sobota, 30 września 2017

Michnikowski

Michnikowski odszedł - zostaną z nami jego kpiarsko-liryczne piosenki o miłości:

https://www.youtube.com/watch?v=lreRm6J57ag&list=RDlreRm6J57ag


Michnikowski był esencją Kabaretu Starszych Panów. Owego trwania polskiej inteligencji bez politycznej potencji, a mimo tego dumnej i niezależnej na pozostawionych jej polach. Trochę trudno to teraz zrozumieć, w epoce marszów przeciwko ?...wszystkiemu...!  Ale tak było.

piątek, 29 września 2017

Międzynarodowy Dzień Kawy

Międzynarodowy Dzień Kawy. 
Kawa dawniej traktowana jako niezdrowa używka obecnie została całkowicie zrehabilitowana przez naukowców. Wręcz zaleca się jej picie dla zdrowia.
Czarna, z mlekiem, z pianką, czekoladą, sypana, rozpuszczalna - każdy ma swoją ulubioną. Jedni raczą się kawą okazjonalnie, inni są od niej wręcz uzależnieni. Jeszcze 10 lat temu szczególnie ci ostatni mieli powody do obaw.

Międzynarodowy Dzień Kawy. Kawa trzy razy dziennie!

Kawa, choć pyszna i pobudzająca, była wszak uznawana za niezdrową używkę. A nawet jeśli uczeni przebąkiwali, że może nie jest aż taka zła, to jednak korzyści zdrowotnych też specjalnie nie przynosi. Wiele osób wolało więc picie kawy ograniczać.

W ostatnich latach poglądy na temat właściwości kawy zmieniły się całkowicie. Z używki stała się niemal lekarstwem. Ale biorąc pod uwagę, że uczeni lubią zmieniać zdanie, warto zachować pewien umiar w jej piciu. Śmiało możemy jednak wypić trzy, a niektórzy uważają, że nawet pięć kaw dziennie.

Nawet nasz rodzimy Instytut Żywności i Żywienia w Warszawie przy zmianie piramidy żywieniowej w 2016 roku zaprosił kawę na dietetyczne salony i zaznaczył ją jako produkt zalecany!
Udowodniono bowiem, że regularne spożycie kawy (chyba że mamy wyraźne przeciwwskazania zdrowotne do picia małej czarnej) - około trzech filiżanek dziennie - jest bardzo korzystne dla zdrowia. Zmniejsza ryzyko udaru, rozwoju chorób Alzheimera i Parkinsona. Kawa, co ciekawe, również bezkofeinowa zmniejsza o 10 proc. ryzyko zgonu z powodu chorób układu krążenia, neurologicznych, cukrzycy, infekcji. Ma właściwości przeciwzapalne, zmniejsza oporność na insulinę.

Międzynarodowy Dzień Kawy. Kawa espresso pomaga... zasnąć

Kawa zawiera też antyoksydanty, czyli przeciwutleniacze. To drogocenne związki, które powstrzymują proces utleniania w komórkach, a przez to starzenie się tkanek. Zapobiegają też rozwojowi wielu chorób, w tym zmniejszają ryzyko zachorowania na raka.

Z badań dr Adeli Navarro, kardiolog z Hospital de Navarra w Pampelunie, wynika nawet, że kawa wydłuża życie!

Hiszpańskie badania, po uwzględnieniu wszystkich czynników, wykazały, że osoby, które piją co najmniej cztery filiżanki kawy dziennie w porównaniu z tymi, które w ogóle nie piją kawy lub piją jej bardzo mało, są o 64 proc. mniej narażone na zgon z powodu jakiejkolwiek przyczyny!

Wokół kawy istnieje jednak wciąż wiele mitów. Jednym z nich jest przekonanie, że espresso ma największą zawartość kofeiny.

- Wbrew powszechnemu przekonaniu kawa espresso należy do jednej ze słabszych kaw pod kątem mocy. Intensywny smak wcale nie przekłada się na wyższą zawartość kofeiny. Największą jej ilość znajdziemy w klasycznych kawach parzonych, których przygotowanie wymaga zdecydowanie dłuższego czasu parzenia. Najbardziej kofeinowe są kawy rozpuszczalne - tłumaczy Michał Pluta, barista i ekspert De'Longhi.

Nieprawdą jest też to, że po espresso bardzo trudno jest zasnąć.

- Kawa w pierwszej fazie działa jak ciepły posiłek. Pobudza układ trawienny, przez co czujemy lekkie zmęczenie, to idealny moment, by zasnąć. Kofeina trafia do naszej krwi po 20-30 minutach. Gdy się obudzimy, organizm będzie już pobudzony, a uczucie zmęczenia nie będzie tak odczuwalne. Taka tzw. turbodrzemka (wypicie intensywnej kawy i ucięcie sobie krótkiej, 20-minutowej drzemki) to doskonałe rozwiązanie np. dla kierowców w stanie skrajnego zmęczenia w ciągu dnia - mówi barista.

Międzynarodowy Dzień Kawy. Kawa pomaga schudnąć?
Niektórzy tak uważają. Ale to akurat nie do końca prawda.

- Sama kofeina nie spala tłuszczu, ale stwarza korzystne warunki do tego, aby proces ten mógł zachodzić, a dodatkowo obniża łaknienie. Regularne spożywanie kofeiny podnosi spoczynkowe tempo przemian metabolicznych w organizmie, dlatego już na samo funkcjonowanie wydatkujemy od 3 do 5 proc. energii więcej - odpowiada Michał Pluta.

Wiele osób uważa, że kwaśna kawa to niesmaczna kawa. Często kwaśny smak jest mylony z cierpkością. Ta pojawia się w kawach bardzo ciemno palonych, w których napar jest zbyt intensywny, przez co odbieramy jej smak jako cierpki. Kwasowość kawy jest naturalna ze względu na pochodzenie ziaren. Kawowiec wywodzi się z rodziny wiśniowatych, a ziarna pozyskuje się z tzw. wiśni kawowych. Nieprawdą jest też, że to zawartość robusty w kawie powoduje jej kwasowość.

- Największą kwasowością charakteryzują się ziarna z gatunku arabiki - wynika to z mniejszej zawartości cukru oraz kofeiny - mówi Pluta.

Międzynarodowy Dzień Kawy. Kawę należy trzymać w lodówce?

To mit. Kawa jest produktem higroskopijnym i należy unikać zbyt dużych zmian jej otoczenia. Na pewno nie służy jej duża wilgotność ani niższe temperatury. Tracimy w ten sposób aromat. Przed przygotowaniem kawa powinna mieć temperaturę pokojową.

Kawa jest nie tylko do picia. - Jest np. idealnym odświeżaczem. Możemy ją stosować do usuwania nieprzyjemnych zapachów z lodówek, samochodu, szafek czy mikrofalówek. Zmielone ziarna mogą natomiast posłużyć jako antycellulitowy peeling lub jako nawóz do ziemi - podsumowuje barista.

Za co jeszcze kochamy kawę? Przypominamy 21 powodów, by ją pić.

Barbarzyństwo

Usuwanie śladów przeszłości uważam za barbarzyństwo:
http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/56,114944,22260695,w-usa-stracaja-pomniki-z-cokolow-ludzie-maja-dosc-symboli-dyskryminacji.html
Na szczęście wystarczy odpowiednia ilość zdjęć (zazwyczaj takowe już są) i taki pomnik można odtworzyć na odpowiedniej drukarce 3D.

czwartek, 28 września 2017

Przywracanie pamięci

http://ipn.gov.pl/pl/aktualnosci/41811,Miedzynarodowa-konferencja-Operacja-polska-NKWD-19371938-Przywracanie-pamieci-o-.html
prof. Andrzej Nowak, historyk, członek kolegium Instytutu Pamięci Narodowej:
wPolityce.pl: Panie profesorze, rozmawiamy w Belwederze przy okazji międzynarodowej konferencji naukowej poświęconej „operacji polskiej” NKWD. Konferencji zorganizowanej przez Kancelarię Prezydenta i Instytut Pamięci Narodowej. Mówiąc nieco przekornie: dlaczego, 80 lat po tamtym wydarzeniu, mamy się nad nim pochylać, analizować je, rozstrząsać szczegóły?
Prof. Andrzej Nowak: Odpowiem Panu patetycznie, ale tak po prostu myślę: to humanistyczny obowiązek. Mówimy przecież o ofiarach, o których nikt nie pamiętał - w odróżnieniu od ofiar Katynia, Holokaustu czy nawet Wołynia. Ofiary „operacji polskiej” byli ludźmi wygubionymi razem ze wszystkimi krewnymi; wspólnota pamięci została zerwana - mężczyźni zostali zamordowani, kobiety i dzieci wywiezione do Kazachstanu. Skoro ci ludzie zostali zabici i nie została po nich niemal żadna pamięć, to każdy człowiek, który o nim wie, powinien wspomnieć to wydarzenie.
Ale jako Polacy mamy też szczególny obowiązek, bo te osoby zostały zamordowane tylko dlatego, że byli Polakami. To był jedyny powód, dla którego ich zabito. Możemy ubolewać, że polityka historyczna polskiego państwa nie upomniała się o nich wcześniej, tuż po 1989 roku, ale nie oznacza to, że i dziś nie ma sensu tego robić. To, powtarzam, pewien obowiązek moralny, z którego nikt nas nie zwolni mimo upływu czasu.
Trochę nam tych dziur w pamięci zostało.
Myślę, że ta dziura była jedną z największych - a jeśli chodzi o skalę, liczbę ofiar, to z pewnością największa.
Dużo nam takich dziur, takich lekcji do odrobienia zostało?
Skoro pyta Pan o konkretne zapomniane zbrodnie, to trzeba wrócić do wielu zbrodni niemieckich w trakcie II wojny światowej. Wiele z takich wydarzeń po prostu wyparowało z pamięci - wspominano je gdzieś w okresie PRL, wszyscy wiemy dlaczego i w jakim kontekście, a po 1989 roku - cisza.
Jak choćby w przypadku rzezi Woli, którą przypomniał - na szerszą skalę - Piotr Gursztyn w swojej książce.
Tak. Ale istnieje wiele mniejszych miejsc, gdzie zginęło 100, 300 czy tysiąc Polaków - w wyniku polityki okupacyjnej Rzeszy. Sam staram się walczyć o przywrócenie pamięci jednego z takich miejsc - mam na myśli Przegorzały krakowskie, dzielnicę na peryferiach Krakowa, gdzie mieszkam. Istnieje tam miejsce, ktore w czasach PRL było upamiętnione drobnymi pomnikami, gdzie jest tam bezimienna mogiła, a gdzie Niemcy zamordowali ok. tysiąca osób. Nie jednorazowo; było to stałe miejsce egzekucji. Po 1989 roku nie wzbudziło to jednak żadnego zainteresowania; co więcej, deweloperzy chcieli zbudować tam domy.
Wysiłkiem jednej osoby; której stryj jest tam pochowany, udało się ten proces powstrzymać. Dopiero teraz rozpoczęto prace ekshumacyjne przy dużej niechęci wielu środowisk i osób.
Skąd bierze się ta niechęć?
Najkrótsza odpowiedź nie jest skomplikowana: to była świadoma pedagogika wstydu, tworzona systematycznie po 1989 roku, zgodnie z którą Polacy powinni odzwyczaić się od tego, że byli jedną z największych ofiar II wojny światowej. Dla nas - w tej logice - przeznaczona miała być rola współprawców, kogoś, kto ma się wstydzić.
I dlatego każde wydarzenie przypominające nazwiska ofiar Polaków, którym przywracamy nazwiska i twarze, zasługuje na uznanie. Mam na myśli nie tylko wielką i świetną pracę, którą wykonuje prof. Szwagrzyk, ale także prace związane z ofiarami II wojny światowej i całego systemu sowieckiego. To wszystko jest bardzo niewygodne, bo nagle okazuje się, że gdzieś tam jest mowa o 111 tys. Polakach zamordowanych w „operacji polskiej”, że jakiś tysiąc osób zamordowano w Przegorzałach… Wyobraźmy sobie, że odkrywa się zbrodnię, w której zginęło 111 tys. Żydów albo odnajduje się grób z tysiącem zamordowanych Romów. Na pewno byłoby to duże wydarzenie - i słusznie - ale dlaczego pewnym wydarzeniem nie ma być przypomnienie prawdy historycznej o polskich ofiarach? To zderzenie z pedagogiką wstydu - nie lubię tego wyrażenia, ale gdzieś tam istnieje pewne założenie, streszczone przez jedną z autorek „Gazety Wyborczej”: że Polacy mają zdjąć „wygodny kostium ofiary”. Nie jestem ofiarą, Pan nie jest, ale kilka milionów Polaków było ofiarami i to jest powód, by i ja, i pan, i tamta osoba z „GW” - byśmy wszyscy stanęli na baczność przed tymi ofiarami.

