czwartek, 28 lutego 2013

Bagration Rokossowskiego

  Słyszymy z ust narratora "sierpniową" datę zakończenia operacji Bagration. Rzecz w tym, że takiej daty dokładnie ustalić się nie da. Kiedy skończyła się operacja Barbarossa? W dniu rozpoczęcia rosyjskiej kontrofensywy pod Moskwą. Kiedy skończyła się operacja Bagatrion? Niemcy nie byli w stanie podjąć żadnej kontrofensywy. We wrześniu i październiku roku 1944 Rosjanie w ostrych walkach tworzyli przyczółki za linią Narwi (pułtuski i różanowsko-makowski). Rokossowski przymierzał się do wyjścia na linię Wisły od Pragi aż do Modlina. Więc za datę zakończenia operacji Bagatrion należy przyjąć ustalenie linii frontu na pozycjach, z których przystąpiono potem do ofensywy zimowej w styczniu następnego roku, co miało miejsce 28 października 1944 roku w okolicach Jabłonnej. Scenarzyści filmu, nie wspominają o odwołaniu Rokossowskiego z dowodzenia I Frontem Białoruskim i powierzeniu mu dowodzenia II Frontem Białoruskim (połowa listopada 1944 roku), za którą to decyzją szła chęć zamiany "Poliaczka" na Rosjanina w mającej nastąpić ofensywie na Berlin. Ale dzięki temu Rokossowski wychodzi na bohatera całego odcinka, bo znowu staje się dowódcą najważniejszego na początku 1945 roku odcinka frontu niemiecko-rosyjskiego, na którym toczą się najbardziej zajadłe walki o "odwiecznie niemiecki" Gdańsk i Królewiec.

O Poniatowskim pod Lipskiem

Pieśń Gintrowskiego, melodycznie niezbyt udana, choć świetnie zaśpiewana, ilustrowana jest wieloma obrazami Poniatowskiego, które przeszły już do ikonografii narodowej. Odpowiadają one opowieści Askenazego:

Tymczasem korpus polski krótkiego tylko na schyłku lata zażywał spoczynku. Z chwilą upłynięcia rozejmu Austrja, ukończywszy swoje zbrojenia, zrzuciła maskę i przeszła do koalicji. Wczorajszy „obrońca" Księstwa, Schwarzenberg, objął dowództwo naczelne nad połączoną armją koalicyjną. Niezwłocznie od połowy sierpnia podjęte zostały napowrót kroki nieprzyjacielskie. Znowuż stanął ks. Józef jak zwykle na najbardziej narażonym posterunku. Już w początku września uczestniczył w większej, bardzo gwałtownej, potyczce pod Lobau. Bronił najpierw w straży przedniej wąwozów czeskich przeciw świeżym masom wojsk austrjackich, debuszującym do Saksonji. Następnie, pod koniec września i początek października, w ustawicznych, coraz ostrzejszych a przeważnie pomyślnych, utarczkach wstrzymywał ich pochód w arjergardzie, odstępując krok za krokiem, a po kilkakroć nagłym naprzód rzutem boleśnie zarywając przeciwnika i utrzymując go w respekcie. W takiej postawie zwolna ściągnął na Lipsk.
Tutaj pod Lipskiem zamykała się nareszcie żelazna obręcz koalicyjna dokoła opuszczonego przez swoją gwiazdę Napoleona. Tutaj miały zdecydować się losy świata w wielkiej bitwie narodów.  Poniatowski ze swoim korpusem stanął na prawem południowem skrzydle bojowego półkola, zatoczonego przez osaczoną armję francuską, oparty o błotniste łożyska Pleissy i Elstery, a narażony na najgroźniejsze uderzenie nadciągającej od Czech dwój cesarskiej potęgi.   Już 12 października w forpocztowem starciu, sam szarżując na czele pułku III ułanów, został lekko ranny w rękę piką. W przededniu pierwszej walnej bitwy lipskiej, 15 października z rana, przybył Napoleon na prawe skrzydło i obwieścił armji, że mianuje Poniatowskiego marszałkiem Francji.   W biuletynie z tegoż dnia wyrażone zostało, iż Książę dotychczas „we wszystkich bitwach okrył się chwałą". Wojsko wystąpiło pod broń dla wysłuchania rozkazu dziennego o nominacji. Wszystkie sztaby, złączone w deputacji, stawiły się przed Księciem, by powinszować mu buławy marszałkowskiej, niebywałego dotychczas dla cudzoziemca zaszczytu.   Czemże jednak dla niego w takiej chwili mógł być zaszczyt podobny? Przyjął łaskę cesarską z powinna wdzięcznością, lecz zresztą z obojętnością zupełną. W pismach i raportach z kilku następnych, policzonych już dni życia po dawnemu podpisywał się poprostu: generał-wódz naczelny korpusu VIII. Zaraz nazajutrz, 16 października, wystawiony był na straszliwą próbę ogniową i zniósł ją z nieporuszonym spokojem, wyszedł z niej bez drgnięcia, z nadspodziewanym nawet sukcesem. W nierównych całodziennych zapasach, pod naporem ataków frontowych, ponawianych od świtu do wieczora głównie ze strony Austrjaków, nie ustąpił ani na piędź, utrzymał się na stanowisku, generała austrjackiego wziął do niewoli.  Ale straty poniósł znaczne, tym dotkliwsze wobec liczebnej przeciwnika przewagi i 'sam został ranny kulą karabinową. 17 października był dniem spoczynku. Z tego dnia mamy jeszcze zachowane ostatnie pismo Księcia, z pola bitwy raport o sukcesie wczorajszym, proste, ścisłe, cechowane spokojną, przedśmiertną, powagą: „Nieprzyjaciel nie zdobył ani piędzi terenu,... wojsko okazało zapał i wytrzymałość godne podziwu", ale — dodaje — „straciłem ludzi i nie mam amunicji."
Nazajutrz nastąpił dzień bitwy krytyczny, dla korpusu polskiego najgorętszy. Znów walka zawrzała od samego świtu. Tym razem atakowały z tej strony głównie kolumny związkowe pruskie. Poniatowski przeciw dziesięciokrotnej przewadze, broniąc klucza swojej pozycji, wsi Probstheidy, swoim zwyczajem prowadził osobiście w ogień po kolei bataljony dywizji Izydora Krasińskiego. Cesarz Aleksander z sąsiedniego pagórka przyglądał się tym nadludzkim wysiłkom i widokiem naocznym utwierdził w sobie szacunek dla takiego przeciwnika i sprawy przez niego wyobrażanej. Ale bo też, w rzeczy samej, nie Probstheidę saską zdobywał tutaj krwią swoją ks. Józef: zdobywał Warszawę przyszłego Królestwa Polskiego w obliczu przyszłego jego monarchy. Utrzymał się raz jeszcze na eksponowanem niezmiernie stanowisku, ale ze stratą ogromną, niepowetowaną, w ludziach i ładunkach. A tu tymczasem tego samego dnia na polu bitwy przeszli do nieprzyjaciela Sasi; a tu nadciągnęły świeże nieprzyjacielskie rezerwy Bliichera i Bernadotta. Szale przechyliły się ostatecznie na stronę koalicji. Dalsza walka stawała się wręcz beznadziejną. Wieczorem wydał Napoleon rozkaz do odwrotu. Rozpoczął się tejże nocy ten odwrót fatalny, utrudniony nadzwyczajnie przez groblę długą, półmilową, wąską, poprzez ośm mostów, rzuconych na błotniste koryta Pleissy, Elstery i ich odnóg, których płytkie zwykle wody, teraz podniesione jesienną powodzią, wystąpiły z brzegów, tocząc się brudnym, spienionym i rwistym nurtem. Cisnęła się tą groblą, niby przez drugą Berezynę, zwarta masa cofającej się armji, artylerja, piechota, bagaże, ambulanse, jazda. Po drugiej stronie, jak zwykle, straż tylną pod czuwającym noc całą Poniatowskim trzymali Polacy.
Wstał zimny, wietrzny, pochmurny, ranek 19 października. Siwa, gęsta mgła podnosiła się z bagnistego nadrzecza, rozkładała po ogromnej równinie, przesycała oparami świeżej krwi, łączyła z mżącym gdzieniegdzie, przejmującym do szpiku, jesiennym deszczem, z dymem palących się przedmieść lipskich i nieustających salw armatnich i karabinowych, tak gęsta, że o kilkadziesiąt kroków trudno było widzieć.  Już cała prawie armja na drugą stronę przeszła, kiedy wtem, po 11 z rana, przedwcześnie wysadzony został w powietrze przez saperów francuskich most na Pleissie. Ks. Józef, mając przy sobie kilkuset ledwo ludzi, nagle został odcięty.  Wycofywał się on właśnie z zachodniego przedmieścia lipskiego, Borny, na czele szczupłej eskorty kirasjerów i krakusów, szarżując raz po razie nacierających rojami tyraljerów nieprzyjacielskich.   Wtedy po raz trzeci otrzymał postrzał w rękę, lecz, owinąwszy ją chustką, na koniu pozostał.   Otaczający go sztab, generałowie Małachowski, Grabowski i inni, wobec odciętego odwrotu i niemożności dłuższej obrony, błagali go, aby się poddał, osobę swoją dla kraju zachował. On nie słuchał.  Oczy miał krwią nabiegłe, twarz nienaturalnym pałającą rumieńcem, znużony był, wyczerpany śmiertelnie, osłabiony od ran, zgorączkowany, na wpół przytomny; odpowiadał na wszystko: ,,Trzeba umrzeć mężnie", U fant mourir en brave. Rzucił się wpław do Pleissy, ale już koniem kierować niezdolny, porwany był siłą prądu.   Wpadł za nim do rzeki młody kapitan francuski, Bléchamp, w chwili gdy uwalniał się od tonącego konia i wydobył na brzeg przeciwny. Ruszył Książę dalej pieszo do Elstery przez błotniste ogrody, już wszędy napełnione tyraljerką nieprzyjacielską. Tutaj po raz czwarty odebrał kulę w bok; słaniając się, padł w objęcia paru, dotrzymujących mu jeszcze kroku, oficerów. Po chwili odzyskał przytomność, dosiadł z trudnością podanego świeżego konia, ale chwiał się na siodle. Ociekał krwią, był już zapewne ranny śmiertelnie, śmierć miał w spojrzeniu i wyrazie; ale na ponawiane błagania towarzyszów nie odpowiadał już wcale, tylko coś z gniewnem uniesieniem mówił bez związku o Polsce i o honorze. Wtem, na widok nadbiegającej nieprzyjacielskiej piechoty, porwał się raptem sił ostatkiem i skoczył z koniem do Elstery. Tu ostatnią kulę odbiera w lewą pierś, przeszyty na wylot, osuwa się z konia i po krótkiem pasowaniu się — znika pod wodą.
Tak żył i umarł książę Józef Poniatowski.

