jak dzieje narodu od wieków obecnego w mieście (oraz w kraju, na kontynencie) mogły tak nagle i gwałtownie się zakończyć? Dlaczego obcy zabijają obcych? I dlaczego sąsiedzi zabijają sąsiadów?
W Wiedniu, tak jak generalnie w innych metropoliach Europy Środkowej i Zachodniej, Żydzi byli ważnym elementem miejskiego życia. W Europie Wschodniej – na ziemiach położonych na północ, południe oraz wschód od Wiednia – mieszkali oni nieprzerwanie, w licznych społecznościach miejskich i wiejskich od przeszło pięciu wieków, po czym ponad pięć milionów Żydów wymordowano przez niecałe pięć lat.
Intuicja wiedzie nas na manowce. Słusznie kojarzymy Holokaust z ideologią nazistowską, zapominając jednak, że wielu zabójców nie było nazistami ani nawet Niemcami. Najpierw myślimy o niemieckich Żydach, choć niemal wszyscy przedstawiciele tego narodu, którzy zginęli w Holokauście, żyli poza Rzeszą. Wskazujemy na obozy koncentracyjne, mimo że niewielu zamordowanych Żydów kiedykolwiek przekroczyło ich bramy. Oskarżamy państwo, lecz mord stał się możliwy dopiero wtedy, gdy zniszczono jego instytucje. Stawiamy zarzuty nauce, przyjmując w ten sposób istotny element światopoglądu Hitlera. Wreszcie obwiniamy narody, uciekając się do uproszczeń wykorzystywanych przez samych nazistów.
Pamiętamy o ofiarach, ale zdarza nam się mylić dawanie świadectwa ze zrozumieniem. Pomnik w szóstej dzielnicy Wiednia nazwano „Erinnern für die Zukunft” – „Pamiętając dla przyszłości”. Czy uzasadniona jest pewność, że po Holokauście czeka nas jakakolwiek godna uwagi przyszłość? Dzielimy świat zarówno z upamiętnionymi ofiarami, jak i z zapomnianymi sprawcami. Świat ten zmienia się teraz, u wielu ponownie wzbudzając obawy, które były powszechne w czasach Hitlera i którym on udzielił głosu.
Historia Holokaustu nie dobiegła końca. Stanowi on wieczny precedens, z którego do tej pory nie wyciągnęliśmy należytych wniosków.
Hitler poruszał się w świecie, w którym (według niego) należało wyselekcjonowanych ludzi zabić, ale w naszych (wspaniałych) czasach wystarczy nie dopuścić do ich przyjścia na świat!
W modnej szóstej dzielnicy Wiednia historię Holokaustu zapisano na bruku. Przed budynkami, gdzie dawniej mieszkali i pracowali Żydzi – w tych samych chodnikach, które niegdyś musieli szorować gołymi rękami – osadzono kwadratowe mosiężne tabliczki z nazwiskami, datami deportacji oraz miejscami śmierci. W umyśle dorosłego słowa i liczby łączą teraźniejszość z przeszłością. Dziecko widzi to inaczej, gdyż dla niego wszystko zaczyna się od rzeczy.
Mały chłopiec z szóstej dzielnicy dzień po dniu obserwuje, jak ekipa robotników posuwa się budynek po budynku po przeciwległej stronie jego ulicy. Patrzy na zrywanie chodnika, jak gdyby mieli naprawiać rurę lub kłaść kable. Pewnego ranka, czekając na autobus do przedszkola, widzi jak mężczyźni – teraz dokładnie naprzeciwko – rozkładają i walcują dymiący czarny asfalt. Pamiątkowe tabliczki w ich dłoniach są dla niego tajemniczymi przedmiotami, w których odbija się anemiczne słońce.
– Was machen sie da, Papa? (Co oni tam robią, tato?).
Ojciec chłopca milczy. Spogląda na ulicę, czy nie nadjeżdża już autobus. Chwilę się waha, po czym zaczyna mówić:
– Sie bauen… (Budują…).
Przerywa. Nie wie, co powiedzieć. Wtedy nadjeżdża autobus i zasłania widok, otwierając ze świstem automatyczne drzwi – wstęp do zwykłego dnia.
Siedemdziesiąt pięć lat wcześniej, w marcu 1938 roku, na ulicach całego Wiednia Żydzi ścierali z bruku słowo „Österreich” (Austria), usuwając ślady istnienia kraju, który unicestwiał właśnie Hitler wraz ze swymi wojskami. Dziś nazwiska tych Żydów na płytach stanowią wyrzut dla przywróconej do istnienia Austrii, która – podobnie jak Europa – pozostaje niepewna swej przeszłości. Dlaczego, w chwili gdy Austria znikała z mapy, prześladowano wiedeńskich Żydów? Dlaczego następnie wysłano ich na śmierć na odległą o tysiąc kilometrów Białoruś, kiedy w Austrii nie ukrywano wobec nich nienawiści? Jak dzieje narodu od wieków obecnego w mieście (oraz w kraju, na kontynencie) mogły tak nagle i gwałtownie się zakończyć? Dlaczego obcy zabijają obcych? I dlaczego sąsiedzi zabijają sąsiadów?
W Wiedniu, tak jak generalnie w innych metropoliach Europy Środkowej i Zachodniej, Żydzi byli ważnym elementem miejskiego życia. W Europie Wschodniej – na ziemiach położonych na północ, południe oraz wschód od Wiednia – mieszkali oni nieprzerwanie, w licznych społecznościach miejskich i wiejskich od przeszło pięciu wieków, po czym ponad pięć milionów Żydów wymordowano przez niecałe pięć lat.
Intuicja wiedzie nas na manowce. Słusznie kojarzymy Holokaust z ideologią nazistowską, zapominając jednak, że wielu zabójców nie było nazistami ani nawet Niemcami. Najpierw myślimy o niemieckich Żydach, choć niemal wszyscy przedstawiciele tego narodu, którzy zginęli w Holokauście, żyli poza Rzeszą. Wskazujemy na obozy koncentracyjne, mimo że niewielu zamordowanych Żydów kiedykolwiek przekroczyło ich bramy. Oskarżamy państwo, lecz mord stał się możliwy dopiero wtedy, gdy zniszczono jego instytucje. Stawiamy zarzuty nauce, przyjmując w ten sposób istotny element światopoglądu Hitlera. Wreszcie obwiniamy narody, uciekając się do uproszczeń wykorzystywanych przez samych nazistów.
Pamiętamy o ofiarach, ale zdarza nam się mylić dawanie świadectwa ze zrozumieniem. Pomnik w szóstej dzielnicy Wiednia nazwano „Erinnern für die Zukunft” – „Pamiętając dla przyszłości”. Czy uzasadniona jest pewność, że po Holokauście czeka nas jakakolwiek godna uwagi przyszłość? Dzielimy świat zarówno z upamiętnionymi ofiarami, jak i z zapomnianymi sprawcami. Świat ten zmienia się teraz, u wielu ponownie wzbudzając obawy, które były powszechne w czasach Hitlera i którym on udzielił głosu.
Historia Holokaustu nie dobiegła końca. Stanowi on wieczny precedens, z którego do tej pory nie wyciągnęliśmy należytych wniosków.
Każdy wartościowy opis masowego mordu na Żydach w Europie powinien uwzględniać zagadnienia planetarne, gdyż zamysł Hitlera był na swój sposób „ekologiczny” – traktował on Żydów jako skazę na naturze. Historia taka musi mieć charakter kolonialny, ponieważ Hitler pragnął wojen eksterminacyjnych na sąsiednich ziemiach, które zamieszkiwali Żydzi. Winna też być międzynarodowa, gdyż Niemcy i inni mordowali Żydów nie w Rzeszy, lecz poza jej granicami. Należy zachować układ chronologiczny, jako że dojście Hitlera do władzy w Niemczech, stanowiące tylko część opowieści, doprowadziło w efekcie do podboju Austrii, Czechosłowacji i Polski – wydarzeń zmieniających formułę „ostatecznego rozwiązania”. Musi być w pewnym sensie historią polityczną, gdyż zniszczenie przez Niemców sąsiednich państw stworzyło dogodne możliwości, aby na pewnych obszarach (zwłaszcza w okupowanym Związku Radzieckim) mogły powstać i rozwinąć się techniki zagłady. Powinna wreszcie mieścić w sobie wiele perspektyw, wychodząc poza punkt widzenia samych nazistów i czerpiąc ze źródeł, których autorami są przedstawiciele wszystkich grup społecznych – Żydów i nie-Żydów – zamieszkujących całą strefę mordu. Chodzi nie tylko o sprawiedliwość, lecz także o zrozumienie. Ponadto takie rozliczenie musi uwzględniać pierwiastek ludzki: odnotowując obok zbrodni próby przetrwania; opisując Żydów usiłujących przeżyć, jak też nielicznych nie-Żydów, którzy chcieli im pomóc; akceptując przy tym nieodłączną i nieredukowalną złożoność poszczególnych jednostek oraz kontaktów między nimi.
Historia Holokaustu musi mieć charakter współczesny, pozwalając nam zrozumieć, co z epoki Hitlera pozostało w naszych umysłach i w życiu. Światopogląd Hitlera – sam w sobie – nie skutkował Holokaustem, lecz jego ukryta, wewnętrzna spójność wytworzyła nowy rodzaj destrukcyjnej polityki oraz przyniosła nam wiedzę o ludzkich zdolnościach do masowego mordu. Połączenie ideologii i okoliczności obecnych w 1941 roku nie powróci już w tej samej formie, ale wciąż może pojawić się coś podobnego. Zatem częścią wysiłku koniecznego do zrozumienia przeszłości jest dążenie do zrozumienia nas samych. Holokaust stanowi nie tylko historię, ale i ostrzeżenie.
Świat Hitlera
Hitler sądził, że jedyną wiedzą daną nam o przyszłości są ograniczenia naszej planety: „powierzchnia precyzyjnie wymierzonej przestrzeni”. Ekologia sprowadzała się więc do zagadnienia niedoboru, a egzystencja oznaczała walkę o ziemię. W niezmiennej strukturze natury zwierzęta dzieliły się na gatunki, które zostały skazane na „wewnętrzne osamotnienie” oraz niekończącą się bezwzględną walkę. Hitler był przekonany, że rasy ludzkie podobne są do gatunków zwierząt. W procesie ewolucji te najwyższe nieustannie oddalały się od niższych, co oznaczało, że ich krzyżowanie się co prawda jest możliwe, lecz stanowi grzech, gdyż ludzie powinni zachowywać się zgodnie z prawami natury – łącząc się w pary z podobnymi sobie i starając się zabijać innych. Było to dla Hitlera prawem walki rasowej, równie pewnym jak prawo powszechnego ciążenia. Zmagania te miały się nigdy nie zakończyć, a ich wynik nie był pewny. Rasa mogła odnosić triumfy i rozkwitać, ale także zostać zamorzona głodem i zniknąć z powierzchni Ziemi [1].
W świecie Hitlera rządziło prawo dżungli – ludzie mieli obowiązek stłumić miłosierdzie i jak najbardziej rozwinąć swoje drapieżcze instynkty. W ten sposób zerwał on z tradycjami myśli politycznej, zgodnie z którymi człowieka od zwierząt odróżniała zdolność do wyobrażania sobie i znajdowania nowych sposobów łączenia się w grupy. Wychodząc z tego założenia, myśliciele polityczni próbowali opisać nie tylko możliwe, lecz także najsprawiedliwsze formy stosunków społecznych. Dla Hitlera wszak jedyną, brutalną i przytłaczającą prawdę objawiała natura sama w sobie, a historyczne próby snucia odmiennych refleksji były ułudą. Czołowy nazistowski teoretyk prawa – Carl Schmitt – wyjaśniał, że polityka wyrosła nie z historii bądź pojęć, ale z naszego poczucia wrogości. Wrogów rasowych wybrała natura, a zadaniem człowieka jest walczyć, zabijać i ginąć [2].
„Natura – pisał Hitler – nie zna granic politycznych. Umieszcza na naszej planecie formy życia, a następnie daje im swobodę toczenia walki o władzę”. Polityka była więc naturą, a natura – walką, a to nie pozostawiało miejsca na myśl polityczną. Była to skrajna interpretacja powszechnego w XIX wieku poglądu, że działania ludzi można odbierać jako przejaw biologii. W latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych tego stulecia poważni myśliciele oraz popularyzatorzy wiedzy, znajdujący się pod wpływem teorii doboru naturalnego Karola Darwina, utrzymywali, że przełom dokonany przez niego w zoologii udzielił odpowiedzi na nurtujące starożytnych pytania z dziedziny filozofi i polityki. W latach młodości Hitlera swoje piętno na wszystkich najważniejszych kierunkach politycznych odcisnęło rozumienie darwinizmu, zgodnie z którym konkurencję należało uznawać za dobro społeczne. Dla brytyjskiego obrońcy kapitalizmu, Herberta Spencera, rynek stanowił rodzaj ekosystemu, w którym przeżywali najsilniejsi i najlepsi. Korzyści płynące z niczym nieskrępowanej konkurencji usprawiedliwiały przy tym widoczne na pierwszy rzut oka deficyty takiego stanu rzeczy. Przeciwnicy kapitalizmu – na przykład socjaliści z II Międzynarodówki – również odwoływali się do analogii biologicznych. Uznawali oni walkę klas za zjawisko „naukowe”, a człowieka za jeden spośród wielu gatunków zwierząt, a nie szczególnie twórczą istotę o specyficznie ludzkich cechach. Czołowy teoretyk marksistowski tej epoki, Karl Kautsky, w istocie konsekwentnie utrzymywał, że ludzie są zwierzętami [3].
