środa, 29 maja 2019

Dwa bieguny: PSL - Wiosna

Rafał Matyja:

Oceniając skutki zawartej koalicji dla PSL, obok tych oczywistych strat można przeanalizować także rezultat partii liczony jako suma poparcia dla jej kandydatów. Znakomite wyniki tych, którzy dostali się do PE: Jarosława Kalinowskiego (104,2 tys.), Krzysztofa Hetmana (105,9 tys.) czy Adama Jarubasa (138,9 tys.) pokazują, że dla samego PSL decyzja ta nie była jednoznacznym błędem. Łączny wynik kandydatów PSL to 628 tysięcy głosów, a zatem o 140 tys. więcej niż wynik całej listy PSL w ostatnich eurowyborach, ale zarazem o 150 tysięcy mniej niż w wyborach parlamentarnych. No i co ważniejsze – za mało, by przekroczyć próg wyborczy! Kalkulacja, jakiej musi dokonać PSL, to zatem trudny wybór między ryzykiem utraty wpływów na wsi (za sprawą wyborców o antyliberalnych poglądach) a ryzykiem nieprzekroczenia progu jako samodzielna lista.

Na koniec warto dodać analizę rozkładu poparcia dla Wiosny – niezbędnego, by zrozumieć profil wyborców tej partii. Było ono bardzo niskie (między 2 a 3 proc.) w większości powiatów województw lubelskiego, małopolskiego, podkarpackiego, podlaskiego i świętokrzyskiego. Najwyższy wynik – powyżej 10 proc. – partia Biedronia odnotowała w Warszawie, Poznaniu, Olsztynie, Słupsku oraz powiatach słupskim i sławieńskim. A zatem klucz wielkich miast nie jest tu tak oczywisty, jak przypuszczała część komentatorów. Dobre wyniki Wiosny można znaleźć także w południowej części woj. dolnośląskiego, w Zielonej Górze, powiatach położonych wokół Warszawy, na terenie dawnego województwa słupskiego, w warmińsko-mazurskim, w Koszalinie i okolicach, a także w miejscach z tradycyjnie dobrymi wynikami lewicy – w Zagłębiu czy w powiecie hajnowskim.

poniedziałek, 27 maja 2019

Dęby


Dąb Jagiellon w Rzepniku ( gmina Wojaszówka, woj. podkarpackie) – dąb bezszypułkowy, wiek ponad 500 lat, wysokość ok. 17 m, obwód 580 cm, pomnik przyrody.

Dąb Konrad w Leszczynach (gmina Czerwionka – Leszczyny, woj. śląskie) – dąb szypułkowy, wiek ponad 300 lat, wysokość ok. 26,5 m, obwód 432 cm, pomnik przyrody.

Ten w Jabłonnej (Buchniku) ma obwód ok. 460 cm, ale jest od tych na powyższych zdjęciach dużo, dużo wyższy!

środa, 22 maja 2019

Grzejemy dalej!

Prawdopodobnie te 23 mld zł rocznie pompowane bezpośrednio do obywateli dało większy efekt, niż można się było spodziewać. W największym skrócie: Polacy dostali do ręki 500 zł, a wydali 700 zł - z ekonomistą Ignacym Morawskim rozmawia Grzegorz Sroczyński.

Grzegorz Sroczyński: Stan polskiego budżetu jaki jest? Międzynarodowy Fundusz Walutowy nazwał efekty polityki fiskalnej PiS "imponującymi".
Ignacy Morawski: Rzeczywiście. Tak napisali.
Jak ktoś żyje w matriksie prasy liberalnej i to czyta, to spadają mu majtki ze zdumienia.
No cóż. Spadek deficytu finansów publicznych z trzech procent do pół procenta, przy aktywnej polityce społecznej, to rzeczywiście jest duży sukces. To oczywiście było jeszcze przed nową "piątką Kaczyńskiego".
I jak to było możliwe?
Dzięki podwojeniu nominalnego wzrostu gospodarczego. Najważniejsza zmiana, jaka nastąpiła za rządów PiS, to przyspieszenie wzrostu PKB realnego i nominalnego. Równocześnie. To ma ogromne znaczenie dla budżetu.
Wzrost nominalny? Czyli?
Bierzesz PKB i dodajesz tzw. deflator.
Aha.
To po kolei. W mediach podaje się zwykle realny wzrost PKB - ostatni nasz wynik to 4,6 proc.- i on nie uwzględnia zmian cen towarów i usług. Zmierzy to, że ludzie kupili więcej samochodów, ale nie zmierzy wzrostu cen tych samochodów. Deflator natomiast pokazuje zmianę cen w gospodarce.
Czyli inflację?
Nie do końca, bo inflacja podawana w mediach obejmuje ceny tylko części dóbr konsumpcyjnych. A deflator wyłapie zmianę cen tłumików samochodowych, które jedna firma sprzedaje drugiej firmie.
I dlaczego to takie ważne?
Bo jak te ceny rosną, to budżet więcej zarabia na podatkach, głównie VAT.
W ciągu trzech lat rządów PiS nominalny wzrost PKB był prawie dwukrotnie wyższy, niż w ostatnich trzech latach rządów PO. Wyniósł średnio 5,5 proc., a PO miała średnio 2,9 proc.