wtorek, 26 lutego 2013

Ożywianie pomników

Książę Józef z konia zsiada...
Plik:Józef Poniatowski Monument in Warsaw.PNG
...wszystkim dzieciom opowiada:

Pod Raszynem w kwietniu roku 1809, waliły austriackie działa, strzelali żołnierze. My też ogniem kąsaliśmy, ale młode polskie wojsko niedoświadczone było. Zsiadłem z konia, podano mi dobrą strzelbę. Fajkę do ust wsadziwszy z adiutantami  na pierwszą linię raszyńskiej grobli poszedłem. Za moim przykładem poszli inni jeźdźcy, bo na wąskiej grobli konnica na niewiele zdać się mogła.
Plik:Battle of Raszyn 1809 by Wojciech Kossak.PNG
Dzielnie stawaliśmy pod Raszynem, docenili to Austriacy i nie kapitulację, ale rozejm z nami podpisali, lękając się ciężkich bojów o Warszawę. Bednarską ulicą poprowadziłem żołnierzy na most na łodziach zestawiony.

Mostem przeszliśmy na Pragę, a potem przez Jabłonną aż do Modlina dociągnęliśmy. Modlin od dwóch lat według planów napoleońskich inżynierów na twierdzę był sposobiony. Zwołałem swoich generałów na radę. Dąbrowskiego strategia wyparcia Austriaków z austriackiego zaboru najlepszą się nam wydała.

Ruszyliśmy w górę Wisły. Już 25 kwietnia, tydzień po Raszynie, gdy ze sztabem stanąłem w Jabłonnie, ułani pierwsze zwycięstwo na Pradze odważną szarżą zyskali.

Bitew dalszych było dużo, a z nich te o Ostrówek naprzeciw Góry Kalwarii położony i Sandomierz najbardziej zacięte były. W końcu stanęliśmy pod Krakowem. Austriacy poddali nam miasto, ale po cichu z Rosjanami się dogadali, że ich pierwszych wpuszczą. Łakomy kąsek dla Rosji - trzymać Kraków i czekać co Napoleon ustali. Niewiedzący idziemy na most, a tu jazda rosyjska w szereg konny ustawiona dojście zastawia. Podjechałem przed szereg, spiąłem konia, rosyjscy kirasjerzy odruchowo się rozstąpili i tym sposobem wyłom w blokadzie zrobiłem.

Weszliśmy do Krakowa, a Rosjanie, na tamte dni Napoleona sojusznicy, już więcej wstrętów już nam nie czynili.

Uwaga: Ostatni obrazek nie jest oczywiście księciem Poniatowskim. Ale właśnie taki pomnik Józefa Poniatowskiego jest nam potrzebny. Może mógłby stanąć w Jabłonnie?

niedziela, 24 lutego 2013

Jabłonna - dziesięć dni, które...

Październikowa dekada 18 - 28 w Jabłonnie, to dziesięć dni, które dźwięczą historią. I to wielką Historią.
Plik:Triumphal arch commemorating Prince Joseph Poniatowski in Jabłonna.png
   Po pierwszym dniu trzydniowej „bitwy narodów” pod Lipskiem Napoleon mianował księcia Józefa Poniatowskiego marszałkiem Francji, ale 19 października 1813 wielokrotnie ranny książę Józef Poniatowski ginie w nurtach Elstery - łuk triumfalny poświęcony Poniatowskiemu znajduje się w Jabłonnie. Sama Jabłonna pamięta również Poniatowskiego z roku 1809:
Po bitwie raszyńskiej wojsko polskie opuszcza Warszawę i zajmuje pozycje w okolicach Okunina i Modlina. W końcu kwietnia Poniatowski z dobrym skutkiem zmienia strategię z obronnej na ofensywną. Pierwsza wygrana potyczka, sprawdzająca wykonalność przyjętej strategii, miała miejsce na Grochowie 25 kwietnia 1809 roku. W tym samym dniu Poniatowski ze swoim sztabem przebywał w odległej zaledwie 15 kilometrów od miejsca starcia Jabłonnie.
Po całkowitym rozbiciu Prusaków przez wojska Napoleona w dwóch równolegle toczonych bitwach – pod Jeną i Auerstedt – w dniu 14 października, przed Polakami otworzyła się możliwość odzyskania chociaż części utraconych ziem i odbudowy Ojczyzny. Wybicki i Dąbrowski w dniu 3 listopada wydali odezwę do Polaków wzywającą do tego czynu, a 7 listopada byli uroczyście witani w Poznaniu, gdzie rozpoczęli formowania nowej armii polskiej. W grudniu 1806 roku wojska Napoleona przeprowadziły krótką, zakończoną sukcesem kampanię przeciwko wojskom rosyjskim przybyłym na odsiecz Prusom. Większa część Mazowsza stała się wolna. Napoleon 23 grudnia opuścił Warszawę, osobiście dowodził z Okunina pierwszą bitwą tej kampanii, potem udał się na lewe skrzydło swoich wojsk dojeżdżając aż do Ciechanowa, aby po dwóch dniach znaleźć się w Pułtusku, który jego wojska zdobyły 26 grudnia. Po kilkudniowym pobycie w Pułtusku Napoleon wrócił do Warszawy z krótkim postojem w Jabłonnej, gdzie był fetowany przez rodzinę Poniatowskiego i, podobno, po raz pierwszy spotkał wtedy Marię Walewską.
Plik:General Wladyslaw Sikorski - tablica (Jablonna, Polska).jpg
Władysław Sikorski kwaterował ze swoim sztabem w Jabłonnie na przełomie roku 1920 i 1921. Przybył tam po zawieszeniu broni na froncie polsko-rosyjskim, które weszło w życie w dniu 18 października. Ale parę miesięcy wcześniej, w środkowych dniach sierpnia 1920 roku, na linii Wkry Sikorski przechodzi do zwycięskiego kontrnatarcia przeciwko ponad dwukrotnie liczniejszym oddziałom rosyjskim.
Wspaniałe zwycięstwo V Armii wydawało się przez wiele lat jakimś niebywałym szczęściem wojennym” - w każdej wojnie szczęśliwy przypadek odgrywa wielką rolę i tak przedstawiał ten nieszczęśliwy dla Rosjan obrót spraw Tuchaczewski: „Takie położenie, wprost potworne i nie do pomyślenia, pomogło Polakom nie tylko zatrzymać ofensywę armii 3-ej i 15-tej, ale jeszcze krok za krokiem wypierać ich oddziały w kierunku wschodnim.” Przełomowy był dzień 15 sierpnia, gdy wyparto Rosjan za Wkrę, a w godzinach popołudniowych zdobyto most w Borkowie. Do walki weszła Dywizja Ochotnicza: pod nieprzyjacielskim ostrzałem przechodzi ona Wkrę pod Zawadami i w ciężkich walkach zdobywa do wieczora część Cieksyna. Dwa pułki Brygady Syberyjskiej po całodziennej walce, wieczorem zdobywają Nowe Miasto.
Nie istnieje jeszcze nowa, pełna historia wojny z Rosją, bo dopiero dwa lata temu Grzegorz Nowik przedstawił drugi tom "Zanim złamano Enigmę", dopełniający nieznaną dotąd historię działań radiowywiadu. Historycy będą się spierać, ale najistotniejsze fakty o łamaczach kodów z tamtego czasu są już ustalone. Właśnie w dniu 15 sierpnia, znajdująca się w pobliżu Borkowa, 17 polowa radiostacja przejęła rosyjską radiodepeszę i przekazała ją do radiostacji w Modlinie, gdzie znajdował się sztab 5 armii. Radiodepeszę rozszyfrowały niezwłocznie służby wywiadowcze 5 armii, skracając maksymalnie czas dekryptażu (z zasady depesze rozszyfrowywano dopiero po przesłaniu ich do Warszawy) . W rezultacie, rankiem 16 sierpnia stał się wiadomym dla dowództwa 5 armii aktualny stan bojowy rosyjskiego przeciwnika operującego na Mazowszu. Opisany sukces wywiadowczy składał się na bezapelacyjnie wygraną przez Polaków wojnę wywiadów w eterze.