Dawnych liberałów i socjalistów ograniczało jednak – niezależnie od tego, czy zdawali sobie z tego sprawę, czy też nie – przywiązanie do tradycji i instytucji; wyrastające z doświadczenia społecznego nawyki myślowe utrudniały im wyciągnięcie najbardziej radykalnych wniosków. Wyznawana przez nich etyka skutkowała uznaniem dóbr, takich jak wzrost gospodarczy czy sprawiedliwość społeczna. Pogląd, że efektem naturalnej konkurencji będą te zjawiska, był dla nich atrakcyjny bądź wygodny. Hitler zatytułował swoją książkę Mein Kampf (Moja walka). Wychodząc od tych dwóch słów, przez dwa długie tomy oraz dwie dekady życia politycznego objawiał – w sposób nieosiągalny dla innych – niezwykły narcyzm, bezlitosną konsekwencję i żywiołowy nihilizm. Ciągła walka między rasami nie była dla niego elementem życia w szerokim znaczeniu, lecz jego istotą. Stwierdzenie to nie sprowadzało się też do ustalenia teorii – w jego rozumieniu przedstawiało wszechświat taki, jakim był. Zatem konflikt stanowił esencję życia, a nie środek prowadzący do celu. Nie uzasadniały go rzekome dążenia: dobrobyt (kapitalizm) lub sprawiedliwość społeczna (socjalizm).
Hitlerowi wcale nie chodziło o to, że pożądany cel uświęcał krwawe środki. Celu nie było wcale, pozostawała tylko wrogość.
Rasa istniała realnie, natomiast jednostki czy klasy stanowiły przelotne, błędne konstrukty. Walka nie była metaforą ani analogią, ale namacalną i wszechogarniającą prawdą. Słabych czekało zdominowanie przez silnych, gdyż „świat nie jest dla tchórzliwych narodów”. To wszystko, co trzeba było wiedzieć – i w co wierzyć [4].
Mimo że w swoim światopoglądzie Hitler odrzucał tradycje religijne i świeckie, to odwoływał się do nich. Choć nie był oryginalnym myślicielem, przedstawił pewne rozwiązanie kryzysów: myśli oraz wiary. Podobnie jak wielu przed nim, starał się połączyć te dwie rzeczy w jedno. Zamysłem nie była wszakże wzniosła synteza, która ocaliłaby duszę wraz z umysłem. Kusił on raczej perspektywą zderzenia skutkującego zniszczeniem obydwu tych bytów. Walkę rasową Hitlera rzekomo uzasadniała nauka, lecz jako jej nadrzędny cel wskazywał on „chleb powszedni”. Posługując się tymi słowami, przywoływał jeden z najbardziej znanych tekstów chrześcijańskich, zarazem głęboko zmieniając jego sens. „Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj” – to prośba wyrażona w Modlitwie Pańskiej. We wszechświecie opisanym w modlitwie istnieje metafizyka, porządek wychodzący ponad ziemski i pojęcie dobra wspólne dla wszystkich sfer. Odmawiający „Ojcze nasz” proszą Boga: „I odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom. I nie wódź nas na pokuszenie, ale nas zbaw ode złego”. W hitlerowskiej „walce o bogactwa naturalne” grzechem było nie zagarnąć wszystkiego, co leżało w zasięgu możliwości, a pozwolić innym na przetrwanie oznaczało zbrodnię. Miłosierdzie naruszało porządek rzeczy, dzięki niemu bowiem słabi mogli się mnożyć. Hitler oświadczył, że ludzie muszą odrzucić więc biblijne przykazania. „Jeśli miałbym wierzyć w jakiś nakaz boski – mówił – to musiałby brzmieć tak: zachować gatunek” [5].
Hitler wykorzystywał obrazy i tropy dobrze znane chrześcijanom: Boga, modlitwę, grzech pierworodny, przykazania, proroków, naród wybrany, mesjaszy, a nawet znajomy biblijny trójpodział czasu na okresy raju, wygnania oraz odkupienia. Ludzkość żyła w moralnym brudzie, a warunkiem poprawy było oczyszczenie siebie oraz świata. Przedstawienie wizji Edenu jako bitwy między gatunkami, nie zaś harmonii stworzenia, oznaczało połączenie chrześcijańskich pragnień z pozornym realizmem biologii. Wojna wszystkich ze wszystkimi nie uderzała w tym obrazie przerażającą bezcelowością, ale stawała się jedynym celem we wszechświecie. Dary natury były przeznaczone dla ludzi, niczym w Księdze Rodzaju – ale tylko postępujących zgodnie z jej prawami i walczących po jej stronie. Tak jak w pierwszej księdze Biblii, w Mein Kampf stanowiła ona źródło zasobów, do których prawo mieli jednak nie wszyscy, a wyłącznie zwycięskie rasy. Raj nie był wcale ogrodem, lecz okopem [6].
Stosunki płciowe nie stanowiły problemu (jak we wspomnianej Księdze Rodzaju), ale rozwiązanie. Zwycięzcy powinni spółkować: zdaniem Hitlera obowiązki ludzi obejmowały – oprócz mordowania – także seks i rozmnażanie. W tym ujęciu grzech pierworodny, który doprowadził do upadku człowieka, był defektem umysłu i duszy, a nie ciała. Zdaniem Hitlera, naszą zgubą była umiejętność myślenia oraz uświadomienia sobie, że przedstawiciele innych ras również używają rozumu – a tym samym uznania ich za bliźnich. Z jego krwawego raju ludzi wygnano nie za obcowanie cielesne; przyczyną było to, że poznali dobro i zło [7].
Za upadek człowieka i oddzielenie go od natury winę ponosiła dwoista istota: ani ludzka, ani naturalna – taka jak wąż z Księgi Rodzaju. Jeśli ludzie są w rzeczywistości częścią natury, a ta – jak dowodzi nauka – sprowadza się do bezwzględnego konfliktu, zdeprawować nasz gatunek musiało coś pochodzącego z zewnątrz. Dla Hitlera tym, który przyniósł na ziemię wiedzę o dobru i złu oraz zniszczył Eden, był Żyd. To właśnie on powiedział ludziom, że górują nad innymi zwierzętami, więc potrafią samodzielnie decydować o swojej przyszłości. Wprowadził też fałszywe rozróżnienia: między polityką a naturą oraz między ludzkością a walką. Za swoje przeznaczenie Hitler uważał odkupienie „grzechu pierworodnego” żydowskiej duchowości i przywrócenie „krwawego raju”. Jako że jedyną drogą do przetrwania homo sapiens było niepohamowane eksterminowanie się ras, żydowski triumf rozumu nad popędem oznaczałby zagładę gatunku. Zdaniem Hitlera, dominująca rasa potrzebowała „światopoglądu”, który pozwoliłby jej odnieść sukces, co w ostatecznym rozrachunku oznaczało ślepą wiarę w jej bezrozumną
„misję” [8].
Sposób przedstawienia przez Hitlera zagrożenia żydowskiego zdradzał wyznawany przez niego swoisty amalgamat idei religijnych i zoologicznych. Napisał on, że jeśli Żyd zwycięży, „jego koroną będzie wieniec żałobny gatunku ludzkiego”. Z jednej strony przedstawiona przez Hitlera wizja wszechświata bez człowieka oznaczała przyjęcie naukowych ustaleń mówiących o tym, że zamieszkujemy starą planetę, na której wyewoluowała ludzkość. Po żydowskim triumfie, jak pisał, „Ziemia będzie ponownie przemierzać wszechświat zupełnie bez ludzi, jak miało to miejsce miliony lat temu”. Jednocześnie w tym samym fragmencie Mein Kampf wyraźnie wskazał, że stara Ziemia, stanowiąca kolebkę ras i arenę konfliktu, była dziełem Boga. „Dlatego też uważam, że działam zgodnie z wolą Stwórcy. Walcząc z Żydami, wykonuję pracę Pana Naszego” [9].
W wizji Hitlera gatunek dzielił się na rasy, jednak odmawiał on tego miana Żydom. Nie byli oni rasą niższą ani wyższą, lecz nie-rasą lub antyrasą. Rasy postępowały zgodnie z prawami natury, walcząc o ziemię i pożywienie, natomiast Żydzi kierowali się obcą, wynaturzoną logiką. Sprzeciwiali się oni podstawowemu imperatywowi, nie czerpiąc zadowolenia z podboju nowych siedlisk; co więcej, nakłaniali innych do podobnego postępowania. Dążyli jednak do dominacji nad całą planetą (i zamieszkującymi ją narodami), wynajdując w tym celu ogólne idee, które odwracały uwagę ras od naturalnej walki. Ziemia nie miała nam do zaoferowania nic prócz krwi i łez, a mimo to Żydzi posiadali zdumiewającą zdolność tworzenia koncepcji umożliwiających postrzeganie świata nie w kategoriach ekologicznej pułapki, lecz ludzkiego porządku. Założenia dotyczące wzajemności politycznej oraz praktyki prowadzące do tego, że ludzie rozpoznawali innych jako istoty równe sobie, pochodziły od Żydów [10].
Hitler nie twierdził – jak wielu innych – że ludzie w gruncie rzeczy są dobrzy, lecz zostali zdeprawowani przez nazbyt żydowską w swoim charakterze cywilizację. Uważał natomiast, że ludzie są zwierzętami, a wszelkie rozważania etyczne stanowią oznakę „żydowskiego zepsucia”. Z nienawiścią odnosił się do samej próby ustanowienia jakiegokolwiek uniwersalnego ideału i dążenia do niego.
Jego najważniejszy zastępca, Heinrich Himmler, nie śledził dokładnie wszystkich meandrów myśli Führera, uchwycił jednak konkluzję: etyka jako taka stanowi błąd, a jedyną moralnością jest wierność wobec rasy. Himmler utrzymywał, że udział w masowej zbrodni jest czynem dobrym, pozwala bowiem rasie panującej osiągnąć harmonię wewnętrzną oraz jedność z naturą. Trudności, jakich doświadczamy, widząc na przykład tysiące ciał pomordowanych Żydów, wiążą się z wyjściem poza ramy konwencjonalnej moralności. Chwilowy stres związany z zabójstwem jest poświęceniem wartym dokonania w imię przyszłości rasy [11].
Zdaniem Hitlera każda postawa nierasistowska była żydowska, a każda uniwersalna idea torowała drogę żydowskiej dominacji.
Zarówno kapitalizm, jak i komunizm były wynalazkami Żydów, a pozorne zmagania między nimi miały po prostu ukryć żydowskie dążenie do władzy nad światem. Każda abstrakcyjna idea państwa także pochodziła od nich. „Nie ma czegoś takiego – pisał Hitler – jak państwo będące celem samym w sobie”. Jak wyjaśniał, „najwyższym dążeniem istot ludzkich” jest nie „zachowanie jakiegoś państwa czy rządu, ale zachowanie gatunku”. Dotychczasowe granice miały zostać zniesione przez siły natury w przebiegu konfliktów na tle rasowym: „granice polityczne nie mogą odwracać naszej uwagi od granic Wiecznego Prawa”.
Z założenia, że państwa nie były imponującymi osiągnięciami myśli ludzkiej, ale tylko kruchymi barierami, które miała przełamać pierwotna siła, wynikał wniosek, że prawo ma charakter partykularny, a nie ogólny. Jako takie stanowi więc odzwierciedlenie wyższości panującej rasy, nie zaś drogę do powszechnej równości. Osobisty prawnik Hitlera i generalny gubernator okupowanej Polski w latach II wojny światowej, Hans Frank, oświadczył, że prawo zbudowano „na podstawach przetrwania narodu niemieckiego”. Tradycje legislacyjne oparte na czymkolwiek poza rasą były „bezkrwistymi abstrakcjami”. Jedynym celem prawa było skodyfikowanie intuicji wyrażanych w danym momencie przez Führera, dotyczących dobra jego rasy. Tak więc niemiecka koncepcja Rechtsstaat, czyli państwa prawnego, nie zawierała w sobie głębszej treści. Jak tłumaczył Carl Schmitt, prawo – tak jak państwo – służyło rasie, toteż istotne było wyłącznie rozumienie pojęcia rasy. Idea państwa ograniczonego zewnętrznymi normami prawnymi stanowiła fikcję stworzoną po to, by powstrzymać silnych [12].
Hitler twierdził, że przenikanie uniwersalnych idei do świadomości zbiorowej osłabia społeczności rasowe, przynosząc tym samym korzyść Żydom. Treść poszczególnych koncepcji politycznych nie miała znaczenia, gdyż wszystkie pełniły jedynie rolę pułapek na głupców. Nie było żydowskich liberałów, żydowskich nacjonalistów, żydowskich mesjaszy ani żydowskich bolszewików: „Bolszewizm jest nieślubnym synem chrześcijaństwa, a oba te nurty – wytworem Żydów”. Hitler uważał Jezusa za wroga Żydów, którego nauki zostały wypaczone przez św. Pawła, stając się tym samym kolejnym fałszywym uniwersalizmem żydowskim głoszącym miłosierdzie dla słabych. Utrzymywał on, że myśliciele od św. Pawła aż do Lwa Trockiego, to nieprzerwana linia Żydów, którzy przybierają rozmaite postaci po to, by zwodzić naiwnych. Koncepcje nie miały ani korzeni historycznych, ani związku z następstwem zdarzeń lub twórczością jednostek. Były zaledwie taktycznymi posunięciami Żydów i w tym sensie niczym się od siebie nie różniły [13].
Dla Hitlera w rzeczy samej nie istniała historia ludzkości jako taka. „Wszystkie wydarzenia w dziejach świata – twierdził – są wyłącznie wyrazem instynktu samozachowawczego ras, czy nam się to podoba, czy nie”. Ważnym aspektem przeszłości były natomiast nieustanne próby wypaczenia praw natury przez Żydów – miały trwać, dopóki będą oni zamieszkiwać ziemię. „Żydostwo – pisał Hitler – zawsze niszczy ten porządek”. Silni powinni zagłodzić słabych, ale Żydzi potrafili sprawić, by to słabi uciskali silnych. Nie była to niesprawiedliwość w zwykłym znaczeniu tego słowa, lecz pogwałcenie logiki bytu. W zniekształconym żydowskimi ideami wszechświecie konflikt mógł prowadzić do niewyobrażalnych konsekwencji: najsilniejsi nie triumfowali, ale byli morzeni głodem [14].