środa, 27 września 2017

Z Internetu...

Polityczny quiz językowy z nagrodami
----------------------------------------------
1) Której formy powinna użyć posłanka Sawicka z PO, opisując swój romans z agentem Tomkiem?

a) kręciłam lody
b) kręciłam lód
c) kręciłam loda

2) Której formy powinien użyć Adam Michnik, opisując swoją słynną ustawkę pt. "Przychodzi Rywin do Michnika"?

a) zro.. zrobiłem nagranie Lwowi Rywinowi
b) zro.. zrobiłem nagranie Lwu Rywinu
c) zro.. zrobiłem nagranie Lewiemu Rywinowi

Kto poda prawidłowe odpowiedzi, dostanie nagrodę.

@representation1
odpowiedź 1 : o matko … nie odpowiem na to pytanie ...
odpowiedź 2 : ja pier..le … nie odpowiem na to pytanie …

KOD-owe i parasolkowe kobiety mają swojego idola

Wywiad z Andrzejem Zollem z roku 2011
Odnosząc się do pytania dotyczącego oceny ustawy z perspektywy Konstytucji z 1997 roku, chciałbym zaznaczyć, że mam poważne zastrzeżenia do tej regulacji, która obowiązuje. Nie chodzi mi o problem karalności, tylko problem oceny – z punktu widzenia prawnego – sytuacji, która jest uregulowana. Omówmy po kolei poszczególne przesłanki.
Przesłanka pierwsza dotyczy konfliktu między życiem dziecka a życiem lub zdrowiem matki. Co do pierwszej kwestii, to znaczy konfliktu życia matki i życia dziecka, to mamy tutaj do czynienia z klasyczną sytuacją stanu wyższej konieczności. Tę sprawę stosunkowo łatwo jest wtedy rozwiązać. Jest to absolutnie decyzja kobiety, która musi zdecydować w dramatycznej sytuacji, czy chce chronić swoje życie, czy narażając je, chronić ciążę. Natomiast nie jest dobre, z punktu widzenia konstytucyjnego, określenie drugiej części przesłanki pierwszej, mianowicie dotyczące zagrożenia zdrowia matki. To zbyt ogólne sformułowanie. Przypomnę, że w poprzednim stanie prawnym mowa była o poważnym zagrożeniu zdrowia matki. Nie powinno tu chodzić tylko o, na przykład, złe samopoczucie. Ustawa powinna wyraźnie podkreślić, że chodzi o sytuację, gdy zagrożenie dotyczy pewnego elementu istotnego dla zdrowia matki, łączącego się też przecież często z zagrożeniem życia. Pojawia się wtedy dramatyczny wybór. Ta matka może mieć jeszcze inne dzieci. Jest to bez wątpienia bardzo trudne dla uregulowania prawnego, inaczej też trzeba na to patrzeć z punktu widzenia ocen etycznych.
Innej ocenie należy poddać tak zwaną przesłankę eugeniczną. Muszę przyznać, że nigdy tej przesłanki nie rozumiałem. Jak może być powodem do przerwania ciąży, czyli do zabicia dziecka nienarodzonego, jego ciężka nieuleczalna choroba albo wada rozwojowa, której nie da się usunąć. Mamy tu do czynienia z klasyczną eugeniką. Widzę tu pewne zasadnicze wątpliwości.

Trzeba na to spojrzeć w szerszym kontekście, w którym pojawiają się także roszczenia cywilnoprawne związane z tak zwanym złym urodzeniem...
Tak, oczywiście, ta przesłanka ma jeszcze inne konsekwencje. Z punktu widzenia ochrony życia na pewno jest wadliwa. Rozumiem dramat kobiety, ale to jest kwestia, którą należy rozpatrywać na innej płaszczyźnie – pomocy należnej matce, kiedy dowiaduje się ona, że jej dziecko jest dzieckiem chorym, obciążonym taką czy inną wadą. Nie uzasadnia to jednak przerwania ciąży, a raczej uruchomienie systemu zapewniającego osłonę psychologiczną i materialną, adresowanego do kobiety i jej rodziny.
Podobny problem mamy z ciążą powstałą w wyniku przestępstwa. Tu trzeba też pamiętać, że jest to olbrzymi dramat kobiety, która została nie tylko pokrzywdzona przestępstwem przeciwko jej wolności seksualnej, ale jest jeszcze w wyniku tego przestępstwa w ciąży. Mamy tutaj do czynienia z przesłanką, która stoi w kolizji z ochroną życia człowieka. Znów można mówić o dramacie tej kobiety i możliwości zminimalizowania jego konsekwencji poprzez uruchomienie systemu wsparcia dla tej matki. W pewnym stopniu odpowiedzialność ponosi państwo, bowiem nie uchroniło tej dziewczyny przed gwałtem.
Przesłanki te są w konflikcie z przepisami konstytucyjnymi.

Przede wszystkim te dwie ostatnie?
Tak. W przypadku zagrożenia życia, moim zdaniem, nie ma wątpliwości, że nie można mówić o niezgodności z Konstytucją. Problem jest, jak już wcześniej wskazałem, z określeniem przesłanki zagrożenia dla zdrowia, która jest opisana zbyt ogólnie. Jeżeli by dookreślono, że chodzi o poważne zagrożenie dla zdrowia matki, to również nie miałbym wątpliwości, że jest ona zgodna z Konstytucją.
Chciałbym być dobrze zrozumiany. Teraz pojawia się pytanie co z tym fantem można zrobić. Nie można o tym nie dyskutować, jednak trzeba w podejmowaniu debaty uwzględniać również sytuację polityczną. Poruszanie tego problemu, jak to zrobiono w projekcie obywatelskim – nawiasem mówiąc nie jest on dobrze napisany od strony legislacyjnej – wywołuje reakcje z drugiej strony. Obawiam się, że ewentualna koalicja z SLD mogłaby doprowadzić do uchwalenia projektu szeroko otwierającego możliwość przerywania ciąży. Wtedy mamy dramat. Rozumiem tych, którzy mówią o pewnym konsensusie, chociaż nie wiem, czy to słowo jest dobre w tym kontekście. W sprawach życia nie bardzo widzę możliwości konsensusu, niemniej bez wątpienia po wyroku Trybunału nastąpiła pewna stabilizacja. Nie mamy przecież nakazu aborcji, pewne decyzje zostały zostawione tylko sumieniom poszczególnych ludzi. Prawem nie da się wszystkiego uregulować.

Czy z obecnie obowiązującego prawa da się wywieść prawo do przerywania ciąży, co wydaje się wynikać z orzecznictwa Europejskiego Trybunału Praw Człowieka (wyroki w sprawie Tysiąc i RR)? Czy – w konsekwencji – kobieta może skutecznie kierować roszczenie do lekarza, szpitala, państwa o przeprowadzenie aborcji? Czy też raczej przesłanki z art. 4a ustawy mają charakter okoliczności wyłączających karalność aborcji, nadal pozostawiając ją bezprawną?

Wyrok w sprawie Tysiąc wcale nie mówił o prawie do aborcji. Formułował co innego: prawo do zaskarżenia, do odwołania się od decyzji lekarza, który odmawia dokonania aborcji, czyli chodziło tu o pewne sprawy proceduralne. Z tego powodu Trybunał w Strasburgu powiedział, że polskie ustawodawstwo jest wadliwe w tym względzie, wskazując, że skoro w ustawie są podane przesłanki, na podstawie których w pewnych sytuacjach można przeprowadzić aborcję, a raczej poprawnie mówiąc, że w tych sytuacjach aborcja jest dopuszczalna – to jest jednak co innego, a te akcenty są bardzo ważne – to musi być przewidziana jakaś procedura w sytuacji, jeżeli kobieta spotkałaby się z odmową. Natomiast nigdzie nie zostało sformułowane przez Europejski Trybunał Praw Człowieka, nie tylko w sprawie Tysiąc, ale w innych też – Trybunał jest tutaj bardzo ostrożny – prawo podmiotowe do przeprowadzania aborcji. Jako profesor prawa karnego patrzę na te przepisy jako na usuwające karalność zachowania.

Czyli aborcja dokonana na podstawie przesłanek ustawowych pozostaje bezprawna?
Moim zdaniem tak. Są to zachowania naruszające prawnie chronione dobro. Tylko z pewnych politycznych względów i może też innych, nie traktuje się tego zachowania jako przestępstwa, nie wprowadza się karalności. Odwołam się tutaj do orzeczenia niemieckiego Federalnego Trybunału Konstytucyjnego, który analizując art. 218 niemieckiego kodeksu karnego stwierdził, że mamy do czynienia z zachowaniem bezprawnym, ale niekaralnym. I to jest chyba właściwe spojrzenie. Otóż, mamy tutaj do czynienia z naruszeniem normy chroniącej życie, ale z uwagi na pewną sytuację społeczną ustawodawca nie decyduje się na karanie. Proszę zwrócić uwagę, że decyzja o karalności takich zachowań, uruchomieniu całego aparatu wymiaru sprawiedliwości jest decyzją stricte polityczną. Ustawodawca na to się nie zdecydował. Pojawia się natomiast inny problem. Czy taka rezygnacja z ochrony życia za pomocą prawa karnego nie może być uznana za sprzeczną z Konstytucją? Trybunał w orzeczeniu z 1997 roku takie stanowisko zajął. Stwierdzono, że ochrona życia wymaga uruchomienia tak restrykcyjnego instrumentarium, jakim jest prawo karne.

