poniedziałek, 29 września 2014

Ciosek - autor scenariusza

Stanisław Ciosek nie napisał książki przedstawiającej całościowy scenariusz (takiej jak ta, w której Władysław Sikorski przedstawił scenariusz przyszłej wojny), ale w poniższym wywiadzie zarysował chociaż prawdopodobny scenariusz przyszłych wydarzeń. Muszę więc go dołączyć do elitarnej (z natury rzeczy) grupy Autorów Scenariuszy, grupy niezbędnej w społeczności wszystkich ludzi dobrej woli, realizującej hasło "Jak walczyć bez karabinu".

Cezary Michalski: Setną rocznicę wybuchu I Wojny Światowej obchodzimy fajerwerkami na wschodzie Ukrainy. W tej sytuacji do optymizmu historiozoficznego trzeba się trochę zmuszać. W 1914 roku europejskimi mocarstwami też nie rządzili wariaci, też nie było Hitlera, a pewnie się zgodzimy, że Putin nim nie jest. Byli „rozsądni” cesarze Niemiec, Austro-Węgier i Rosji, „rozsądni” premierzy i prezydenci Wielkiej Brytanii i Francji. Wszyscy chcieli rozegrać krótkie, najlepiej lokalne wojny, żeby zrealizować „realistycznie” definiowane cele. Tyle że nie rozumieli, że zamiast ułanów z piórami przy hełmach dysponują machinami nowoczesnych państw. W konsekwencji mieliśmy cztery lata rzezi, zniszczenie całego kontynentu i „dogrywkę” II Wojny Światowej. Czy „rozsądni” i „realistyczni” politycy także dzisiaj mogą popełnić podobny błąd?

Stanisław Ciosek: Tu także żadna ze stron nie ma intencji wywołania Wielkiej Wojny, ale proces destrukcji postępuje. Ja także zakładam, że Putin nie jest wariatem, że nie jest psychicznie chory, że mu o coś chodzi, kieruje się racjonalnymi przesłankami. On i jego otoczenie.

Co niczego nie gwarantuje.

Nie gwarantuje, ale daje przynajmniej szanse, żeby się wycofać z tego procesu, którego narastanie obserwujemy. Znam wielu ludzi z obecnego otoczenia Putina. To są zazwyczaj ludzie racjonalnie myślący, ale nawet tacy popełniają strategiczne błędy. Choćby jeden z czołowych politologów rosyjskich, Siergiej Karaganow. On cały czas namawiał Rosję, żeby zwróciła się w stronę Europy, żeby stamtąd czerpała siłę, oczywiście bez porzucania specyfiki rosyjskiej itd. A teraz mówi, że Europa jest wstrętna, że trzeba się kierować w przeciwną stronę i tworzyć w świecie antyeuropejskie alianse. I widzę, że takie głosy są na Kremlu słuchane.

Albo to on wyraża polityczne zamówienie, wynikające z sytuacji.

I je uzasadnia post factum. To całkiem możliwe.

Ale ja, próbując używać kategorii racjonalnych, uważam, że Rosji wciąż chodzi w całej tej sytuacji o znalezienie pomysłu na swój własny rozwój, na zdefiniowanie samej siebie, także na znalezienie własnego miejsca w porządku globalnym.
Takiego miejsca, w którym byłaby „szanowana”, „akceptowana”, miałaby poczucie partnerstwa. Dziś Zachód nie ma dla Rosji takiej propozycji. Także Rosja nie ma „na siebie” tego pomysłu i tego sposobu. Najlepiej to widać, jak przeanalizujemy dane ekonomiczne. Sam prezydent Putin, w lutym tego roku, całkiem otwarcie mówił do swojego rządu, że model, w którym dziś funkcjonuje Rosja jest do niczego. Oni doszli do muru, dalej na tej drodze niczego już nie osiągną, nawet nie zagwarantują sobie bezpiecznej kontynuacji stanu obecnego. Putin ma przed sobą kilkanaście lat rządzenia. Będzie poszukiwał jakiegoś pomysłu na rozwój, inaczej skończy jak Kaddafi czy Mubarak i sam o tym wie. A nie może wydobyć z obecnie funkcjonującego w Rosji modelu społeczno-gospodarczego tej energii, która by mu zapewniła gwarancję stabilnego sprawowania władzy. Tylko dzięki rozwojowi i wzrostowi gospodarczemu Putin może liczyć, że będzie prezydentem, który zakończy swoją kadencję przydomkiem „Wielki” albo możliwością dopisania do swego imienia rzymskiej jedynki. Inaczej go przepędzą.

Kryzys ukraiński kosztuje go coraz więcej, a nie rozwiązuje żadnego z problemów, o których pan mówi. Niektórzy obserwatorzy sugerują, że godząc się na przecięcie więzów z Zachodem, Putin próbuje wymusić „suwerenny” rozwój gospodarki rosyjskiej.

Ekipa kierująca Rosją wie dobrze, że międzynarodowa wymiana handlowa przynosi korzyści wszystkim jej uczestnikom. Ludzkość wpadła na to zanim wymyśliła pieniądz. Chińczycy też kiedyś mieli pomysł, że będą stal wytapiali na każdym podwórku. Dziś wpasowali się w globalizację i czerpią z tego zarówno nieporównanie większe zyski, jak też większe poczucie potęgi. Rosja swojej „suwerenności”, czy raczej autarkii, nie ma szansy odbudować w dzisiejszym globalnym systemie.

Także odwrócenie się od Europy nie jest rozwiązaniem. Do gazu eksportowanego do Chin będą prawdopodobnie dopłacać. Natomiast w dłuższej perspektywie Rosjanie mogą głębiej wyspecjalizować się w niektórych dziedzinach i sprzedawać światu nie tylko nieprzetworzone surowce. Powinni tu już zrobić dawno temu. Jeśli sankcje ich do tego zmuszą, a nie własny rozum, to dla dobra Rosji trzeba ich batożyć tymi sankcjami. Ale to oczywiście ponury żart.

Większość zachodnich ekspertów i mediów, ze szczególnym uwzględnieniem wpływowego globalnego lobby „sierot po zimnej wojnie”, uważa dziś, że aby mobilizować Zachód trzeba przedstawiać Rosję Putina jako mocarstwo potężniejsze od ZRSS i całego bloku wschodniego, potężniejsze od „miękkiej Ameryki Obamy” i „zdemoralizowanej Unii Europejskiej”. Czy pan chce demobilizować Zachód przedstawiając Rosję jako pogrążone w marazmie państwo surowcowe? 

Wolę realizm, niż mobilizowanie do walki fałszywymi argumentami, a fałsz szybko wylezie. Wystarczy rzucić okiem na statystyki.

Ale co ma przyspieszać rozwój Rosji, żeby nie musiała przed swoimi własnymi obywatelami i przed całym światem środkami militarnymi odgrywać imperium? Dziś na Ukrainie, jutro może gdzie indziej. Jak wyjść z tej spirali?

Gdybym był „carem”, na miejscu Putina, bo on prawie carem jest...

Bardziej carem, niż pierwszym sekretarzem.