Z tego jasno wynikało, że dopóki Żydzi nie znikną, Niemcy mieli pozostać ofiarami, podczas gdy jako najwyższa rasa zasługiwali oni na pierwszeństwo – i mieli też najwięcej do stracenia. Nienaturalna dominacja Żydów w świecie była „zbrodnią dokonaną na przyszłości”.
Chociaż Hitler usiłował opisać świat bez historii, jego poglądy ukształtowały się pod wpływem osobistych doświadczeń. I wojna światowa – najbardziej krwawy konflikt w dziejach, stoczony na kontynencie, którego mieszkańcy uważali się za cywilizowanych – odwiodła wielu Europejczyków od przekonania, że walka służy wyłącznie dobrym celom. Niektórzy zwolennicy nurtów skrajnie prawicowych lub lewicowych wyciągnęli wszak odmienne wnioski. Z ich punktu widzenia rozlew krwi nie był wystarczająco duży, a ofiara jeszcze się nie spełniła. Dla bolszewików z Imperium Rosyjskiego – zdyscyplinowanych i woluntarystycznych marksistów – wojna oraz wyzwolona przez nią energia rewolucyjna dawały sposobność do rozpoczęcia przebudowy świata na wzór socjalistyczny. Dla Hitlera, jak i dla wielu innych Niemców, wojna zakończyła się, zanim została naprawdę rozstrzygnięta, a wyższe rasy odwołano z pola bitwy, nim zdobyły należną sobie część.
Poczucie, że Niemcy zasługiwały na zwycięstwo, było oczywiście powszechne, i to nie tylko wśród militarystów czy ekstremistów. Największy z niemieckich pisarzy, późniejszy przeciwnik Hitlera, Tomasz Mann, mówił o niemieckim „prawie do dominacji oraz do współuczestniczenia w zarządzaniu światem”. Edyta Stein – błyskotliwa filozofka niemiecka, która stworzyła teorię empatii – pisała: „Wykluczone, byśmy teraz ulegli”. Po dojściu do władzy naziści odnaleźli ją w klasztorze i zamordowali jako Żydówkę [15].
Dla Hitlera zakończenie I wojny światowej było dowodem na ruinę, do jakiej doprowadzono Ziemię. Jego interpretacja wyniku konfliktu wychodziła poza zakres zwykłego niemieckiego nacjonalizmu, a reakcja na porażkę tylko powierzchownie przypominała powszechną urazę spowodowaną utratą terytoriów. Z punktu widzenia Hitlera klęska Niemiec wskazywała na to, że wypaczona została struktura świata, i stanowiła bezapelacyjny dowód, że nad naturą panują Żydzi. Utrzymywał on, że gdyby na początku wojny uśmiercić gazem kilka tysięcy niemieckich Żydów, Niemcy odniosłyby zwycięstwo. Uważał, że typową dla Żydów techniką jest morzenie ofiar głodem, a brytyjską blokadę morską Niemiec podczas I wojny światowej (oraz zaraz po niej) uznawał za przykład zastosowania tej metody. Był to objaw długotrwałego stanu i dowód na to, że dalsze cierpienia są nieuniknione. Dopóki to Żydzi głodzili Niemców, nie zaś oni sami uciskali innych według swego uznania, świat nie mógł odzyskać równowagi [16].
Analizując klęskę 1918 roku, Hitler wyciągnął wnioski na temat wszelkich przyszłych konfliktów. Bez żydowskiego zaangażowania Niemcy zwyciężaliby w każdym przypadku, ponieważ jednak Żydzi opanowali cały świat, a ich idee przeniknęły nawet do germańskich umysłów, walka o niemiecką dominację musiała przyjąć dwojaką formę. Zwykły podbój nie mógł wystarczyć, choćby przynosił wielkie triumfy. Oprócz wspomnianego zagłodzenia ras niższych i zagarnięcia ich ziem, Niemcy musieli równocześnie pokonać samych Żydów, których globalna potęga i podstępny uniwersalizm z góry przesądzały o niepowodzeniu każdej wymierzonej w nich kampanii rasowej. Niemcom przysługiwały prawa zarówno silnych przeciwko słabym, jak i słabych przeciwko silnym. Jako „silni” mieli obowiązek uzyskać przewagę nad napotkanymi gorszymi rasami, a jako „słabi” musieli wyzwolić świat spod dominacji żydowskiej. W ten sposób Hitler połączył ze sobą dwie wielkie siły napędzające politykę światową epoki: kolonializm i antykolonializm.
Zarówno walka o ziemię, jak i ta przeciw Żydom, w jego pojęciu miała przyjąć formę drastyczną, połączoną z eksterminacją – a mimo to każdy z konfliktów miał być inny. Zmagania z rasami niższymi o terytorium były kwestią kontroli sprawowanej nad częścią świata, natomiast wojna z Żydami przybierała charakter ekologiczny, gdyż jej celem było nie zniszczenie konkretnego wroga bądź przejęcie skrawka terenu, ale zmiana samych warunków życia na Ziemi. Żydzi byli „duchową zarazą gorszą od czarnej śmierci”. Jako że walczyli przy użyciu abstrakcyjnych idei, ich potęga była wszechobecna i każdy mógł stać się ich świadomym lub nieświadomym sprzymierzeńcem. Aby zaradzić takiej pladze, należało wyplenić ją u źródeł. „Choć natura uczyniła Żyda materialną przyczyną schyłku i upadku narodów – pisał Hitler – dała też temu narodowi zdolność zdrowej reakcji”. Eliminacja musiała być zupełna: gdyby w Europie pozostała choć jedna żydowska rodzina, mogłaby na powrót skazić cały kontynent [17]. Upadek człowieka można było odwrócić, uzdrawiając planetę. Według Hitlera: „Naród bez Żydów – to naród przywrócony naturalnemu porządkowi” [18].
Poglądy Hitlera na życie ludzkie i porządek rzeczy miały charakter wszechogarniający, prowadzący do błędnego koła. Na każde pytanie o zjawiska polityczne padała odpowiedź taka, jak gdyby dotyczyło ono praw natury, a odpowiedzią na wszelkie pytania o naturę było odwołanie się do polityki.
Krąg ten nakreślił sam Hitler. Jeżeli polityka i natura nie były źródłami wiedzy i spójnymi światopoglądami, lecz tylko pozbawionymi treści stereotypami, które istnieją wyłącznie w odniesieniu do siebie wzajemnie, wówczas władza absolutna spoczywała w rękach tego, kto sprawował kontrolę nad archetypami. Rozum zastąpiły odniesienia, a argumentację – zaklęcia. „Walkę” – jak wskazywał tytuł książki Hitlera – toczył on sam. Totalistyczna wizja życia jako wiecznego konfliktu dawała jej autorowi prawo do interpretacji wszystkich zdarzeń.
Zrównanie natury i polityki skutkowało zanegowaniem nie tylko myśli politycznej, ale także naukowej. Dla Hitlera nauka zakończyła się z chwilą objawienia prawa walki rasowej. Miała być ona dopełnieniem ewangelii rozlewu krwi, a nie zbiorem procesów polegających na stawianiu hipotez i przeprowadzaniu doświadczeń. Dostarczała słownictwa opisującego zoologiczny konflikt, nie stanowiąc jednak źródła pojęć i procedur, które umożliwiłyby jego dogłębne zrozumienie. Dawała odpowiedzi, ale nie niosła za sobą dalszych pytań. Powinnością człowieka było przyjęcie nowej wiary, a nie świadome narzucanie naturze zwodniczych, żydowskich idei.
Światopogląd Hitlera opierał się na jednym wszechogarniającym dogmacie o charakterze błędnego koła, więc zagrożenie dla niego stanowił każdy, choćby najzwyklejszy przejaw pluralizmu. Przykładem może być sytuacja, w której ludzie potrafiliby przekształcać otoczenie w sposób wpływający z kolei na społeczeństwo. Jeżeli nauka mogła zmieniać ekosystem, warunkując tym samym zachowanie ludzi, wszystkie jego twierdzenia stałyby się bezpodstawne. Zamknięty krąg, w którym społeczeństwo było naturą, gdyż natura była społeczeństwem, a ludzie byli zwierzętami, ponieważ zwierzęta były ludźmi, uległby rozerwaniu [19].
Hitler uznawał, że naukowcom oraz specjalistom przydzielono pewne funkcje w obrębie wspólnoty rasowej: produkcję broni, doskonalenie komunikacji i krzewienie powszechnej higieny. Lepsze rasy powinny mieć potężniejsze działa, sprawniejsze radiostacje i być zdrowsze, bo to ułatwi im uzyskanie przewagi nad słabszymi. Uznawał to za należytą odpowiedź na wezwanie do walki, które wydała natura, nie zaś za pogwałcenie jej praw. Osiągnięcia techniczne były dowodem wyższości ściśle rasowej, a nie postępu ogólnej wiedzy naukowej. „Wszystko, co podziwiamy dziś na Ziemi – pisał Hitler – cała nauka i sztuka, technologia oraz wynalazki, nie jest niczym więcej, niż wytworem kilku narodów, a pierwotnie być może jednej rasy”. Żadna rasa, jakkolwiek zaawansowana, nie mogła jednak zmienić za pomocą swoich innowacji podstawowych zasad natury. Ta zaś miała tylko dwa wcielenia: raj, gdzie rasy wyższe eksterminowały niższe, oraz upadły świat, gdzie dysponujący nadprzyrodzoną mocą Żydzi ograbiali rasy wyższe z tego, co im przynależało, oraz morzyli je głodem, kiedy tylko mogli [20].
Hitler rozumiał zagrożenie, jakie dla jego konstrukcji logicznej stwarzała agronomia. Jeśli ludzie mogliby – dzięki okiełznaniu natury – produkować coraz więcej żywności, nie potrzebując do tego dodatkowej ziemi, cały światopogląd runąłby u podstaw. Dlatego też dezawuował on znaczenie ówczesnych osiągnięć naukowych, które później zyskały miano „zielonej rewolucji”: hybrydyzacji zbóż, dystrybucji nawozów sztucznych i pestycydów czy coraz powszechniejszego nawadniania. Twierdził, że nawet „w najlepszym wypadku” głód i tak przeważy nad uzyskanym wzrostem plonów. Według niego wszelkie postępy nauki miały swoje „granice”, a „naukowe metody uprawy” zostały już wypróbowane i zawiodły. Nie sposób było obecnie czy w przyszłości wyobrazić sobie udoskonaleń, które pozwoliłyby Niemcom wyżywić się „z własnej ziemi i terytorium”. Nadwyżki żywności można było zabezpieczyć, jedynie podbijając żyzne, sąsiednie tereny, nie zaś stosując zdobycze nauki, które uczyniłyby niemiecką glebę bardziej urodzajną. Żydzi celowo głosili odmienne przekonanie, aby stłumić apetyt na podbój i przygotować grunt pod zagładę narodu niemieckiego. „Żyd zawsze – pisał w tym kontekście Hitler – z powodzeniem stara się zaszczepić takie śmiercionośne myślenie” [21].
Hitler musiał bronić swojego systemu przed odkryciami, które zagrażały mu równie mocno, jak ludzka solidarność. Gatunku nie mogła zbawić nauka, gdyż wszystkie jej idee miały ostatecznie charakter rasowy i były zaledwie oddźwiękami nadrzędnej koncepcji wiecznego konfliktu. Założenie przeciwne, mówiące o tym, że ludzka pomysłowość może faktycznie odzwierciedlać naturę lub ją zmieniać, było „żydowskim kłamstwem” i „szwindlem”. Hitler utrzymywał, że „człowiek nigdy nie podbił natury w żadnym aspekcie”. Uniwersalną naukę, tak jak uniwersalną politykę, trzeba było postrzegać nie jako obietnicę dla gatunku ludzkiego, ale jako żydowskie zagrożenie [22].
Zdaniem Hitlera, problemem świata było to, że Żydzi dokonali fałszywego rozdziału nauki od polityki, składając ludzkości złudne obietnice dotyczące postępu. Proponowane przez niego rozwiązanie polegało na postawieniu Żydów naprzeciw brutalnej rzeczywistości, w której natura oraz społeczeństwo są jednym. Zatem należało ich oddzielić od innych i zmusić do zamieszkania na odludnym, niegościnnym terenie. Siła Żydów wynikała z mocy przyciągania ich nadnaturalnych idei, natomiast ich słabością była nieumiejętność stawienia czoła okrutnej rzeczywistości. Przesiedleni w odległe miejsce nie mogliby wykorzystać swoich nieziemskich koncepcji do manipulowania ludźmi i w końcu ulegliby prawu dżungli. Pierwsza obsesja Hitlera to odnalezienie miejsca, gdzie występowałyby skrajne warunki naturalne – „stan anarchii na wyspie”. Później jego myśli zwróciły się ku pustkowiom Syberii; w które z tych miejsc zostaliby wysłani Żydzi, było „obojętne” [23].