W takim razie, czy można powiedzieć, że Konstytucja jest źródłem wiedzy o podstawowych dobrach chronionych, przez co stanowi też zespół dyrektyw dla ustawodawcy karnego, dotyczący wskazania dóbr, które powinien chronić?
Tak.

Jeżeli zatem przerwanie ciąży jest bezprawne w całej rozciągłości, a tylko w niektórych wypadkach niekaralne...
Czy w całej rozciągłości? Można jednak tak powiedzieć, ponieważ my karniści mówimy, że stan wyższej konieczności, który odnosimy do stanu faktycznego zagrożenia życia matki, wyłącza winę, a nie bezprawność. Nie wchodząc w te dogmatyczne kwestie, wydaje mi się, że mamy tutaj do czynienia z naruszeniem normy sankcjonowanej, tej, która chroni życie.

Czy możliwe jest zatem skorzystanie z instytucji obrony koniecznej, nawet w sytuacji, kiedy karalność jest wyłączana ustawowo?
Tak, ten problem tutaj też powstaje. On by też wymagał jakiegoś odniesienia, regulacji. Tej sprawy nie można załatwić tylko przez uchylenie kilku przepisów. To, co mi nie odpowiada w projekcie obywatelskim, to uchylenie wyłącznie przepisów z ustawy o planowaniu rodziny, ochronie płodu ludzkiego i warunkach przerywania ciąży, bez wprowadzenia zmian do przepisów prawa karnego, których projektodawcy nie zauważają. Tak nie można budować prawa. Ma Pan rację, że tutaj powstaje problem, czy na przykład ojcu przysługuje prawo do obrony...

…którego przecież nikt nie pyta o zdanie...
Tak, ojca się zupełnie pomija. Mówimy o prawie do macierzyństwa, z tym, że prawo do macierzyństwa nie może oznaczać prawa do decydowania, czy kobieta urodzi w momencie, kiedy już jest matką, bo dziecko już jest. Bezsporne jest przecież, że dziecko poczęte jest człowiekiem. Co do tej kwestii mamy już chyba dyskusję za sobą. Teraz trzeba wyciągnąć z niej odpowiednie konsekwencje.

Czy zdaniem Pana Profesora antykoncepcja postkoitalna powinna być kwalifikowana jako środek wczesnoaborcyjny?
To jest niezwykle trudny problem, w którym momencie mamy do czynienia z ochroną życia człowieka. Powstaje on też w przypadku in vitro. Wydaje mi się, że w momencie, kiedy zapłodniona zostaje komórka jajowa i powstaje odrębny – również z punktu widzenia kodu genetycznego – organizm, mamy już do czynienia z człowiekiem. Wobec tego wszelkie środki, które prowadzą do tego, że blokujemy możliwość rozwoju tego człowieka, należy uznawać za przerwania ciąży. Powstaje tutaj oczywiście jeszcze inne pytanie. Czy prawo ma możliwość nie dopuszczenia tego typu środków do dystrybucji? Czy jest skuteczne, czy nie? Patrząc jeszcze na problem z punktu widzenia kobiety zażywającej te środki, jestem zdecydowanym zwolennikiem poglądu, że kobieta nie powinna odpowiadać za przerwania ciąży w żadnym wypadku. Ona też jest w jakiś sposób ofiarą. Bez wątpienia należy doprowadzić do zakazu dystrybucji antykoncepcji postkoitalnej.

wtorek, 26 września 2017

Gra o Bilion

Wszystkie greckie partie parlamentarne – prawicowe, centrowe i lewicowe, a nawet skrajnie prawicowe i skrajnie lewicowe – zgodnie poparły przygotowanie roszczeń wobec Niemiec za II wojnę światową. Wszystkie instytucjonalnie współpracowały przy wyliczeniu roszczeń za straty materialne i kulturalne, jeszcze bez strat ludzkich, na 279 miliardów euro z 2016 roku, więc według przelicznika inflacyjnego Eurostatu 282 miliardy euro – czyli 320 miliardów dolarów – teraz w 2017 roku.
Grecy grają o jedną trzecią Biliona - my o cały Bilion. My - niestety nie wszyscy my - bo bardzo wielu wielkodusznie odpuszcza. Obawiam się, że tacy antypolacy nie mają pojęcia nawet ile zer jest w bilionie - dwanaście! Toż to jest milion milionów! I co, nie warto się schylić i włożyć trochę wysiłku? Co o nich powiedzą następne pokolenia?!

Nadwyżka w niemieckim bilansie obrotów bieżących osiągnie zapewne w tym roku rekordową wielkość 278 miliardów euro, co oznacza, że znów będzie największa na świecie - poinformował we wtorek monachijski instytut ekonomiczny Ifo.
Największym zagrożeniem dla dalszego funkcjonowania gospodarki niemieckiej może wkrótce stać się bariera światowego popytu na ich towary. Uratujmy więc Niemcy, bo zrzucanie pieniędzy z samolotu (keynesowskie pobudzanie popytu - Keynes proponował zakopywanie butelek z banktnotami) nie jest dobrą alternatywą. 

Czytaj:
http://wkramost.blogspot.com/2017/09/kostrzewy-zorbasa-przypowiesc-o.html

http://wkramost.blogspot.com/2017/09/co-robia-niemcy.html

http://wkramost.blogspot.com/2017/09/kto-nie-chce-zakonczyc-2-ws.html

Bilion dolarów to jest dwuletni dochód narodowy Polski, a zważywszy że tylko ok. 10% możemy przeznaczać na inwestycje, są to środki równe mniej więcej 20-letnim naszym nakładom inwestycyjnym! Umożliwią one nam ekspresowe tempo wzrostu gospodarczego.

niedziela, 24 września 2017

Co robią Niemcy

Robert Skidelsky

/Robert Skidelsky jest członkiem brytyjskiej Izby Lordów i emerytowanym profesorem ekonomii politycznej Uniwersytetu Warwick./

Unia Europejska, a zwłaszcza licząca dziewiętnaście państw strefa euro, funkcjonuje jako wielka baza dla Niemiec, z której mogą „najeżdżać” zagraniczne rynki. Ta baza jest silna. Kto będzie jej przewodził? Dzień wyborów federalnych w Niemczech to właściwa pora, by zadać takie pytanie.

Jedna standardowa odpowiedź brzmi: „wszystkie państwa członkowskie UE” – wszystkie dwadzieścia osiem. Ktoś inny powiedziałby: „Komisja Europejska”. Natomiast Paul Lever, były ambasador Wielkiej Brytanii w Niemczech, stawia bardziej wyrazistą diagnozę. W nowej książce Berlin Rules pisze: „współczesne Niemcy udowodniły, że prowadzeniem polityki można osiągnąć to, co kiedyś wymagało wojny”.

Niemcy są najludniejszym państwem UE i gospodarczą potęgą, składającą się na ponad 20 proc. PKB całego bloku. Powód ich zawrotnego sukcesu gospodarczego wydaje się nieuchwytny. W tak zwanym reńskim modelu gospodarki łatwo jednak dostrzec trzy wyjątkowe cechy.
OSTROŻNIE Z TYM NEOLIBERALIZMEM

Po pierwsze, Niemcy zachowały swoje zdolności wytwórcze w dużo znaczniejszej mierze niż inne rozwinięte państwa świata. Produkcja przemysłowa wciąż składa się na 23 proc. gospodarki Niemiec, w porównaniu z 12 proc. w USA i 10 proc. w UK. Niemcy zatrudniają w produkcji 19 proc. swojej siły roboczej, Amerykanie 10 proc., a Brytyjczycy – 9.

Sukces Niemiec w utrzymaniu przemysłowej podstawy gospodarki stoi w opozycji do standardowej praktyki krajów bogatych, czyli outsourcingu produkcji do miejsc o niższych kosztach pracy. Ale Niemcy nigdy nie przyjęły statycznej teorii przewagi komparatywnej, na której opiera się ta powszechna praktyka. W zgodzie z dziedzictwem Friedricha Lista, ojca niemieckiej ekonomii, który napisał w 1841 roku: „zdolność do wytwarzania bogactwa jest (…) nieskończenie ważniejsza od samego bogactwa”, Niemcy utrzymały swoją produkcyjną konkurencyjność dzięki nieustającemu zaangażowaniu w innowację procesową, popartym działalnością sieci instytutów badawczych. Ze wzrostu opartego na eksporcie zbierają z żniwo w postaci wzrastających korzyści skali.

Drugą cechą wyróżniającą model niemiecki jest gospodarka społeczno-rynkowa, co najlepiej widać w funkcjonowaniu wyjątkowego systemu reprezentacji interesów pracowniczych. Niemcy, jako jedyne spośród wielkich, rozwiniętych gospodarek, praktykują kapitalizm interesariuszy. Od wszystkich firm prawnie wymaga się posiadania rad pracowników. I tak jest rzeczywiście; wielkimi zakładami pracy zarządzają dwie rady, podejmujące strategiczne decyzje: zarząd oraz rada nadzorcza, w której udział mają po równo akcjonariusze oraz przedstawiciele pracowników. Opór wobec przenoszenia produkcji za granicę jest przez to dużo silniejszy niż gdzie indziej, podobnie zresztą jak polityka zamrażania płac.

Wreszcie, Niemcy odznaczają się stanowczością w kwestii stabilności cen. Nie potrzebowali lekcji od Miltona Friedmana na temat przekleństw inflacji. Trwale wmontowano tę lekcję w działanie najsłynniejszej powojennej instytucji Republiki Federalnej – Bundesbanku.

Paul Lever sugeruje, że Niemcy świetnie przyswoili sobie tę naukę ze względu na pamięć nie tylko o upadku waluty w latach 1945-1948, lecz także o hiperinflacji lat 20. XX wieku. Podobnie ich niechęć wobec deficytu budżetowego jest lustrzanym odbiciem oporu obywateli wobec zadłużania się prywatnie.
UNIA EUROPEJSKA INSTYTUCJONALNIE STAŁA SIĘ NIEMCAMI NA WIĘKSZĄ SKALĘ

Komisja, Parlament Europejski, Rada Europejska i Trybunał Sprawiedliwości naśladują zdecentralizowaną strukturę Republiki Federalnej. Unijna ewangelia „pomocniczości” bierze się z podziału władzy pomiędzy niemiecki rząd federalny a landy. Niemcy upewniają się, że ich obywatele zajmują najważniejsze posady w organach UE. Unia sprawuje władzę poprzez swoje instytucje, ale z kolei władzę nad tymi instytucjami ma rząd Niemiec.

Tymczasem mówienie o „hegemonii” czy nawet „przewodnictwie” jest w Niemczech tabu; ta powściągliwość płynie z determinacji Niemców, by nie przypominać ludziom o mrocznej przeszłości ich państwa. Ale wypieranie się przez nie przywództwa i jednoczesne go sprawowanie oznacza, że nie ma miejsca na dyskusję o odpowiedzialności Niemiec. A to wytwarza koszty – zwłaszcza ekonomiczne – dla innych krajów członkowskich UE.