Jabłonna była też ważną bazą wojsk polskich w wojnie polsko-rosyjskiej 1920 roku. (Warto pamiętać, że: w latach dwudziestych obecny rejon Legionowa nazywano Jabłonną, w latach trzydziestych używano nazwy Jabłonna-Legionowo, a dopiero po wojnie nazywano już tylko Legionowem).Wzdłuż drogi do Zegrza były rozlokowane liczne oddziały wojska, które ostatecznie zdobyły Radzymin (generał Żeligowski na wiadomość, że ma objąć dowództwo nad 10 i 11 dywizją piechoty oraz Dywizją Litewsko-Białoruską, tak pożegnał oficerów pułku wileńskiego: „Nu, trzymajcie się, pojadę do Jabłonnny, stamtąd na Nieporęt i popędzę bolszewików.”). Po wykonaniu tego zadania niektóre pułki miały wesprzeć V armię generała Sikorskiego toczącą bój o Wkrę z trzema nacierającymi armiami rosyjskimi. Walki wokół Radzymina trwały do 16 sierpnia, a wojskom Sikorskiego do tego czasu udało się przełamać linię Wkry i zdobyć Nasielsk.
Plik:Pamięci żołnierzy dywizji im. T. Kościuszki - tablica upamiętniająca.jpg
  Który to mógł być dzień października w miejscowości bliskiej Jabłonnie (odległej może o 10 km?) tak opisany we wspomnieniowej książce marszałka Rokossowskiego "Żołnierski obowiązek":
"[Po zajęciu Pragi i nieudanym desancie] działania bojowe w samej Warszawie przerwano. Jedynie na kierunku modlińskim toczyliśmy niełatwe i bezskuteczne walki. Przeciwnik utrzymywał się na wschodnim brzegu Wisły i Narwi na niedużym skrawku ziemi o kształcie trójkąta z wierzchołkiem w zejściu tych dwóch rzek. Ten kawałek, leżący w nizinie atakować można było tylko frontalnie.[...]
  Wojska 70-tej i 47-ej armii przypuszczały atak za atakiem na ten trójkąt nie dając rady przegnać Niemców [...]. Postanowiłem osobiście sprawdzić aktualną sytuację na tym odcinku. Zapoznawszy się wieczorem z planem ofensywy, która miała nastąpić o świcie, udałem się z dwoma oficerami sztabowymi do batalionu 47 armii, który znajdował się w pierwszej linii. Zajęliśmy miejsce w okopie. Miałem ze sobą telefon i rakietnicę. Umówiliśmy się: na zielone rakiety reakcją ma być przejście do ataku, na czerwone - rezygnacja z ataku.
  O ustalonej godzinie nasze działa, miotacze min i katiusze rozpoczęły ogień. Waliły mocno. Ale odpowiedź ogniowa przeciwnika była bez porównania silniejsza. Tysiące pocisków i min spadały na nasze wojska zza Narwi, zza Wisły i z fortów modlińskiej twierdzy. Ogień prowadziły działa różnych kalibrów, aż do tych najcięższych, fortecznych. Przeciwnik nie żałował amunicji chcąc pokazać, do czego jeszcze jest zdolny. Dopóki ten kompleks broni artyleryjskiej nie zostanie zlikwidowany, nie ma co mówić o likwidacji tego malutkiego międzyrzecznego trójkąta. Nie dysponowaliśmy odpowiednimi do tego celu środkami, a sam trójkącik nie miał takiego znaczenia, by tracić siły na jego zdobycie.
  Wydałem rozkaz o wystrzeleniu czerwonych rakiet, a przez telefon rozkazałem generałowi Gusiewowi i Popowowi odwołać atak."
  Rozpoznanie ogniem artylerii, w przeciwieństwie do rozpoznania walką, oszczędzające wiele istnień ludzkich (Rokossowski był znany w całej Armii Czerwonej z dbania o minimalizowanie strat żołnierskich), uświadomiło dowództwu I Frontu Ukraińskiego niewykonalność rozkazu szybkiego przekroczenia Wisły w okolicach samej Warszawy. Niemniej stało się początkiem zaciętej, ale zwycięskiej walki Dywizji Kościuszkowskiej o dojście do rubieży Wisły, w czasie którego wyzwolono Jabłonną. 
  Właśnie to kilkudniowe natarcie było ostatnim akordem nieprzerwanie, od 22 czerwca 1944 roku trwającej operacji Bagration - największej operacji wojennej w dziejach ludzkości!
  Na początku ofensywy Związek Radziecki zaangażował 1 700 000 żołnierzy, 2715 czołgów, 1355 dział samobieżnych, około 24 000 dział artyleryjskich i 2306 miotaczy min ze wsparciem 6334 samolotów. Do tego trzeba dodać 70 000 samochodów ciężarowych i 100 pociągów dostawczych dziennie
Niemieckie siły wynosiły początkowo 800 000 żołnierzy, 9500 dział oraz zaledwie 553 czołgów i 839 samolotów.
Przez następne dni i tygodnie siły obu stron rosły - szczególnie siły niemieckie, dzięki przerzuceniu bardzo licznych oddziałów z Ukrainy, gdzie Niemcy oczekiwali ofensywy radzieckiej (sztab Rokossowskiego obmyślił dziesiątki sposobów maskujących gromadzenie wojsk na kierunku białoruskim, a wręcz podpowiadał -np. makietami czołgów i samolotów - że zaatakuje na Ukrainie).
Rezerwy Armii Czerwonej umożliwiały wręcz podwojenie wojsk na kierunku białoruskim, a z czasem wejście na słabo już bronioną Ukrainę (pamiętajmy, że okolice Mińska i Grodna oddzielają od Wołynia rzeki, jeziora i bagna Polesia).
Norman Davies podaje: "Dano mu [Rokossowskiemu] 2 400 000 żołnierzy, 5 200 czołgów, 5 300 samolotów zapewniając przewagę w stosunku 4:1." (str. 150 książki "Europa walczy"). Różnice w danych wynikają ze sposobu liczenia rezerw.
W dzisiejszych rankingach najwybitniejszych dowódców II wojny światowej Rokossowski regularnie umieszczany jest na pierwszy miejscu! (p.Geniusz w cieniu zwycięstwa).