W sierpniu 1941 roku, mniej więcej w miesiąc po tym, jak Hitler wypowiedział te słowa, jego podwładni zaczęli urządzać pierwsze masakry, rozstrzeliwując w każdej z nich dziesiątki tysięcy Żydów. Działo się to w miejscu, gdzie sami zaprowadzili anarchię – w sercu Europy, nad dołami wykopanymi w ukraińskim czarnoziemie.
przeł. Bartłomiej Pietrzyk
Przypisy
[1] Przestrzeń: Second Book, s. 8. „Innere abgeschlossenheit” i pragnienie natury, aby rasy żyły oddzielnie: Mein Kampf, s. 281–282. Zob. J. Chapoutot, Le nazisme et l’Antiquité, s. 428; J. Chapoutot, Les Nazis et la 'Nature', s. 31. Amerykański konsul generalny Raymond Geist słusznie mówił o antysemickiej „kosmologii”: E. Husson,Heydrich et la solution finale, s. 121. W niniejszej książce przechodzę od wizji żydowskiego zagrożenia dla planety do koncepcji bezpaństwowości mającej mu zaradzić, omawiając przy tym nowe nurty polityczne łączące antysemityzm z antypolityką. Sémelin (Purifier et détruire, s. 135) ma rację, twierdząc, że historia masowych mordów musi mieć charakter międzynarodowy. W szczególnym przypadku Holokaustu ważne wydaje się jednak w pierwszej kolejności ustalenie, jak jego autor pojmował planetę, gdyż wizja stosunków międzynarodowych Hitlera była pochodną jego poglądów na ekologię. Idee pozostawały – jak się zdaje – zasadniczo niezmienne; jak stwierdza Kershaw: „Hitler zachował to, co stanowiło o jego niezwykłym uporze – dogmatyczną nieelastyczność”. Führer, s. 377. Burrin wspomina podobnie o „la consistence et la continuité étonnantes que manifesta cette vision du monde”. Hitler et les Juifs, s. 19.
[2] Dla myślicieli angielskich i francuskich, takich jak Hobbes czy Rousseau, wyimaginowany stan natury był chwytem literackim, który pozwalał rozważyć ludzkie wybory dotyczące władzy. W ramach ćwiczenia intelektualnego mamy sobie wyobrazić, jak musiało wyglądać życie, zanim ludzie wspólnie ustanowili pewne zasady, a następnie powinniśmy przemyśleć to, jakich struktur naprawdę pragniemy. Pojmowanie natury przez Hitlera ma również niewiele wspólnego z niemieckimi tradycjami myśli filozoficznej. Zdaniem Kanta pełna wiedza o zewnętrznym świecie natury jest nieosiągalna, a mądrość polega na dążeniu do niej z pełną świadomością naszych ograniczeń. Zdaniem Hegla stan natury był barbarzyńskim etapem prehistorii, po którym nastąpiły nieustannie doskonalone przez człowieka instytucje. Według Marksa natura jest tym, co nas otacza i stawia nam opór. Znamy ją (i siebie) na tyle, na ile działamy, by ją zmieniać. Na temat Schmitta, zob. Y.Ch. Zarka, Un détail nazi dans la pensée de Carl Schmitt, s. 7 i 36. Zob. też F. Neumann,Behemoth, s. 467.
[3] Cytat: Mein Kampf, s. 140. Karol Darwin napisał pewnego razu, że imperium wytępi „dzikie ludy”. Ch. Darwin, O pochodzeniu człowieka, s. 194. Z kontekstu tej uwagi wynika, że nie chodziło mu wcale o zagadnienia natury politycznej. Darwin – twórca fundamentalnej teorii ewolucji przez dobór naturalny – nie sądził, aby rasy były podobne gatunkom; wręcz przeciwnie, twierdził, że wszyscy ludzie należą do jednego gatunku zdolnego posługiwać się rozumem, a tym samym dokonywać doboru jednostek, które przeżyją, na podstawie innej niż biologiczna. Zob. P. Tort,L’Effet Darwin, s. 75–80. Dokonuję rozróżnienia między Marksem a Engelsem, jego przyjacielem i popularyzatorem, który skodyfikował „naukową” wersję marksizmu. Na temat długiego starcia drugiej generacji darwinistów z drugą generacją marksistów, zob. L. Kołakowski, Główne nurty marksizmu, t. 2: Rozwój.
[4] „Feige Völker”: Mein Kampf, s. 103. Zob. C. Koonz, The Nazi Conscience, s. 59. Por. Z. Sternhell, Les anti-Lumières, s. 666–667.
[5] Chleb powszedni: Mein Kampf, s. 281; Second Book, s. 15 i 74. Zob. też R. Hilberg, Zagłada Żydów europejskich, t. 1, s. 168. Bogactwa naturalne i przykazanie:Adolf Hitler – Rozmowy przy stole 1941–1944, s. 76 i 149. Prezentacja tych poglądów służy między innymi uniknięciu błędu wskazanego przez Arendt: „niechęci do poważnego potraktowania tego, co głosili sami naziści”. Korzenie totalitaryzmu, s. 41. Zob. też U. Jureit, Das Ordnen von Räumen, s. 279.
[6] Por. L. White, The Historical Roots of Our Ecological Crisis.
[7] Zob. D. Engel, The Holocaust, s. 15.
[8] Zob. B. Valentino, Final Solutions, s. 168; E. Jäckel, Hitler in History, s. 47. Por. N. Sarraute, L’Ère du soupçon, s. 77 i H. Arendt, Korzenie totalitaryzmu, s. 282: „Nienawiść rasistów do Żydów wynikała z przesądnej obawy, że być może właśnie Żydzi, a nie oni, są wybrani przez Boga jako ci, którym się powiedzie”. Na temat światopoglądu jako wiary, zob. C.E. Bärsch, Die politische Religion des Nationalsozialismus, s. 276–277.
[9] Mein Kampf, s. 73. To powołanie się na wolę boską – ostatnie zdanie rozdziału 2.Mein Kampf – zostało zacytowane przez Carla Schmitta w przemowie otwierającej konferencję na temat walki niemieckiej jurysprudencji z żydowskim duchem:Eröffnung, s. 14. Zob. koncepcja „antysemityzmu zbawczego” w: S. Friedländer,Czas eksterminacji.
[10] „Unnatur”: Mein Kampf, s. 69. Zob. też Mein Kampf, s. 287; Sämtliche Aufzeichnungen, s. 462–463; J. Chapoutot, La loi de sang, s. 391; L. Poliakov, Sur les traces du crime, s. 212 i 217; Z. Bauman, Nowoczesność i zagłada, s. 106; H. Arendt, Korzenie totalitaryzmu, s. 242–243.
[11] Na temat Himmlera, zob. T. Kühne, Belonging and Genocide, s. 60; J. Chapoutot, Le loi de sang, s. 405. Por. G. Steiner, W zamku Sinobrodego, s. 55.
[12] Cytaty z Hansa Franka: Ansprache, s. 8; Einleitung zum „Nationalsozialistischen
Handbuch für Recht und Gesetzgebung”, s. 141. C. Schmitt – zob. Neue Leitsätze für die Rechtspraxis, s. 516. Por. H. Arendt, Essays in Understanding, s. 290 i 295.
[13] Syn: Adolf Hitler – Rozmowy przy stole 1941–1944, s. 40. Twierdzenie Hitlera, że „żydowskie” idee są wszystkie takie same: Mein Kampf, s. 66 i passim. Na temat Jezusa: C.E. Bärsch, Die politische Religion des Nationalsozialismus, s. 286–287; na temat św. Pawła: J. Chapoutot, L’historicité nazie, s. 50. Zob. też J. Thies,Architekt der Weltherrschaft, s. 29.
[14] Brak historii: Mein Kampf, s. 291. Zawsze niweczy: Adolf Hitler – Rozmowy przy stole 1941–1944, s. 287, podobnie na s. 251; zob. też Sämtliche Aufzeichnungen, s. 907; J. Thies, Architekt der Weltherrschaft, s. 42. Brak przyszłości: Second Book, s. 10. Prawdą jest, że Hitler nazywa w Mein Kampfhistorię swoim ulubionym przedmiotem, lecz tak naprawdę ma na myśli swoją mglistą intuicję dotyczącą sił stojących za wydarzeniami.
[15] Mann cytowany za: L. Poliakov, Historia antysemityzmu, s. 306. E. Stein,Autoportret z listów III: Listy do Romana Ingardena, s. 58. Zob. B. Zehnpfennig,Hitlers Mein Kampf, s. 128; P. Burrin, Hitler et les Juifs, s. 23.
[16] Gazowanie: E. Husson, Heydrich et la solution finale, s. 41.
[17] „Geistiger Pestilenz”: Mein Kampf, s. 66. Zdrowa reakcja: cytat za Y. Govrin,
The Jewish Factor in the Relations between Nazi Germany and the Soviet Union 1933–1941, s. 7. Cały kontynent: A. Hillgruber (red.), Staatsmänner und Diplomaten bei Hitler, s. 557.
[18] Adolf Hitler – Rozmowy przy stole 1941–1944, s. 287. Por. S. Friedländer,
Some Reflections on the Historicization of National Socialism, s. 100.
[19] Podobnie wygląda interpretacja B. Zehnpfenniga: Hitlers Mein Kampf, s. 116. Zob. też F. Neumann, Behemoth, s. 140.
[20] Zob. H. Jonas, Zasada odpowiedzialności, s. 68.
[21] Najlepszy wypadek, granice, metody naukowe, własna ziemia: Second Book, s. 16, 21, 74 i 103. „Gefährliche Gedankengängen”: Mein Kampf, s. 141.
[22] Mein Kampf, s. 282–283.
[23] Stan anarchii: E. Husson, Heydrich et la solution finale, s. 256. „Wohin man die Juden schicke, nach Sibirien oder Madagaskar, sei gleichgültig”, 21 lipca 1941 r., A. Hillgruber (red.), Staatsmänner und Diplomaten bei Hitler, s. 557.
Winnice w Polsce?
Prognozy dla najsłynniejszych regionów winiarskich brzmią jakby Apokalipsę św. Jana napisał pracownik naukowy Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej. Za 30 lat tam, gdzie uprawia się dzisiaj najszlachetniejsze odmiany winorośli, w najlepszym wypadku sadzić się będzie palmy daktylowe. A właściciele winnic, jeśli chcą nadal produkować wino, albo uciekną w góry, albo wyemigrują na północ, na przykład do Polski.
Zmiany klimatu dają się nam coraz bardziej we znaki. I nie chodzi wcale o lejący się latem z nieba afrykański żar, a o problemy, z jakimi od kilkunastu lat borykają się rolnicy. Coraz więcej urodzajnych niegdyś ziem w Europie, Azji i Ameryce wyjaławia się, a granice upraw przesuwają się na północ. Bodaj największy ból głowy mają właściciele europejskich winnic. Najszlachetniejsze szczepy winogron przypisane są do konkretnych regionów, gdzie tradycje ich uprawy sięgają setek, a niekiedy – tak jak w Gruzji, Macedonii czy Grecji - tysięcy lat. Tymczasem od trzech dekad klimat staje się coraz mniej przewidywalny, częściej do czynienia mamy z ekstremalnymi zjawiskami pogodowymi, takimi jak susze, gwałtowne gradobicia czy huragany, które na szwank wystawiają bardzo wrażliwy winiarski biznes.
Winny exodus
Problem stał się na tyle poważny, że zajęli się nim naukowcy. W "Proceedings of the National Academy of Science " (PNAS), periodyku naukowym Akademii Nauk Stanów Zjednoczonych, ukazała się praca, która nie pozostawia wątpliwości: w ostatnim czasie skutki ocieplenia dają się coraz bardziej we znaki właścicielom winnic. Jeśli tempo wzrostu temperatury się utrzyma, winorośli nie da się uprawiać w Hiszpanii, Francji i Włoszech. Za to wśród regionów, gdzie warunki do jej uprawy staną się dobre albo bardzo dobre wymienia się Europę Północną z Niemcami i Polską. Lepiej pod tym względem w badaniu PNAS wypadają tylko północno-zachodnia część Ameryki Północnej oraz Nowa Zelandia.
Źródło: PNAS. Kolorem czerwonym oznaczono regiony zagrożone suszą, w Europie są to m.in. hiszpański e Douro, francuskie Bordeaux i Burgundia oraz włoska Toskania. Na zielono - regiony, gdzie panować będą dobre warunki do uprawy winorośli, a na niebiesko - nowe tereny, gdzie zakładanie winnic stanie się możliwe po zmianach w klimatycznych.
Do bardzo podobnych konstatacji jak zespół Amerykańskiej Akademii Nauk doszedł też prof. Antonio Busalacchi, klimatolog z Uniwersytetu Maryland, wielki miłośnik wina i certyfikowany sommelier. W jego opinii w ciągu najbliższych pięciu lat najbardziej zyskają regiony o umiarkowanym klimacie otoczone oceanem oraz położone wyżej nad poziomem morza. - Wygrają na pewno leżąca u południowych brzegów Australii Tasmania, nowozelandzka Południowa Wyspa oraz argentyńska Mendoza - wymienia.
Badania prof. Busalacchiego potwierdziły intuicję australijskich właścicieli winnic, którzy szukając lepszych terenów pod uprawy, pierwsze winnice na Tasmanii założyli już dobrych kilka lat temu. Obecnie jest to jeden z najszybciej rozwijających się regionów winiarskich świata. Europejczycy również szukają nowych terenów pod uprawy. Francuzi eksperymentują z produkcją szampana na Wyspach Brytyjskich oraz w Chinach, a Hiszpanie wybierają tereny położone wyżej w górach. Zdaniem ekspertów to początek wielkiej winiarskiej rewolucji.
Klimat szaleje na Podkarpaciu
Największe polskie autorytety winiarskie studzą jednak entuzjazm uczonych zza oceanu. Roman Myśliwiec, właściciel najstarszej polskiej winnicy (Golesz koło Jasła), opowiada nam, że zmian trudno nie zauważyć, ale sprzymierzeńcem hodowców winorośli one nie są. - Pogoda jest nieprzewidywalna, częściej mamy do czynienia ze zjawiskami ekstremalnymi. Z jednej strony w sierpniu panują 40-stopniowe upały, z drugiej na początku października są już kilkustopniowe przymrozki, a to nie sprzyja uprawom - mówi.