Niemcy stworzyły taki system zasad, który umacnia ich przewagę konkurencyjną. Wspólna waluta wyklucza dewaluację wewnątrz strefy euro Gwarantuje też, że euro jest warte mniej niż byłby pieniądz czysto niemiecki.

Niedawny pakt fiskalny – następca paktu stabilności i wzrostu – nakazuje podpisanie wiążących zobowiązań prawnych w sprawie zrównoważonych budżetów i ograniczania długu publicznego, obwarowanych nadzorem i sankcjami. To uniemożliwia finansowanie długu publicznego w celu pobudzenia wzrostu gospodarczego. A nieustępliwość Niemiec w ich postulacie wyrównania kosztów pozapłacowych w całej UE jest narzędziem nie tyle zwiększającym konkurencyjność Niemiec, co zmniejszającym konkurencyjność innych.

Unia Europejska, a zwłaszcza licząca dziewiętnaście państw strefa euro, funkcjonuje zatem jako wielka baza dla Niemiec, z której mogą „najeżdżać” zagraniczne rynki. Ta baza jest silna. Niemcy eksportują do UE 30 proc. więcej niż importują, i mogą się pochwalić jedną z największych na świecie nadwyżek na rachunku obrotów bieżących.
HEGEMONIA BYĆ MOŻE SZKODLIWA, ALE NIE BRUTALNA

Niemiecka hegemonia gospodarcza ma w samym sednie potężną sprzeczność. Skoro rachunki narodowe muszą się równoważyć, to nadwyżka w jednej części Europy oznacza deficyt w drugiej. W strefie euro nie umieszczono mechanizmu transferu fiskalnego, który niósłby pomoc członkom rodziny w opałach; Europejski Bank Centralny ma zakaz występowania w roli pożyczkodawcy ostatniej szansy dla systemów bankowych, zaś propozycja Komisji Europejskiej dotycząca euroobligacji – gwarantowanych zbiorowo i emitowanych przez państwa – rozbiła się na sprzeciwie Niemiec, że przecież będą musiały wziąć na siebie największy ciężar.

Chętnie natomiast zapewniały awaryjne finansowanie zadłużonym członkom strefy euro, takim jak Grecja, pod warunkiem, że zaczną „robić u siebie porządek” – obetną wydatki socjalne, wyprzedadzą mienie państwowe oraz poczynią jeszcze inne kroki, by zwiększyć swoją konkurencyjność. Niemcy nie widzą jednak żadnego powodu, by zmniejszać własną – nieproporcjonalnie wielką.

Co można zrobić, by związki wierzycieli i dłużników Unii Europejskiej stały się bardziej symetryczne? Wyjąwszy mechanizm transferu fiskalnego, do eurostrefy można zaadaptować plan rozpisany dla Międzynarodowej Unii Clearingowej przez Johna Maynarda Keynesa w 1941 roku. Banki centralne państw członkowskich mogłyby utrzymywać salda budżetowe w euro na kontach Europejskiego Banku Clearingowego. Jednocześnie, przy pomocy wzrastających odsetek od utrzymujących się ujemnych bilansów, na wierzycieli i dłużników będzie wywierana presja, by wyrównali rachunki.

Unia clearingowa dla UE byłaby mniej widoczną interwencją w narodowe interesy Niemiec niż unia transferów fiskalnych. Jednak aby strefa euro działała, najistotniejsza jest gotowość silnych do okazywania solidarności słabym. Bez mechanizmu do realizacji tego celu, UE będzie kuśtykać od kryzysu do kryzysu – zapewne tracąc po drodze członków.

Kostrzewy-Zorbasa przypowieść o reparacjach

Znana już jest wysokość roszczenia odszkodowawczego, które afrykańska Namibia przedstawiła Republice Federalnej Niemiec za ludobójstwo popełnione przez Imperium Niemieckie – nazywane także II Rzeszą Niemiecką – podczas wojny kolonialnej na początku XX wieku. Namibia żąda ponad 30 miliardów dolarów amerykańskich. Dwustronne negocjacje dyplomatyczne między Namibią a Niemcami na temat odszkodowania już się zaczęły. Niemcy ogłosiły, że odszkodowanie przyznają, ale będą negocjować jego wysokość i formę, preferując odszkodowanie rzeczowe zamiast przelewu pieniędzy.
Również rzeczowe były w dużej części niemieckie reparacje za Holokaust dla Izraela, uznanego po II wojnie światowej za jedną z reprezentacji narodu żydowskiego obok międzynarodowych organizacji żydowskich. Izrael otrzymał różnorodne niemieckie produkty cywilne i wojskowe, w tym nowoczesne okręty podwodne – istotny element izraelskich sił odstraszania, stworzonych po to, aby nie było drugiego Holokaustu. Namibia ma szansę dostać od Niemiec cywilne środki rzeczowe na wszechstronny rozwój gospodarczy i cywilizacyjny.
30 miliardów dolarów nie jest kwotą wysoką w porównaniu z odszkodowaniami wypłacanymi za duże wojny XX wieku. Lecz Namibia to kraj bardzo mały na demograficznej i ekonomicznej mapie świata. Liczy 2 miliony mieszkańców. Nawet jeśli wynegocjuje tylko jedną trzecią żądanego odszkodowania, otrzyma prawie równowartość swojego rocznego nominalnego produktu krajowego brutto.
Ale w podejściu do sprawy reparacji na krajowej scenie politycznej Namibia jest przeciwieństwem Grecji. Wszystkie greckie partie parlamentarne – prawicowe, centrowe i lewicowe, a nawet skrajnie prawicowe i skrajnie lewicowe – zgodnie poparły przygotowanie roszczeń wobec Niemiec za II wojnę światową. Wszystkie instytucjonalnie współpracowały przy wyliczeniu roszczeń za straty materialne i kulturalne, jeszcze bez strat ludzkich, na 279 miliardów euro z 2016 roku, więc według przelicznika inflacyjnego Eurostatu 282 miliardy euro – czyli 320 miliardów dolarów – teraz w 2017 roku.
Tymczasem w Namibii reparacje stały się przedmiotem walki politycznej i ekonomicznej między plemionami u władzy a plemionami nie dopuszczanymi do władzy – nawet tylko do współrządzenia – które zostałyby pozbawione również udziału w niemieckich reparacjach. Namibijczycy pomijani przez rząd grożą międzynarodową kampanią polityczną i prawną o odszkodowanie dla siebie – dwa razy wyższe od negocjowanego oficjalnie. Suma namibijskich roszczeń państwowych i społecznych przekroczyłaby 90 miliardów dolarów amerykańskich. Ostry spór wewnętrzny bardzo osłabia pozycję negocjacyjną. Namibia ryzykuje, że zamiast 90 miliardów lub 30 miliardów dolarów, dostanie zero. A efektem dodatkowym będzie kompromitacja i degradacja kraju w stosunkach międzynarodowych.

sobota, 23 września 2017

Sosabowski i Niemen

Piękne połączenie wspomnień generała i piosenki "Sen o Warszawie":
https://vod.tvp.pl/video/honor-generala,sen-o-warszawie-zwiastun,34097321
Dowództwo Powstania prosiło o ten właśnie desant!

Kto nie chce zakończyć 2 WS?

Zakończeniem wojny są ustalenia pokojowe takie, jakie zakończyły wojnę francusko-pruską:
Wojnę zakończył pokój frankfurcki zawarty 10 maja 1871 we Frankfurcie nad Menem.
W ramach układu pokojowego Francja musiała oddać nowo powstałemu Cesarstwu Niemieckiemu terytoria Alzacji i część Lotaryngii o łącznej powierzchni 14 508 km² oraz zapłacić olbrzymią jak na tamte czasy sumę 5 miliardów franków w złocie. Do czasu spłaty kontrybucji wojska niemieckie stacjonowały w północnej Francji na koszt Francji.
Czy nie czas zakończyć wojnę polsko-niemiecką rozpoczętą w 1939 roku?

poniedziałek, 18 września 2017

Alianci z czasów II WS

W naszych staraniach o odbudowę naszej, konkretnej kamienicy Dobra 31:
http://wkramost.blogspot.com/2017/11/poszukujemy-podpalaczy.html
mogą nam pomóc dawni alianci, szczególnie anglojęzyczni, bo film Powstanie Warszawskie z ujęciem naszej kamienicy (58.20):


ma gotową angielską wersję językową, a ponadto w Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych nie brakuje naszych, chętnych do pomocy rodaków-Polaków!

WYWIAD. Brytyjski poseł: "Wielka Brytania i USA mają moralny obowiązek, by wesprzeć Polskę w domaganiu się reparacji od Niemiec"

Jeżeli nie będziecie zgadzać się na wszystkie ich życzenia, będziecie musieli radzić sobie z ingerencją w wasze sprawy wewnętrzne, groźbami i zastraszaniem ze strony Komisji Europejskiej

– powiedział Daniel Kawczyński w rozmowie z wPolityce.pl, podczas uroczystości wręczenia nagród im. Antoniny i Jana Żabińskich.

wPolityce.pl: Podczas swojego przemówienia wspomniał Pan o reparacjach wojennych, które Niemcy powinny wypłacić Polsce. Dlaczego uważa Pan, że Polska powinna się o nie starać?
Daniel Kawczyński, deputowany brytyjskiego parlamentu: Uważam, że Polska powinna walczyć o reparacje, bo rządy Bieruta, Gomułki, Gierka i Jaruzelskiego były nielegalne i działały pod wpływem komunistycznej Rosji. Nie reprezentowali narodu polskiego, więc nie mieli prawa podpisywać żadnych umów z Niemcami. Jeżeli pomyślimy o tym jak kompletnie zniszczona była Warszawa a miliony Polaków zostało zabitych, to nadszedł czas, by o to walczyć. Stany Zjednoczone i Wielka Brytania muszą pomóc Polsce. To my podpisywaliśmy porozumienia jałtańskie, które spowodowały, że Polska na pięćdziesiąt lat znalazła się pod tyrańskim reżimem komunistów. Rozmawiałem z obecnymi tutaj amerykańskimi kongresmenami, którzy popierają mój pogląd, że Wielka Brytania i Stany Zjednoczone mają moralny obowiązek, by wesprzeć Polskę w domaganiu się reparacji za straty, które ten kraj poniósł w czasie wojny.

Czy uważa Pan, że mamy szansę na to, by te reparacje uzyskać?

Byłem dziś z wizytą w polskim parlamencie, gdzie poseł Arkadiusz Mularczyk pokazał mi dokument, który dla polskiego rządu przygotowali prawnicy pokazujący jaki możliwości ma Polska. Powinniśmy zgłosić się z tą sprawą do sądów międzynarodowych, a jeżeli Niemcy odmówią zapłacenia reparacji, sprawa powinna skończyć się w Międzynarodowym Trybunale Sprawiedliwości.