Oczywiście. Ja w takiej sytuacji bym chciał, żeby mnie dołączyli do tej dwójki USA-UE, żebym był tym trzecim. To rozwiązałoby, w ten czy inny sposób, problem Białorusi, Ukrainy, Gruzji, które też do tej wspólnej przestrzeni by wówczas należały, nie będąc rozrywanymi przez „Zachód” i „Wschód”, a także przez realne napięcia wewnątrz tych społeczeństw i państw.

To idealistyczna wizja, poza tym rozwiązanie problemu Białorusi, Ukrainy, Gruzji „w ten czy inny sposób” to także temat negocjacji pomiędzy Zachodem i Rosją dotyczących ostatecznego kształtu i kalendarza wprowadzania umowy stowarzyszeniowej Ukraina-UE. W Polsce sposób negocjowania tej kwestii przez Niemcy czy Francję uważa się za „zdradę Ukrainy”.

To się jednak już dzieje w warunkach konfliktu, który całą sytuację zmienia. Ale po kolei. Bądźmy na chwilę carami. Rozmawiajmy jak dwóch carów Rosji. Ja rozmawiałem z Gorbaczowem, Falinem, Jakowlewem, Szewardnadze, z ludźmi, którzy współtworzyli politykę rosyjską przełomu 1991 roku i tworzyli ją po przełomie. Niektórzy z nich do dzisiaj są czynni. Ich marzeniem było to, żeby Rosja znalazła się w rodzinie euroatlantyckiej, sięgającej od Władywostoku po Lizbonę, „wspólny dom Europa” i tak dalej... 

To marzenia pomogło w bezkrwawym wyjściu Rosji z Europy Środkowej. Później jednak wygrało na Zachodzie myślenie, skoro Europę Środkową już mamy, po co nam Rosja? Można ją jeszcze głębiej zepchnąć do Azji, przycisnąć do chińskiego muru. W dodatku, niestety, ze standardami w Rosji wciąż było kiepsko. A później jeszcze pojawiła się Czeczenia, która to wszystko zbrutalizowała.

Mówi pan o standardach, ale dla Rosjan było ważne, czy będą to standardy narzucone, czy standardy jednak różne, ale które się między sobą negocjuje. Tak na marginesie, Rosja, przynajmniej w duszy, w marzeniach, chce być Europą. Oni chcą uciec z tej Azji. Ale te marzenia dominują głównie w kręgach elit intelektualnych, dawnej inteligencji. Zresztą, spór o europejskość czy azjatyckość Rosji toczy się od setek lat.

Od początku kryzysu ukraińskiego wzrosło tempo ucieczki na Zachód rosyjskich pieniędzy, wywożenia dzieci, zabezpieczania się. Nawet ze strony tych oligarchów, którzy deklarują lojalność wobec Putina. Oni też wolą dla swoich dzieci Eton i Oxford od MGIMO.

To ciążenie jest i Zachód go nie wykorzystał. Albo chciał wykorzystać w taki sposób, który tylko przyczynił się do dzisiejszego zerwania. Sam byłem świadkiem, jak do Moskwy przyjechała ta sama ekipa Sachsa, która wcześniej była w Warszawie. Z tymi samymi doradcami, z tą samą wizją transformacji, autorstwa MFW i Banku Światowego.

Znam Polaków, sensownych, odpowiedzialnych, pracujących w instytucjach europejskich, którzy panu odpowiedzą: „jak to Zachód nie wykorzystał szansy przyciągnięcia Rosji? Wysłaliśmy im Sachsa, gdyby mieli własnego Balcerowicza teraz już by byli tacy sami jak my”. Oni to mówią z pasją i przekonaniem, bez cienia refleksji. Ale z drugiej strony, globalizacja to przemoc, a Rosja zimną wojnę przegrała.

Tyle że scenariusz Sachsa i Balcerowicza w Rosji nie mógł się udać. Polska tę dawkę trucizny przyjęła, na nogi to nas ostatecznie postawiło, ale Rosję to zniszczyło.
Inna historia, inne warunki społeczne. Wszystko inne.

Także w Polsce koszty społeczne transformacji ciągle nam się odbijają czkawką. W każdej chwili może wygrać populizm, którego źródła są oczywiste, choć elity transformacyjne udają, że nie wiedzą, skąd to się wzięło.

W Rosji to w ogóle padło. Próba realizowania tam przez Zachód neoliberalnego scenariusza to była głupota, za którą, nota bene, Jeffrey Sachs się kaja do dzisiaj.

Bardziej nawet, niż za „błędy” popełnione w Polsce. 

To było nie do przyjęcia w Rosji, to się wynaturzyło za czasów Jelcyna czy Gajdara, głównie w postaci oligarchizacji. Tam wówczas w głupi, krótkowzroczny sposób rozdano cały majątek. Stworzono oligarchów, a potem oligarchowie skoczyli Kremlowi do gardła. Bieriezowski i inni byli kingmakerami, zresztą oni wykreowali także Putina. Jeśli ktoś startując z dwoma procentami poparcia, a tyle miał Jelcyn przed drugą turą, wygrywa wybory, wiadomo, jakie pieniądze muszą na to pracować. Ale Putin postanowił złapać oligarchów za pysk. I zrobił to. 

Większości z nich nie odebrał jednak majątku, a tylko odsunął od wpływu na władzę. Żadnej „sprawiedliwości społecznej” wobec transformacji nie było.

To prawda, sprawiedliwości tu nie było, ale konsolidacja władzy i kilka widowiskowych likwidacji oligarchów, co znaczna część Rosjan uznała za sprawiedliwość. Putin zrobił to w brutalny sposób i teraz ma u siebie oligarchów posłusznych. Wysyłają pieniądze za granicę, chcą się zabezpieczyć, ale są posłuszni, swoich wielkich pieniędzy nie wykorzystają do obalania Putina czy do kreowania jego konkurentów. Na Ukrainie transformacja wyglądała zresztą tak samo. Wykreowała oligarchów, tylko nie było tamtejszego Putina, żeby ich zdyscyplinował, wciągnął w służbę władzy. Na Ukrainie, za czasów Janukowycza i dzisiaj, oligarchowie mają gigantyczny wpływ na państwo.

Jeden z nich stał się nawet prezydentem, inni pozwalają Kijowowi kontrolować część wschodniej Ukrainy.