Wtóruje mu Adam Kiszka, kierownik winnicy Nad Dworskim Potokiem, akademickiego poligonu doświadczalnego pierwszych w Polsce studiów enologicznych otwartych na Uniwersytecie Jagiellońskim. - Nieprzewidywalny klimat warunkuje, jakie szczepy winorośli opłaca się w Polsce nasadzać - tłumaczy. - Uprawianie najszlachetniejszych jest nieopłacane, bo gdy przyjdzie ostra zima i krzewy wymarzną, w kilka dni zmarnowanych zostanie kilka lat pracy. Po takiej hekatombie niewielu wraca zapał do uprawiania winorośli - twierdzi.
Obaj przyznają jednak, że za uprawy bierze się coraz więcej Polaków. Potwierdzają to dane Agencji Rynku Rolnego. Wynika z nich, że od 2010 r. powierzchnia upraw zwiększyła się w naszym kraju blisko trzykrotnie do 135 ha, zwiększa się też produkcja, która wynosi ok. 3350 hl. W Polsce winorośl najlepiej udaje się na południu Polski, w okolicach Jasła i Krakowa, oraz w Lubuskiem koło Zielonej Góry. Wśród regionów najbardziej perspektywicznych eksperci wymieniają Roztocze i Wyżynę Lubelską.
Polska ziemia obiecana
Konsekwencje zmian klimatycznych i ich wpływ na zasięg upraw polscy uczeni badają już od wielu lat. Jednak bardziej niż winorośl interesowała ich kukurydza i proso. Perspektywami, jakie otwierają się przed winiarstwem, kilka lat temu zajęła się Bogumiła Kopeć w pracy "Uwarunkowania termiczne wegetacji winorośli na obszarze południowo-wschodniej Polski".
Prof. Antonio Busalacchi Polski nie ujął w swych badaniach, za to sporo miejsca poświęcił naszym zachodnim sąsiadom. - Zmiany, które nastąpią w ciągu najbliższych 10 lat w Niemczech będą bardzo korzystne dla uprawy winorośli. Okresy wegetacyjne wydłużyły się, a zimy już nie są tak ostre jak kiedyś - zauważa.
To dobra wiadomość dla polskich producentów. Zresztą już teraz niektórzy nasi eksperci wskazują, że niskie temperatury nie są już w Polsce wielkim problemem. - Średnio roczne temperatury na Bielanach pod Krakowem bywają wyższe niż we francuskiej Szampanii - zauważa sommelier Michał Jancik. - Przez trzy lata działania winnicy na Srebrnej Górze nie wymarzła nawet jedna z 50 tys. sadzonek - dodaje. Jego zdaniem już większym problemem są w naszym kraju kradzieże młodych krzewów.
Zmiany klimatu dają się nam coraz bardziej we znaki. I nie chodzi wcale o lejący się latem z nieba afrykański żar, a o problemy, z jakimi od kilkunastu lat borykają się rolnicy. Coraz więcej urodzajnych niegdyś ziem w Europie, Azji i Ameryce wyjaławia się, a granice upraw przesuwają się na północ. Bodaj największy ból głowy mają właściciele europejskich winnic. Najszlachetniejsze szczepy winogron przypisane są do konkretnych regionów, gdzie tradycje ich uprawy sięgają setek, a niekiedy – tak jak w Gruzji, Macedonii czy Grecji - tysięcy lat. Tymczasem od trzech dekad klimat staje się coraz mniej przewidywalny, częściej do czynienia mamy z ekstremalnymi zjawiskami pogodowymi, takimi jak susze, gwałtowne gradobicia czy huragany, które na szwank wystawiają bardzo wrażliwy winiarski biznes.
Winny exodus
Problem stał się na tyle poważny, że zajęli się nim naukowcy. W "Proceedings of the National Academy of Science " (PNAS), periodyku naukowym Akademii Nauk Stanów Zjednoczonych, ukazała się praca, która nie pozostawia wątpliwości: w ostatnim czasie skutki ocieplenia dają się coraz bardziej we znaki właścicielom winnic. Jeśli tempo wzrostu temperatury się utrzyma, winorośli nie da się uprawiać w Hiszpanii, Francji i Włoszech. Za to wśród regionów, gdzie warunki do jej uprawy staną się dobre albo bardzo dobre wymienia się Europę Północną z Niemcami i Polską. Lepiej pod tym względem w badaniu PNAS wypadają tylko północno-zachodnia część Ameryki Północnej oraz Nowa Zelandia.
Do bardzo podobnych konstatacji jak zespół Amerykańskiej Akademii Nauk doszedł też prof. Antonio Busalacchi, klimatolog z Uniwersytetu Maryland, wielki miłośnik wina i certyfikowany sommelier. W jego opinii w ciągu najbliższych pięciu lat najbardziej zyskają regiony o umiarkowanym klimacie otoczone oceanem oraz położone wyżej nad poziomem morza. - Wygrają na pewno leżąca u południowych brzegów Australii Tasmania, nowozelandzka Południowa Wyspa oraz argentyńska Mendoza - wymienia.
Badania prof. Busalacchiego potwierdziły intuicję australijskich właścicieli winnic, którzy szukając lepszych terenów pod uprawy, pierwsze winnice na Tasmanii założyli już dobrych kilka lat temu. Obecnie jest to jeden z najszybciej rozwijających się regionów winiarskich świata. Europejczycy również szukają nowych terenów pod uprawy. Francuzi eksperymentują z produkcją szampana na Wyspach Brytyjskich oraz w Chinach, a Hiszpanie wybierają tereny położone wyżej w górach. Zdaniem ekspertów to początek wielkiej winiarskiej rewolucji.
Klimat szaleje na Podkarpaciu
Największe polskie autorytety winiarskie studzą jednak entuzjazm uczonych zza oceanu. Roman Myśliwiec, właściciel najstarszej polskiej winnicy (Golesz koło Jasła), opowiada nam, że zmian trudno nie zauważyć, ale sprzymierzeńcem hodowców winorośli one nie są. - Pogoda jest nieprzewidywalna, częściej mamy do czynienia ze zjawiskami ekstremalnymi. Z jednej strony w sierpniu panują 40-stopniowe upały, z drugiej na początku października są już kilkustopniowe przymrozki, a to nie sprzyja uprawom - mówi.
Wtóruje mu Adam Kiszka, kierownik winnicy Nad Dworskim Potokiem, akademickiego poligonu doświadczalnego pierwszych w Polsce studiów enologicznych otwartych na Uniwersytecie Jagiellońskim. - Nieprzewidywalny klimat warunkuje, jakie szczepy winorośli opłaca się w Polsce nasadzać - tłumaczy. - Uprawianie najszlachetniejszych jest nieopłacane, bo gdy przyjdzie ostra zima i krzewy wymarzną, w kilka dni zmarnowanych zostanie kilka lat pracy. Po takiej hekatombie niewielu wraca zapał do uprawiania winorośli - twierdzi.
Obaj przyznają jednak, że za uprawy bierze się coraz więcej Polaków. Potwierdzają to dane Agencji Rynku Rolnego. Wynika z nich, że od 2010 r. powierzchnia upraw zwiększyła się w naszym kraju blisko trzykrotnie do 135 ha, zwiększa się też produkcja, która wynosi ok. 3350 hl. W Polsce winorośl najlepiej udaje się na południu Polski, w okolicach Jasła i Krakowa, oraz w Lubuskiem koło Zielonej Góry. Wśród regionów najbardziej perspektywicznych eksperci wymieniają Roztocze i Wyżynę Lubelską.
Polska ziemia obiecana
Konsekwencje zmian klimatycznych i ich wpływ na zasięg upraw polscy uczeni badają już od wielu lat. Jednak bardziej niż winorośl interesowała ich kukurydza i proso. Perspektywami, jakie otwierają się przed winiarstwem, kilka lat temu zajęła się Bogumiła Kopeć w pracy "Uwarunkowania termiczne wegetacji winorośli na obszarze południowo-wschodniej Polski".
Prof. Antonio Busalacchi Polski nie ujął w swych badaniach, za to sporo miejsca poświęcił naszym zachodnim sąsiadom. - Zmiany, które nastąpią w ciągu najbliższych 10 lat w Niemczech będą bardzo korzystne dla uprawy winorośli. Okresy wegetacyjne wydłużyły się, a zimy już nie są tak ostre jak kiedyś - zauważa.
To dobra wiadomość dla polskich producentów. Zresztą już teraz niektórzy nasi eksperci wskazują, że niskie temperatury nie są już w Polsce wielkim problemem. - Średnio roczne temperatury na Bielanach pod Krakowem bywają wyższe niż we francuskiej Szampanii - zauważa sommelier Michał Jancik. - Przez trzy lata działania winnicy na Srebrnej Górze nie wymarzła nawet jedna z 50 tys. sadzonek - dodaje. Jego zdaniem już większym problemem są w naszym kraju kradzieże młodych krzewów.
środa, 23 września 2015
Skidelsky o uchodźcach
Robert Skidelsky wielokrotnie w ostatnim dziesięcioleciu był cytowany w polskojęzycznym Internecie. Zapewne poniższy artykuł wkrótce pojawi się w polskim klonie project-syndicate. Ale jest coś z atmosfery "historii na gorąco" w codziennych publikacjach naszych mediów, że warto "na gorąco" poznać jego treść (nawet w kulawym google-tłumaczeniu):
http://www.project-syndicate.org/commentary/refugees-europe-obsolete-asylum-system-by-robert-skidelsky-2015-09
http://www.project-syndicate.org/commentary/refugees-europe-obsolete-asylum-system-by-robert-skidelsky-2015-09
The tragic exodus of people from war-torn Syria and surrounding countries challenges the world’s reason and sympathy. Since 2011, some four million people have fled Syria, with millions more internally displaced. Syria’s neighbors – Jordan, Lebanon, and Turkey – currently house the vast majority of the externally displaced. But, as the crisis has progressed, hundreds of thousands of refugees have headed toward Europe, with most taking the extremely dangerous marine route.
The nature and scale of this exodus have rendered all previous legal and political assumptions about migration obsolete. In the past, the chief motive for migration was economic. The debate to which economic migration gave rise was between liberals, who upheld the principle of the free movement of labor, and those who wanted restrictions on movement among countries in order to protect jobs, culture, and/or political cohesion.
As the world filled up with nation-states, and empty spaces filled up with people, restriction triumphed over free movement. Controls on immigration became widespread after World War I. All countries developed population policies.
But there has always been another, much smaller, group of asylum-seekers – those individuals forced to flee their home countries by persecution, often on religious or ethnic grounds. The 1951 United Nations Convention on Refugees recognized a right of asylum for those unable to return to their country of origin owing to a “well founded” fear of persecution.
In practice, however, it has never been simple to distinguish between economic and political migrants, because political persecution usually includes economic restrictions. The Jews fleeing pogroms in Eastern Europe at the end of the nineteenth century, or Hitler’s Germany in the 1930s, were both economic and political migrants. So were the East African Asians forced out of Uganda in the 1960s.
But the number of those identified as political refugees with a right of asylum was much smaller than those whose chief motive was to improve their economic lot. This reflected the relatively settled political conditions of the world of the 1950s. Back then, the countries from which refugees are now escaping were under colonial or quasi-colonial rule, while homegrown dictatorships then emerged to preserve order in the old empires’ successor states. It was the collapse of these brutal systems in the wake of the United States-led invasion of Iraq in 2003 and the Arab Spring of 2011 that created the current refugee crisis.
The refugees’ flight from Syria and other war-ravaged countries comes up against legal regimes that are poorly adapted to cope with it. The European Union severely restricts labor from non-member countries, but allows free movement of labor within its single market. This is justified by the fiction that the citizens of EU countries are members of a single polity. The right of Greeks to work in Germany is no different from that of Parisians to work in Marseilles.
But the EU is an incomplete state – one that may never be completed. An obvious indicator of this is that it lacks a fiscal-transfer mechanism to reduce the pressure of emigration from poor to rich areas. In the absence of this, it is assumed that free economic migration within the EU will produce little net movement of populations. The implicit model is that of the “guest worker” who comes and goes; in practice, a sizeable share of economic migrants from poorer parts of Europe stay in their country of destination, fueling an increase in support for anti-immigrant parties.
The asylum system is totally unprepared to deal with the new generation of refugees, who are ineligible under the existing framework, because they are fleeing not from specific acts of persecution, but from the disintegration of their states. They can be provided “humanitarian protection” or be granted “discretionary leave to remain” for a short period; but then they can be deported as illegal immigrants.
So what is to be done? Temporary residence status, in Europe or outside, would be reasonable if a rapid return to normalcy in the refugees’ countries of origin was a realistic prospect. In Syria, for example, it is not: Although politicians and commentators talk about stemming the flood at the source, no peace plan is in sight. The US and Russia back different sides. The West cannot accept the possibility that the Assad dictatorship, however brutal, may be the least bad option on offer. So the civil war will continue, the number of refugees in transit camps will increase, and more of them will risk their lives to enter leaky Fortress Europe.
Jean-Claude Juncker, the president of the European Commission, has proposed distributing 160,000 of the refugees currently in Europe across the EU’s 28 member states. Germany is prepared to take far more. Indeed, Chancellor Angela Merkel has bravely asserted “the fundamental right to asylum for the politically persecuted with no upper limit; and that goes for refugees who come to us from the hell of civil war.” But other European leaders, faced with the rise of extremist, anti-immigrant parties, have not endorsed Merkel’s view; and the refugees still have to get to Germany through countries like Hungary, which are erecting walls and other border defenses to keep them out.
The truth is that the West cannot or will not absorb refugees in the numbers needed; and it has no solution to the problem of failed states. This means that, apart from doling out humanitarian aid to those in refugee camps, it has no policy. Unless and until that changes, the tragedy can only deepen.
The nature and scale of this exodus have rendered all previous legal and political assumptions about migration obsolete. In the past, the chief motive for migration was economic. The debate to which economic migration gave rise was between liberals, who upheld the principle of the free movement of labor, and those who wanted restrictions on movement among countries in order to protect jobs, culture, and/or political cohesion.