"Wszystko zawdzięczają koniunkturze światowej" - to jeden z liberalnych ekonomistów.
Nie wszystko. W bardzo dobrym momencie wysłali impuls popytowy. Kiedy gospodarka zaczynała zwalniać w 2016 roku i potrzebowała wsparcia, rzucili na rynek 23 mld zł w ramach 500 plus. I na to - owszem - nałożyło się odbicie gospodarcze w Niemczech oraz nowy strumień funduszy europejskich, który przyspieszył pod koniec 2017 roku.
Ale co było ważniejsze? Lepsza koniunktura w Niemczech i strefie euro, czy pisowska polityka pobudzania gospodarki transferami socjalnymi?
Nie umiem odpowiedzieć, co bardziej nakręciło wzrost. Myślę, że pół na pół. W każdym razie opowieści, że PiS wszystko zawdzięcza czynnikom zewnętrznym są naciągane. W połowie 2018 roku kraje strefy euro wróciły do dawnej mizerii, czyli wzrostu w okolicach 1 proc. A my grzejemy dalej.
To zaskakujące, ale prawdopodobnie te 23 mld rocznie pompowane bezpośrednio do obywateli dało większy efekt, niż można się było spodziewać. W największym skrócie: Polacy dostali do ręki 500 zł, a wydali 700 zł.
Jak to?
Do końca nie wiadomo, bo w Polsce wielu rzeczy się porządnie nie bada. Mogę gdybać, że powstał silny efekt wtórny w postaci większego optymizmu konsumentów, większej skłonności do wydawania pieniędzy i szybszego wzrostu wynagrodzeń. Ktoś dostał 500 zł, wydał w sklepie, sklep zarobił, firma produkująca towary zarobiła, więc podniosła płacę komuś innemu o 200 zł, które też zaraz zostało wydane. I mamy efekt 700 zł.
Ten mechanizm oczywiście tak mocno by nie zdziałał, gdyby nie druga sprężyna, czyli koniunktura w strefie euro. Do tego doszły inne działania PiS na samym początku ich władzy, czyli spora podwyżka płacy minimalnej i wprowadzenie minimalnej stawki godzinowej, co miało wpływ na dochody dużej grupy najsłabiej zarabiających.
Niektóre zjawiska ciężko wytłumaczyć samymi liczbami.
Co na przykład?
Zjawiska psychologiczne. One też mocno działają na gospodarkę. Pisowskie transfery społeczne mogły wielu najsłabiej zarabiającym pracownikom dać większą pewność siebie. W naukach społecznych to się nazywa "silniejsza pozycja negocjacyjna pracownika wobec pracodawcy". Ktoś zarabia 1500 zł na rękę, ma dwójkę dzieci i nagle dostaje dodatkowo 1000 zł od państwa. Zaczyna być wobec szefa bardziej hardy, domaga się podwyżki i lepszego traktowania. Albo odważa się na ryzyko i rzuca pracę, żeby poszukać lepszej, bo te 1000 zł jakoś mu pozwoli przetrwać miesiąc, jeśli nie znajdzie nowej pracy od razu.
Mamy ogromny problem z oceną, jak naprawdę wyglądają u nas nierówności dochodowe, bo nie istnieją w pełni wiarygodne dane, ale jak się patrzy na wzrost płac, to najszybszy nastąpił w tych branżach, które płacą najmniej: handel, produkcja żywności, ochrona. W handlu wzrost płac wyraźnie przyspieszył wiosną 2016 roku, czyli po wprowadzeniu 500 plus. Można przypuszczać, że transfery społeczne odegrały tu dużą rolę. Ale dziwne jest coś innego.
Dziwne?
Że mimo rozgrzanej koniunktury polskie firmy nie inwestują. W badaniach ankietowych twierdzą, że popyt na ich towary i usługi rośnie, sytuację oceniają świetnie, więc według teorii powinny na potęgę inwestować. Nie robią tego.
Rząd PiS od początku mówił o dwóch filarach swojej polityki gospodarczej: większa solidarność i wyższe inwestycje. Ten pierwszy filar stoi mocno, a drugi - leży. To się nie zmienia od trzech lat.
Dlaczego?
Nikt do końca nie wie. Inwestycje publiczne ruszyły, koleje się remontują, drogi się budują, środki unijne płyną. Dobrze się też trzymają inwestycje zagraniczne, bo międzynarodowe korporacje otwierają u nas centra usług wspólnych i zapełniają rosnące w dużych miastach biurowce. Sporo firm niemieckich buduje u nas magazyny i centra dystrybucyjne, bo wreszcie mamy dobre drogi. A inwestycje małych i średnich polskich przedsiębiorstw są niższe niż były trzy lata temu.
I ma pan jakieś wyjaśnienie?
Uważam, że ich właściciele są w głębokim szoku. Dla polskich firm sytuacja na rynku pracy jest kompletnym zaskoczeniem, boją się jej, traktują jak zagrożenie egzystencjalne, bo cały swój model biznesowy opierały na tanich pracownikach, a teraz nie mogą ich znaleźć. I nie wiedzą, co robić.
Podnieść płace.
Jasne. Tyle że ceny swoich towarów i usług kalkulowały przy założeniu, że płace są niższe. Teraz jedyny sposób na przetrwanie to podniesienie cen. A polskie firmy często nie mogą tego zrobić.
Bo?
Nie kształtują swojej polityki cenowej. Większość naszych firm to są tak zwani biorcy cen.
Biorcy?
Załóżmy, że firma dostarcza jakiś specyficzny komponent do produkcji części samochodowych. Albo nawet produkuje jakąś część dla ogromnego koncernu. Po pierwsze to są kontrakty wieloletnie, które mają określony poziom cen i sposób ich indeksowania. Po drugie - często odbiorcą tej produkcji jest jeden duży klient. I jak pan mu powie: "Podnosimy ceny o 10 proc., bo nam płace wzrosły", to pana wyśmieje.
Czyli polskie firmy nie kształtują cen?