Czyli możemy być pewni, że Pan, jako deputowany do brytyjskiego parlamentu, będzie w tej sprawie walczył?
Absolutnie tak! W czasie debaty w brytyjskim parlamencie nt. relacji polsko-angielskich, którą rozpocząłem, jeden z moich kolegów powiedział bardzo ważną rzecz. Stwierdził, że podpisanie porozumień jałtańskich było jednym z najczarniejszych momentów historii naszego narodu. Podpisaliśmy je po wielu latach wojny myśląc, że to najlepsze rozwiązanie dla Europy. Widzimy jak były nieuczciwe i jakie konsekwencja poniosła Polska i jak cierpiała. Nie chodzi tu tylko o starty i zniszczenia wojenne, Polska i polska gospodarka były przez pięćdziesiąt lat niszczone przez komunizm.

Brytyjczycy nie mają już problemu, który dotyka nasz kraj. Problemu, który nazywa się „Komisja Europejska”, która chce wpływać na rzeczywistość polityczną w naszym kraju, strasząc karami m.in. za nieprzyjmowanie migrantów.

To problem, który będziecie mieli tak długo jak będziecie członkami Unii Europejskiej. Jeżeli nie będziecie zgadzać się na wszystkie ich życzenia, będziecie musieli radzić sobie z ingerencją w wasze sprawy wewnętrzne, groźbami i zastraszaniem ze strony Komisji Europejskiej. A jest to ciało, które nie zostało wybrane w demokratycznych wyborach. Oczekują od was udziału w tzw. relokacji imigrantów, że zaakceptujecie ich postulaty ws. Trybunału Konstytucyjnego i polskiego wymiaru sprawiedliwości. A są to decyzje, która należą do Polaków. W tym samym czasie gdy Niemcy mówią wam o wspólnej polityce europejskiej budują Nord Stream , którym transportowany będzie gaz z Rosji do Niemiec omijając Polskę, uderzając w polskie bezpieczeństwo energetyczne.

Was te problemy już nie dotyczą. Dlaczego opuszczacie Unię Europejską?
Opuszczamy Unię Europejską, bo jesteśmy zmęczeni ingerencją w nasze sprawy wewnętrzne. Polska gospodarka rozwija się w świetnym tempie, my opuszczamy Unię, co spowoduje, że Bruksela straci dużą część swojego budżetu. W ciągu 5-10 lat Polska stanie się płatnikiem netto do budżetu Unii Europejskiej. Polscy politycy, którzy będą wydawać pieniądze polskich podatników będą musieli pomyśleć czy w interesie ich kraju będzie pozostanie w Unii Europejskiej. Najważniejszą rzeczą dla Polski jest bezpieczeństwo i siła, którą daje NATO. Prowadzę kampanię w parlamencie brytyjskim na rzecz stałej obecności żołnierzy NATO na wschód od Warszawy. Niemcy nie chcą tam baz NATO. To jest bardzo złe. Musimy umacniać swoją siłę właśnie poprzez Sojusz Północnoatlantycki. Islandia, Norwegia, Turcja, Wielka Brytania, Kanada i USA nigdy nie będą częścią Unii Europejskiej, a są niesamowicie ważnym elementem naszych wspólnych możliwości obronnych. To dlatego największym zagrożeniem dla polskiego bezpieczeństwa są niemieckie i francuskie pomysły utworzenia jednej armii europejskiej. To byłaby katastrofa.



Amerykański kongresmen: Polacy brali udział w Holocauście? To absurd. Żaden kraj nie cierpiał tak jak Polska

Reparacje to zawsze kwestia politycznych decyzji, ale nikt nie ma do tego większych praw niż Polska

– powiedział Steve Russell, deputowany do Izby Reprezentantów USA, dowódca oddziału amerykańskiej armii, który odegrał kluczową rolę w schwytaniu Saddama Husajna.

wPolityce.pl: Jak ocenia Pan dzisiejszą uroczystość?

Steve Russell, deputowany do Izby Reprezentantów USA: Uważam, że to cudownie, że możemy naświetlić indywidualne historie. Gdy spojrzymy na skalę ludzkiego cierpienia, którego doświadczono w Polsce w czasie II Wojny Światowej zapominamy, że są to miliony osobistych historii. Nagrody im. Żabińskich, przyznawane przez fundację From the Depths personalizują te historie. To bardzo ważne. Dzięki temu ludzie cierpienie staje nam się bliższe, dzięki temu nie zostanie zapomniane.

Ale nie wszyscy wiedzą o bohaterstwie Polaków ratujących Żydów. Mówi się nawet o polskim współudziale w Holocauście.
To absurd. Polacy cierpieli tak samo, a Polska została w gruzach, z Warszawą zniszczoną w 85 proc.. Następnie Polskę czekało 50 lat komunizmu. Musimy mówić ludziom o tym jaka historia była naprawdę. Polska wykonała ważną pracę zachowując dla przyszłych pokoleń pamięć o rzeczywistości, okrucieństwach II Wojny Światowej. Gdyby nie taki wydarzenia jak dzisiaj, świat mógłby zapomnieć o tym, co się stało.

W Polsce rozgorzała debata nt. reparacji ze strony Niemiec. Czy uważa Pan, że Polacy powinni o nie walczyć?

Żaden kraj nie cierpiał w czasie II Wojny Światowej tak jak Polska. Został kompletnie zdewastowany. Cierpieli Polacy i Żydzi, którzy też byli polskimi obywatelami. Reparacje to zawsze kwestia politycznych decyzji, ale nikt nie ma do tego większych praw niż Polska

Prześmiewca Hartman...

...prześmiał sam siebie!


A Rodowiczka tańczy… czyli upadek gwiazdy

To tu. Tylko u Jana Hartmana! Tylko tu znajdziesz etyczno-estetyczną analizę gorącego, ewaporującego seksem hiszpańskiego dansu Maryli Rodowicz na sławetnym festiwalu Opole 2017, z niezłomnym w przyzwoitości Jackiem Kurskim i wielką polityką w tle. Jaki taniec, taka analiza – ultrapopowa, żenująco słaba, po prostu bez sensu. Lecz skoro błaznować może Rodowiczka, do kimże jestem ja, by nie błaznować jej do wtóru? Jakże byłoby nieskromnie odmówić gwieździe swego współbłazeństwa! Tyle mogę i powinienem zrobić dla swej idolki z czasów nauczana początkowego. Tarczą swego słodkiego okrucieństwa obronię ją przed pikami mydłków i gołowąsów, pragnących wylansować się na kopaniu leżącej Maryli. Po mnie już nikt niczego nie napisze na ten temat! Milcz, hołoto, włos siwy, malowany uszanuj!
No właśnie. Te oczy, te blond włosy, ten biust… Kto się nie kochał w latach 70. w Maryli Rodowicz, ręka do góry albo ręce do góry! A tu taki wstyd – w wieku 71 lat, w kwiecie szóstej młodości, nasza pop-idolka odpaliła jakąś totalną żenadę, foczkowato podrygując w różowej mini do pseudohiszpańskiego bełkotu wokalno-instrumentalnego, w testosteronowym towarzystwie gogusiowatego, wybrylantowanego pakera, szczęściem dość świeżej jeszcze daty, niejakiego Jana Klimenta – fordansera i samca alfa, pobudzającym wstydliwą strunkę w najzacieklejszym heteryku. Mmmm wrrrrr… Rzeczony ognistym ruchem torrrreadorrra zdarł ze starszej pani ognistą suknię – ole! – ukazując to, o czym nie śmieliśmy marzyć z obawy przez zmazą, a następnie bardzo się zapalał, jak to mężczyzna w ognitym tańcu z gibką a zalotną kobietą, podczas gdy nam z bolesnej zazdrości gul skakał i dzięcielina pałała, ogniście oczywiście. Film z tego zapierającego dech w piersiach i krew w ciałach jamistych występu ogląda na wyprzódki cała Polska, mimo panicznych starań usunięcia go z sieci. Nie, tego się już nie wymaże z narodowej pamięci! Co najmniej przez tydzień. A tydzień to w życiu jętki-Polki cała epoka. Nogi, a nawet pośladki Maryli Rodowicz, wypatrywane tęsknie przez pół wieku, właśnie stały się własnością publiczną. I to w aureoli sztywnej koronkowej minispódniczki, jakiej próżno by szukać nawet w okolicach placu znanego z apetycznych kasztanów. Niech się schowają kankany, mulę-róże! Ja już jedno mam w sercu odnóże!
Żenada ścisnęła nasze gardła, szok i niedowierzanie trzymały nas przez dobre pięć minut, a śmiechom nie było końca przez kwadrans. Tak się kończy wielka kariera, każda wielka kariera – upadkiem. Zwykle jest to upadek w zapomnienie, czasami w śmieszność – w sumie na jedno wychodzi. Na szczęście nawet upadki są dziś na niby, bo poważne jest już tylko leczenie się na raka, a i to nie zawsze. Niechaj minispódniczka zdezorientowanej kulturowo i zmanipulowanej przez wyprażonych na koksie „aranżerów” i macherów od oglądalności/klikalności będzie symbolem naszych niepoważnych czasów. Symbolem trwałym, z tygodniową datą przydatności do symbolizowania.
Wydarzenie ma z punktu widzenia socjo-kulturowego znaczenie niebagatelne. Z jednej strony mamy tu do czynienia z ostateczną kontestacją obyczajów, w których dopatrywać by się można pruderii, seksizmu i dyskryminacji kobiet oraz osób starszych. Akt wyzwoleńczy, emancypacyjny, bezkompromisowy. Z drugiej strony doświadczamy opresji ze strony kultury liberalnej, wytwarzającej właściwe sobie zakazy i opresje. Oto stara baba robi z siebie pośmiewisko, a poprawność polityczna nakazuje o tym milczeć i robić dobrą minę do złej gry. Taniec 71-latki w minispódniczce jest nietykalny, natomiast nazwanie jej za karę „starą babą” i w ogóle krytyka zaczepiająca o wiek i wygląd obarczone są bardzo silną społeczną dezaprobatą. Choć nie ma takiego, kto uważałby, że stare baby powinny fikać w różowych miniówach, to jednocześnie nie brak takich, którzy uważają wyrażanie tej mało kontrowersji budzącej myśli za nad wyraz niezręczne, a nawet dyskryminujące. W imię niedyskryminowania związuje się nam języki i lasuje mózgi. Może to i dobrze, bo jakąś cenę za społeczną reedukację liberalną tak czy inaczej trzeba zapłacić. Tyle że w danym wypadku mamy do czynienia z obłudą tak spiętrzoną, że wołającą o pomstę, a co najmniej zdemaskowanie. Wszak cały ten proceder koncesjonowania rewolucji obyczajowej i nakładania na nasze niewyparzone pyski wędzidła nowego tabu znalazł się w rękach cynicznych specjalistów od manipulacji emocjami tłumu, zatrudnianych przez niby to konserwatywnych oligarchów, na co dzień odcinających kupony od klęczników, choć jak widać od czasu do czasu nie pogardzających „walką z przesądami” i metkami od minispódniczek. Oto i wrogie dyskursu przejęcie, co się zowie.
Nieszczęsny casus Rodowicz mówi o nas bardzo wiele. O skali naszej dezorientacji obyczajowej, zakłamania i ogłupienia. Coś, co jeszcze kilka dekad temu byłby niemożliwe, dwie dekady temu byłoby skandalem – dziś jest po prostu niczym. Ot, bagatelką. I nic, absolutnie nic nie możemy z tym zrobić. No, chyba że obejrzeć filmik o kotkach.