Tego nie ma w Rosji. Tam wystarczy trzymać szafę pełną kwitów. I pozwalać na więcej w biznesie tym, na których ma się kwity mocniejsze. Myślę, że władza w Rosji gromadzi dokładną dokumentację całego okresu, w którym zaczęły się tworzyć w Rosji obecne majątki. To jest narzędzie kontroli. Jako dygresję, opowiem panu realną scenę, której byłem świadkiem, kiedy Putin startował na kolejną kadencję prezydentury. Rosyjski Związek Przedsiębiorców zorganizował kongres, na który mnie zaproszono. Na czele tego związku stoi Aleksander Szochin, były wicepremier u Jelcyna, ze stajni Gajdara, były demokrata. Ja z nim jeszcze jako ambasador RP załatwiałem formalne rozwiązanie problemu naszych wzajemnych rozliczeń w rublach transferowych. Nikt tego nie potrafił rozwikłać, bo rubel transferowy to był zupełny kosmos, nie do zrozumienia. Zatem razem z Szochinem machnęliśmy opcję zero. Miałem zresztą do tego decyzję naszego rządu. No więc przyjechałem tam na jego zaproszenie. Właściwie dopiero na miejscu zrozumiałem, że ten kongres jest robiony po to, by wesprzeć kandydaturę Putina na prezydenta. To się odbywało w moskiewskim hotelu Ritz. Najbogatszym, najbardziej luksusowym z całej tej globalnej sieci. W jego miejscu stał wcześniej hotel Intouristu, szkło, beton, jak paskudne stare pawilony typu Berlin czy Lipsk. Patrzę, nie ma tego pawilonu. W tym miejscu stoi niezwykły budynek, odtworzony według przedrewolucyjnych planów, w przepięknym stylu. Wchodzę, to zgromadzenie jest na pierwszym piętrze, półtora tysiąca ludzi. Ale przed wejściem na salę zszokowany studiowałem przez parę minut drzwi do toalety. Nie wiem, ile one mogły być warte, ale na pewno majątek. Mozaika z najbardziej luksusowych rodzajów drewna, niebywałe bogactwo. Różnica między amerykańskim Ritzem i rosyjskim jest tego rodzaju, że wszędzie tam, gdzie w amerykańskim jest coś pozłacane, to w rosyjskim jest szczerozłote.

W Moskwie było parę lat temu zameldowanych więcej miliarderów niż w Londynie czy Nowym Jorku. 

Na sali z żyrandolem dwadzieścia razy większym niż te, pod którymi urzęduje Komorowski, podium, na nim dwa fotele, dla Putina i Szochina właśnie. Potem pierwszy rząd krzeseł – prawitielstwo, czyli przedstawiciele władz. Drugi rząd - zagraniczne delegacje, czyli także ja. Dalej pozostali. Za mną np. siedział Michaił Prochorow, siedemnaście miliardów euro majątku. Na sali wszyscy oligarchowie. Po długim oczekiwaniu wchodzi Putin – on się lubi spóźniać na takie spotkania – wraz z Aleksandrem Szochinem, do którego mówi per „Sasza”. Nie pozwala się witać, sam bierze mikrofon, rozgląda się po sali i mówi – przy otwartym mikrofonie, tak że cała sala słyszy – „no Sasza, powiedziałeś, że tu jest osiemdziesiąt procent całego majątku Rosji. Ale tak się przyglądam, przyglądam – patrzy po sali, kiedy to mówi, cały czas niby do Saszy, ale przy pełnym nagłośnieniu – więcej będzie, niż osiemdziesiąt procent”. „Popatrz – pokazuje na miejsca sali, gdzie największe tuzy siedzą – skoro takie towarzystwo dziś mamy, to trzeba by jednak rozpocząć od tej podstawowej sprawy, od początku lat dziewięćdziesiątych”. Ja się najpierw nie zorientowałem, o co chodzi, ale zaraz zrozumiałem, bo sala wokół mnie po prostu stężała. „No, kiedy te majątki powstały...” – ciągnie Putin.

Oczywiście do Saszy.

Do Saszy, jak najbardziej. „Właściwie trzeba by tam zajrzeć głębiej, przyjrzeć się, skąd to się wszystko wzięło”. I tak się pastwi, jak kot, który cukrzy mysz przed pożarciem, igra z nią, żeby była słodsza. A na sali strach, zamroziło wszystkich, sople widać. I tak męczy ich przez parę minut, a w końcu mówi, cały czas w formie tej rozmowy z Saszą: „wiesz, ale chyba damy sobie spokój. To by było niemożliwe, żeby to wszystko odtworzyć i sprawdzić. Żeby tak sprawiedliwie... Dużo czasu minęło, tyle się zmieniło, chyba trzeba będzie darować”. Oddech ulgi na sali, ja to na plecach czułem. On z nimi igrał jak car, który batożył bojarów i brody im golił. Tę ulgę też wyczuł i wtedy po raz pierwszy się zwrócił otwarcie do sali. Mówi: „no, no, nie cieszcie się tak za wcześnie, nawet jak tak zrobimy, że to puścimy w niepamięć, to będziecie się musieli z państwem rosyjskim podzielić”. I wie pan, jaka była reakcja?Burnyje apłodismienty. Owacja na stojąco.

Sami ochotnicy do dzielenia się z rosyjskim państwem?

Wie pan, jak ten siedzący za mną policzył, ile mu zostanie z siedemnastu miliardów, to odetchnął z ulgą. Nawet jak mu połowę zabiorą, to ma drugą połowę legalnie.

Przynajmniej na jakiś czas.

I może żyć.

W jaki sposób Putin, którego pan konsekwentnie przedstawia jako tego nowego cara, chce wykorzystać do „negocjacji z Zachodem” kryzys ukraiński? Na razie Rosja za to płaci, zysk jest tylko propagandowy.

Putin i jego otoczenie to nie są przecież głupi ludzie, wierzę też, że nie są to ludzie szaleni, oni prowadzą grę. I nawet wówczas, gdy wydarzenia rozwijają się w sposób dla nich nieoczekiwany - bo oni nie przewidzieli skali Majdanu i jego konsekwencji - będą próbowali wyciągnąć z tego kryzysu jakieś korzyści. A korzyści mogą być fundamentalne: wymusić na Zachodzie realizację dawnej obietnicy włączenia Rosji do rodziny euroatlantyckiej, do obszaru rozwoju i wzrostu. Na podmiotowych i partnerskich warunkach.

Ale od tego celu kryzys ukraiński chyba ich na razie oddala, bardziej niż kiedykolwiek od czasów Gorbaczowa?

To musi trwać, to nie będzie za pięć minut.

Ale proszę bardzo, jestem tym carem rosyjskim. I trzymam Ukrainę, ona jest mi potrzebna po to, żeby się gotowała, żeby pozostawała niestabilna, żeby groziła rozpadem albo wybuchem wewnętrznym.

Żeby nie weszła do NATO i do Unii Europejskiej. Wydzielam sobie Krym, także wschód Ukrainy będzie mój. Albo jako „niepodległy” skrawek ziemi, albo jako mój protektorat.

Jeśli to jest tyle wygryzionego, ile na dzisiaj, to jeszcze nie musi w sposób konieczny destabilizować całej Ukrainy.

Oj, będzie destabilizować, zobaczy pan to już w czasie ukraińskiej kampanii wyborczej. To jest dziesięć procent ludności Ukrainy, a potencjału gospodarczego jeszcze więcej. To jest potrzebne jako destabilizator.

Ale Zachód się mobilizuje, NATO zmienia doktrynę.

Wiadomo, że Zachód rakiet jądrowych w obronie Ukrainy na Rosję nie wyśle. Powiedział to wyraźnie. Podobnie jak Putin powiedział, że nie przestanie dawać Zachodowi ropy i gazu. To jest rosyjska broń jądrowa.

Nawet w latach osiemdziesiątych, w czasie ostatniego paroksyzmu zimnej wojny, ZSRR był głównym dostawcą ropy i gazu dla Europy Zachodniej.