Józef Zeidler, Franciszek Preibis i szwoleżerowie z Wielkopolski

  Twórczość Józef Zeidlera przywrócono do obiegu w kulturze muzycznej bardzo niedawno, bo dopiero od 2006 roku, na który przypadała dwusetna rocznica jego śmierci. Ale są już dwie płyty z nagraniami jego kompozycji i sporo materiału na Youtube, który postaram się zaprezentować na blogu. Urodził się w roku 1744, około roku 1775 przybył do Gostnia, gdzie został członkiem kapeli przy klasztorze filipinów na Świętej Górze. Kapela uświetniała muzyką uroczystości kościelne, co oddaje w jakieś mierze amatorski filmik z Youtube. Zeidler skomponował kilkadziesiąt utworów religijnych, z czasem stając się kapelmistrzem niemałego zespołu muzycznego. Pochowany został na cmentarzu przyklasztornym.
 Franciszek Preibisz przybył do Kobylina prawdopodobnie z okolic Wrocławia, gdzie się urodził około 1762 roku. Poniżej cytuję początkowy fragment jego krótkiej biografii zestawionej z faktów i domysłów przez Leona Preibisza:
 „O młodości Franciszka nic nie wiemy. Pierwsza notatka pewna, to zapisek w księdze majsterskiej bractwa krawieckiego w Kobylinie z 20.6.1787 r. o przyjęciu go do cechu, w następującym brzmieniu:
 „1787 dnia Junii za urzędu panów starszych Pawła Pernaczyńskiego, Bogusława Helimka y wszystkich zgromadzonych Braci obecni stanowszy Franciszek Preibis przed stół nasz bracki dopraszał się, aby był przyjęty do Społeczeństwa Naszego co y otrzymał y oddał wszystkie powinności jako to są napisane: Na znak bracki 4 szostaki, wstępne zł.16, do skarbu zło.8 : kolacya zło.8 : wosku fątów 5 ; piwa beczek 4, które to zapisano do Xięg jest przyjęty jako wyży.”
Kobylin dzieli od Gostynia ok. 30 kilometrów - trzygodzinna jazda bryczką. W dni szczególnie uroczyste dla Filipinów gostyńskich (odpust, dzień patrona, Wielkanoc, itp.) Święta Góra stawała się miejscem zjazdów okolicznych mieszkańców. Zapewne był wśród nich również mistrz krawiecki z Kobylina, Franciszek Preibis i miał wtedy możliwość słuchania utworów Zeidlera granych w gostyńskim kościele.
Franciszek mieszkał w Kobylinie do końca życia (zmarł w 1830 roku). Myślę, że stał się zamożnym mieszczaninem dzięki stałemu zapotrzebowaniu na mundury w okresie Wojen Napoleońskich - stać go było na kształcenie synów, z których Antoni był już przed rokiem 1830 burmistrzem Kobylina, a Andrzej mógł dzierżawić folwark. Koszt uszycia munduru na miarę dla szwoleżera był bardzo wysoki, a zapewne nie obniżono go w okresie największego zapotrzebowania (1806 - 1812), kiedy to szyto mundury "hurtowo" w trzech rozmiarach: małym, średnim i dużym.
Rokosowo, wieś w gostyńskim powiecie, rodzinne gniazdo Rokossowskich (co najmniej od XVI wieku) dzieli od Kobylina jedynie dwadzieścia kilometrów. Niewykluczone więc jest, że szwoleżer Rokossowski wkraczał do Moskwy z V Korpusem księcia Józefa w mundurze uszytym przez zakład krawiecki Franciszka Preibisa (Napoleon specjalnie na czele swoich zwycięskich wojsk ustawił oddziały polskie). Gdy z generałem Konstantym Rokosowskim dowodzącym frontową armią jesienią 1940 roku połączył się telefonicznie Żukow z rozkazem wzywającym go do objęcia dowództwa jednej z armii przygotowanych do bezpośredniej obrony Moskwy, niezbyt z tego zadowolony Rokossowski (opuszczenie "swoich" żołnierzy jest zawsze bolesnym przeżyciem dla dowódcy), zażartował:
- "Ładno", mój przodek zdobywał Moskwę, a ja teraz mam jej bronić.

sobota, 23 lutego 2013

Katolickie wzmożenie

W Środę Popielcową, 13 lutego rozpoczął się Wielki Post. Kolejne rozważania znajdują się pod adresem
http://www.youtube.com/user/FranciszkanieTV/feed

piątek, 22 lutego 2013

10-cio godzinny tydzień pracy?



Rober Skidelsky, LONDON – What impact will automation – the so-called “rise of the robots” – have on wages and employment over the coming decades? Nowadays, this question crops up whenever unemployment rises.


In the early nineteenth century, David Ricardo considered the possibility that machines would replace labor; Karl Marx followed him. Around the same time, the Luddites smashed the textile machinery that they saw as taking their jobs.
Then the fear of machines died away. New jobs – at higher wages, in easier conditions, and for more people – were soon created and readily found. But that does not mean that the initial fear was wrong. On the contrary, it must be right in the very long run: sooner or later, we will run out of jobs.
For some countries, this long-run prospect might be uncomfortably close. So, what are people to do if machines can do all (or most of) their work?
Recently, automation in manufacturing has expanded even to areas where labor has been relatively cheap. In 2011, Chinese companies spent ¥8 billion ($1.3 billion) on industrial robots. Foxconn, which build iPads for Apple, hopes to have their first fully automated plant in operation sometime in the next 5-10 years.
Now the substitution of capital for labor is moving beyond manufacturing. The most mundane example is one you will see in every supermarket: checkout staff replaced by a single employee monitoring a bank of self-service machines. (Though perhaps this is not automation proper – the supermarket has just shifted some of the work of shopping onto the customer.)
For those who dread the threat that automation poses to low-skilled labor, a ready answer is to train people for better jobs. But technological progress is now eating up the better jobs, too. A wide range of jobs that we now think of as skilled, secure, and irreducibly human may be the next casualties of technological change.
As a recent article in the Financial Times points out, in two areas notoriously immune to productivity increases, education and health care, technology is already reducing the demand for skilled labor. Translation, data analysis, legal research – a whole range of high-skilled jobs may wither away. So, what will the new generation of workers be trained for?
Optimists airily assert that “many new types of job will be created.” They ask us to think of the lead drivers of multi-car road trains (once our electric cars join up “convoy-style”), big data analysts, or robot mechanics. That does not sound like too many new jobs to me.
Imagine a handful of technicians replacing a fleet of taxi drivers and truckers, a small cadre of human mechanics maintaining a full robot workforce, or a single data analyst and his software replacing a bank of quantitative researchers. What produces value in such an economy will no longer be wage labor.
We can see hints of that future now. Twitter, the social-media giant, is an employment minnow. It is valued at $9 billion, but employs just 400 people worldwide – about as many as a medium-size carpet factory in Kidderminster.
It is not true that automation has caused the rise of unemployment since 2008. What is noticeable, though, is that structural unemployment – the unemployment that remains even after economies have recovered – has been on an upward trend over the last 25 years. We are finding it increasingly difficult to keep unemployment down.
Indeed, the days when we in Britain thought it was normal to have an unemployment rate of 2% have long since passed. It was considered a great achievement of the last government that it brought unemployment down to 5% at the height of an unsustainable boom. And it only succeeded in doing so by subsidizing a lot of unnecessary jobs and useless training schemes.
No doubt some of the claims made for robots replacing human labor will prove as far-fetched now as they have in the past. But it is hard to resist the conclusion that “technological unemployment,” as John Maynard Keynes called it, will continue to rise, as more and more people become redundant.
The optimist may reply that the pessimist’s imagination is too weak to envisage the full range of wonderful new job possibilities that automation is opening up. But perhaps the optimist’s imagination is too weak to imagine a different trajectory – toward a world in which people enjoy the fruits of automation as leisure rather than as additional income.
During the Industrial Revolution, working hours increased by 20% as factories replaced feasting. With our post-machine standard of living, we can afford to shed some of the Puritan guilt that has, for centuries, kept our noses to the grindstone.
Today we find a great deal of work-sharing in poor countries. It is the accepted means of making a limited amount of available work go around. Economists call it “disguised unemployment.”
If escape from poverty is the goal, disguised unemployment is a bad thing. But if machines have already engineered the escape from poverty, then work-sharing is a sensible way of “spreading the work” that still has to be done by human labor.
If one machine can cut necessary human labor by half, why make half of the workforce redundant, rather than employing the same number for half the time? Why not take advantage of automation to reduce the average working week from 40 hours to 30, and then to 20, and then to ten, with each diminishing block of labor time counting as a full time job? This would be possible if the gains from automation were not mostly seized by the rich and powerful, but were distributed fairly instead.
Rather than try to repel the advance of the machine, which is all that the Luddites could imagine, we should prepare for a future of more leisure, which automation makes possible. But, to do that, we first need a revolution in social thinking.

