Prezydent cieszący się jeszcze niedawno tak wysokim poparciem przegrał z kandydatem, który też jeszcze niedawno praktycznie nie istniał na scenie politycznej. Pojawiają się pierwsze próby wyjaśnień.
Teoria masochizmu i niedoinformowania
Niektóre z nich są moim zdaniem chybione. Nawet więcej: diagnozy w nich zawarte są obarczone właśnie tymi błędami, które przyczyniły się do porażki prezydenta. Jedną z nich formułuje Adam Michnik: "Te wybory pokazały, że większości wyborców nie wystarcza Polska stabilizacji; wzrostu gospodarczego; demokracji i praw obywatelskich; tolerancji; mediów pluralistycznych i wolnych od cenzury; Polska niepodległa; zabezpieczona przynależnością do UE i NATO; wolna od konfliktów religijnych i etnicznych; szanowana w stolicach innych krajów. Ten model Polski został zakwestionowany w imię zmiany" ("Wyborcza", 25 maja). Krótko mówiąc: większości Polaków nie wystarcza raj, i został zakwestionowany.
Czyli większość Polaków nie chce, żeby było dobrze. To teoria społecznego masochizmu.
Inną koncepcję formułuje prof. Radosław Markowski: „
Duda rzucił też hasło powrotu Polski na drogę szybkiego wzrostu, bo słusznie uważa, że jego elektorat nie wie, iż żyje w kraju o najszybszym rozwoju gospodarczym w Europie, deflacji, malejącym bezrobociu i deficycie bud-żetowym. A także w kraju o malejących nierównościach, świetnych międzynarodowych ocenach naszej oświaty i znaczącej roli kobiet w życiu publicznym (patrz raport w » The Economist «, 7 marca br.)” („
Wyborcza”, 16 maja). Czyli elektorat późniejszego zwycięzcy nie wie, że jest dobrze, a on to niedoinformowanie cynicznie wykorzystał. To więc z kolei teoria społecznego niedoinformowania: ludzie nie wiedzą, że jest im dobrze. Trzeba było po prostu poinformować niedoinformowanych o tym, że jest im dobrze, i rozpowszechnić raport „The Economist”. Dlaczego nikt w sztabie na to nie wpadł?
Teoria masochistyczna i koncepcja niedoinformowania coś przypominają. Czy wizja społeczeństwa, które nie wie, co dla niego dobre, nie jest podobna do pewnych nietrafnych swego czasu koncepcji Unii Wolności?
Nie uważam, że społeczeństwu trzeba populistycznie schlebiać, że nie ma społecznych irracjonalizmów, że wszyscy są doskonali i trzeba ich w tym utwierdzać. To byłaby druga skrajność. Jednak w swej większości społeczeństwa są jakoś racjonalne, próbują się skutecznie dostosowywać do sytuacji, czasami starają się ją zmieniać. I polskie społeczeństwo przez 25 lat (i nie tylko) w większości takie było. Dokonało tych wszystkich rzeczy, które skądinąd słusznie przypominają Michnik i Markowski. Czy więc ludzie nagle zgłupieli? Tylko przy takim założeniu można by uznać trafność obu przytoczonych tu sądów. To jednak założenie absurdalne.
Teoria: Komorowski - dobry prezydent, zły kandydat
Są też koncepcje szukające przyczyn w samej kampanii: Komorowski - dobry prezydent, zły kandydat; dobra prezydentura, zła kampania. Tak, kampania była zła (początkowa bierność, potem popłoch, nagłe wolty, pewne lekceważenie oponentów). Ale Komorowski - mimo błędów - wcale nie był najsłabszym jej elementem: najlepsze momenty kampanii to dwie debaty, w których nie wypadł źle, a pierwszą zdecydowanie wygrał. A to właśnie ta pierwsza miała być najtrudniejsza, bo dziennikarze, jak przed debatą twierdzili niektórzy, mieli być stronniczy. Wcale nie byli.
Ale przede wszystkim tak ostre przeciwstawianie złej kampanii wspaniałej prezydenturze jest uproszczeniem. Nawet mocniej: słabość kampanii w części odzwierciedlała słabe aspekty samej prezydentury. Chodzi mi o niezbyt dużą aktywność, pewną pustkę programową, raczej reaktywność niż kreatywność. To w jakimś stopniu była prezydentura taka, jakby świat i to, co wokół nas, wciąż tkwiły - powiedzmy - w roku 2010. Jakbyśmy byli po wejściu do UE, a przyszłość była jasna. Mocno to wyostrzam.