Nie bardzo. To zresztą dotyczy wszystkich rynków, na których panuje duża konkurencja. Zdolność kształtowania cen mają tak naprawdę wielcy producenci, którzy w swoich sektorach osiągnęli pozycję dominującą. A dużych polskich firm z taką siłą przetargową jest niewiele.
Polskie małe i średnie firmy doświadczają wzrostu płac i mają ograniczoną możliwość przełożenia tego na ceny. Więc biznes przestaje im się spinać. Dla wielu firm jest to duży problem, zresztą widać, że mimo mocnego ożywienia gospodarczego rentowność firm w ostatnich latach się obniżyła.
Schizofreniczna sytuacja. Z jednej strony firmy widzą rosnący popyt, a z drugiej boją się inwestować, bo biznes może się przestać opłacać.
Czyli taka firma mogłaby zbudować nową halę i zatrudnić dodatkowo stu ludzi, ale się boi?
Tak. Bo nie może zrekrutować tych stu osób, żeby koszty z cenami jej się spinały, a ceny ma ustalone przez okoliczności zewnętrzne. 
Jak się spojrzy na historię cykli gospodarczych, to wzrost zatrudnienia i wzrost inwestycji szły ze sobą w parze. Znajdzie to pan w każdym podręczniku do ekonomii. Ludzie mają pracę, więcej kupują, firmy mają zbyt, zaczynają inwestować. Duża korelacja. I teraz w Polsce to się rozjechało. Właśnie dlatego, że na rynku pracy mamy coś z rodzaju wstrząsu.
Weźmy badania GUS, w których firmy raportują m.in. problemy z rekrutacją pracowników. W latach 2017-18 mamy skokowy wzrost, aż 50 proc. firm przemysłowych i budowlanych twierdzi, że to blokuje ich rozwój. Tego zjawiska wcześniej w takiej skali nie było.
Ale na czym w zasadzie to polega? Nie ma ludzi?
Nie ma. A jak są, to musi ich pan podkupić innej firmie i więcej im zapłacić. Prezes jednej z firm mi opowiadał, że gdzieś był przetarg na budowę dworca, który miał budżet X, a najniższe oferty wynosiły trzy razy X. Bo tak podrożały koszty pracy.
Jak spojrzymy na udział płac w PKB, to po raz pierwszy od 25 lat zaczął w Polsce rosnąć. To jest zasadnicza zmiana.
Co to znaczy udział płac w PKB?
Produkt Krajowy Brutto to wartość wszystkich towarów i usług wytworzonych w gospodarce pomniejszona o koszty składników, które zostały użyte do produkcji. Można to też pokazać na przykładzie firmy produkującej dżem w słoikach: wytwarzana przez nią w ciągu roku tzw. wartość dodana to będzie wartość sprzedaży całej produkcji minus koszt owoców, słoików, elektryczności itd.
Wartość dodana w każdej firmie dzieli się na część idącą do pracowników i tzw. wynagrodzenie kapitału.
Na płace pracowników i zyski właściciela?
Tak. I ten podział można też pokazać na poziomie całej gospodarki. W Polskim PKB udział płac przez ostatnie 30 lat systematycznie spadał i zszedł poniżej 50 proc. PKB.
A zdrowy podział jest jaki?
Kiedyś przyjmowano, że mniej więcej 65 proc. wartości dodanej idzie do pracowników, a 35 proc. do właścicieli kapitału. Potem to się bardzo zmieniało. W ostatnich latach problem spadku udziału płac w PKB stał się jednym z głównych tematów debaty na świecie. To zjawisko interpretuje się na różne sposoby. Jedni mówią, że jest efektem globalizacji. Inni - że to wynik działania koncernów, które dominują poszczególne rynki.
W Polsce spadek udziału płac w PKB był większy niż na Zachodzie. Teraz trochę odbiło.
Dużo odbiło?
Kilka procent, ale to wystarczy, żeby efekt był widoczny dla pracowników.
GUS co miesiąc podaje indeks nastrojów konsumentów, czyli pyta, jak oceniają swoją sytuację - pozytywnie czy negatywnie. Ten indeks po 1989 roku zawsze był na minusie. Rósł w dobrych czasach, w gorszych spadał, ale zawsze więcej było tych, którzy swoją sytuację oceniali słabo. I dopiero od dwóch lat indeks jest na plusie.
CBOS pyta ludzi co miesiąc od początku transformacji, jak im się żyje. W wolnej Polsce były trzy fale optymizmu. Pierwsza w latach 93-97 w trakcie odbicia z transformacyjnej recesji. Druga po wejściu do Unii Europejskiej. I kolejna fala - największa - to ostatnie pięć lat, aż 2/3 badanych ocenia, że żyje im się dobrze. A startowaliśmy na początku transformacji z poziomu 10 proc.!
Te zmiany moim zdaniem są spowodowane rosnącymi płacami.
Czyli pracownikom jest dobrze, a dla firm to szok?
Tak. Bo nigdy nie działały w takich okolicznościach. Zasoby siły roboczej w Polsce, czyli liczba ludzi w przedziale wiekowym 18-64 spada co roku o ponad 200 tysięcy. Imigranci uzupełnili na kilka lat ten niedobór, ale tylko w niektórych zawodach. I z punktu widzenia właściciela małej czy średniej firmy to trzęsienie ziemi. Jeszcze niedawno było zupełnie inaczej. W latach 2000-2010 na rynek pracy wchodził wyż demograficzny z przełomu lat 70. i 80., który miał bardzo niskie oczekiwania płacowe. 15 lat temu młodzi ludzie byli skłonni pracować za darmo, latami tkwili na bezpłatnych stażach. Ale dzisiaj nie mają już 20 lat, tylko 35.