As the world filled up with nation-states, and empty spaces filled up with people, restriction triumphed over free movement. Controls on immigration became widespread after World War I. All countries developed population policies.
But there has always been another, much smaller, group of asylum-seekers – those individuals forced to flee their home countries by persecution, often on religious or ethnic grounds. The 1951 United Nations Convention on Refugees recognized a right of asylum for those unable to return to their country of origin owing to a “well founded” fear of persecution.
In practice, however, it has never been simple to distinguish between economic and political migrants, because political persecution usually includes economic restrictions. The Jews fleeing pogroms in Eastern Europe at the end of the nineteenth century, or Hitler’s Germany in the 1930s, were both economic and political migrants. So were the East African Asians forced out of Uganda in the 1960s.
But the number of those identified as political refugees with a right of asylum was much smaller than those whose chief motive was to improve their economic lot. This reflected the relatively settled political conditions of the world of the 1950s. Back then, the countries from which refugees are now escaping were under colonial or quasi-colonial rule, while homegrown dictatorships then emerged to preserve order in the old empires’ successor states. It was the collapse of these brutal systems in the wake of the United States-led invasion of Iraq in 2003 and the Arab Spring of 2011 that created the current refugee crisis.
The refugees’ flight from Syria and other war-ravaged countries comes up against legal regimes that are poorly adapted to cope with it. The European Union severely restricts labor from non-member countries, but allows free movement of labor within its single market. This is justified by the fiction that the citizens of EU countries are members of a single polity. The right of Greeks to work in Germany is no different from that of Parisians to work in Marseilles.
But the EU is an incomplete state – one that may never be completed. An obvious indicator of this is that it lacks a fiscal-transfer mechanism to reduce the pressure of emigration from poor to rich areas. In the absence of this, it is assumed that free economic migration within the EU will produce little net movement of populations. The implicit model is that of the “guest worker” who comes and goes; in practice, a sizeable share of economic migrants from poorer parts of Europe stay in their country of destination, fueling an increase in support for anti-immigrant parties.
The asylum system is totally unprepared to deal with the new generation of refugees, who are ineligible under the existing framework, because they are fleeing not from specific acts of persecution, but from the disintegration of their states. They can be provided “humanitarian protection” or be granted “discretionary leave to remain” for a short period; but then they can be deported as illegal immigrants.
So what is to be done? Temporary residence status, in Europe or outside, would be reasonable if a rapid return to normalcy in the refugees’ countries of origin was a realistic prospect. In Syria, for example, it is not: Although politicians and commentators talk about stemming the flood at the source, no peace plan is in sight. The US and Russia back different sides. The West cannot accept the possibility that the Assad dictatorship, however brutal, may be the least bad option on offer. So the civil war will continue, the number of refugees in transit camps will increase, and more of them will risk their lives to enter leaky Fortress Europe.
Jean-Claude Juncker, the president of the European Commission, has proposed distributing 160,000 of the refugees currently in Europe across the EU’s 28 member states. Germany is prepared to take far more. Indeed, Chancellor Angela Merkel has bravely asserted “the fundamental right to asylum for the politically persecuted with no upper limit; and that goes for refugees who come to us from the hell of civil war.” But other European leaders, faced with the rise of extremist, anti-immigrant parties, have not endorsed Merkel’s view; and the refugees still have to get to Germany through countries like Hungary, which are erecting walls and other border defenses to keep them out.
The truth is that the West cannot or will not absorb refugees in the numbers needed; and it has no solution to the problem of failed states. This means that, apart from doling out humanitarian aid to those in refugee camps, it has no policy. Unless and until that changes, the tragedy can only deepen.
wtorek, 22 września 2015
Blogosfera
Jakiś czas temu ukazała się po polsku książeczka o blogosferze, postulująca łączenie się blogów indywidualnych w jakiś zbiorowy pan-blog. Niewiele z tego wyszło, ale pozostała zasada międzyblogowej przyjaźni wyrażająca się przyzwoleniem na wzajemne e-cytowanie. Ja często z niej korzystam "przeklejając" wiele wpisów z różnych blogów, a chyba nie wzbudzę protestów gospodarza blogu http://www.slowobraz.net , zamieszczając jego wiodące wpisy i dyskusję im towarzyszącą:
http://www.slowobraz.net/2015/08/odjazd.html
(Bouszek - to ja!)
http://www.slowobraz.net/2015/08/odjazd.html
(Bouszek - to ja!)
niedziela, 20 września 2015
Russia is not the enemy
Russia is not the enemy
By Stephen Kinzer September 20, 2015
Real enemies are a threat to any country, but imagined enemies can be even more dangerous. They sap resources,
provoke needless conflicts, and divert attention from true challenges. The United States has constructed such a
fantasy by turning Russia into an enemy.
Our current campaign against Russia was set off by what some in Washington call its “aggression” against
neighboring Ukraine. Russia’s decision to aid the Assad regime in Syria has also angered us. The true reasons for
anti-Russia sentiment, though, lie deeper.
Most leading figures in the American political and security establishments grew up during the Cold War. They spent
much of their lives believing that the Antichrist lived in Moscow. Today they speak as if the Cold War never ended.
For a brief period in the 1990s, it appeared that Russia had lost control over its own security. Stunned into paralysis
by the collapse of the Soviet Union, and without any power to resist, Russians had to watch helplessly as NATO, their
longtime enemy, established bases directly on their borders. Many in Washington believed that the United States had
permanently broken Russian power. In their jubilation, they imagined that we would be able to keep our foot on
Russia’s neck forever.
That was highly unrealistic. By pressing our advantage too strongly in the years after the Cold War, we guaranteed a
nationalist reaction. President Vladimir Putin embodies it. He is popular in Russia because his people believe he is
trying to claw back some of Russia’s lost power. For the same reason, he is demonized in Washington.
Having Russia as an enemy is strangely comforting to Americans. It reassures us that the world has not really
changed. That means we do not have to change our policies. Our back-to-the-future hostility toward Russia allows us
to pull out our dusty Cold War playbook. We have resurrected not just that era’s anti-Moscow policies but also the
hostile rhetoric that accompanied them.
This summer’s most extreme exaggeration of Russia’s power came not from an inveterate Cold Warrior like John
McCain or Hillary Clinton, but from the new chairman of our Joint Chiefs of Staff, General Joseph Dunford. At his
Senate confirmation hearing in July, Dunford said Russia “could pose an existential threat to the United States.” He
suggested that, to defend ourselves, we should send aid to Ukrainians who want to fight Russia.
Statements like these are bizarre on several levels. First, Russia is a fundamentally weak country with a tottering
economy. It is far from being able to compete with the United States, much less threaten it. Second, Russia is
surrounded by American military bases, hears threats from the West every day, faces NATO guns on its borders, and
therefore has reason to fear for its security. Third, by pushing Russia away, we are driving it toward China, thereby
encouraging a partnership that could develop into a true threat to American power.
The most important reason it is folly to turn Russia into an enemy is more far-reaching than any of these. Europe
remains stable only when all of its major countries are included in the process of governing, and each one’s security
concerns are taken seriously.
The visionary Prince Metternich grasped this truth 200 years ago. Metternich was foreign minister of the Austrian
Empire and mastermind of the Congress of Vienna, which was charged with reconstructing Europe after nearly a
quarter-century of war. France was the villain. French armies under Napoleon had ravaged much of Europe. Anti-
French sentiment was widespread and virulent. Delegates to the Congress of Vienna demanded harsh punishment
for the troublemaker. Metternich resisted their pressure. He persuaded other leaders that in the interest of future
stability, they must invite the miscreant back into the family. That kept Europe at peace for generations.
Emotion argues that Russia is a troublemaker because it refuses to play by our rules, and must be confronted and
punished. Reason should reply that Russia is a legitimate power, cannot be expected to take orders from the West,
and will not stand quietly while the United States promotes anti-Russia movements on its borders.
In our current standoff, Russia has at least one advantage: Its leaders are not foolish enough to consider the United
States an existential threat. We would benefit from a bit of their realism.
Stephen Kinzer is a visiting fellow at the Watson Institute for International Studies at Brown University. Follow him on
Twitter @stephenkinzer.
By Stephen Kinzer September 20, 2015
Real enemies are a threat to any country, but imagined enemies can be even more dangerous. They sap resources,
provoke needless conflicts, and divert attention from true challenges. The United States has constructed such a
fantasy by turning Russia into an enemy.
Our current campaign against Russia was set off by what some in Washington call its “aggression” against
neighboring Ukraine. Russia’s decision to aid the Assad regime in Syria has also angered us. The true reasons for
anti-Russia sentiment, though, lie deeper.
Most leading figures in the American political and security establishments grew up during the Cold War. They spent
much of their lives believing that the Antichrist lived in Moscow. Today they speak as if the Cold War never ended.
For a brief period in the 1990s, it appeared that Russia had lost control over its own security. Stunned into paralysis
by the collapse of the Soviet Union, and without any power to resist, Russians had to watch helplessly as NATO, their
longtime enemy, established bases directly on their borders. Many in Washington believed that the United States had
permanently broken Russian power. In their jubilation, they imagined that we would be able to keep our foot on
Russia’s neck forever.
That was highly unrealistic. By pressing our advantage too strongly in the years after the Cold War, we guaranteed a
nationalist reaction. President Vladimir Putin embodies it. He is popular in Russia because his people believe he is
trying to claw back some of Russia’s lost power. For the same reason, he is demonized in Washington.
Having Russia as an enemy is strangely comforting to Americans. It reassures us that the world has not really
changed. That means we do not have to change our policies. Our back-to-the-future hostility toward Russia allows us
to pull out our dusty Cold War playbook. We have resurrected not just that era’s anti-Moscow policies but also the
hostile rhetoric that accompanied them.
This summer’s most extreme exaggeration of Russia’s power came not from an inveterate Cold Warrior like John
McCain or Hillary Clinton, but from the new chairman of our Joint Chiefs of Staff, General Joseph Dunford. At his
Senate confirmation hearing in July, Dunford said Russia “could pose an existential threat to the United States.” He
suggested that, to defend ourselves, we should send aid to Ukrainians who want to fight Russia.
Statements like these are bizarre on several levels. First, Russia is a fundamentally weak country with a tottering
economy. It is far from being able to compete with the United States, much less threaten it. Second, Russia is
surrounded by American military bases, hears threats from the West every day, faces NATO guns on its borders, and
therefore has reason to fear for its security. Third, by pushing Russia away, we are driving it toward China, thereby
encouraging a partnership that could develop into a true threat to American power.
The most important reason it is folly to turn Russia into an enemy is more far-reaching than any of these. Europe
remains stable only when all of its major countries are included in the process of governing, and each one’s security
concerns are taken seriously.
The visionary Prince Metternich grasped this truth 200 years ago. Metternich was foreign minister of the Austrian
Empire and mastermind of the Congress of Vienna, which was charged with reconstructing Europe after nearly a
quarter-century of war. France was the villain. French armies under Napoleon had ravaged much of Europe. Anti-
French sentiment was widespread and virulent. Delegates to the Congress of Vienna demanded harsh punishment
for the troublemaker. Metternich resisted their pressure. He persuaded other leaders that in the interest of future
stability, they must invite the miscreant back into the family. That kept Europe at peace for generations.
Emotion argues that Russia is a troublemaker because it refuses to play by our rules, and must be confronted and
punished. Reason should reply that Russia is a legitimate power, cannot be expected to take orders from the West,
and will not stand quietly while the United States promotes anti-Russia movements on its borders.
In our current standoff, Russia has at least one advantage: Its leaders are not foolish enough to consider the United
States an existential threat. We would benefit from a bit of their realism.
Stephen Kinzer is a visiting fellow at the Watson Institute for International Studies at Brown University. Follow him on
Twitter @stephenkinzer.
Jabłonna - Tarchomin
Zaproszeni goście w drodze do Pałacu:
A furtka zaprasza na wał:
Wałem biegną dwie ścieżki:
A tutaj pierwszy zjazd z wału - na ulicę Parkową:
Zieleń rządzi po obu stronach wału:
Aż do Kępy Tarchomińskiej, gdzie pojawiają się pierwsze domki:
A i Wisła zbliża się do wału:
To spienienie na wodzie jest efektem wpływania do Wisły rzeczki super oczyszczonych w nieodległej Czajce, jeszcze do niedawna, a fuj! smrodliwych, ścieków warszawskich.
Wzdłuż wału rozlokowały się usługi gastronomiczne:
Niektóre, jak Chata Trapera, z ofertą rozrywkową:
Można do atrakcji dodać jeszcze "podwarszawskie wieczory" nad rzeką,
plus "niebo Turnera",
z wieżami kościoła św. Jakuba w Tarchominie:
A furtka zaprasza na wał:
Wałem biegną dwie ścieżki:
A tutaj pierwszy zjazd z wału - na ulicę Parkową:
Zieleń rządzi po obu stronach wału:
Aż do Kępy Tarchomińskiej, gdzie pojawiają się pierwsze domki:
A i Wisła zbliża się do wału:
To spienienie na wodzie jest efektem wpływania do Wisły rzeczki super oczyszczonych w nieodległej Czajce, jeszcze do niedawna, a fuj! smrodliwych, ścieków warszawskich.
Wzdłuż wału rozlokowały się usługi gastronomiczne:
Niektóre, jak Chata Trapera, z ofertą rozrywkową:
Można do atrakcji dodać jeszcze "podwarszawskie wieczory" nad rzeką,
plus "niebo Turnera",
z wieżami kościoła św. Jakuba w Tarchominie:
sobota, 19 września 2015
Na hiszpańskiej ścieżce
Pequeno Vals Vienes
Here is the original poem by Lorca, in Spanish,
translated by Leonard Cohen as "Take This Waltz"
It's called "Pequeno Vals vienes" ("Little Viennese Waltz"),
and it's part of a collection named "Poeta en Nueva-York",
written before the second world war by Federico Garcia Lorca.
translated by Leonard Cohen as "Take This Waltz"
It's called "Pequeno Vals vienes" ("Little Viennese Waltz"),
and it's part of a collection named "Poeta en Nueva-York",
written before the second world war by Federico Garcia Lorca.