Żebyś ty dziadu(1967) za dziesięć lat był w takiej formie jak Maryla Rodowicz (1945) lub Tina Turner (1939) w czasie swojej ostatniej trasy koncertowej w 2009 roku!

Tina: Live in Concert Tour - Siódma i ostatnia trasa koncertowa amerykańskiej wokalistki Tiny Turner.
Trasa koncertowa - jako ostatnia - zawarła utwory z całego okresu twórczości artystki. W związku z trasą 30 września 2008 ukazała się najnowsza płyta wokalistki - Tina!. Trasa rozpoczęła się 1 października 2008 i trwała do 5 maja 2009 roku (243 dni). Objęła 90 koncertów (53 w Europie i 37 w Ameryce Północnej). Jak w przypadku poprzednich tras wydane zostało oficjalne nagranie z koncertów. Na płycie DVD i CD pod tytułem "Tina Live" wydanej 25 września 2009 roku (w Polsce 28 września) znalazł się materiał z koncertów w Arnhem w Holandii (21 i 22 marca).

Lista granych utworów obejmuje wszystkie najważniejsze utwory artystki. Zestaw piosenek po raz pierwszy od trasy What's Love? Tour (1993) objął utwór What You Get Is What You See oraz Typical Male.
  1. Get Back - intro;
  2. Steamy Windows - wejście: szkarłatna kurtyna rozsuwa się ukazując Tinę stojącą na szczycie kilkumetrowej kolumny, która zaczyna opadać
  3. Typical Male
  4. River Deep Mountain High
  5. What You Get Is What You See
  6. Better Be Good To Me
  7. Acid Queen
  8. What's Love Got To Do With It
  9. Private Dancer
  10. We Don't Need Another Hero
  11. Help
  12. Undercover Agent For The Blues
  13. Let's Stay Together
  14. I Can't Stand The Rain
  15. Jumping Jack Flash
  16. It's Only Rock 'N' Roll
  17. Goldeneye
  18. Addicted To Love
  19. The Best
  20. Proud Mary
  21. Nutbush City Limits
  22. Be Tender With Me Baby

niedziela, 17 września 2017

Zadośćuczynienie

Zadośćuczynienie jest częścią Sakramentu Pokuty. Każdy Chrześcijanin tak rozumie swoją powinność wobec Boga. Może dlatego Niemcy nie chcą być chrześcijanami?

http://wkramost.blogspot.com/2017/09/zadoscuczynienie-piasnickie.html

http://wkramost.blogspot.com/2017/09/zadoscuczynienie-powislanskie.html

http://wkramost.blogspot.com/2017/09/zadoscuczynienie-czerniakowskie.html

Wisła wielu powstań:
https://docs.google.com/document/d/1ylcoO77Z_iMM63kNqOXvIAtBURnX3SKGTq2_RYUOWUQ/edit?usp=sharing

Do kraju Nod - na wschód od Edenu - został wygnany Kain, pierwszy syn Adama, za zabicie swego brata Abla.
Nod oznacza ogólnie kraj zamieszkiwany przez tych, którzy błądzą.
Czy przetrwanie UE może zapewnić jedynie kraina Nod dla Niemców? Dlaczego Anglicy wycofali się z UE?  Czy po ich wyjściu to jeszcze jest Unia?

Zadośćuczynienie czerniakowskie

Ksiądz Józef Stanek:
Znalezione obrazy dla zapytania ksiądz Stanek obrazy
pełnił w czasie Powstania Warszawskiego posługę na Czerniakowie, czego świadectwem są głazy pamiątkowe:


W Muzeum Powstania Warszawskiego znajduje się kaplica pod wezwaniem Błogosławionego księdza Stanka i 107 błogosławionych męczenników II Wojny Światowej:


- Wojna jest barbarzyństwem, lecz bliskie są Bogu serca żołnierzy, którzy walczą o słuszną sprawę.  Krew przelaną w tej wojnie i poniesione ofiary składamy nie tylko ku chwale ojczyzny, ale i ku chwale Boskiej – mówił ks. Stanek ps. „Rudy”, kapelan zgrupowania „Kryska”, podczas Mszy św. polowej 20 sierpnia 1944 r. Trzy dni później Czerniaków się podda.

Ulicą idą wypędzeni mieszkańcy kamienicy przy Solcu. Matki tulą dzieci, mężczyźni ze spuszczonymi głowami cicho przeklinają, szturchających ich kolbami karabinów, esesmanów. – Halt! – krzyczy Niemiec. Grupa zatrzymuje się przed rumowiskiem magazynów „Społem” – Patrzcie – mówi - Ten na szubienicy jest waszym głównym bandytą! Ludzie powoli czynią znak krzyża drżącymi dłońmi. Na belce, nad usypanym z gruzów podwyższeniu, wisi młody ksiądz - Józef Stanek.

Rankiem, 23 września, ks. Józef Stanek na czele pochodu z ciężko rannymi, dzierżąc w ręku białą flagę udał się z poselstwem poddania się i złożenia broni. Żołnierze 36. Dywizji Grenadierów SS Dirlewanger (rekrutowanej głównie z kryminalistów z niemieckich więzień i obozów koncentracyjnych, odpowiedzialnej za rzeź Woli, gdzie zamordowano blisko 65 tys. ludzi) zawlekli go na tyły magazynów „Społem”. Tam pobili go i powiesili na jego własnej stule na belce wystającej ze ściany domu. Ale jeszcze trzy dni wcześniej ksiądz towarzyszył ludziom oczekującym na pontony, którymi przeprawiliby się na drugi brzeg Wisły, gdzie było już bezpieczniej. Ktoś krzyknął: - Księże kapelanie, jest specjalnie zatrzymane dla księdza wolne miejsce. Proszę siadać, bo nie wiadomo czy następne przypłyną! Ks. Józef Stanek odmówił. – W nocy z 19 na 20 września zostałem ciężko ranny. Musieli amputować mi rękę. Słowami pocieszenia ks. „Rudy” przywrócił wiarę w życie i obudził na nowo nadzieję - wspomina jeden z ostatnich walczących w Powstaniu żołnierzy zgrupowania „Kryska” – Kapelan nosił dla naszych omdlałych z powodu ran żołnierzy wodę z Wisły, którą zwilżał im usta, kojąc w ten sposób ich pragnienie.

Na pobojowiskach Przyczółka Czerniakowskiego posługę pełnił też ks. Józef Warszawski ps. „Ojciec Paweł” , kapelan zgrupowania „Radosław”. Reszta księży została wypędzona. Tak wspomina dzień śmierci „Rudego”: „Księdza przypędzili do nas… Zabiegali mu drogę i huzia pięściami prać po twarzy. Tłukli i walili, wyli przy tym swoje credo hitlerowskimi słowami: >>Ci są najgorsi! Nie Anglicy! Nie Żydzi! Ci w czarnych kieckach! To są diabły!<< „Ojciec Paweł” sam uratował blisko 120 osób ze swojego zgrupowania, przeprowadzając je przez szeregi karnej kompanii uzyskując dla nich w dowództwie niemieckim status jeńców wojennych. Jako delegowany do Komendy Głównej AK, starał się przeforsować plan ewakuacji mieszkańców do Kampinosu, aby zapobiec całkowitemu zniszczeniu miasta.

Przyglądając się rozkazom dla kapelanów wydanym przez Komendę Okręgu Warszawskiego, można dość dokładnie odtworzyć dzień kapelańskiej pracy. Każdy walczący w powstaniu duchowny rozpoczynał dzień poranną modlitwą. Przez cały czas pocieszali żołnierzy i mieszkańców Warszawy słowem Bożym. Pomagali przenosić rannych z pola walki do piwnic spalonych domów, gdzie mogli otrzymać pomoc medyczną. Kapelani mieli również obowiązek chować zmarłych. Z czasem zaczęli udzielać ślubów powstańcom. Bo i miłość istniała w czasie wojny. Ale historie takich małżeństw są tym tragiczniejsze, że niektóre trwały nawet roku. „Nina” i „Jeremi” Zborowscy z „Parasola” pobrali się na Starym Mieście 17 sierpnia. Miesiąc potem w przeprowadzonej przez Niemców akcji aresztowań rannych żołnierzy zostali pojmani. Ich ciał nigdy nie odnaleziono.

Ks. bp Edward Materski:
"(...) Ksiądz Józef Stanek odprawiał Mszę Św., inne nabożeństwa, spowiadał, udzielał sakramentu chorych. Służbę kapłańską pełnił w piwnicach, bramach, niskopołożonych mieszkaniach... Budował gorliwością i pragnieniem dotarcia do wszystkich, którzy potrzebowali kapłana. Cechowała przy tym księdza Józefa odwaga połączona z roztropnością. Pozostał w pamięci jako kapłan pełen poświęcenia, który gorliwie i odważnie, z narażeniem, życia i gotowością do największej ofiary, szukał ludzi, którym mógłby usłużyć".

Ks. J. Warszawski, kapelan powstańczy, ps. "Ojciec Paweł": "(...) Księdza Stanka przypędzili do nas. Gdy go zobaczyła karna kompania hitlerowska, nie przestawała zanosić się od szyderczych ryków. Zabiegali mu drogę i huzia pięściami prać go po twarzy. Tłukli i walili, dopóki nie dobiegł do naszych szeregów. Kilku szczególnie brutalnych... szarpiąc i ciągnąc wypchnęli księdza Józefa. I powiedli pod niedalekie ruiny. I tak właśnie zginął - przez powieszenie - in odium fidei et vindictae".
W. Zabłocki, ps. "Derkacz", żołnierz 4 Komp. AK, Zgrupowania "Kryska": "Jestem ocalony. Przyglądam się swemu wybawcy. Nie ma wątpliwości - to kapelan, który jeszcze niedawno odprawiał nabożeństwo dla żołnierzy - ks. Stanek... Odrobiną wody zwilża mi wargi i daje pić. Pociesza, dodaje otuchy. Kapelan w miarę swych nader skromnych możliwości opiekuje się wszystkimi. Jego miła, spokojna twarz i kojące słowa pociechy towarzyszą nam jeszcze przez kilka godzin".
Stanisława Żórawska, mieszkanka Czerniakowa w czasie Powstania Warszawskiego: "(...) ksiądz kapelan Stanek wszystkim spędzonym na tę egzekucję ludziom (jeńcom - powstańcom i ludności cywilnej) udzielił jeszcze spod szubienicy z pętlą na szyi błogosławieństwa... Żegnał wszystkich przyglądających się tej tragedii znakiem krzyża".