Oni z tego żyją i to będzie broń, której nie będą chcieli „odpalić”. Ale Ukraina będzie cierniem w tej części świata, cierniem w Europie, to będzie ropieć. Biedna Ukraina będzie za to płacić krwią, stratami gospodarczymi.

A jeszcze zobaczy pan, że mogą być nowe Majdany. Zachód nie utrzyma Ukrainy na takim poziomie, żeby miała szybki wzrost gospodarczy, żeby były wyższe płace, emerytury. Będzie na czym budować niezadowolenie społeczne i destabilizować ukraińskie państwo.

Płyną tam miliardy z MFW i UE.

I w większości wracają do darczyńców, bo tymi pieniędzmi Ukraina spłaca długi. Te miliardy będą jeszcze w dodatku opłacać wyższe rachunki za rosyjski gaz. 

Nadal nie zbliżamy się do sytuacji, w której Rosja staje się „częścią obszaru euroatlantyckiego”.

Ten ropiejący wrzód będzie bolał nas na Zachodzie, a Putin będzie to trzymał jako narzędzie nacisku i szantażu.

Rosjanie zaproponowali renegocjacje układu stowarzyszeniowego Ukraina-UE, a Francja i Niemcy to zaakceptowali, czego konsekwencje widzieliśmy w ostatnich dniach. Opóźnienie otwarcia ukraińskiego rynku, żeby nie wypychać stamtąd towarów rosyjskich. Być może także opóźnienie implantacji prawa unijnego, żeby rosyjscy i ukraińscy oligarchowie mogli dalej żerować.

Mało – ja to oczywiście mówię z pozycji tego cara Rosji. Mało! To nie o Ukrainę tu chodzi, ale o mnie. O mój kraj. O realne działania Zachodu wobec Rosji. Nie wpuszczę wam tej Ukrainy do Unii, sprawię, że tam się będzie gotować. Wy musicie wreszcie zrozumieć, że problemem kluczowym kontynentu europejskiego w XXI wieku jest Rosja. Wasz stosunek do Rosji. Jeśli nie zaakceptujecie mojej roli jako partnera, ja wam będę gotował Ukrainę i nie tylko Ukrainę.

Konserwatywny „Trzeci Rzym” dla antyunijnych nacjonalistów i tradycjonalistów religijnych? Nostalgia za ZSRR dla niemieckiej Die Linke i greckiej Syrizy?

Będę szukał dla siebie sojuszników po zachodniej stronie, w Europie. Na skrajnej prawicy, na skrajnej lewicy. I będę ich znajdował destabilizując Unię Europejską. A ze strony Zachodu na razie jest tylko koncepcja zapędzania niedźwiedzia do gawry. On stamtąd wylezie i będzie robił szkody. Trzeba to inaczej rozwiązać, a przecież ze strony Zachodu nie było przez te ostatnie 20 lat poważnej propozycji dla Rosji.

A jaka by ona miała być, skoro nie uważa pan za „poważne” wysłanie tam kolejnego Sachsa i czekanie na kolejnego Balcerowicza? Oczywiście ze skutkami ubocznymi w postaci upodmiotowienia się kolejnego pokolenia oligarchów.

Jak już sobie powiedzieliśmy, Rosja po dobroci na coś takiego nie pójdzie, bo wie, że to by ją zniszczyło. A dziś Putin ustabilizował ją na takim poziomie, że ona na to iść nie musi.

Zachód będzie czekał, tak jak czekał przez kilka dekad zimnej wojny. Wydobycie ropy i gazu w Rosji spadnie, Ameryka zacznie eksportować gaz i ropę z łupków. Spadną ceny na rynku światowym. Rosja przegra.

Przetrwa, wbije zęby w ścianę, ale przetrwa. A jej możliwości destabilizowania Europy będą cały ten czas znaczne. W dodatku ryzyko konfliktu będzie narastało, także militarnego.

ZSRR nigdy nie użyło armii we frontalnym konflikcie z Zachodem. A tylko tu mogło zremisować, bo jak się ma możliwości zagłady globalnej, to przynajmniej remis jest w zasięgu. Gospodarczo i społecznie Rosja ani ZSRR z Zachodem zremisować nigdy nie potrafiły.

Rosja radziecka nie użyła armii w obronie martwej ideologii, ale ta Rosja może jej użyć w obronie żywego nacjonalizmu. ZSRR nie składał się z Rosjan, więc łatwiej mógł się rozpaść. Rosja składa się z Rosjan, konsolidacja jest większa i większe jest ryzyko militarnego konfliktu. W każdym razie Zachód musi się z tym liczyć. Amerykanie, Niemcy, Francuzi biorą to pod uwagę w swoich kalkulacjach. To wszystko oczywiście przy założeniu, że przy stole, po wszystkich stronach, siedzą ludzie normalni, a nie szaleńcy. Że to jest kalkulacja i rachunek, choćby najbardziej nawet nieprzyjemny. Bo oprócz tego wisi jeszcze nad nami głupota, idiotyzm, nieprzewidywalność, przypadek, zbieg zdarzeń, emocje.

Zatem chęć rzucenia Rosji na kolana metodami gospodarczymi, tak jak u schyłku zimnej wojny, jest pana zdaniem nieracjonalna?

To tylko zwiększy napięcie, doprowadzając je do granic bezpieczeństwa całego świata. To niebezpieczna gra. Zresztą, nawet jak Putin by upadł, powstaje pytanie, kto będzie po nim. Moim zdaniem, ktoś gorszy. Sądząc po nastrojach w tej dzisiejszej, już nieco „przyciśniętej” Rosji.

Jaki scenariusz pozytywny?

Ja, jako ten car, życzyłbym sobie włączenia nas, Rosji, w struktury Zachodu. Ale Rosjanie mają to wszystko policzone. Nasze przystąpienie do WTO strasznie dużo kosztuje. Na tym wolnym rynku, w tej wolnej konkurencji, zwycięża ten, kto ma lepszą technologię, jest na wyższym poziomie cywilizacyjnym, ma silniejszy biznes, klasę średnią, mieszczaństwo. On spija śmietankę tej całej konkurencji. A mnie pozostają ochłapy, bo moje państwo jest bardziej zacofane. To trzeba zmienić!

Zatem pan jako car wie, że oszukuje swoich obywateli mówiąc, że po zerwaniu z Zachodem może mieć lepsze statki desantowe, tańsze warzywa i mięso, lepsze samoloty i atomowe łodzie podwodne, wystarczy się tylko wysilić przez jedną dekadę? Car wie, że Rosja nie ma takich rezerw, stąd szantaż militarny wobec Zachodu, testowany na tej próbie ukraińskiej?

Jako car mam świadomość, że bez technologii i czynników wzrostu zachodniego świata nie dam rady, skończę jak Kadafi. Używam jedynego argumentu jaki posiadam, czyli faktu, że dysponuję środkami globalnego zniszczenia. Ale cały czas zakładam inny scenariusz, racjonalny.

Powtórzenie obietnic z Reykjaviku, ale tym razem dotrzymanych przez Zachód?