Roboty do roboty!, a my - do parku (nauki i sztuki).

czwartek, 21 lutego 2013

Warszawa 1935

Tramwaju na Krakowskim Przedmieściu nie możemy pamiętać, ale stylową piosenkę Fogga o Warszawie - już tak. Jak to dobrze, że film rekonstruujący Warszawę uruchomi ludziom wyobraźnię w kierunku budowy-odbudowy, która jest tematem moich opowieści klockowych.
Akurat w roku 1935, jak w soczewce skupiają się ważne wydarzenia umożliwiające pogłębienie reprywatyzacji Historii:
siostra Alicja z grupą młodzieży kaszubskiej zostaje przyjęta przez prezydenta Ignacego Mościckiego; na ukończeniu jest kościół w Jabłonnie; mama ma dwadzieścia lat i próbuje zostać pianistką; tata kończy anglistykę jako drugi fakultet po polonistyce, a ciocia Zenia gospodaruje w Cieksynie.
  Film o Warszawie w roku 1935 został podobno sfinansowany przez angielską firmę Prudential, do której należał najwyższy budynek w Warszawie nazywany przed wojną też Prudentialem (po odbudowie - Hotel Warszawa). Od tego miejsca zaczyna się komputerowa rekonstrukcja i podniebne widoki przechodzą w panoramę Warszawy, jaką była kilkadziesiąt lat temu. Powstańcze zdobycie nieodległej Pasty, budynku ustępującego wysokością jedynie Prudentialowi, było chyba największym sukcesem militarnym w sierpniu 1944 roku. Ciocia Bronka, jako łączniczka AK zaniosła tam kiedyś ważny meldunek na najwyższy taras, z którego dobrze było widać Niemców kręcących się po parku Saskim. Wspominała, przy okazji nagrywania relacji uczestniczek Powstania przez moją siostrzenicę Anię, że jeden ze strzelców wyborowych powitał ją takim zdaniem: "O, Brońcia, chcesz, ustrzelę dla ciebie jednego Niemca".

Październikowe rocznice w historycznej Jabłonnie





















Książę Józef Poniatowski zginął w nurtach Elstery w dniu 19 października 1813 roku.

Plik:General Wladyslaw Sikorski - tablica (Jablonna, Polska).jpg

Dzień 18 października 1920 stał się dniem zakończenia działań wojennych na froncie polsko-rosyjskim. Niedługo potem generał Władysław Sikorski zamieszkał wraz ze swoim sztabem w Jabłonnie.

Plik:Pamięci żołnierzy dywizji im. T. Kościuszki - tablica upamiętniająca.jpg
Po kilku dniach walk, w dniu 28 października 1944 roku, 2 pułk 1 warszawskiej dywizji im. Tadeusza Kościuszki zdobył umocnienia niemieckie na lewej stronie Wisły w okolicach Jabłonny.

  W roku 2013 dwusetna rocznica śmierci Poniatowskiego przypada na sobotę, a 201-a, w roku 2014 - na niedzielę. W rocznicowym dla wojny polsko-sowieckiej, 2015 roku, dzień jej zakończenia - 18 października - wypada w niedzielę.

środa, 20 lutego 2013

Lego-Logos Jarosława Spychały

  Film powstał w okolicy roku 2007, kiedy to Jarosław Spychała prowadził duży europejski projekt edukacyjny. Słyszymy w nim komentarz narratora: Lego po duńsku oznacza "baw się dobrze" w sensie "baw się mądrze", odwołujący się do języka ojczyzny Lego - Danii. Po kilku latach Jarosław Spychała odnalazł grecki neologizm dla słowa Lego i całemu przedsięwzięciu nadał bardzo uniwersalny charakter:

Projekt ΛΕΓΩ-ΛΟΓΟΣ

"Jak rozumieć nazwę ΛΕΓΩ-ΛΟΓΟΣ?

Nazwa ΛΕΓΩ-ΛΟΓΟΣ (czyt. LEGO-LOGOS) jest neologizmem wyprowadzonym z języka starogreckiego. Pierwszy człon nazwy ‘λεγω' oznacza w języku starogreckim: czytać, myśleć, mówić. Natomiast drugi człon nazwy ‘λογος' oznacza w języku starogreckim naukę w szerokim sensie tego słowa. Inaczej mówiąc, tylko ten, kto potrafi czytać, myśleć i mówić może uprawiać naukę - osiągnąć wiedzę.
Historia Projektu ΛΕΓΩ-ΛΟΓΟΣ
Projekt Edukacji Filozoficznej ΛΕΓΩ-ΛΟΓΟΣ powstał w roku 2004 na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu. Początkowo był adresowany do studentów kierunków humanistycznych i miał zastosowanie w analizie tekstów filozoficznych.

W roku 2005 rozpoczęto przygotowania mające na celu zaadaptowanie metody ΛΕΓΩ-ΛΟΓΟΣ na potrzeby edukacji w sektorze szkolnictwa publicznego. Prace ukończono w roku 2006 i projekt został wdrożony w województwie Kujawsko-Pomorskim do użytku szkolnego jako innowacja pedagogiczna w Zespole Szkół nr 5 w Toruniu. Od tego czasu warsztaty ΛΕΓΩ-ΛΟΓΟΣ są prowadzone w szkołach na terenie całego kraju, w tym również placówkach zagranicznych. Organizowane są także szkolenia zawodowe dla nauczycieli i przedstawicieli samorządów terytorialnych. Udział w zajęciach bierze młodzież z Polski i zagranicy.
W roku 2007 metoda ΛΕΓΩ-ΛΟΓΟΣ została wykorzystana podczas 'Warszawskiego Międzynarodowego Festiwalu Kultury Filozoficznej Creatio Ex LegndoTM, nad którym patronat objęło Ministerstwo Edukacji Narodowej, Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego, Wojewódzkie Kuratoria Oświaty, Placówki Dyplomatyczne, m.in. Austrii, Brazylii, Czech, Danii, Ekwadoru, Estonii, Finlandii, Grecji, Holandii, Islandii, Łotwy, Malezji, Meksyku, Niemiec, Portugalii, Słowenii, Szwecji, Wenezueli, Węgier, Włoch.
W tym samym 2007 roku rozpoczęto kontynuację prac nad udoskonaleniem i szerszym zastosowaniem ΛΕΓΩ-ΛΟΓΟΣ pod naukową opieką Instytutu Filozofii i Socjologii Polskiej Akademii Nauk w Warszawie, Instytutu Filozofii Uniwersytetu Łódzkiego w Łodzi oraz Wydziału Filozofii Chrześcijańskiej Uniwersytetu im. Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie.
W roku 2008 projekt ΛΕΓΩ-ΛΟΓΟΣ znalazł również zastosowanie w szkoleniach prowadzonych na rzecz sektora publicznego, zwłaszcza dla przedstawicieli samorządu terytorialnego. A od roku 2009 metoda ΛΕΓΩ-ΛΟΓΟΣ jest z sukcesem stosowana w procesach szkoleniowych adresowanych do sektora prywatnego, których celem jest kształcenie i rozwojem technik myślenia twórczego oraz jego zastosowaniem w promocji, marketingu, PR i HR.
Projekt ΛΕΓΩ-ΛΟΓΟΣ cieszy się niesłabnącym zainteresowaniem opinii publicznej, środowisk specjalistycznych oraz mediów. Na przestrzeni 7 lat istnienia ukazało się w kraju i zagranicą ponad pół tysiąca publikacji prasowych i internetowych, audycji radiowych oraz programów telewizyjnych poświęconych ΛΕΓΩ-ΛΟΓΟΣ."