Zadośćuczynienie powiślańskie

Błogosławiony ksiądz Michał Czartoryski


Matysiakowie - mieszkańcy Powiśla - spisali się na medal. Już pierwszego dnia powstania opanowali Elektrownię Warszawską. Bronili jej dzielnie przez ponad miesiąc, zapewniając warszawiakom prąd. Oddział Krybar opanował też okoliczne nadwiślańskie pozycje, aż do Czerniakowa.
W Muzeum Powstania Warszawskiego znajduje się Kaplica pod wezwaniem Błogosławionego księdza Stanka i 107 błogosławionych męczenników II wojny światowej. Księdza Stanka powiesili Niemcy likwidując przyczółek czerniakowski, ostatnie miejsce gdzie mógł lądować (i lądował) desant z Pragi. Na Powiślu męczeńską śmiercią zginął dominikanin, bł. ks. Michał Czartoryski (na polichromii w muzealnej kaplicy pierwszy z lewej):

Szedł do okulisty przez słoneczne, letnie Powiśle. Miał wrócić na Służew, gdzie czekały na niego codzienne zakonne obowiązki i wspólnota, na drodze jednak stanęło mu powstanie. Walki odcięły mu drogę powrotu, więc zgłosił się do najbliższego oddziału jako kapelan. W zapiskach ludzi z oddziału, którego ksiądz Czartoryski był kapelanem, ciągle powraca fraza "biały habit": "Gdziekolwiek pojawił się biały habit, ożywała otucha i powracał spokój ducha."; "Ubrany zawsze w biały habit był wszędzie." Pełna spokoju i pewności postawa dominikanina sprawiła, że jego jasny strój stał się ikoną zaufania.
I to właśnie ten charakterystyczny strój zakonny był jedną z przyczyn śmierci zakonnika. Namawiano go, aby zdjął go i ukrywszy się dzięki temu między cywilami, wyszedł z oblężenia. Ojciec Michał odmówił. Przyczyn odmowy można się domyślać: z pewnością chciał pozostać z rannymi, aby dodać im otuchy (zapewne by świadomy, jak wiele psychicznej siły od niego czerpią), ale istotne było też to, że wśród wynikających z reguły zakonu była też ta dotycząca noszenia stale konkretnego stroju. Istotny był zwłaszcza szkaplerz (pas tkaniny z otworem na głowę nakładany na tunikę, a pod kaptur) symbolizujący zawierzenie opiece Maryi.
Dnia 6 września do polowego szpitala wkroczył niemiecki oddział: sanitariuszki odesłano do szpitala polowego Wermachtu, rannych rozstrzelano serią z karabinu maszynowego. Ojciec Michał był w pierwszej trzydziestce zabitych, jako uznany za najbardziej niebezpiecznego („największy bandyta”, jak określił go dowódca niemieckiego oddziału)."
Na rogu Tamki i Smulikowskiego, mniej niż sto metrów od ulicy Dobrej (ulicy Matysiaków) znajduje się tablica:


Tak wypełniły się w jego życiu zapisane przez niego samego słowa: „Dominikanin jest liturgiem nie tylko przy ołtarzu, ale mocą kapłaństwa, a zwłaszcza profesji zakonnej, zawsze chodzi w stroju liturgicznym, bezustannie jest na szczególnej służbie Bożej, na służbie Ciała Mistycznego Chrystusa”.

..........................................................................................................................

Z okazji siedemdziesiątej rocznicy jego męczeńskiej śmierci pojawił się w Gazecie Wyborczej bardzo rzetelnie przedstawiający jego życie, artykuł Stanisława Zasady:


- Co robi u dominikanów książę? - dopytują Innocentego Bocheńskiego o ojca Czartoryskiego. - Czyści ustępy
Niech ojciec się przebierze. Jest szansa. - Nie zdejmę szkaplerza. - Tu jest ubranie. - Jestem potrzebny tym chłopcom. Zaraz wpadną zbiry Dirlewangera. Zastrzelą rannych powstańców i kapelana.
*** 
"Czy wiem, do czego dążę? Celem tym jest zupełne oddanie się na służbę Bogu. Zupełne, całkowite, bezapelacyjne, począwszy od codziennych najdrobniejszych obowiązków rozumianych przez najczulsze sumienie, poprzez strapienie, bóle, krzyże, oschłości - aż do męczeństwa".

Miał 30 lat, gdy to zapisał. Od dwóch miesięcy był w zakonie. O jakim męczeństwie myślał?
*** 

Łatwo go odszukać na beatyfikacyjnym obrazie. Stoi zaraz za Chrystusem, w dominikańskim habicie.


Wszystkich postaci na obrazie jest 108. Świeccy i duchowni, kobiety i mężczyźni. W sutannach, habitach, garniturach, obozowych pasiakach. "Męczennicy Drugiej Wojny Światowej". 13 czerwca 1999 roku Jan Paweł II nazwie ich błogosławionymi.

- Są kapłani diecezjalni i zakonni, którzy ginęli, gdyż nie chcieli odstąpić od swojej posługi - pewnie jego ma na myśli papież w beatyfikacyjnym kazaniu na stołecznym placu.

Michał Czartoryski, dominikanin z wielkiego książęcego rodu, zginął w powstaniu warszawskim. - Poszedł na śmierć dobrowolnie - powiadają ci, którzy byli z nim do końca.
*** 

Jan Grzegorczyk napisał książkę o błogosławionym Michale Czartoryskim. Udzielił głosu tym, którzy go podziwiali. I tym, których drażnił.

Książka nosi tytuł: "O bogatym młodzieńcu, który nie odszedł zasmucony". Autor tłumaczy: "Był jak bogaty młodzieniec z Ewangelii, który zapytał Pana Jezusa, co trzeba zrobić, aby osiągnąć życie wieczne. Tylko nie zasmucił się tak jak tamten. Posłuchał Pana Jezusa i wszystko rozdał. Wszystko, czego w życiu dokonał, łącznie z ofiarą męczeństwa".
*** 

Kraków, czerwiec 1939 r. Osiemnastoletni Albert Krąpiec, przyszły profesor filozofii i rektor KUL-u, spaceruje po klasztornym ogrodzie dominikanów. Z krzaka dorodnych czerwonych porzeczek zrywa kiść i bierze do ust.

- Co ty robisz?! - słyszy za sobą. - Przynieś rydel i wykop ten krzak! - rozkazuje ojciec Czartoryski, opiekun nowicjuszy. Wieczorem w refektarzu bracia jedzą kolację, a młody Krąpiec klęczy przy krzaku porzeczek. - To była pokuta za nieopanowanie w jedzeniu - opowiadał na starość profesor.

Był znany z surowości. Od kiedy został magistrem nowicjatu, strofuje ich za byle co. Gdy spacerują na mrozie i marzną im ręce, mówi, żeby nauczyli się cierpieć. Każe się biczować. Goni do nauki kleryków, których też jest wychowawcą.

Ojciec Zygmunt Mazur, postulator procesu beatyfikacyjnego Michała Czartoryskiego: - Widział życie zakonne przede wszystkim w kategoriach ofiary i wyrzeczenia.

Nie wszystkim się to podobało. Niektórzy go wyśmiewali. W styczniu 1944 r. przełożeni przenoszą go do klasztoru na warszawskim Służewie. Jest rozżalony. Zanotuje: "Oczywiście nie uważam, abym nie miał błędów, nawet win i zaniedbań. Wiem, że nie bardzo jestem lubiany. Są do mnie słuszne pretensje".

I dalej:

"Ale nie mogę uznać za słuszne takiego stanowiska, że skoro są błędy, więc i wszystko do niczego. Przecież co innego błędy magistra i wady, a co innego system i ideał wychowawczy, pogląd na życie zakonne i wychowanie zakonne".
*** 

Z zapisków:

21 września 1929 r. „Mam być stanowczy. Jest to jedna z głównych cech prawdziwego charakteru. Prawdziwy zakonnik musi posiadać stanowczość, inaczej praca, życie całe, zajęcia i obowiązki będą się »rozłazić «. Stanowczość musi być w oddaniu się na służbę Bożą, w zaparciu się, w umartwieniu, posłuszeństwie, w pracy - nauce itd.”.

"21 maja 1933. Nie trzeba wychowywać ludzi przeczulonych i rozdelikaconych, i miękkich. Trzeba owszem: zakonników mężnych; dlatego dla wyżej wyrobionych potrzeba więcej konsekwencji, hartu, surowości, bezwzględności".
*** 

Po południu 1 sierpnia 1944 r. idzie do okulisty. Na ulicach Warszawy grupy młodych ludzi z biało-czerwonymi opaskami na rękawach. Gdy wybija Godzina "W" - pije herbatę w mieszkaniu Kaszniców na Powiślu.

Kasznicowie - znana rodzina. Senior rodu, profesor Stanisław Kasznica, to przedwojenny rektor Uniwersytetu Poznańskiego. Wraz z prymasem Hlondem namówił dominikanów, by wrócili do Poznania i zajęli się duszpasterstwem studentów. Jego syn Krzysztof został ciężko ranny w powstaniu, później wstąpił do dominikanów. Drugi - Stanisław - był ostatnim komendantem Narodowych Sił Zbrojnych, został rozstrzelany przez komunistów w więzieniu na Mokotowie.

- Powstanie! - krzyczy tamtego popołudnia uradowana Eleonora, nastoletnia córka Kasznicy, gdy pili herbatę. Co na to ojciec Michał? - Nic nie mówił, modlił się - wspomina pani Eleonora.

Z powodu walk nie ma jak wrócić do klasztoru na Służew. Ani jak zawiadomić współbraci, że nie wróci. Pierwszą powstańczą noc spędzi u Kaszniców.

Na drugi dzień idzie do kościoła Świętej Teresy na rogu Tamki i Smulikowskiego. Świątynia jest pusta - proboszcz i wikary uciekli poprzedniego dnia; wiedzieli, na co się zanosi. Zabiera puszkę z komunikantami, kielich i patenę. Nie chce, żeby zostały sprofanowane.

Na Powiślu walczy prawie 400 żołnierzy ze zgrupowania "Konrad". Zostanie ich kapelanem. Z powstańcami będzie miesiąc.
*** 

Na dworze w Pełkiniach po kolacji. Dorośli pójdą zaraz do pokoju dzieci zmówić pacierz. Jan Franciszek zapalił dwie świeczki przy figurce Matki Bożej na stojącym w rogu stoliku - u Czartoryskich za ołtarzyk odpowiadają dzieci. "Wierzę w Boga", "Ojcze nasz", "Zdrowaś Mario"

Tak co wieczór.

Czartoryscy z Pełkiń to stary książęcy ród. Wywodzą się z Litwy - protoplasta był wnukiem księcia Giedymina. Zawsze odgrywali ważną rolę w Rzeczypospolitej. Gdy ta chyliła się ku upadkowi, byli za reformami. Gdy nie było jej na mapie, bili się o niepodległość. Za udział w powstaniu car każe ściąć jednego z nich toporem. Książę Adam Jerzy ucieknie jednak do Paryża, zostanie przywódcą słynnego Hotelu Lambert.