To nie jest pełna ocena: doceniam to, co robił prezydent w kwestiach Ukrainy - to były silne elementy kadencji. Dostrzegam też, że konstytucyjna rola prezydenta jest ograniczona. Jednak trochę zabrakło wizji, której oczekuje się od politycznego lidera. Szczególnie w sytuacji pewnego ideowego zamieszania i wyczerpywania się dotychczasowej drogi rozwoju. I tak dochodzimy moim zdaniem do najistotniejszych przyczyn porażki Bronisława Komorowskiego i wygranej Andrzeja Dudy.
Koniec pewnej obietnicy rozwoju?
Przez ostatnie 25 lat dynamikę Polski napędzały trzy główne cele: rynek, demokracja i Europa. Organizowały zbiorowe wysiłki i indywidualne strategie. Jednak od pewnego czasu ta wizja już nie jest tak jasna. Jak pisałem w innych miejscach, przez 25 lat kwestią otwartą była w zasadzie tylko (aż?) prędkość, z jaką osiągniemy cele związane z tymi hasłami, z jaką będziemy zmierzać do z grubsza znanego modelu.
Teraz jest inne wyzwanie: sam model staje się nieco zamglony. To oznacza pewne wyczerpywanie się dotychczasowej drogi rozwoju. Ale w żadnym wypadku to nie jest zakwestionowanie samego rynku, demokracji i Europy w tym sensie, w jakim ujmuje to przywoływany na początku Adam Michnik. To raczej potrzeba nowego sposobu zdefiniowania tych celów. Obecnie bowiem Europa z oczywistych względów przestaje być kotwicą pewności, powiewa z niej niepewnością i dezintegracją. Nawiasem mówiąc, osłabia to główny nurt w Unii, co powoduje, że w pewnym sensie wychodzenie poza ten nurt będzie mniej dostrzegane, mniej widoczne. Wcale nie wiem, czy to dobra wiadomość.
Także społeczne obietnice związane z rynkiem i demokracją tracą moc motywującą. Polityczne uczestnictwo jest słabe. Kryzys ekonomiczny wciąż jest pewnym zagrożeniem. A przede wszystkim osłabia się dynamika budowy ładu merytokratycznego, gdzie za bardziej wartościową pracę jest wyższa płaca. Dokumentuje to prof. Henryk Domański, pokazując, jak od roku 2005 przestaje rosnąć siła związku między wykształceniem a zarobkami - wykształcenie przestaje się opłacać tak jak kiedyś.
Inni socjologowie (badania POLPAN zespołu K.M. Słomczyńskiego) ukazują, że ludzie są często wycofani z rynku i jak rośnie znaczenie podziałów klasowych, jak silnie dostrzegają Polacy konflikty polityczne i ekonomiczne, jak oczekują zaangażowania państwa w redukcję nierówności społecznych.
To źródła społecznej frustracji, która odegrała swą rolę w porażce Komorowskiego. Wyczerpywanie się systemu, który gdzie indziej nazwałem systemem "obietnicy transformacyjnej", w którym jest jasna droga awansu (wyższe wykształcenie), a aspiracje są zaspokajane. Ten system powoli zamyka się, aspiracje nie zawsze mają szanse realizacji. Część sfrustrowanych wychodzi "poza system" - przez emigrację, nieuczestnictwo w życiu publicznym czy poparcie ruchów poza- lub antysystemowych.
Ta przyczyna porażki ma charakter strukturalny. Nie zależy od jakości kampanii. Nie wynika ze społecznej niewiedzy czy z niechęci do tego, aby Polska się rozwijała. Przeciwnie, wynika z tego, że dla wielu grup nie rozwija się tak, jak tego oczekują. Można w ogromnym uproszczeniu powiedzieć, że w Polsce są dwie grupy sfrustrowanych: grupa "starych niezadowolonych", których rozgoryczenie wynika z tego, że transformacji było za dużo, że im zagraża. To zwykle starsi, słabiej wykształceni.
Ale jest i grupa druga: to "nowi niezadowoleni". Oni, odmiennie od pierwszej grupy, są niezadowoleni z tego, że transformacja nie spełniła swej obietnicy, że - w pewnym sensie - było jej za mało. Ci są zwykle młodsi od osób z grupy pierwszej. W jakiejś części głosowali na
Kukiza. A Andrzejowi Dudzie udało się pozyskać poparcie obu grup. Jak długo uda mu się je utrzymywać, mimo różnic interesów obu grup, to kwestia otwarta.
Mimo, że procesy te zachodzą już od pewnego okresu, sam też sądziłem, że Bronisław Komorowski wygra wybory. I niewiele brakowało - różnica jest tak niewielka, że istotnie lepsza kampania sama mogłaby wystarczyć do wygranej. Ale i tak warto spojrzeć na głębsze przyczyny niezadowolenia i porażki.