Dokładnie, bo tym razem na Kremlu nie ma późnego Gorbaczowa czy Jelcyna. Nie będzie Sachsa w Moskwie. Jeśli dopuszczą mnie do tego globalnego podziału wpływów – a myślę, że Putin by na to poszedł – moglibyśmy razem zmieniać Rosję, bo ją trzeba zmieniać od fundamentów. Dlaczego Rosja jest taka dzika i nieporównywalna z Zachodem? Otóż w zachodniej części kontynentu mamy klasę średnią. Jej losy też były różne, ale ona dała demokrację, dzięki niej może przetrwać państwo prawa, to ona odegrała decydującą rolę w rozwoju Zachodu.

W Rosji państwo stworzyło inteligencję, jako własne narzędzie modernizacji.

I wie pan, ile osób żyje dziś w Rosji z państwa? Sto milionów. Ludzi zależnych, posłusznych.

Uwłaszczenie oligarchów utrudnia uwłaszczenie 100 milionów pracowników państwowych. W Polsce też to przerabialiśmy: albo się spłaca elitę dawnego ustroju i ustroju nowego, albo się buduje „ludowy kapitalizm”.

Chwileczkę, po pierwsze, Rosja może odebrać jakąś część tych pieniędzy, zgodnie z tą obietnicą Putina przyjętą z ulgą przez oligarchów. Mogę odebrać im 50-procent albo i więcej. Powsadzam was, jako car, jeśli nie będziecie się chcieli podzielić. Spróbujcie się tylko zbuntować i nie dać, to będziecie rękawice szyć jak Chodorkowski. Albo skończycie jak Borys Bieriezowski, który się uważał zakingmakera. To jest opcja realna i naród mnie poprze. Sam naród będzie te pałace zajmował. Ale to nie rozwiąże naszego problemu. Carowi Rosji potrzebna jest współpraca z Zachodem. Gdybym ja był z kolei monarchą Zachodu, a nie szefem NATO czy Unii, który musi wszystko uzgadniać z 28 państwami...

Gdzieś ten monarcha jest, między Waszyngtonem, Londynem, Berlinem i Paryżem, nawet Brukselą...

Ale to utrudnia, opóźnia. Jednak gdybym miał carowi Rosji odpowiedzieć jako monarcha Zachodu, - wiem, że na krótką metę to jest nierealne, co ja teraz mówię – zaproponowałbym plan wart może jedną trzecią, co najwyżej połowę tego, cośmy dali na ratowanie systemu bankowego, licząc w bilionach euro. Plan sfinansowania przebudowy struktury wytarzania w Rosji.

Bez wchodzenia zbyt głęboko w standardy rosyjskiej polityki, praw człowieka?

Wie pan, jaki jest koszt kredytu w Rosji? 28-30 procent. To zabija wszelką przedsiębiorczość. A do tego dochodzi jeszcze bałagan, niewydolność systemu, korupcja. Tymczasem monarcha Zachodu ma sieć banków, która może finansować przedsiębiorczość w Rosji. Ona jest tam zdławiona, ale Rosjanin to nie jest żaden Homo Sovieticus, to są tacy sami ludzie jak my. Ja widziałem Moskwę w dniach, kiedy zdjęto tam radziecką pokrywę. Energia, przedsiębiorczość tych ludzi po prostu wybuchła, ale siłami wręcz zbrojnymi, milicją i prokuraturą, więc szybko nałożono tę pokrywkę z powrotem. Rosjanie boją się dziś własnego państwa, ale załóżmy, że idą do nich te zachodnie pieniądze, a ja, car Rosji, gwarantuję – oczywiście, przebudowując także struktury zarządzania gospodarką – że wam tego nie zabiorą. Razem przebudowujemy Rosję, ale nie tak jak po roku 1991, w zasadzie przyczyniając się do rozbicia tego państwa. Przeciwnie, współpracując z carem, pamiętając, że w Rosji każda reforma idzie od tronu.

I dopiero powodzenie reformy, która z tych 100 milionów poddanych państwa uczyni rosyjską klasę średnią czy rosyjskie mieszczaństwo, a nie wyłącznie wykreuje kilkudziesięciu nowych oligarchów, może doprowadzić do sytuacji, w której w Rosji, poza tronem, pojawi się po stronie społecznej jakiś inny podmiot polityczny. W tej chwili Zachód nie ma dla Rosji takiej propozycji, choć najrozsądniejsi politycy zachodni, głównie niemieccy, wiedzą, że bez takiej propozycji Europa będzie destabilizowana. Ukraina będzie krwawić, a na horyzoncie wciąż będziemy widzieć konflikt jeszcze bardziej dla nas wszystkich ryzykowny, globalny konflikt militarny.

Zatem Putin staje się Piotrem I, Zachód mu w tym pomaga. Ale dziś jesteśmy dalej od tego scenariusza, niż kilka lat temu. Między innymi w konsekwencji kryzysu ukraińskiego.

Ale kryzys ukraiński wybuchł na tym poziomie nie z winy samej tylko Rosji, ale z winy Rosji i Zachodu, które pospołu nie potrafiły się w kwestii Ukrainy dogadać. A także w konsekwencji błędów samych Ukraińców. Dziś z punktu widzenia cara Rosji destabilizowanie Ukrainy to jest szantaż wobec Zachodu. Szantaż przy użyciu jedynego argumentu, który carowi pozostał, argumentu militarnego. Sam pan powiedział, że na tym polu Putin może przynajmniej zremisować, bo zagłada jest remisem. A ten scenariusz pozytywny, o którym mówię, a który można by realizować po wyjściu z kryzysu ukraińskiego, pokazuje przynajmniej kierunek. Ten kierunek widzi i akceptuje wielu polityków na Zachodzie.

Polska opinia publiczna jest od takich refleksji skutecznie izolowana, co najwyżej przedstawia się jej podobne scenariusze, jako scenariusze zdrady. Ale z drugiej strony, pan sam wątpi w realizm tego rozwiązania.

Dzisiaj mówienie o szybkim wygaszeniu konfliktu na Ukrainie to mrzonki. Przy najlepszym możliwym scenariuszu musi wcześniej nastąpić zmęczenie materiału, po stronie ukraińskiej, rosyjskiej, także po stronie Zachodu, żeby z czymś konstruktywnym wyjść. Program, o którym mówię, to jest program na 10-15 lat.

Ale jeśli nie potrafimy tego zrobić, to na pewno powrócimy do zimnej wojny, na całego, zaczniemy się zbroić. A Polska przez cały ten czas będzie państwem frontowym, co tylko głupcom może się podobać.

Co do jednego jestem przekonany: bez przebudowy swych fundamentów Rosja nie da nam żyć spokojnie.

Stanisław Ciosek - ur. 1939, polityk i dyplomata. W okresie PRL działacz ZSP i PZPR. Członek Biura Politycznego KC PZPR. Od 1980 do 1985 roku minister d.s. związków zawodowych. W 1989 roku uczestniczył w rozmowach okrągłego stołu. Od 1989 do 1996 roku polski ambasador w ZSRR, a następnie Federacji Rosyjskiej. Obecnie członek Rady Fundacji „Amicus Europae” Aleksandra Kwaśniewskieego.