Polska jest obecnie krajem z trzecim najniższym bezrobociem w Unii. Dla mojego pokolenia, które wchodziło na rynek pracy w warunkach 20 proc. bezrobocia, to jest nie do wyobrażenia. Jak się rozmawia z menadżerami w firmach, to wielu mówi, że nowe pokolenie nie jest skłonne poświęcać wszystkiego dla pracy i ceni czas wolny. Wzrosło poczucie własnej wartości młodych pracowników. Inaczej trzeba nimi zarządzać i jedni menadżerowie zrozumieją, że to zmiana korzystna, dostosują się. A inni będą rwać włosy z głowy i narzekać.
Jesteśmy w trakcie rewolucji. Firmy bazujące na niskich kosztach pracy stoją przed widmem upadku.
Czy jakieś inne działania PiS-u - poza transferami społecznymi - miały wpływ na gospodarkę?
Nie. Mocne stymulowanie konsumpcji na wszystkie sposoby. I to tyle.
A inne rzeczy? Strategia Odpowiedzialnego Rozwoju premiera Morawieckiego?
Leży.
Ale też prawda jest taka, że polityką gospodarczą nie da się szybko wpłynąć na wzrost innowacji i inwestycji prywatnych, to są działania przynoszące efekty bardzo odłożone w czasie. Te narzędzia, które były najprostsze w pobudzaniu wzrostu, zostały wykorzystane. Nie widzę innych działań, które mogłyby mieć wpływ na obecny dobry stan gospodarki. Polski Fundusz Rozwoju - tam trochę ciekawych rzeczy się dzieje, ale muszą minąć lata, żeby to miało przełożenie.
A że PiS przejmuje sądownictwo? Ma to wpływ na gospodarką?
Raczej nie ma. Bardzo źle oceniam zmiany w sądownictwie, ale nie istnieją żadne dane, które by pozwoliły powiedzieć, że to osłabia gospodarkę. Niektórzy się doszukują związku między zmianami w sądownictwie a niskimi inwestycjami przedsiębiorstw. Ale jeśli wziąć pod uwagę wszystkie pisowskie zmiany instytucjonalne, to Polska jest podobna do Węgier. A na Węgrzech inwestycje rosną obecnie w tempie 20 proc. i są to również ogromne inwestycje kapitału zagranicznego, dzięki czemu Węgry po latach stagnacji wyszły na prostą. Więc jeśli popatrzymy na Polskę, Węgry, Czechy i Słowację, to nie widać, żeby rewolucja instytucjonalna w stylu Orbana czy Kaczyńskiego zniechęcała rynki. Tak jest dziś. Co będzie kiedyś, to nie wiem.
Przecież gospodarka i wolny rynek miały wzmacniać liberalną demokracje, w podręcznikach nadal uczy się tego studentów. Tymczasem okazuje się, że jedno sobie, a drugie sobie.
Według teorii lansowanej przez niektórych amerykańskich badaczy, obecne wstrząsy polityczne na świecie wynikają właśnie z tego, że w społeczeństwach Zachodu załamało się przekonanie, że demokracja i dobrobyt są ze sobą powiązane. To efekt kryzysu 2008 roku, który zostawił klasę średnią z niepewnością, frustracjami i poczuciem zagrożenia. Po drugie wynika to też mocno z sukcesu gospodarczego Chin, kraju autorytarnego.
Ale jak to jest, że Unia karci Węgry, a potem kapitał zachodni biegnie tam inwestować.
No jest tak. I co?
Dlaczego? Rynki mają liberalną demokrację w nosie?
Duży kapitał zagraniczny umie się dogadywać z politykami.
A co musiałoby się wydarzyć, żeby takiego Orbana rynki ukarały? Likwidacja wyborów?
Nie sądzę. Dopóki by się to nie przełożyło na warunki prowadzenia biznesu. Kapitał jest obecny w Chinach i nie ma problemów z brakiem demokracji.
Moim zdaniem takim punktem zwrotnym dla biznesu byłby wzrost ryzyka, że Polska i Węgry wyjdą z Unii, co oczywiście brak wolnych wyborów by wymusił.
MFW chwalił pisowski rząd za deficyt 0,5 proc. PKB. Teraz, po nowej „piątce Kaczyńskiego”, deficyt będzie w okolicach 2,5 proc. PKB. Rynki będą nas za to karać?
Zaczęli rozdawać na lewo i prawo, ale załamania finansów z tego nie będzie. Oczywiście pod warunkiem, że na "piątce Kaczyńskiego" się zatrzymają. Obecne 40 mld wydatków rocznie na 500 plus to dwa procent PKB, z czego przecież część do budżetu wraca w formie podatków. Teraz załóżmy, że nie będziemy rosnąć w tempie 5 proc., tylko 4 proc. - to bardzo prawdopodobne - więc dodajmy do deficytu 10 mld jako skutek tego spowolnienia. I wtedy podchodzimy z deficytem pod 3 proc. PKB. Z punktu widzenia rynków to gorzej, niż 0,5 proc., ale nie tak znowu źle.
Zresztą możemy sobie zaraz rozpisać scenariusz alternatywny.
Alternatywny?
Załóżmy taki sam średni wzrost PKB, takie same zyski z uszczelnienia podatków, ale bez 500 plus, bez zwiększania transferów społecznych. Wyszłaby wtedy duża nadwyżka w budżecie. Mielibyśmy prawdopodobnie mocniejszą walutę, za euro zamiast 4,3 zł płacilibyśmy pewnie w okolicach 4 zł. Stopy procentowe NBP byłyby niższe, blisko zera. I prawdopodobnie struktura wzrostu gospodarczego byłaby bardziej inwestycyjna, czyli konsumpcja nie rosłaby tak szybko, a inwestycje rosłyby nieco szybciej. I to jest właśnie scenariusz alternatywny.
Lepszy?
Ciężko powiedzieć. Według badań CBOS odsetek osób, które choć raz w roku idą do restauracji, wzrósł do 70 proc. Odsetek osób, które choć raz wyjechały na wakacje, wzrósł do 50 proc. Na dodatkowe zajęcia po szkole chodzi prawie 66 proc. dzieci. Te też wzrost, tyle że inaczej mierzony niż wskaźnikiem PKB. W scenariuszu alternatywnym te dane na pewno by tak nie wyglądały.