En Viena hay diez muchachas,
un hombro donde solloza la muerte
y un bosque de palomas disecadas.
Hay un fragmento de la manana
en el mueso de la escarcha
Hay un salon con mil ventanas
un hombro donde solloza la muerte
y un bosque de palomas disecadas.
Hay un fragmento de la manana
en el mueso de la escarcha
Hay un salon con mil ventanas
Ay, ay, ay, ay,
Toma este vals con la boca cerrada
Toma este vals con la boca cerrada
Este vals, este vals, este vals,
de si, de muerte y de conac
que moja su cola en el mar
de si, de muerte y de conac
que moja su cola en el mar
Te quiero, te quiero, te quiero,
con la butaca y el libro muerto,
por el melancolico pasillo
en el oscuro desvan del lirio,
en nuestra cama de la luna
y en la danza que suena la tortuga.
con la butaca y el libro muerto,
por el melancolico pasillo
en el oscuro desvan del lirio,
en nuestra cama de la luna
y en la danza que suena la tortuga.
Ay, ay, ay, ay,
Toma este vals con la boca cerrada
Toma este vals con la boca cerrada
En Viena hay cuatro espejos
donde juegan tu boca y los ecos,
Hay una muerte para piano,
que pinta de azul a los muchachos.
Hay mendigos por los tejados
Hay frescas guirnaldas de llanto
donde juegan tu boca y los ecos,
Hay una muerte para piano,
que pinta de azul a los muchachos.
Hay mendigos por los tejados
Hay frescas guirnaldas de llanto
Ay, ay, ay, ay,
Toma este vals con la boca cerrada
Toma este vals con la boca cerrada
Porque te quiero, te quiero, amor mio,
en el desvan donde juegan los ninos,
sonando viejas luces de Hungria
por los rumores de la tarde tibia,
viendo ovejas y lirios de nieve
por el silencio oscuro de tu frente.
en el desvan donde juegan los ninos,
sonando viejas luces de Hungria
por los rumores de la tarde tibia,
viendo ovejas y lirios de nieve
por el silencio oscuro de tu frente.
Ay, ay, ay, ay,
Toma este vals con la boca cerrada
Toma este vals con la boca cerrada
En viena bailare contigo
con un disfraz que tenga
cabeza de rio.
Mira que orillas tengo de jacintos
Dejare mi boca entre tus piernas,
mi alma en fotografias y azucenas,
y en las ondas oscuras de tu andar
quiero, amor mio, amor mio, dejar,
violin y sepulcro, las cintas del vals.
con un disfraz que tenga
cabeza de rio.
Mira que orillas tengo de jacintos
Dejare mi boca entre tus piernas,
mi alma en fotografias y azucenas,
y en las ondas oscuras de tu andar
quiero, amor mio, amor mio, dejar,
violin y sepulcro, las cintas del vals.
piątek, 18 września 2015
Dlaczego nie śpiewał hymnu?
http://www.theguardian.com/commentisfree/2015/sep/17/jeremy-corbyn-patriot-war-tony-blair-iraq-labour?CMP=EMCNEWEML6619I2
Ten artykuł nie ukarze się zapewne po polsku - szczególnie w czasie świętowania naszego "zwycięstwa" w Karabali. A dobrze by było, gdyby przetłumaczono również napisane pod nim idące już w tysiące komentarze (Due to the large number of comments, they are being shown 100 per page - UWAGA REDAKCJI GUARDIANA).
Czy już wolno być pacyfistą? (p. http://wkramost.blogspot.com/2011/10/ehistoria-42-dni-rdp.html i cała http://wkramost.blogspot.com/2011/10/ehistoria.html ).
Ten artykuł nie ukarze się zapewne po polsku - szczególnie w czasie świętowania naszego "zwycięstwa" w Karabali. A dobrze by było, gdyby przetłumaczono również napisane pod nim idące już w tysiące komentarze (Due to the large number of comments, they are being shown 100 per page - UWAGA REDAKCJI GUARDIANA).
Czy już wolno być pacyfistą? (p. http://wkramost.blogspot.com/2011/10/ehistoria-42-dni-rdp.html i cała http://wkramost.blogspot.com/2011/10/ehistoria.html ).
Kwoty - dobrodziejstwem dla Ukraińców?
Iluż z nas korzysta/korzystało z pomocy Ukrainek w prowadzeniu domu i opiece nad niesprawnymi członkami rodziny? W Warszawie jest to powszechne. Dobrze się w tą sytuację wpisuje apel czeskiego prezydenta Zemana:
http://www.kresy.pl/wydarzenia,spoleczenstwo?zobacz/zeman-wliczac-ukraincow-do-kwot-uchodzcow
O tym podejściu wspominał też prezydent Duda, ale UE jakoś próbuje to wykręcić. Mamy przyjmować uchodźców, z którymi nie jesteśmy w stanie rozmawiać w jakimkolwiek języku, a przecież dla Niemców ukraiński jest tak samo odległy jak wszystkie języki używane przez Syryjczków. Gdzie sens, gdzie logika?
http://www.kresy.pl/wydarzenia,spoleczenstwo?zobacz/zeman-wliczac-ukraincow-do-kwot-uchodzcow
O tym podejściu wspominał też prezydent Duda, ale UE jakoś próbuje to wykręcić. Mamy przyjmować uchodźców, z którymi nie jesteśmy w stanie rozmawiać w jakimkolwiek języku, a przecież dla Niemców ukraiński jest tak samo odległy jak wszystkie języki używane przez Syryjczków. Gdzie sens, gdzie logika?
Czym to się różni od NSA?
Rosyjscy hakerzy, sponsorowani przez rząd:
http://wpolityce.pl/polityka/265666-pajeczyna-rosyjskich-cyberszpiegow-od-7-lat-oplata-polskie-instytucje-rzadowe-szokujacy-raport?strona=1
Czym to się różni od NSA? Przecież Snowden pokazał, że NSA śledzi wszystkich! Może Rosjanie są bardziej nowocześni stawiając na sieć rozproszoną, a nie na tysiące ludzi skupionych w jednym miejscu:

http://wkramost.blogspot.com/2013/09/spiskowa-teoria-dziejow.html
Służby wywiadu i kontrwywiadu zawsze będą miały "swoje sposoby". I z natury rzeczy muszą być one bardzo utajnione.
Jedyne, co możemy zrobić, to uczulać nasze następne pokolenia na sprawę wojny szyfrów, którą kiedyś (w roku 1920 z Rosjanami i w 1932 z Niemcami) wręcz wygraliśmy!
http://wkramost.blogspot.com/2014/05/kodowac-kodowac-utajniacod-dziecinstwa.html
http://wpolityce.pl/polityka/265666-pajeczyna-rosyjskich-cyberszpiegow-od-7-lat-oplata-polskie-instytucje-rzadowe-szokujacy-raport?strona=1
Czym to się różni od NSA? Przecież Snowden pokazał, że NSA śledzi wszystkich! Może Rosjanie są bardziej nowocześni stawiając na sieć rozproszoną, a nie na tysiące ludzi skupionych w jednym miejscu:
http://wkramost.blogspot.com/2013/09/spiskowa-teoria-dziejow.html
Służby wywiadu i kontrwywiadu zawsze będą miały "swoje sposoby". I z natury rzeczy muszą być one bardzo utajnione.
Jedyne, co możemy zrobić, to uczulać nasze następne pokolenia na sprawę wojny szyfrów, którą kiedyś (w roku 1920 z Rosjanami i w 1932 z Niemcami) wręcz wygraliśmy!
http://wkramost.blogspot.com/2014/05/kodowac-kodowac-utajniacod-dziecinstwa.html
czwartek, 17 września 2015
Destrukcja totalna
Prosta droga do samozagłady
http://project-syndicate.pl/artykul/prosta-droga-do-samozag%C5%82ady,3827.html

STANFORD – Nie ma wątpliwości: nasza planeta przeżywa trzecią masową zagładę w swej historii – pierwszą od czasów kataklizmu, który doprowadził do wyginięcia dinozaurów około 65 milionów lat temu. Według jednego z najnowszych badań szybkość wymierania gatunków odbywa się w tempie od dziesięciu do kilkunastu tysięcy razy szybszym, niż miało to miejsce w stabilnych okresach dziejów naszej planety, zaś populacje w ramach poszczególnych gatunków przestają istnieć setki, a nawet tysiące razy szybciej. Jak wynika z szacunków, w ciągu minionych czterdziestu lat Ziemia straciła połowę swej dzikiej flory i fauny.
http://project-syndicate.pl/artykul/prosta-droga-do-samozag%C5%82ady,3827.html
STANFORD – Nie ma wątpliwości: nasza planeta przeżywa trzecią masową zagładę w swej historii – pierwszą od czasów kataklizmu, który doprowadził do wyginięcia dinozaurów około 65 milionów lat temu. Według jednego z najnowszych badań szybkość wymierania gatunków odbywa się w tempie od dziesięciu do kilkunastu tysięcy razy szybszym, niż miało to miejsce w stabilnych okresach dziejów naszej planety, zaś populacje w ramach poszczególnych gatunków przestają istnieć setki, a nawet tysiące razy szybciej. Jak wynika z szacunków, w ciągu minionych czterdziestu lat Ziemia straciła połowę swej dzikiej flory i fauny.
Jesteśmy świadkami procesu, który prowadzi do eliminowania jedynych znanych nam żywych istot w całym wszechświecie – pięknych, ale też wielce skomplikowanych i interesujących. To tragedia, nawet dla tych, którzy nie przejmują się wymieraniem dzikiej przyrody. Owe szybko ginące gatunki są niezastąpione dla nas i funkcjonowania ekosystemu, w którym żyjemy: regulują nasz klimat, dbają o żyzność gleby, zapylają uprawy i chronią je przed szkodnikami, filtrują wodę i dostarczają żywności.
Przyczyna coraz szybszej utraty wielu gatunków flory i fauny na naszej planecie jest oczywista – gwałtowny rozwój ludzkiej aktywności, spowodowany coraz większym przeludnieniem i rosnącym spożyciem na głowę mieszkańca. Niszczymy naturalne siedliska, bo potrzebujemy terenów dla nowych farm, pastwisk, dróg i miast. Zanieczyszczanie środowiska narusza równowagę klimatyczną, jest przyczyną zatrucia gleby, wody i powietrza. Przyczyniamy się do rozprzestrzeniania po świecie organizmów inwazyjnych, nadmierne wykorzystujemy do celów komercyjnych i żywieniowych cenne gatunki roślin i zwierząt, co prowadzi do ich wyniszczania.
Im większa liczba mieszkańców Ziemi, tym więcej zasobów naturalnych należy uruchomić, by zapewnić im utrzymanie. Wraz ze wzrostem naszej populacji coraz więcej terenów dzikich jest przeznaczanych pod uprawy lub infrastrukturę miejską, by umożliwić rozwój takich aglomeracji jak Manila, Chengdu, New Delhi czy San Jose. Większa liczba ludności oznacza wzrost zapotrzebowania na paliwa kopalne, co wiąże się z większą produkcją gazów cieplarnianych emitowanych do atmosfery – stanowią one bodaj największe zagrożenie dla ginących gatunków. Tymczasem wydobycie ropy naftowej z piasków bitumicznych Kanady pociągnęłoby za sobą zniszczenie większej części jej terytorium, podobnie jak eksploatacja amerykańskich złóż łupkowych.
Wzrost liczby mieszkańców wiąże się również ze zwiększoną produkcją komputerów i telefonów komórkowych, co oznacza konieczność intensyfikacji prac wydobywczych w poszukiwaniu metali ziem rzadkich niezbędnych do ich wytwarzania. Oznacza też wzrost zużycia pestycydów, detergentów, antybiotyków, klejów, lubrykantów, środków konserwujących, plastików – wiele z tych produktów zawiera składniki podobne do hormonów ssaków. A to wiąże się ze zwiększoną zawartością mikroskopijnych cząsteczek plastiku w biosferze, które mogą być trujące lub gromadzić toksyny na swej powierzchni. Skutek? Wszystkie organizmy żywe – z nami włącznie – zaczynają, rzec by można, pogrążać się w trującej mazi. Organizmy, które najsłabiej adaptują się do tych morderczych warunków, są coraz bliższe wyginięcia.
Każdy nowy obywatel pojawiający się na świecie przyczynia się do zaostrzenia tych problemów. Jako istoty inteligentne w pierwszej kolejności wykorzystujemy bowiem zasoby najłatwiej dostępne. Osiedlamy się na najbogatszych i najbardziej wydajnych terenach, pobieramy wodę z najbliższych i najczystszych źródeł, eksploatujemy najłatwiej dostępne zasoby energii.
Gdy nasza populacja rozrasta się, żywność produkowana jest na mniej urodzajnych glebach. Wodę transportuje się na większe odległości lub oczyszcza. Energię wytwarza się ze źródeł o coraz mniejszym potencjale. A zatem każdy nowy mieszkaniec Ziemi stanowi nieproporcjonalne obciążenie naszej planety i jej ekosystemów – przyczynia więcej strat środowisku naturalnemu i powoduje śmiertelne zagrożenie dla większej liczby gatunków niż przedstawiciele poprzednich pokoleń.