Do powyższego scenariusza warto dodać najnowszy felieton Cezarego Michalskiego:
http://www.krytykapolityczna.pl/felietony/20140930/o-szkodliwosci-pamieci-dla-zycia

Noworosja? - to taka wieś

Może i prawda - geograficzna (zakładając, że taka kategoria prawdy istnieje). Ale, skąd i o czym są te pieśni:


niedziela, 28 września 2014

I, II, i...

Była I:

była II:
https://www.youtube.com/watch?v=oz0Z-gnG2-w
i...starczy!

Barykady na Powiślu

Po wyjściu z domu w dniu 13 września napotykam pierwszą "barykadę":
 Wszystkich było 45:
 Każda miała własny przekrój i była kolekcją przedziwnych przedmiotów:
 Sfilmowana została i pokazana w jednej z kronik powstańczych barykada z rogu Dobrej i Tamki:
 Niewykluczone, że są filmy z innych barykad - np. istnieje  krótki filmik inscenizowany prawdopodobnie na barykadzie nr 15, na ulicy Leszczyńskiej, bo w tle widoczne są kominy Elektrowni Warszawskiej.

sobota, 27 września 2014

Naomi Klein jedyną nadzieją lewicy?


W momencie utraty władz umysłowych dużej części zachodnich elit pomyślmy, skąd może przyjść zmiana?

Changing everything: how Naomi Klein inspired me
http://www.theguardian.com/commentisfree/2014/sep/27/changing-everything-how-naomi-klein-inspired-me
By writing for mass audiences beyond the politically active, Naomi Klein intellectually arms and offers hope to those thirsty for alternatives. I know; before No Logo, I was one of them
Guardian Live: Naomi Klein will be in conversation with Owen Jones about her book This Changes Everything, on 6 October


Naomi Klein is a liberal, outspoken critic of the Iraq war, the corporatization of life and a spokesperson for the left. Photograph: Ed Kashi/Ed Kashi/Corbis

If you were young and desperately wanted a break from the status quo, the year 2000 felt like a drought. It was a decade since Francis Fukuyama had penned The End of History , but the sense of triumph among the champions of neo-liberal ideology was still overpowering.

The death of the Soviet regimes had been spun as the absolute vindication not just of capitalism, but untrammelled capitalism at that, red in tooth and claw. In Britain, New Labour had not just conquered the flailing Tories: it had apparently extinguished any troublesome opponents of the political consensus established by Thatcherism. Bill Clinton – who echoed the New Right with his pledge that “the era of big government is over” – held the US Presidency, while the Bush era beckoned.

Naomi Klein was a bit of a revelation in that barren time, when alternatives to neo-liberal hegemony seemed as though they had been permanently emptied from the world of political ideas. Her first book, No Logo was an all-too-rare puncture of the triumphalism of the era. The plight of the sweatshop workers who powered shiny happy Western consumerism through their exploitation could no longer be ignored. The superficial “coolness” of consumer capitalism – and its ingenious ability to assimilate virtually anything in the search for profit – was brilliantly dissected.

But there were two aspects of Naomi Klein that really inspired me; and I suspect many other aspiring opponents of the status quo. Firstly, she was not some stuffy, isolated writer, typing out grand proclamations without any link to the struggles around her: Klein was a movement-writer. This was the time of the alter-globalisation movements, when politicians, bankers and bureaucrats were stalked from summit to summit by activists. Her own writing was inextricably bound up with such movements: “Don’t just read, organise”, to misappropriate Swedish-American trade unionist Joe Hill’s famous call for action.

What Klein also showed me was the need to reach a mass audience, beyond the confines of the battered, bruised and increasingly marginalised confines of the left. Purity was all well and good, but unless you reached the discontented, who didn’t traditionally turn up to political rallies: what was the point? The left was very good at writing books and articles that could only be understood by their own; but Klein was successfully reaching those with an appetite for change, even those who did not instinctively identify as political.

In 2007 I read The Shock Doctrine , her dissection of how free market capitalism hijacked crises in order to further its goals. A powerful book, I thought at the time, but it was only following the global financial collapse that its arguments fully sunk in. When Lehman Brothers fell, it initially seemed as though neo-liberalism was permanently discredited: but, in line with Klein’s analysis, it was effectively transformed into yet another opportunity to hand public assets to profiteers, slash taxes on the wealthy and attack workers’ rights.

That’s why I’m so excited about her latest book, This Changes Everything , which is tackling the potential existential threat to humanity itself. To a mass audience, she’s demonstrating that the needs of capitalism are on a collision course with the very future of our planet.

I know there are millions of people scattered across the globe who – just like me when I read No Logo – are desperate for a principled, convincing, evidence-based attack on the status quo. We need collective movements to challenge and overturn our bankrupt social order. Klein helps to intellectually arm the rank-and-file activists and offer some hope to those thirsty for alternatives.

Giving the otherwise-resigned hope is a powerful gift indeed: and that – for me – is what Klein offers. Other writers who want a just, equal and sustainable world will undoubtedly emerge: and like me, Klein’s work will spur them on.

Guardian Live: Naomi Klein will be talking to Owen Jones about her latest book, This Changes Everything, on 6 October at Central Hall Westminster.

piątek, 26 września 2014

Josef Stiglitz o antykurowaniu Europy

Europe’s Austerity Zombies

NEW YORK – “If the facts don’t fit the theory, change the theory,” goes the old adage. But too often it is easier to keep the theory and change the facts – or so German Chancellor Angela Merkel and other pro-austerity European leaders appear to believe. Though facts keep staring them in the face, they continue to deny reality.
Austerity has failed. But its defenders are willing to claim victory on the basis of the weakest possible evidence: the economy is no longer collapsing, so austerity must be working! But if that is the benchmark, we could say that jumping off a cliff is the best way to get down from a mountain; after all, the descent has been stopped.
But every downturn comes to an end. Success should not be measured by the fact that recovery eventually occurs, but by how quickly it takes hold and how extensive the damage caused by the slump.
Viewed in these terms, austerity has been an utter and unmitigated disaster, which has become increasingly apparent as European Union economies once again face stagnation, if not a triple-dip recession, with unemployment persisting at record highs and per capita real (inflation-adjusted) GDP in many countries remaining below pre-recession levels. In even the best-performing economies, such as Germany, growth since the 2008 crisis has been so slow that, in any other circumstance, it would be rated as dismal.
The most afflicted countries are in a depression. There is no other word to describe an economy like that of Spain or Greece, where nearly one in four people – and more than 50% of young people – cannot find work. To say that the medicine is working because the unemployment rate has decreased by a couple of percentage points, or because one can see a glimmer of meager growth, is akin to a medieval barber saying that a bloodletting is working, because the patient has not died yet.
Extrapolating Europe’s modest growth from 1980 onwards, my calculations show that output in the eurozone today is more than 15% below where it would have been had the 2008 financial crisis not occurred, implying a loss of some $1.6 trillion this year alone, and a cumulative loss of more than $6.5 trillion. Even more disturbing, the gap is widening, not closing (as one would expect following a downturn, when growth is typically faster than normal as the economy makes up lost ground).
Simply put, the long recession is lowering Europe’s potential growth. Young people who should be accumulating skills are not. There is overwhelming evidence that they face the prospect of significantly lower lifetime income than if they had come of age in a period of full employment.
Meanwhile, Germany is forcing other countries to follow policies that are weakening their economies – and their democracies. When citizens repeatedly vote for a change of policy – and few policies matter more to citizens than those that affect their standard of living – but are told that these matters are determined elsewhere or that they have no choice, both democracy and faith in the European project suffer.
France voted to change course three years ago. Instead, voters have been given another dose of pro-business austerity. One of the longest-standing propositions in economics is the balanced-budget multiplier – increasing taxes and expenditures in tandem stimulates the economy. And if taxes target the rich, and spending targets the poor, the multiplier can be especially high. But France’s so-called socialist government is lowering corporate taxes and cutting expenditures – a recipe almost guaranteed to weaken the economy, but one that wins accolades from Germany.
The hope is that lower corporate taxes will stimulate investment. This is sheer nonsense. What is holding back investment (both in the United States and Europe) is lack of demand, not high taxes. Indeed, given that most investment is financed by debt, and that interest payments are tax-deductible, the level of corporate taxation has little effect on investment.
Likewise, Italy is being encouraged to accelerate privatization. But Prime Minister Matteo Renzi has the good sense to recognize that selling national assets at fire-sale prices makes little sense. Long-run considerations, not short-run financial exigencies, should determine which activities occur in the private sector. The decision should be based on where activities are carried out most efficiently, serving the interests of most citizens the best.
Privatization of pensions, for example, has proved costly in those countries that have tried the experiment. America’s mostly private health-care system is the least efficient in the world. These are hard questions, but it is easy to show that selling state-owned assets at low prices is not a good way to improve long-run financial strength.
All of the suffering in Europe – inflicted in the service of a man-made artifice, the euro – is even more tragic for being unnecessary. Though the evidence that austerity is not working continues to mount, Germany and the other hawks have doubled down on it, betting Europe’s future on a long-discredited theory. Why provide economists with more facts to prove the point?