  Nie ukrywam, że tworząc scenariusz trzech klockowych opowieści miałem przed oczyma klockowe osiągnięcia Jarosława Spychały, a również dalszy ciąg jego działalności - obecnie jest popularnym trenerem myślenia kreatywnego. Ja startując od klocków chciałbym dojść do własnej metody przedstawiania zagadnień eschatologii i na dziś określiłbym swój program trzema słowami: Lego-Logo-Eschatollogia (klocki-komputer-przesłanie).
  Klocki Lego umożliwią - jak u Spychały - wejście w kontakt z dość trudnymi ideami: budowania kościołów (Toruń, Jabłonna) i walki o niepodległość (Elektrownia Warszawska).
  Programy w dialektach języka Logo (Scratch, StarLogo TNG) posuną myślenie o krok dalej konstruując wirtualne uniwersum dla tematów zarysowanych na etapie klockowym.
  Eschatollogia (przez dwa "l") wchłonie oba L-podejścia i zgodnie ze swoją nazwą wymusi postawienie pytań o sprawy ostateczne: wiary, męczeństwa i zbawienia. Próbą odpowiedzi  będą historie życia trojga błogosławionych: kardynała Newmana, siostry Alicji Kotowskiej i brata Michała Czartoryskiego.

wtorek, 19 lutego 2013

Scratch 2.0 może więcej

  Prezentację tego "więcej" zacznę od trzech programów: Chowany, Cieksyn-droga, Złota kaczka. Pierwszy z nich przeznaczony jest dla dzieci, drugi pokazuje jak można w Scratchu zestawiać fotografie, a trzeci to znana legenda warszawska.
Uwaga:
Trzy multimedialne programy znajdziemy w folderze Scratch - Multimedia i gry. Gdy klikniemy na nazwę programu otrzymamy informację, że podgląd jest niedostępny i możemy go jedynie pobrać. Pobranie oznacza zazwyczaj zapisanie w Downloads. Aby uruchomić program należy otworzyć stronę Scratch 2.0 Beta i kliknąć kolejno: Create - File - Import from local drive a potem odszukać odpowiednie miejsce w Downloads i kliknąć nazwę a potem na Otwórz.  Programy wpisane do Scratcha startują po kliknięciu zielonej chorągiewki.

  Scratch 2.0 wystartował w wersji Beta i nie wszystko w nim funkcjonuje bezproblemowo. Szczególnie irytująca jest zła jakość dźwięku i bez jej poprawy dekompozycji bajek na nagrywane dialogi nie można jeszcze zrealizować. Ale można się do niej przymierzyć, co już zrobiłem z warszawską legenda o Złotej Kaczce. Wpisane w chmurkach kwestie występujących  w niej postaci pochodzą z najbardziej znanej wersji Artura Oppmana (proszę kliknąć na ostatni link wpisu Złota Kaczka). Sam wystąpiłem w roli narratora (króla bajkowych opowieści), a kolejne głosy (dzieci lub dorosłych) czytające oppmanowskie zdania wgrane zostaną później.
  Dekonstrukcja bajek i opowiadań daje się już dziś przenieść do przedszkoli, a po deklaracji Obamy o upowszechnieniu przedszkoli dla czterolatków, realne staje się ukończenie w tym roku realizowanego przez zespół z Lifelong Kindergarten projektu ScratchJr. Umożliwi on naukę programowania 4 i 5-latkom. Dzieci same napiszą program podobny do Chowanego.
  Innym projektem rozwijanym w Lifelong Kindergarten z myślą o organizowaniu danych terenowych jest Map Scratch (dzisiejsze możliwości Scratcha sygnalizuję programem Cieksyn-droga).
  Kolejne wersje i dodatki do Scratcha umożliwią skuteczną realizację hasła: Programowanie już w przedszkolu, o którym po raz pierwszy usłyszeliśmy wraz z pojawieniem się języka Logo trzydzieści lat temu.

poniedziałek, 18 lutego 2013

Liczby Snydera

  Lekturą wstrząsającą, ale niestety konieczną dla zrozumienia wydarzeń XX wieku, jest książka Timothy Snydera: “Skrwawione ziemie”, oparta na najbardziej wiarygodnych ustaleniach całych zastępów historyków. Tytuł postu mógłby więc brzmieć: "prawda liczbowa o wyczynach Stalina i Hitlera", ale wciąż możliwe są nowe odkrycia miejsc kaźni, które mogą podwyższyć tą straszną liczbę czternastu milionów - raczej o niewielki ułamek procenta, który wszakże przekłada się na dziesiątki tysięcy istnień ludzkich.
Liczby w podsumowaniu (str. 444):
"Czternaście milionów ofiar śmiertelnych polityki celowych mordów na skrwawionych ziemiach jest sumą następujących przybliżonych liczb, które udokumentowano w tekście i przypisach: 3,3 miliona obywateli sowieckich (głównie Ukraińców) rozmyślnie zamorzonych głodem przez własny rząd na sowieckiej Ukrainie w latach 1932-1933; trzystu tysięcy obywateli sowieckich (głównie Polaków i Ukraińców) zastrzelonych przez własny rząd na zachodnich terenach ZSRR, oraz czterysta tysięcy obywateli sowieckich rozstrzelanych w innych rejonach w czasach wielkiego terroru lat 1937-1938; dwustu tysięcy obywateli polskich (w większości Polaków) rozstrzelanych przez siły niemieckie i sowieckie w okupowanej Polsce w latach 1939-1941; 4,2 miliona obywateli sowieckich (głównie Rosjan, Białorusinów i Ukraińców) zagłodzonych przez okupanta niemieckiego w latach 1941-1944; 5,4 miliona Żydów (w większości obywateli polskich lub sowieckich) zagazowanych lob zastrzelonych przez Niemców w latach 1941-1945; siedmiuset tysięcy cywilów (głównie Białorusinów i Polaków) rozstrzelanych przez Niemców w “akcjach odwetowych” przede wszystkim na Białorusi i w Warszawie w latach 1941-1944."
(liczby nie obejmują "zwykłych" ofiar działań wojennych, np.bombardowań wśród ludności cywilnej, ani zabitych w walce żołnierzy - mój przypis).
Dwa ważne komentarze Snydera do liczb: 
Str.410 - “Obozy koncentracyjne gromadzące ofiary przeznaczone na unicestwienie”
"Miejscami zabijania, które najlepiej pasują do tego opisu były niemieckie obozy dla jeńców sowieckich. [.. .]  …służyły one koncentracji ludzi w celu ich zabicia. Stłoczeni dziesiątkami tysięcy oraz pozbawieni żywności i opieki medycznej jeńcy umierali szybko i masowo: zginęło tak około trzech milionów ludzi, większość w ciągu kilku miesięcy."
Str. 413 
"W chwili uruchomienia komór gazowych w Birkenau, wiosną 1943 roku, nie żyły już ponad trzy czwarte wszystkich Żydów, którzy mieli zginąć w Holocauście."
Liczby Snydera dotyczą "Skrwawionych ziem" - głównie Polski i byłego ZSRR. Zbiorcze dane o stratach ludzkich w czasie II wojny światowej przedstawiłem w poście o odznaczeniu Normana Daviesa.