Najlepiej problem ten ilustracje branża naftowa. Gdy w 1859 roku wydrążono pierwszy szyb naftowy w Pensylwanii, pokłady ropy znajdowały się już na głębokości 21 metrów. Dla porównania platforma wiertnicza Deep Water Horizon w Zatoce Meksykańskiej, na której doszło do eksplozji w 2010 roku, rozpoczynała poszukiwania pod półtorakilometrową warstwą wody, a następnie musiała przewiercać się przez kilometry skały, by trafić na roponośne złoża. Takie wydobycie pochłaniało ogromne ilości energii, a gdy szyb wybuchł, trudno było powstrzymać wyciek – spowodowało to katastrofę ekologiczną w wodach zatoki oraz okolicznych wybrzeżach i przysporzyło strat wielu lokalnym gospodarkom.
Da się to podsumować w prostych słowach. Rozrastająca się światowa populacja ludzi rywalizuje z populacją większości innych zwierząt (z wyjątkiem szczurów, bydła, kotów, psów i karaluchów). Poprzez ekspansję rolnictwa zawłaszczamy połowę energii słonecznej wykorzystywanej do produkcji żywności dla zwierząt – a nasze potrzeby wciąż rosną.
Jesteśmy najbardziej dominującymi zwierzętami na Ziemi. Zawłaszczyliśmy sobie połowę jej zasobów. Nic zatem dziwnego, że miliony innych gatunków, które są zmuszone walczyć o dostęp do pozostałej części, zaczynają szybko wymierać. To nie tylko tragedia natury moralnej, to również zagrożenie egzystencjalne. Masowe wymieranie świata roślin i zwierząt pozbawi nas wielu niezbędnych elementów ekosystemu, od których zależy nasza cywilizacja. Wybuch „bomby populacyjnej” zebrał już pierwsze ofiary. Ale nie ostatnie.
środa, 16 września 2015
Walc jest synonimem miłości
Noce i dnie, czyli Neverending Story
Zdzisław Pietrasik
Na jubileuszowym, 40. festiwalu w Gdyni przyznano Diamentowe Lwy najlepszym aktorom, najlepszemu kompozytorowi i najlepszemu filmowi 40-lecia.
Tym razem nie decydowało jury, lecz publiczność (na szczęście nikt nie dodawał „zwykła publiczność). Głosowali telewidzowie i internauci. Diamenty dostał nieżyjący już wybitny kompozytor Wojciech Kilar, aktor Janusz Gajos, aktorka Jadwiga Barańska oraz reżyser Jerzy Antczak. Oboje za film „Noce i dnie”, który w ten sposób został uznany – z woli elektoratu – najwybitniejszym filmem ostatnich czterech dekad.
Dodajmy, że w kategorii „najlepszy film” ekranizacja powieści Marii Dąbrowskiej pozostawiła w pobitym dwa inne znakomite filmy: „Potop” Jerzego Hoffmana i „Ziemię obiecaną” Andrzeja Wajdy. Dlaczego film według książki, której już od dawna nikt nie chce czytać, nieprzerwanie zachwyca publiczność?
Antczak odbierając Lwa, przypomniał swoje rozmowy z Jerzym Kawalerowiczem, ówczesnym kierownikiem zespołu Kadr, w którym miały powstać „Noce i dnie”. Najoględniej mówiąc, nie były to sympatyczne dialogi. Podczas pierwszej rozmowy szef powiedział ambitnemu reżyserowi – panie Jerzy, może pan zrobić, co pan chce, „byle nie tę chałę”. Gdy reżyser przyniósł konspekt, Kawalerowicz westchnął: „Jeszcze gorzej”, gdy przeczytał scenariusz, zawyrokował – „Tragedia”. Ostatecznie Antczak przystąpił do produkcji – na własną odpowiedzialność.
Sukces, jak to się mówi w takich wypadkach, przerósł wszelkie oczekiwania. Zarówno wersja kinowa, jak i – zwłaszcza – serial telewizyjny. Telewizja powtarzała „Noce i dnie” wielokrotnie, nie było chyba sezonu bez przypomnienia historii Barbary i Bogumiła Niechciców. Sam wiem, że ilekroć przypadkiem trafię na powtórkę, oglądam odcinek do końca.
Jerzy Antczak ma bowiem dar, któremu mogą mu pozazdrościć inni nasi twórcy – jest to epicki dar narracji. (Obejrzałem właśnie w Gdyni kilka nowych polskich filmów i znowu ta sama, co zawsze, obserwacja – niewielu polskich twórców potrafi opowiadać, co dotyczy zresztą również pisarzy). Tymczasem tamta historia wypreparowana z nudnych tomów Dąbrowskiej jest po pierwsze świetnie opowiedziana, w czym duża zasługa aktorów pierwszoplanowych (Barańska i Jerzy Bińczycki) i drugiego planu.
Ale o sukcesie, także tym ogłoszonym ostatnio w Gdyni, naprawdę zadecydowały inne walory filmu.
„Noce i dnie” to nasza Neverending Story – historyczna, ale zarazem uniwersalna. Wielka opowieść o miłości, tej poetyckiej z nenufarami i tej zwyczajnej, która częściej zdarza się w życiu, i czasem zdradza, czasem boli. O życiu rodzinnym i trudach wychowywania dzieci, skomplikowanych nieraz relacjach rodzinnych. Wreszcie jest to historia o przemijaniu, o czasie, który najpierw jest nam przyjazny, a potem coraz bardziej wrogi. O samotności, którą kończy się każda prawdziwa życiowa historia. W serialach udających prawdziwe życie tego nie znajdziecie.
To wszystko znalazł u Dąbrowskiej Antczak i pięknie przeniósł na ekran. Dlatego publiczność wybrała „Noce i dnie”, chociaż mogła głosować na „Ziemię obiecaną” czy „Potop”.
"Noce i dnie" zwyciężyły dzięki walcowi!
Był on zawsze w tle tego filmu, bo napisać słowa do walca, nie będące pustym refrenem, jest bardzo trudno - umiał to zrobić Tuwim:
Ale może to być również kongenialne tłumaczenie (Cohena z Lorki, a dalej Zembatego z Cohena):
Na wysokości zadania stanęli oczywiście Przybora i Wasowski:
Kapelusznik Zaręba
Po wizji lokalnej na ulicy Podwale:
http://wkramost.blogspot.com/2015/09/sladami-lalki-prusa.html
udałem się do mistrza kapeluszniczego Andrzeja Zaręby, znanego z niedawnego reportażu w Gazecie Stołecznej (patrz niżej). Spytałem o firmę naszego pradziadka, Antoniego Tuczyna. Znał ją z opowieści swojego ojca i dziadka, też kapeluszników. Marka "Tuczyn" była na tyle słynna, że pojawiały się podróbki produktów tej firmy. Ale o książce "Syn rzemieślnika" pan Zaręba nic nie wiedział.
Reportaż
Ulica Kopernika 25, ruchliwe rondo, zjazd na Powiśle, szklana witryna, niepozorny szyld "Czapki Kapelusze, A. Zaręba od 1983 ". Na wystawie słomkowe damskie kapelusze, klasyczne wzory, niektóre jeszcze z lat 20.
Kapelusznik A. Zaręba, fot. Zosia Olszewska
Kapelusznik A. Zaręba, fot. Zosia Olszewska
Kapelusznik A. Zaręba, fot. Zosia Olszewska
Czapnik A. Zaręba, fot. Zosia Olszewska
Czapnik A. Zaręba, fot. Zosia Olszewska
Czapnik A. Zaręba, fot. Zosia Olszewska
Czapnik A. Zaręba, fot. Zosia Olszewska
Czapnik A. Zaręba, fot. Zosia Olszewska
Czapnik A. Zaręba, fot. Zosia Olszewska
Czapnik A. Zaręba, fot. Zosia Olszewska
Czapnik A. Zaręba, fot. Zosia Olszewska
Czapnik A. Zaręba, fot. Zosia Olszewska
Czapnik A. Zaręba, fot. Zosia Olszewska
http://wkramost.blogspot.com/2015/09/sladami-lalki-prusa.html
udałem się do mistrza kapeluszniczego Andrzeja Zaręby, znanego z niedawnego reportażu w Gazecie Stołecznej (patrz niżej). Spytałem o firmę naszego pradziadka, Antoniego Tuczyna. Znał ją z opowieści swojego ojca i dziadka, też kapeluszników. Marka "Tuczyn" była na tyle słynna, że pojawiały się podróbki produktów tej firmy. Ale o książce "Syn rzemieślnika" pan Zaręba nic nie wiedział.
Reportaż
Ulica Kopernika 25, ruchliwe rondo, zjazd na Powiśle, szklana witryna, niepozorny szyld "Czapki Kapelusze, A. Zaręba od 1983 ". Na wystawie słomkowe damskie kapelusze, klasyczne wzory, niektóre jeszcze z lat 20.
Pan Andrzej Zaręba, czapnik i kapelusznik pierwszą czapkę uszył jeszcze przed wojskiem, w 1976 roku. Marzył, żeby zostać pilotem myśliwca. Nie udało się, trafił do obsługi naziemnej, ale i tak wojsko wspomina z rozrzewnieniem.
W progu sklepu staje elegancki klient. Na oko 60-latek, biała koszula, jasne dżinsy, mały, zgrabny kapelusik na głowie.
- Dzień dobry, sąsiedzie. W końcu cię skręcą - wita się najpierw z czapnikiem, później z nami, szarmancko zdejmując kapelusz. - Ładne mu zdjęcie zróbcie, to ostatni czapnik Rzeczypospolitej - dodaje.
- Cześć, Zdzichu - mówi kapelusznik. - Eee, nie jestem chyba ostatni. Jest jeszcze paru. Na Pradze jest pani Cieszkowska. Co prawda, nasi ojcowie lepiej się znali niż my, zresztą kiedyś wszyscy w tym środowisku się znali i szanowali. Teraz to się pokończyło - mówi smutno.
- Od kiedy cię przerzucili na peryferia, na ul. Kopernika, to się chłopie nie możesz odnaleźć - śmieje się pan Zdzisław i tłumaczy, że Zaręba miał kiedyś lokal w pawilonach na rogu Marszałkowskiej i Świętokrzyskiej. Handel tam szedł znakomicie, aż do 1997 roku, kiedy w miejscu pawilonów powstało metro.
- Klient za komuny szedł do Domów Towarowych Centrum albo do pawilonów. Dziś są galerie handlowe - tłumaczy Zaręba.
- Ale jak ty taki zamknięty jesteś, że ty nawet ucznia nie chcesz, tylko wszystko sam i sam - mówi zaczepnie do kapelusznika pan Zdzisiu. - On zachłanny jest na sałatę - dodaje z uśmiechem.
- Jak zachłanny, skoro takie tanie ma te kapelusze? - pytam.
- Tanie są, bo materiały ma jeszcze kupione za komuny, kiedy fabryki w Łodzi dobrze prosperowały - mówi pan Zdzisław.
- To są wysokiej jakości materiały, dziś już takich nie produkują. Anglicy myślą, że to angielskie, nie chcą uwierzyć, że pochodzą z Łodzi - przyznaje kapelusznik Zaręba. - Jestem zabezpieczony, do emerytury materiałów na czapki i kapelusze mi wystarczy. A z materiałami jest, jak z modą, wracają do łask.
- Fabrykę zamykali, on kupił ją całą - dodaje sąsiad, po czym kłania się nisko i ucieka "do swoich zajęć". Nie chce zdjęć, śmieje się, że jeszcze ludzi sobie pomyślą, że to on jest tu szefem, a cały szacunek należy się czapnikowi Zarębie, bo "niestety, takie czapki robi, że zdefasonować się nie chcą już od siedmiu sezonów".
- Ale kapelusik ma pan z sieciówki? - pytam.
- Pan doktor kazał nosić kapelusz, a Zaręba męskich nie robi, to mi moje dziewczyny kupiły w galerii handlowej - przyznaje sąsiad i znika.
- Kiedyś poznawałem z jakiej warszawskiej firmy czapka pochodzi. Każdy mistrz inaczej szył, miał swój styl i patenty - mówi Zaręba. - Niby czapki były podobne, ale np. inny wzór daszka, inaczej wykończone. To jak z charakterem pisma: każdy ma swój osobisty - dodaje.
Ojciec pana Andrzeja również był czapnikiem, ale swojego zakładu się nie dorobił. Pracował w Warszawskiej Spółdzielni Kapeluszników i Czapników.
- Szyć mnie nie nauczył. Były takie zasady, że nawet, gdyby miał swój zakład, to i tak dwa lata terminować musiałbym u innego mistrza. Kiedy w 1975 roku robiłem papiery czeladnicze, to już prawie nie było mistrzów w Warszawie. W 1983 roku, jeszcze stan wojenny się na dobre nie skończył, postanowiłem otworzyć własny zakład i szyć pod swoim nazwiskiem. Jak komuna upadła, to z ajenta stałem się kapitalistą. Z panią modystką do spółki przejęliśmy lokal w pawilonach. Na Kopernika jestem od siedmiu lat, ale klientów mam jeszcze sprzed trzydziestu. Dziś to dzięki nim i dzięki zagranicznym turystom żyję. Niedaleko jest Muzeum Fryderyka Chopina na Tamce. Muszę przyznać, że ten Chopin mnie ratuje - mówi czapnik Zaręba.
- W sumie Chopin mógłby chodzić w pana czapkach. Wzory, materiały i fasony których pan używa są ponadczasowe, klasyczne - mówię.
- Bez przesady, aż taki stary nie jestem - śmieje się kapelusznik i ucieka do klientki, która przyszła po kapelusz słomkowy, na upały. Słyszała od koleżanki, że kapelusz od Zaręby nosi już 10 lat.
- Cena atrakcyjna, warto było aż z Bielan jechać - mówi klientka i wybiera mały kapelusik stylizowany na lata 20. Wszystkie ręcznie robione kapelusze słomkowe kosztują u Zaręby 65 zł, to odrobinę drożej niż w popularnych sieciówkach.
Klientka nie chce go nawet pakować, wychodzi uśmiechnięta w kapeluszu na głowie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)