Komasa o filmie Powstanie Warszawskie



http://wpolityce.pl/kultura/193271-tylko-u-nas-jan-komasa-opowiada-o-powstaniu-warszawskim-to-jest-nakrecone-tak-jak-kreca-dzisiaj-reporterzy-wojenni-nasz-wywiad

Gatunek film dokumentalny, film wojenny, dramat wojenny non-fiction
Rok produkcji 2014
Data premiery 9 maja 2014
Kraj produkcji Polska
Język polski
Czas trwania 85 minut
Scenariusz Jan Ołdakowski, Piotr Śliwowski, Joanna Pawluśkiewicz, Jan Komasa(autor pomysłu na fabułę)
Muzyka Bartosz Chajdecki, dźwiękBartosz Putkiewicz
Zdjęcia realizatorzy powstańczych kronik filmowych: Andrzej Ancuta „Kier”, Stefan Bagiński „Stefan”, Stanisław Bala „Giza”, Roman Banach „Świerk”, Antoni Bohdziewicz „Wiktor”, Jerzy Gabryelski „Orski”, Wacław Feliks Kaźmierczak „Wacek”, Seweryn Kruszyński, Kazimierz Pyszkowski, Edward Szope, Ryszard Szope, Henryk Vlassak „Wania”, Antoni Wawrzyniak „Antonio”, Jerzy Zarzycki „Pik”
Montaż Joanna Brühl
Produkcja Jan Ołdakowski, Piotr Śliwowski, Muzeum Powstania Warszawskiego, kierownictwo produkcji: Andrzej Besztak, Grzegorz Olkowski

http://pl.wikipedia.org/wiki/Powstanie_Warszawskie_(film)

środa, 24 września 2014

Sunici pomogą walczyć z Sunitami?

Czytam, czytam i jedynie znajduję potwierdzenie mojego posta o całkowitym zaćmieniu umysłów w Ameryce:
Still, it remained unclear whether Mr. Obama’s speech represented a fundamental reconsideration of his policy or a reluctant response to the threat posed by the Islamic State, which took on emotional resonance for the American public after the militants posted videos of American hostages who were beheaded.
Mr. Obama made clear that the United States would act only if surrounded by a broad coalition. He dwelled on his success in signing up five Arab nations to take part in the airstrikes against Islamic State targets in Syria, casting it as a historic moment in which the Sunni Arab world was united to fight the scourge of Sunni extremism.(moje wytłuszczenie)
http://www.theguardian.com/news/datablog/ng-interactive/2014/sep/24/friends-and-enemies-in-the-middle-east-who-is-connected-to-who-interactive

Obama ma tylko jeden cel: dobrnąć do listopadowych wyborów do Kongresu, a potem i tak stanie się "znikającym prezydentem":
Prezydent USA Barack Obama poczeka z podjęciem działań w sprawie reformy prawa imigracyjnego do czasu wyborów do Kongresu na początku listopada - poinformowali w sobotę przedstawiciele Białego Domu. Ogłoszono to następnego dnia po tym, gdy Obama oświadczył dziennikarzom, że dokonuje przeglądu zaleceń członków swego gabinetu w sprawie dotyczących imigracji posunięć, jakie mógłby wprowadzić bez zgody Kongresu, i że "już wkrótce" podejmie odpowiednie działania. Jak zaznacza agencja AP, decyzja prezydenta rozzłości zwolenników zliberalizowania przepisów imigracyjnych, ale zwiększy szanse niektórych Demokratów na reelekcję do Senatu. Według dwóch zastrzegających sobie anonimowość przedstawicieli Białego Domu Obama doszedł do wniosku, że podejmowanie w okresie przedwyborczym działań, które nie wymagałyby zgody Kongresu, upolityczniłoby sprawę i zaszkodziłoby przyszłym wysiłkom na rzecz jej kompleksowego uregulowania.

Jan Komasa superstar

Rozmowa z reżyserem „Miasta '44”.
Jakub Majmurek: Kręcąc Miasto '44, chciałeś wzmocnić mit powstania czy go zdekonstruować?

Jan Komasa: Chciałem zdekonstruować mit powstania, by dotrzeć do powstańców, do prawdy o ich losach. Pracując nad scenariuszem, robiąc research do filmu razem z Maćkiem Pisukiem, przekopaliśmy się przez ich wspomnienia, relacje bezpośrednich świadków, rozmawialiśmy z ciągle żyjącymi uczestnikami powstania. Ich historie, przetworzone przez nas, są często obecne w filmie.

Dlaczego wybrałeś formułę melodramatu?

To nie jest do końca melodramat. Melodramat jest przynętą dla widza, który potem dostaje zupełnie inną, o wiele bardziej makabryczną historię.

Bohaterowie zmieniają się poniekąd w zombie.

Dokładnie, chodziło nam o to, by wrzucić widza w takie doświadczenie.

W filmie obsadzasz młodych, wcześniej raczej nie bardzo znanych aktorów. Nie chciałeś zmienić w zombie polskich gwiazd? Efekt nie byłby mocniejszy?

Nie, bardzo świadomie wybrałem właśnie takich aktorów. Z gwiazdami to by nie zadziałało. Gdybym obsadził Tomasza Kota, widzowie widzieliby Tomasza Kota w nowej roli, a nie mojego bohatera w ekstremalnej sytuacji.