niedziela, 17 lutego 2013

Scratch 2.0 jak Logo

  Sprawdziłem - programy w Logo, które przedstawiłem na kolejnych stronach "Zanim siądziesz do komputera", łatwo dają się przetłumaczyć na język Scratcha 2.0. Pod adresem:
https://docs.google.com/folder/d/0B05HBY4ASCsJcUZWTER5aE5qYW8/edit?usp=sharing
można obejrzeć zarówno pdf wspomnianej książki jak i programy w Scratchu z tytułami odnoszącymi się do konkretnych jej stron. 
Uwaga:
Program w Scratchu odpowiadający zapisanemu w Logo na danej stronie znajdujemy w folderze ZanimSB2. Gdy klikniemy na jego nazwę (np. Z33-2.sb2, czyli 33 strona, drugi program) otrzymamy informację, że podgląd jest niedostępny i możemy go jedynie pobrać. Pobranie oznacza zazwyczaj zapisanie w Downloads. Aby uruchomić program należy otworzyć stronę Scratch 2.0 Beta i kliknąć kolejno: Create - File - Import from local drive i dojść na odpowiednie miejsce w Downloads. 
  Logo od kilkunastu lat jest podstawowym językiem programowania na lekcjach informatyki w szkole podstawowej i gimnazjum. Scratch zawsze był zaliczany do dialektów języka Logo, ale dopiero ostatnia wersja Scratcha stała się prawdziwym Logo. Jeżeli do jego obecnych możliwości dodamy sprawdzoną już multimedialność, która najbardziej fascynuje dzieciaki (ponad 3 miliony programów!), to bez przesady można mówić o rewolucji w najwcześniejszym nauczaniu informatyki.
  Tytuł "Zanim siądziesz do komputera" i zawartość napisanej przeze mnie ćwierć wieku temu książeczki nabierają aktualności również w innym wymiarze. Proszę przeczytać poniższe zawiadomienie o warsztatach, które odbyły się w styczniu tego roku na zjeździe Stowarzyszenia Nauczycieli Matematyki:   
Warsztat W6 - prowadzenie Paweł Perekietka 
Zanim usiądziesz do komputera... Stare i nowe pomysły na lekcje informatyki 
Streszczenie warsztatu : W czasie zajęć zaprezentowane będą spolszczone materiały 
dydaktyczne dot. algorytmiki, matematyki dyskretnej i kryptografii, powstałe w 
ramach projektu "Computer Science Unplugged". Celem projektu jest 
zainteresowanie uczniów (począwszy od szkoły podstawowej) samą informatyką a 
nie komputerami. Przed zajęciami warto zajrzeć na stronę JasiJoasia.edu.pl, by 
przekonać się, o co w tym wszystkim chodzi.

  Multimedia nie kończą się na ekranie komputera - obecnie fascynują mnie możliwości klocków Lego.

sobota, 16 lutego 2013

Giełda faktów historycznych



  Archiwa, archiwa i jeszcze raz archiwa są niezbędne, by poważnie zajmować się historią. Mój wujek, George Leggett mógł napisać w latach sześćdziesiątych pierwszą na świecie historię Czeka na podstawie archiwów angielskich (miał do nich dostęp, jako pracownik "białego wywiadu" brytyjskiego Ministerstwa Wojny, wcześniej niż mogli je poznać uniwersyteccy historycy), a polski historyk, Paweł Wieczorkiewicz mógł tylko się popisywać znajomością wszystkich "otczestw" znanych czekistów i odkładać w nieskończoność napisanie poważnej książki o historii Rosji.
  Faktem historycznym nazywam zarchiwizowany zapis (na papierze, na taśmie magnetofonowej, filmowej itp.) ważnego wydarzenia z przeszłości. Książka historyczna wtedy ma sens, gdy przy jej pisaniu opierano się na takich danych źródłowych. W chwili obecnej komputerowe zasoby archiwalne krajów zachodnich (szczególnie USA i Wielkiej Brytanii) zawierają już np. zdecydowaną większość faktów historycznych z II Wojny Światowej - i to również z jej przebiegu na terenach wschodnich. To na ich podstawie mógł napisać Snyder najwyżej ostatnio ocenianą książkę "Skrwawione ziemie" (już pobrano z niej wiele danych do Wikipedii - p. Plan głodowy, Jeńcy sowieccy w niewoli niemieckiej ):
Skrwawione ziemie - Timothy Snyder
  Polskie zasoby archiwalne są bardzo skąpe, a do tego nie są wprowadzone do komputerów, skazują więc historyków na katorżnicze przeglądania papierzysk lub mikrofilmów. Chyba jedynym "archiwum", które nie zostało jeszcze wczytane do zachodnich komputerów są zasoby "teczek" przejęte z MSW (myślę, że nikt poważny nie uważa je za źródłowe zasoby archiwalne, w przeciwieństwie do naszych IPN-owców).
  Wczoraj w BUW-ie widziałem nowiutką, dobrze udokumentowaną książkę amerykańskiej historyczki o oblężeniu Leningradu, o Gułagu rzetelną książkę (nagrodzoną Pulitzerem) napisała Anne Applebaum mieszkając jeszcze wtedy w USA, ba, mam nawet świetnie napisaną przez historyków amerykańskich opowieść o "naszym" Dywizjonie 303. Wszystkie te prace składają się na coś, co nazywam "giełdą faktów historycznych", czyli wyobrażalne forum przypisujące odpowiednią wagę faktom, tak jak giełda handlowa czyni to z wartościami akcji.
  Bez choćby pobieżnego, ale empatycznego spojrzenia na wszystkie fakty z II Wojny Światowej będziemy, za przeproszeniem, bredzić o niesłychanych polskich stratach i cierpieniach uzasadniających nasz, polski popnacjonalizm.

piątek, 15 lutego 2013

Globalne zasupłanie

  Wczoraj rozesłałem do angeologów (angeologią nazywał Gałczyński swoje studia anglistyczne, wprawdzie nieukończone, ale przez nabyty angielski umożliwiające przekład Snu nocy letniej) następujący email:

Do wszystkich zainteresowanych,
świetny tekst Stiglitza o zasupłaniu współczesnej gospodarki światowej:
http://www.project-syndicate.org/commentary/lessons-from-davos-by-joseph-e--stiglitz
Prześlijcie znajomym.
Piotrek


Krzysztof Marczewski (wykładowca z SGH), znany wszystkim adresatom, żartobliwie odpowiedział:
Życie w G-0. Straszne!
Pozdrawiam,
Krzysztof Marczewski


  No właśnie, jak to, świat straci swoich prymusów z G-7, czy G-20 i stanie się światem G-0? Oj, biedne my sieroty bez ojcowskiego spojrzenia Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Francji i Niemiec. Kto nas pogłaszcze po główce - dobra Polska, dobra, słucha się poleceń, w lot rozumie intencje swoich najlepszych mentorów. Aż strach pomyśleć, że jak "mysz, która ryknęła" (pamiętacie ten film z Peterem Sellersem?) wymyślimy jakąś nieprozachodnią politykę zagraniczną  (we wspomnianym filmie Sellers w średniowiecznej zbroi - jedynej dostępnej w jego księstwie - wypowiada wojnę Ameryce, bo oczywista przegrana jest jedyną szansą księstwa na powtórzenie wspaniałego rozwoju wzorowanego na przykładzie pokonanej w II wojnie światowej Japonii).
  O takim świecie niespodziewanej wolności pisze Stiglitz, a także o nieuniknionej przegranej świata pracy z kapitałem, który kapryśnych robotników zastąpi posłusznymi automatami, co futurolodzy przewidzieli już ćwierć wieku temu, a w Davos po raz pierwszy było tematem głównej debaty. (Posługując się tłumaczeniem Google i powyższym omówieniem można, mam nadzieję, wychwycić sens artykułu Stiglitza).

sobota, 9 lutego 2013

Edukacja sentymentalna



Rozpoczynam piosenką o pierwszym balu - darzonym największym sentymentem w kobiecych wspomnieniach. Chciałem jednak postawić pytanie: jak wykorzystać Internet wraz z aplikacjami do edukacji sentymentalnej, takiego nucenia dla siebie urokliwych piosenek i przywoływania leciutkich tekstów? Odpowiedź - czerpać ile się da z zasobów Kabaretu Starszych Panów. Wszystkie piosenki z poniższych czterech części nowego wydania dawnego kabaretu Starszych Panów, mają prościutkie, chwytliwe melodie, świetnie nadające się na występy karaoke, a dialogi zapamiętuje się jako żarty do powtórzenia:



Warto obejrzeć fragment starego kabaretu z piosenką o niedużej miłości, bo śpiewana jest w duecie, a wyobrażenie wspólnego z miłą osobą śpiewania z edukacji sentymentalnej czyni szkołę uczuć:
Części V i VI przywołanego nowego wydania KSP są bardziej groteskowe niż sentymentalne, ale z części VII do szkoły uczuć dołączmy świetnie wyśpiewane pragnienia Julietty:
Tak, do dziś najlepszą lekcją w szkole uczuć jest historia Romea i Julii...