Na pewno za rządów PiS nastąpił przechył w stronę konsumpcji. Ze wszystkimi tego konsekwencjami. A jednocześnie pisowskie ministerstwo finansów zobowiązało się wobec Unii, że będziemy deficyt systematycznie ograniczać. Jak spojrzymy na dane rządowe publikowane co roku w tzw. planach konwergencji, to tam jak byk stoi, że ściągniemy deficyt do 2021 roku w okolice zera. Wpisali sobie taki cel i teraz mają zgryz. Dlatego minister Czerwińska reagowała tak nerwowo na "piątkę Kaczyńskiego".
I co teraz?
Mamy bardzo ciekawą sytuację. Ministerstwo finansów zapowiada, że zmierza się trzymać zobowiązań wobec Brukseli. Ale jednocześnie będzie to wymagało działań bardzo niepopularnych politycznie – odstąpienia od 13. emerytury w przyszłym roku, zwiększenia dochodów podatkowych poprzez wprowadzenie testu przedsiębiorcy, może podniesienia innych podatków. A budżet na 2020 rok będzie przyjmowany przez rząd jeszcze przed wyborami parlamentarnymi. Dlatego sądzę, że skończy się na podnoszeniu deficytu, a nie twardym trzymaniu reguł fiskalnych.
Inna sprawa, że nie mamy chyba warunków do prowadzenia debaty, co to znaczy deficyt budżetowy. Z jednej strony są głosy, że deficyt to ścieżka grecka, że zaraz upadniemy. Od 2001 roku, kiedy mieliśmy słynną dziurę Bauca, cały czas słyszę, że zaraz będziemy drugą Argentyną albo Grecją. I to jest taka skrajność, którą ludzie zaczęli traktować już ze śmiechem. Ktoś przez 15 lat krzyczy: "Uważaj, za tobą jest potwór", no to po jakimś czasie przestajesz reagować. A po drugiej stronie mamy inną skrajność, że w ogóle deficyt nie ma znaczenia i można wydawać, ile się chce.
A jaka byłaby korzyść ze zmniejszenia deficytu Polski w pobliże zera?
Większa odporność na wstrząsy. Dostosowanie zawsze jest kosztowne, PO zapłaciła za to władzą.
Dostosowanie?
Cięcia. Spowolnienie gospodarki prędzej czy później nadejdzie. Powiększamy dług, a w pewnym momencie trafiamy na ścianę i trzeba ciąć. PO w chwili spowolnienia gospodarczego też nie miała żadnego zapasu, więc musiała podnieść VAT, rozmontować OFE, co kosztowało ją pewnie z 10 proc. elektoratu. Musiała zamrozić pensje w budżetówce - kolejne 10 proc. elektoratu. To nie jest tak, że żyjemy w miłym świecie, gdzie powiększanie deficytu nie przynosi żadnych konsekwencji. Przynosi, tylko po pewnym czasie. I teraz będzie tak samo. Moim zdaniem politykę, którą prowadzi obecnie PiS - włączając w to nową „piątkę Kaczyńskiego” - da się prowadzić bez żadnych cięć, dopóki wzrost PKB będzie w okolicach 4 procent.
Już zresztą widać pewne koszty, na przykład nie starcza na dofinansowanie służby zdrowia. Nie starcza na to, żeby podnieść pensje w budżetówce, nauczycielom, urzędnikom, protokolantom w sądach, policjantom. To są wszystko społeczne koszty. Gdyby PiS trzymało się planu, który przez trzy lata realizowało, czyli obniżało trwale deficyt poniżej 1 proc. PKB, to moglibyśmy szybko zobaczyć wyższy rating Polski, bylibyśmy jako kraj bardziej wiarygodni i mniej płacili za obsługę długu. Sądzę, że PiS miał dużo sukcesów w polityce fiskalnej i teraz dosypując do pieca te sukcesy rozmywa.
Najbliższe trzy lata? Co będzie?
Nie umiem powiedzieć. Nie spodziewam się jakiegoś załamania światowej koniunktury i wielkiej depresji. A nawet jeśli coś takiego nadejdzie, to sądzę, że odporność naszej gospodarki mimo wszystko jest dużo wyższa, niż w czasie kryzysu 2008 roku.
A inwestycje małych i średnich firm w końcu ruszą?
Tak, gdy tylko firmy przejdą przez wstrząs na rynku pracy. Muszą się nauczyć planować działalność na nowo. Bardzo rośnie zainteresowanie firm automatyzacją, bo przy takim wzroście wynagrodzeń maszyny się dużo szybciej zwracają. I to dobrze, bo wzrośnie wydajność polskiej gospodarki. Pytanie tylko, czy świat małych i średnich firm będzie w stanie automatyzację przeprowadzić.
Dlaczego nie?
Bo to jest dla nich nieznane ryzyko. Polska gospodarka charakteryzuje się dosyć dużym rozdrobnieniem i dla wielu małych firm, które mają ustabilizowany model biznesowy, zakup jakiejś drogiej maszyny to coś, czego nigdy nie robiły. Właścicieli nawet na to stać, mogą się posiłkować kredytem, ale się zwyczajnie boją.
I co? Będą upadać?
Niekoniecznie. Sądzę, że jedne małe firmy będą przejmowane przez inne - te, które potrafią podjąć to ryzyko. Tym bardziej, że nakłada się na to zmiana pokoleniowa. Ludzie, którzy zakładali małe i średnie firmy w latach 90. szykują się na emeryturę.
Czyli możliwy jest dobry scenariusz?
Tak. Konsolidacja małych firm bardzo by pomogła polskiej gospodarce. Bo powstałoby więcej średnich przedsiębiorstw, które są dużo stabilniejsze i mają większą skłonność do inwestycji.
Elastyczność sektora przedsiębiorstw w Polsce jest moim zdaniem niewiarygodna. Nasze firmy przechodziły takie kryzysy i takie wstrząsy, jakich zagraniczne nigdy na oczy nie widziały. Choćby wstrząs 2002 roku, kiedy stopy NBP wynosiły 10 proc. Myślę, że z obecnym szokiem też sobie poradzą.
*Ignacy Morawski jest ekonomistą (kończył Uniwersytet Bocconi w Mediolanie), analitykiem rynków i założycielem serwisu SpotData.