Obrazy powstania w literaturze można by umieścić w kontinuum, którego jeden biegun wyznaczałby Białoszewski ze swoim Pamiętnikiem, drugi Jarosław Marek Rymkiewicz z Kinderszenen. Gdzie w tym kontinuum mieściłoby się Miasto?

Zdecydowanie bliżej Białoszewskiego. To jest świetna literatura. Białoszewski nie tylko pokazuje los cywilów, ale także to, że z powstania zostają głównie powidoki. Nas też interesowało filmowe oddanie takich powidoków. O ile na początku prac nad filmem wzorem był dla mnie Szeregowiec Ryan, to później było to raczej Idź i patrz Elema Klimowa – tam się udało uchwycić powidoki wojny, o jakie nam chodziło.

Nie bałeś się robić tego filmu? Dostałeś jeden z większych w historii III RP budżetów, nie obawiałeś się, że jak spieprzysz to, nic tu nie nakręcisz przez najbliższe dziesięć lat?

Jasne, że się bałem. Bo to nie tylko ja bym nic nie nakręcił, ale nikt młody by już nie dostał dużego budżetu, kina historycznego. Sponsorzy i decydenci na każdą taką propozycję mówiliby: „No przecież próbowaliśmy z Miastem i przepraszamy bardzo, ale wiecie sami, jak to wyszło”. To, że ja mam taki budżet przy swoim drugim filmie, jest ewenementem na skalę światową. W Hollywood nikt ci nie da robić superprodukcji, jak nie masz kilku tańszych filmów na koncie. Tak samo jest we Francji. Więc strach musiał być. Ale ja włożyłem w ten film mnóstwo pracy, szlifowałem scenariusz, dokładnie go sobie zaplanowałem, rozrysowałem scena po scenie. Gdy wymyśliłem scenę, w której Niemiec ratuje życie Stefanowi, w takiej samej sytuacji, w jakiej Stefan wcześniej zabija innego Niemca, zrozumiałem, że nad tym wszystkim panuję, że mam kontrapunkt, o który mi chodziło, że będzie dobrze.

Dlaczego w ogóle chciałeś zrobić film o powstaniu warszawskim?

Wiesz co, powiem szczerze: ten film został mi zaproponowany. Ze mnie wyszły Oda do radości i Sala samobójców, a film telewizyjny Golgota wrocławska i Miasto '44to były rzeczy mi na pewno nie narzucone (zawsze można powiedzieć „nie”), ale zaproponowane. W takich sytuacjach ma się inne podejście. Niby mniej autorskie, ale też próbuje się temu nadać swój kształt. Dostaję wiele różnych propozycji, czasem coś mi podchodzi, czasem nie. Ten pomysł mi się podobał. Dodajmy, że to było osiem lat temu.
Osiem lat temu byłem typem, który chce zrobić jakikolwiek film. Desperacko.
Kino wtedy leżało, nie było PISF-u. Profesorowie nam mówili, że wybraliśmy sobie zawód, w którym przez 99 procent czasu będziemy cierpieć. My, rzekomi wybrańcy losu z Filmówki, mieliśmy poczucie, że po szkole nikt na nas nie czeka. Zmienił to dopiero PISF, ale kto mógł to wtedy wiedzieć. Struktury były niejasne, środowisko skłócone, nie było wiadomo, kto decyduje o uruchomieniu pieniędzy na produkcję. Ludzie robili filmy przez jakieś dziwne układy albo zastawiając domy, jak w wypadku Ediego Piotra Trzaskalskiego. Więc gdy Michał Kwieciński zaproponował mi film o powstaniu, po prostu wziąłem ten projekt.

Czemu produkcja zajęła tak dużo czasu?

To skomplikowane. Na samym początku złożyliśmy scenariusz w konkursie na film o powstaniu warszawskim i przegraliśmy. Michał nie mógł się z tym pogodzić, wierzył w ten film i we mnie, zaczął chodzić po ludziach i zbierać pieniądze. To był rok 2006. Powiedział dobra: robimy to i tak, nie w tym roku, ale w następnym. Michał zaprosił do współpracy TVN i ATM z ich pieniędzmi. TVN chciał wtedy produkować dwa filmy rocznie: jeden ambitny i jeden komercyjny. Miasto miało być tym ambitnym. TVN przydzielił mi dwóch scenarzystów, razem z dwoma Wojtkami – Zembatym i Zimińskim, tym ze Szkła kontaktowego – pracowaliśmy nad nową wersją scenariusza przez rok. Ten scenariusz stracił swoje nieopierzenie i wszyscy wierzyli, że w końcu to zrobię. Ale kiedy możesz w Polsce kręcić film o powstaniu – w lipcu, sierpniu. Już we wrześniu nie bardzo. Żeby kręcić w lipcu, produkcję trzeba zacząć w lutym. Ale na początku lutego ze strony TVN producentów panowała cisza. Pytam więc: „Panowie, robimy ten film?”, na co oni: „Uważamy, że scenariusz wymaga jeszcze sporo pracy”. I cały rok 2007 to przepisywaliśmy. W 2008 znowu jest cisza w styczniu, lutym. Wtedy powiedziałem: „Nie, nie mogę strawić życia na jednym projekcie”. Zwłaszcza że dzięki reklamie – cały rok 2007 trzaskałem reklamy – jakoś się ustawiłem finansowo. Zacząłem szukać nowych rzeczy.

Tak powstała Sala samobójców?

Poznałem wtedy Jurka Kapuścińskiego, który został szefem „Kadru”. On mi powiedział: ruszamy z filmem Rewers, ty będziesz następny, napisz coś. Napisałem scenariusz o obozie dla młodych małżeństw w PRL, inspirowany zajebistym dokumentem Marcela Łozińskiego Jak żyć. Cały film dział się na takim obozie. Jurek na to: „Piszesz o czasach, których w ogóle nie rozumiesz, daj mi coś o dzisiaj”. Przyniosłem mu więc trzydzieści stron etiudy, którą napisałem jeszcze w szkole, ale nie pokazałem jej nigdy profesorom. Wszystko działo się w jednym pokoju, chłopak zamyka się tam, gada z komputerem i przedmiotami, na końcu zostaje brutalnie wyciągnięty z tego świata przez rodziców i policję. Jurek mówi: „To jest to, pisz. Z tego powstała Sala, pisałem ją cały 2008 rok. We wrześniu 2009 roku nakręciłem do niej zdjęcia.

W międzyczasie zrobiłeś też Golgotę wrocławską.

Tak, to był duży sukces, zaczęło się wtedy odzywać do mnie trochę sponsorów. Ludzie zobaczyli, że potrafię robić kino historyczne. W 2010 montowałem Salę, ale ruszyły też na nowo prace nad Miastem. Wystartowały pierwsze castingi, zacząłem pracować nad scenariuszem z Maćkiem Pisukiem. W 2011 do kin wchodzi Sala, robi się trochę szumu, pojawiają się sponsorzy. Dzięki temu możemy zrobić ten film, mimo że rozpada się konglomerat TVN-ATM. W 2012 ja nie byłem w stanie wejść na plan, musiałem odpocząć. Wchodzę w końcu w 2013, w tym roku film ma premierę.