czwartek, 7 lutego 2013

Reprywatyzacja Historii

  Mleko się rozlało - nie wiedzieć za czyim przyzwoleniem IPN znacjonalizował Historię. Już sama nazwa: Instytut Pamięci Narodowej jest dyktatem (chyba tylko cierpiący na amnezję potrzebują instytutu przywracającego pamięć), a za nią idzie dyktatura prawomyślności. Jedynie słuszna Pamięć Narodowa tworząca jedynie (po)słuszny Naród. Nic dziwnego że podnoszą się głosy żądające likwidacji IPN-u, lub przynajmniej ograniczenia przyznawanych mu funduszy. Niestety, to co dla jednych jest wydmuszką, dla innych stało się ikoną. Odpowiedzią na nacjonalizację Historii może być tylko reprywatyzacja Historii - pokazanie, że jest ona sumą doświadczeń konkretnych rodzin, a nie sumą poglądów samozwańczych interpretatorów. Gdy rok temu zebrałem kilkadziesiąt postów w większą całość zatytułowaną Trzy Rodziny edukują dla pokoju wydawało mi się, że możliwe jest wspólne zajęcie się przyszłościowym działaniem dla pokoju na świecie. Niestety cały potencjał tradycji Rodziny Katyńskiej jest na naszych oczach roztrwaniany politycznie w "zamachu smoleńskim" - bliski mojej rodzinie temat Ostaszkowa, największego obozu jenieckiego, po prostu przestał istnieć!
  W styczniu nie można było zorganizować ogólnopolskich obchodów Powstania Styczniowego, w lutym przemówienie Putina było jedyną narracją dla przełomu stalingradzkiego, a brali przecież w nim udział Polacy z Kresów wcieleni do Armii Radzieckiej. W dniu listopadowego Święta Niepodległości interpretatorzy Historii święcą swój największy triumf - zawładnęli umysłami kibiców piłkarskich do tego stopnia, że ci w świętym gniewie atakują policję. Itd., itp.
  Prywatna pamięć o bliskiej rodzinie jest więc już nie tylko potrzebą serca - staje się ona jedynym orężem obronnym przed prywatą historyków sprzedających swoje elaboraty pod szyldem "pamięci narodowej". Wszyscy, którzy mogą coś wnieść do reprywatyzacji Historii, powinni to uczynić właśnie teraz, gdy nadciągające burze kryzysu gospodarczego mogą wydąć żagle tej żałosnej flotylli histerycznych historyków.
  Na tym blogu starałem się odszukać wiele tropów historii rodzinnych (ostatnimi były te wiodące do Jabłonnej i Tarnowa) . Wszystkie one mogą zejść się punktowo przy okazji obchodów wydarzeń rocznicowych  ważnych dla większości Polaków. Poniżej przedstawiam ich daty wraz z linkami do odpowiednich postów na tym blogu:
1) 19 października 2013 roku: 200 rocznica śmierci księcia Józefa Poniatowskiego w Bitwie Narodów pod Lipskiem, obchodzona w jego ulubionej Jabłonnej.
2) 11 listopada 2014: 75 rocznica wydarzeń 11 listopada 1939 roku w Piaśnicy.
Misją Wkramostu jest rozszerzenie obchodów piaśnickich o mazowiecki Cieksyn, oraz łagodzenie zupełnie nieświątecznej wrogości podzielonych współobywateli.
3) 15 sierpnia 2015: za pięć setna (95-ta) rocznica Bitwy nad Wkrą.
Przebieg Bitwy nad Wkrą stoczonej 14 i 15 sierpnia 1920 roku nierozerwalnie jest powiązany z warunkami terenowymi Borkowa, Cieksyna i ich okolic. Tylko fragmentarycznie można ją zrekonstruować w pobliżu mostu łączącego Borkowo z Cieksynem, a jej znaczenie dla całego przebiegu polskiej kontrofensywy nie jest jeszcze upowszechnione.
4) 3 maja 2016: setna rocznica największych w polskiej tradycji obchodów 3 Maja.
W 1916 roku obchodzono 125 rocznicę uchwalenia Konstytucji 3 Maja gremialnie i radośnie. Obyśmy byli w stanie przygotować i powtórzyć podobne obchody w 225 jej rocznicę.
5) 30 marca i 7 listopada 2017: 125 rocznica urodzin Stefana Banacha i 150 rocznica urodzin Marii Skłodowskiej-Curie.
W roku poprzedzającym stulecie niepodległości warto zadać sobie pytanie, czym jest niepodległość, jak ją tworzyć osobiście i jakie powinna wydać owoce? Czyż nie takie jak na Przystanku Tarnów i na Przystanku Cieksyn?

wtorek, 5 lutego 2013

Przystanek Cieksyn

  Przystanek Tarnów ogniskując uwagę na osiągnięciach Banacha musi, z natury rzeczy, omawiać elementy matematyki wyższej - wprawdzie przedstawiane z pomocą CDF-ów, ale jednak nieredukujące się do matematyki elementarnej. Banachalia - autokonstrukcjonizm mają jednak za swój główny cel przedstawienie Banacha jako najwybitniejszego samouka XX wieku, co właśnie teraz i w przyszłości może być wskazówką i zachętą dla setek tysięcy odbiorców bezpłatnych kursów dla samouków (p.MOOC).
  Ten sam cel przyświeca mi w innym rozdziale Chmurkowego konstrukcjonizmu, o tytule: Księgi przyrody Marii mazowieckich. Tutaj przepis na autokonstrukcjonizm jest dużo prostszy i w największym skrócie brzmi: wejdź w kontakt z przyrodą. Najlepiej w Cieksynie:



  Pojedź tam, zrób sesję zdjęciową rzeki, lasu, pól ... Znajdziesz tam wszystkie składniki przyrody mazowieckiej i to w najlepszym gatunku. A potem podumaj, jaką inspiracją była ta przyroda dla obu Marii mazowieckich - Marii Skłodowskiej i Marii Kotowskiej. Łączą je obserwacje okolic innego dopływu Narwii - rzeki Węgierki (Cieksyn poznała jedynie druga z nich). Ale, i tam i tu, przyroda mazowiecka jest taka sama.
  Do roku 2017, kiedy to Maria Skłodowska-Curie wróci na czołówki gazet za sprawą 150 rocznicy jej urodzin, zaistnieje w końcu jej muzeum w Szczukach, gdzie spędziła trzy lata na posadzie guwernantki. Warto będzie tam pojechać, ale czy wielokrotnie? Jest to i dalej od Warszawy, i dojazd jest fatalny. Sensowny kontakt z przyrodą nie może być jednorazowy - trzeba te same miejsca obserwować w różnych porach roku, a nawet w różnych porach dnia. Przystanek Cieksyn natomiast jest osiągalny w ciągu dwóch godzin od wyjazdu z Warszawy (pociąg odjeżdżający z Warszawy Gdańskiej około godziny 15 jest tam nawet już po godzinie!).

poniedziałek, 4 lutego 2013

Przystanek Tarnów

  Wraz z zaistnieniem długo oczekiwanego, uruchamianego w Internecie programu Scratch mogę wrócić do pisania internetowej książki Chmurkowy konstrukcjonizm, dla której Scratch i CDF-y mają być tytułową chmurką. Jest w niej już rozpoczęty rozdzialik zatytułowany: Banachalia - autokonstrukcjonizm. Wspominam w nim o bardzo ciekawej książce wybitnego psychologa, Józefa Kozieleckiego Banach - geniusz ze Lwowa. W roku 2017 przypada 125 rocznica urodzin Banacha i zapewne jakieś grupy z Polski udadzą się do Lwowa, ale na większe obchody w tym mieście nie można liczyć. Zresztą dlaczego ma być to koniecznie Lwów? Do dwudziestego ósmego roku życia Banach był mieszkańcem Krakowa, nie mógł więc mówić z lwowskim akcentem, a zaliczanie go do Kresowian (co czyni Kozielecki) jest grubą przesadą - na tej zasadzie Chopin byłby paryżaninem. Chmurkowy konstrukcjonizm zawiera wiele propozycji opracowanej przeze mnie Szkoły Drogi. Już dawno myślałem o włączeniu do tej części mojej internetowej książki linii kolejowej Kraków - Przemyśl - Lwów, którą dziesiątki razy jeździł Banach:

  Kolej galicyjska powstała w latach 1856-1861 i w czasach młodości Banacha była najważniejszą arterią komunikacyjną Galicji. Pierwszy jej odcinek połączył Kraków z Tarnowem i dwugodzinny przejazd w miarę luźnym pociągiem do Tarnowa może być magicznym wejściem na Drogę Banacha. Stutysięczny Tarnów lepiej będzie odwzorowywać spokojne, kawiarniane życie Lwowa, niż żyjący tysiącem spraw Kraków. Przystanek Tarnów jawi się najlepszym miejscem dla przypomnienia niezwykłych losów Stefana Banacha.