Młodszy brat Adama Jerzego odziedziczył Jarosław i okoliczne dobra. Przyszły ojciec Michał jest jego prawnukiem - rodzi się w Pełkiniach 19 lutego 1897 r. jako Jan Franciszek. Walczy w obronie Lwowa i w wojnie polsko-bolszewickiej, potem w powstaniach śląskich. Za męstwo dadzą mu Krzyż Walecznych.

Ma ośmiu braci - wszyscy są humanistami. On jako jedyny idzie na Politechnikę Lwowską - ukończy ją z dyplomem inżyniera.

Religijne wychowanie odciśnie piętno na rodzinie - siostra Weronika pójdzie do klasztoru wizytek, bracia Jerzy i Stanisław zostaną księżmi. On wybierze dominikanów.
*** 

Ta część Powiśla to paskudne miejsce. Cztery działa walą z ogródka jordanowskiego, kanonierka z Wisły, pociąg pancerny z mostu Poniatowskiego, z powietrza samoloty.

Modli się z powstańcami - w kościele, potem na zewnątrz. Pomaga przenosić rannych. Dużo czasu spędza w powstańczym szpitalu - mieścił się w piwnicy na rogu Tamki i Smulikowskiego. Podobno miał taki zwyczaj: siadał na stołku między łóżkami i odmawiał różaniec. Odgłosy walk, pojękiwania rannych, a on najzwyczajniej w świecie przesuwa paciorki. Jakby chciał, żeby jego spokój się im udzielił.

Odprawia pogrzeby, nieraz kilka dziennie. - Bądźcie gotowi na spotkanie z Bogiem - mówi żyjącym. Gdy chowa ulubieńca całego oddziału, jeden z chłopaków mdleje. On się trzyma. Wie, co to wojna - był żołnierzem.
*** 

Ma już 31 lat, za sobą kilka miesięcy w diecezjalnym seminarium, gdy puka do furty klasztornej dominikanów w Krakowie. Dostaje biały habit, czarną kapę i zakonne imię Michał - od walecznego archanioła, patrona żołnierzy.

W nowicjacie jest starszy od współbraci o kilkanaście lat. W soboty wyznacza wszystkim prace porządkowe. - Sobie zawsze zostawiał do sprzątania ubikacje - będzie wspominał ojciec Feliks Bednarski, późniejszy profesor filozofii na rzymskim Angelicum.

Bednarski jest najmłodszy na roku - Czartoryski każe mu podlewać kwiaty w zakrystii.

W nowicjacie z księciem Czartoryskim jest Innocenty Bocheński, legenda dominikanów. "Bardzo się różnili, a nawet - jak niektórzy mówili - nie lubili" - zapisał po latach ojciec Adam Studziński, kapelan u Andersa, uczestnik bitwy pod Monte Cassino.

Zachowała się anegdota.

- Co robi u dominikanów książę? - pyta ktoś Bocheńskiego o Michała Czartoryskiego.

- Czyści ustępy.
*** 

Z zapisków:

Wrzesień 1931 r., miesiąc przed święceniami.

"Wszystkiego się zrzekam, wyzbywam oczywiście dóbr materialnych, wszelkiej własności, ale także własnej woli".

Grzegorczyk: "Gdyby Jan Czartoryski zrzekł się tylko radości płynącej z dóbr doczesnych, pewnie w zakonie by się zasmucił, bo za tę ofiarę nie okazano mu zbytniej wdzięczności czy uznania. Ale on nie szedł do zakonu po nagrodę, lecz by złożyć ofiarę".
*** 

Dwudziestolecie między wojnami to czas odnowy polskich dominikanów. W czasie zaborów wiele klasztorów zlikwidowano, zakonnicy zajmują się duszpasterstwem parafialnym. Duchem zmian jest ojciec Jacek Woroniecki. Chce, by dominikanie wrócili do swojej pierwotnej misji: dobrego kaznodziejstwa i pracy z inteligencją. Powstają plany powrotu do dużych ośrodków uniwersyteckich i zajęcia się duszpasterstwem studentów.

Michał Czartoryski jest pod wrażeniem Woronieckiego. Jako architekt inżynier pomaga budować klasztor na warszawskim Służewie, gdzie powstaje dom studiów dla dominikańskich kleryków.

Jest otwarty na nowe prądy w Kościele. Uwrażliwia na nie swoich wychowanków. Jeździ z nimi do podwarszawskich Lasek, gdzie siostry franciszkanki mają zakład dla niewidomych. Przyjaźni się z księdzem Korniłowiczem - apostołem ludzi poszukujących wiary.
*** 

Ten wysoki, w czarnym skórzanym płaszczu to Oskar Dirlewanger. Dowódca karnej jednostki SS do zwalczania partyzantów. Pod komendą ma samych kryminalistów. Nawet niektórzy Niemcy brzydzą się jego sadyzmem. Mówią o nim "rzeźnik". Znęcał się nad Żydami i mordował cywilów na Lubelszczyźnie i Białorusi. Teraz będzie tłumił powstanie w Warszawie.
*** 

15 sierpnia, Wniebowzięcie Marii Panny i Święto Żołnierza.

Na dziedzińcu kamienicy przy Smulikowskiego ojciec Michał odprawia mszę. Zebrał się cały oddział. Płonące dokoła domy, huk pękających pocisków i terkot broni maszynowej. On stoi przy polowym ołtarzu jak gdyby nigdy nic. - Byliśmy zahipnotyzowani jego spokojem - wspominał jeden z żołnierzy.

Mówi płomienne kazanie: o wolności, poświęceniu, ofierze. Żołnierz: - Jego słowa uskrzydlały.
*** 

Z zapisków:

„Gdy będę świętym, wtedy Bóg powie o mnie: »Podoba mi się ten brat Michał «”.
*** 

Szturm na Powiśle zaczyna się 4 września. W nocy z 5 na 6 zgrupowanie "Konrad" wycofuje się do Śródmieścia. Powstańcy ewakuują szpital - to znaczy wyprowadzają rannych, którzy mogą iść o własnych siłach. Tych w ciężkim stanie zostawiają.

Wszyscy wiedzą, co ich czeka. Słyszeli już, że esesmani zabijają rannych na miejscu: wrzucają granat albo strzelają. Tutaj nie ma prawa być inaczej.
*** 

Z reportażu Włodzimierza Nowaka i Angeliki Kuźniak "Mój warszawski szał":

"W drzwiach stanęła pielęgniarka z małą, białą flagą. Weszliśmy do środka z nastawionymi bagnetami. Ogromna hala z łóżkami i materacami na podłodze. Wszędzie ranni. Oprócz Polaków leżeli tam ciężko ranni Niemcy. Prosili, żeby nie zabijać Polaków. Polski oficer, lekarz i piętnaście polskich sióstr Czerwonego Krzyża oddało nam lazaret. Ale za nami biegli już dirlewangerowcy. Rozstrzelali wszystkich rannych. Rozwalali im głowy kolbami. Niemieccy ranni krzyczeli i płakali. Potem dirlewangerowcy rzucili się na siostry, zdzierali z nich ubrania".

Nie - to inny powstańczy szpital, na Starym Mieście.
*** 

Jak wyglądała ta scena? Spróbujmy ją opisać.

Zbliża się południe 6 września. W piwnicy przy ulicy Tamka dziewięciu ciężko rannych powstańców i młoda dziewczyna. Ktoś ma rozpruty brzuch, ktoś przestrzelone płuco, ktoś nie ma nogi. W oczach strach.

W sieni obok sali profesor Stanisław Kasznica rozmawia z ojcem Michałem. W ręku trzyma granatowy kombinezon. Rozmowę słyszała Eleonora Kasznica.

- Niech się ojciec przebierze. Jest szansa

- Nie, panie profesorze. Nie zdejmę szkaplerza.

- Tu jest ubranie. Niech ojciec z nami wychodzi.

- Jestem potrzebny tym chłopcom.

Godzinę później do szpitalika weszli Niemcy.
*** 

Profesor Kasznica napisze potem:

"Pożegnaliśmy się w milczeniu, silnym uściskiem, z przejmującym wzruszeniem. On jak zawsze opanowany, spokojny, nawet pogodny. Czuliśmy, że to ostatnie pożegnanie, że nie zobaczymy się już nigdy więcej ".

Nie zobaczyli.
*** 

Początek lata 1944 r.

Czuje się przemęczony. Jedzie odpocząć do Żułowa na Lubelszczyźnie. Siostry franciszkanki mają tam dom. Pod koniec lipca wyjeżdża. Zaprzężone do bryczki konie stają dęba i nie chcą ruszyć. Wszyscy się dziwią - spokojne żułowskie szkapy nie miały tego zwyczaju. Ktoś z obecnych mówi, że to niedobry znak. Proszą, żeby odłożył wyjazd. Odpowiedział, że nie może. Że musi do Warszawy. W końcu bryczka ruszyła.

Mówią, że nawet gdyby wiedział, co go czeka, nie zmieniłby decyzji. Taki już był.
*** 

Esesman ma białe rękawiczki.

- Kim jesteś? - pyta.

Podobno nic nie opowiedział. Dał tylko dokumenty.

- Der grösste Bandit! - krzyczy esesman. Wiadomo: wszyscy Polacy to bandyci, ale powstańczy kapelan - największy.

Niemiec każe mu zdjąć biały habit. Odmawia. Strzał.

Esesmani każą wynieść ciała na barykadę i podpalić. Rok później ekshumacja - rodacy chcą ich pochować w powstańczej mogile na Powązkach. Jego ciała nie zidentyfikowano.
*** 

Co powiedział rannym, gdy czekali na wejście Niemców?

Może nic. Może tylko udzielił im absolucji generalnej - tak nazywa się rozgrzeszenie w wypadku zagrożenia życia. Pewno, jak miał w zwyczaju, usiadł na stołku między łóżkami, wziął do ręki dominikański różaniec i zaczął głośno odmawiać modlitwę.
*** 

- Ja go tam nie posłałem - miał powiedzieć przeor na Służewie, gdy donieśli mu o jego śmierci.

Dominikanie różnie tę wypowiedź komentują. Jedni mówią, że to małoduszność, inni - że samousprawiedliwienie.
*** 

Będą mówić niektórzy, że zginął bez sensu. Maksymilian Kolbe uratował ojca rodziny, gdy szedł dobrowolnie na śmierć. A on? Niczyjego życia nie uratował. Ci powstańcy i tak by umarli.

To po co z nimi został?

Grzegorczyk wie: „Chciał im tylko zacytować Ewangelię: »Nie lękajcie się. Nie lękajcie się tych, którzy zabijają ciało, ale duszy zabić nie mogą «. Jednak, żeby to wówczas powiedzieć, trzeba było zostać z tymi chłopcami i zmówić różaniec”.

Korzystałem z książek: Jan Grzegorczyk "O bogatym młodzieńcu, który nie odszedł zasmucony", Zygmunt Mazur OP "O. Michał Czartoryski, męczennik i bohater"  (S.Z.)