sobota, 18 maja 2019

Lewica od Warufakisa

IKONOWICZ: 30 LAT POWTARZAM, ŻE CZŁOWIEK BIEDNY NIE JEST WOLNY. PRZYSZEDŁ KACZYŃSKI, POWIEDZIAŁ TO SAMO I WYGRAŁ

Jakub Majmurek rozmawia z działaczem społecznym Piotrem Ikonowiczem – jedynką Lewicy Razem w wyborach do europarlamentu z okręgu łódzkiego.
Jakub Majmurek: W 2003 roku głosowałeś w referendum za wejściem Polski do Unii?
Piotr Ikonowicz: Tak.

Dziś Unia Europejska to dla ciebie…?
Z jednej strony konieczność. Sami nie dalibyśmy rady. Uzależnienie naszej gospodarki od niemieckiej pokazuje, że bez UE bylibyśmy bez szans. Moglibyśmy jeszcze wstąpić do jakiejś wspólnoty eurazjatyckiej organizowanej przez Moskwę. To chyba jednak nie byłaby sensowna alternatywa. Choć jeden, co sądził inaczej, dopiero co wyszedł na wolność po trzech latach spędzonych w więzieniu. Z drugiej strony Unia to aparat wykonawczy międzynarodowych korporacji.

Co to znaczy?
Jest coś takiego, co nazywa się Transatlantic Business Dialogue. W jego ramach co roku spotykają się „kapitanowie przemysłu” z obu stron Atlantyku, czyli szefowie wielkich korporacji z Europy i Stanów, i ustalają „listę zakupów”. Jeśli w danym roku chcą prywatyzować wodę, to się prywatyzuje wodę, jeśli oświatę, to oświatę. Większość z tego, co oni ustalają za naszymi plecami, staje się prawem europejskim. Unia działa więc także jako ramię kapitału przeciw obywatelom.

Obywatele nie mają wpływu na instytucje UE?

W Unii panuje poważny deficyt demokracji. Parlament Europejski to izba refleksji, ale nie ma mocy decyzyjnej. Komisja Europejska to ciało biurokratyczne. Do tego mamy Europejski Bank Centralny we Frankfurcie nad Menem – dokładnie tam, gdzie Niemiecki Bank Centralny. Ich statut jest bardzo podobny. Istotą jego działalności jest tajność. Wysyłamy tam delegatów, ale nie wiemy nawet, jak w naszym imieniu głosują. To jest część gry kapitału przeciw ludziom. Ale tak jest też w poszczególnych krajach członkowskich. Nie ma się co dziwić, że UE jest strukturą biurokratyczno-oligarchiczną.

Co lewica może z tą strukturą zrobić?

Ona jest do głębokiego zreformowania. Ta reforma nie będzie efektem intelektualnej debaty, gdzie szlachetni intelektualiści przedstawią pomysły, a wygra najlepszy, tylko zmian w krajach członkowskich. A także współpracy ruchów społecznych i sił politycznych na rzecz demokratyzacji Unii Europejskiej. My ciągle mówimy o Europie socjalnej, ale żeby mieć Europę socjalną, musimy najpierw zbudować prawdziwą demokrację. To wymaga zwiększenia roli Parlamentu Europejskiego oraz porozumienia „sił postępu” poza tą strukturą.

Wzmocnienie Parlamentu Europejskiego będzie wywoływało obawy, czy w Europie nie buduje się superpaństwa.
Tak zwani patrioci lubią mówić o Europie ojczyzn, które wspólnie się dogadują i ustalają politykę tak, że nikt nic nikomu nie narzuca. No i bardzo dobrze, niech one się dogadują! Ale niech to robią otwarcie, w Parlamencie Europejskim, nie w Komisji Europejskiej albo Europejskim Banku Centralnym. Niech to się dzieje przy otwartej kurtynie, nie w zamkniętych gabinetach.

Jak odnosisz się do federalizacji jako horyzontu integracji?
To nie jest dobry moment na podnoszenie tej kwestii.

Dlaczego nie?
Bo daje paliwo prawicy i nacjonalistom. Nie tylko w Polsce, podobne nastroje panują w całej Europie. Najpierw trzeba zdemokratyzować proces podejmowania decyzji w Europie, a potem myśleć dalej. Ja nie tyle robiłbym kolejny traktat z Maastricht, ile szedłbym w stronę unifikacji tego, co naprawdę ważne: polityki podatkowej, a nawet jednych stawek w całej Europie, żeby kraje nie konkurowały między sobą obniżaniem podatków.
Dalej, potrzeba bezwzględnej wojny z rajami podatkowymi. To się naprawdę da wygrać. Wystarczy wyłączyć firmy korzystające z rajów podatkowych z europejskiego systemu bankowego. To można zrobić naciśnięciem guzika! Tylko z tyłu jest taki nacisk wielkich korporacji, że nikt nie ma odwagi. Bo niby jest demokracja, ale tak naprawdę rządzi kapitał. Gdy PiS chciał się zająć kredytami frankowymi, zaraz kilka europejskich państw postraszyło go międzynarodowymi trybunałami i frankowicze zostali bez pomocy.

Co w takim razie chcesz osobiście osiągnąć w europarlamencie, który jest – z tego, co mówisz – tak politycznie słaby?
Ja? To będzie wielki przełom, jeśli ktoś taki jak ja, socjalista bez funduszy, z dziurawymi kieszeniami, się tam w ogóle dostanie.

W PE jest frakcja GUE/NGL skupiająca partie socjalistyczne, a nawet eurokomunistyczne.
To są licencjonowani politycy, od dawna obecni w politycznej grze. Ja jestem działaczem społecznym, który siedzi w piwnicy na Grochowie.

Byłeś dwukrotnie posłem.
Byłem, ale nie samodzielnie. Wejść na własnych nogach do parlamentu jako zdeklarowana lewica w kraju postkomunistycznym to jak znaleźć skarb. Ale będziemy próbować. Ja oczywiście wolałbym przejąć CNN, ale na razie walczymy o europarlament. On też daje możliwości.
Ludzie mówią: „Pan taki ideowiec, a pcha się tam do wielkich pieniędzy”. Ja mówię: „Tak, nam są te pieniądze potrzebne”. Bo dzisiaj w jednym pomieszczeniu w piwnicy mam trzy stanowiska, gdzie ludzie mówią o swoich intymnych sprawach, a jak będę miał te pieniądze, to posadzę dziesięciu prawników i będę miał kilka pokoi, będę mógł otworzyć punkty pomocy w innych miastach. Bycie w miejscach, gdzie ścierają się poglądy, gdzie jakoś decyduje się przyszłości Europy, otwiera głowę. Tak jak siedząc przez lata w tej piwnicy, nauczyłem się problemów polskiego społeczeństwa, tak w Brukseli i Strasburgu mogę poszukać innych perspektyw, rozwiązań, pomysłów na to, jak naszym problemom zaradzić.

Jak byś przekonał kogoś, kto zna cię jako działacza społecznego, żeby na ciebie oddał głos w eurowyborach?

Zacząłbym od mieszkań. Chcemy stworzenia Europejskiego Funduszu Mieszkaniowego. Młodzież dziś nie ma swojego miejsca na ziemi – dosłownie, nie ma jak się wyprowadzić od rodziców. W Polsce jedynym sposobem na założenie rodziny jest emigracja – relacja między czynszami a pensjami jest taka, że większości nie stać na mieszkanie, nie za pierwszą pensję. Na mieszkanie na komercyjnych warunkach w najlepszym wypadku stać dziś 10–15% społeczeństwa.
Fundusz budowałby tanie czynszowe mieszkania na wzór wiedeński. W wielu krajach Europy – np. w Grecji – w ogóle nie ma budownictwa publicznego i trzeba je dopiero stworzyć. W Polsce, jeśli nie zbudujemy mieszkań, które rozbiją bańkę spekulacyjną i obniżą czynsze, to ostatni zgasi światło i wyjedzie, a kraj się wyludni.

Taki projekt ma się szansę udać?
Pamiętam, jak kilka lat temu w Barcelonie na La Rambla co kilkadziesiąt metrów stali protestujący trzymający hasło: „Nigdy w swoim zasranym życiu nie będziesz mieć mieszkania”. Skończyło się to wyborem Ady Colau na burmistrza – aktywistki lokatorskiej, która tak jak ja blokowała eksmisje. Teraz Barcelona buduje na potęgę tanie mieszkania komunalne. Mam więc nadzieję, że także w Europie uda się to przewalczyć – nie mogę sobie wyobrazić, że kolejne miliardy z funduszy europejskich pójdą wyłącznie na autostrady. Jeśli taki fundusz powstanie, to rządzący nie wytłumaczą ludziom, że potrzeba jazdy mercedesem trzysta kilometrów na godzinę jest ważniejsza niż potrzeby mieszkaniowe.
Inny postulat Lewicy Razem to stworzenie sieci fabryk leków generycznych w Europie, zapewniających każdemu dostęp do bezpłatnych leków na receptę. Korporacje znów zawyją, ale to jest pytanie kto kogo.

Będziecie prowadzić wojnę z korporacjami farmaceutycznymi?
Żeby zlikwidować to szalone rozwarstwienie, trzeba po prostu „odchudzić” bogatych.

To znaczy?
Trzeba postawić tamę tak szybkiemu bogaceniu się oraz odchudzić bogatych przy pomocy ostrego fiskalizmu. Często słyszę: „Jak się zabierze bogatym i rozda biednym, to dla wszystkich i tak nie starczy”. Ja na to odpowiadam: to nie o to chodzi. Nawet jeśli odebrane bogatym pieniądze – w formie np. podatku majątkowego – wystrzelimy w kosmos, to i tak będzie lepiej, bo to pozbawi ich tej przewagi finansowej, dzięki której nami rządzą.
Oxfam co roku informuje, że jakaś garstka rodzin rządzi światem, bo ma ponad połowę światowego majątku. W takich warunkach nigdy nie będzie demokracji. To idzie w kierunku totalitarnej dyktatury bogatych nad biednymi. Do tego dochodzi społeczeństwo powszechnej inwigilacji, kontroli. Wszystko to, o czym pisali autorzy science fiction, właśnie się sprawdza.

Z kim chcecie budować sojusze na rzecz takich rozwiązań?
Nasz komitet współpracuje z siecią lewicowych organizacji skupionych wokół Janisa Warufakisa. 

JANIS WARUFAKIS
Porozmawiajmy jak dorośli

Sojuszy trzeba szukać jak najszerzej. Mimo wszystkich kompromitacji tej formacji także z częścią socjaldemokracji. Wielką nadzieję wiążę z Jeremym Corbynem i jego Partią Pracy. Tak więc z jednej strony patrzę z nadzieją na Barcelonę, Ada Colau to moje alter ego, z drugiej na Corbyna.

Wielka Brytania wychodzi z Unii Europejskiej.
Ja jakoś nie mogę uwierzyć, że oni naprawdę wyjdą. Skoro tak długo się wahają, to nie wyjdą. A nawet jeśli, to Partia Pracy pozostanie częścią europejskiej lewicy walczącej z szaleństwem rozwarstwienia i groźbą deficytu demokratycznego.

Jeśli wejdziesz do europarlamentu, będziesz tam reprezentował ludzi, którzy cię wybrali, przez pełną kadencję – pięć lat? Nie będziesz chciał wcześniej wrócić do polityki krajowej?

Nie mam tych zgryzów, kandyduję z Łodzi, gdzie są zwykle dwa mandaty, a ja nie mam funduszy na wybory. Oczywiście zawalczę, pojadę do Łodzi i będę ludzi zaczepiał, dawał im ulotki, ale na pełnokrwistą kampanię mnie nie stać.

Nie wierzysz, że weźmiesz mandat?
Nie wiem, może przekroczymy 5% i dwie, trzy osoby wezmą mandat. Ale mnie to nie grozi. Jestem w okręgu niebiorącym. Nawet jak będzie trzeci mandat, to weźmie go PO albo PiS – to są wielkie pieniądze, wielkie maszyny. Zgodziłem się reprezentować w tych wyborach tzw. starą lewicę, bo jakaś lewica powinna w nich być. Potem są wybory parlamentarne i one są moim zdaniem ważniejsze.

Wystartujecie jako Ruch Sprawiedliwości Społecznej czy w porozumieniu z Razem?
Nie prowadziłem jeszcze takich rozmów. Razem zaskoczyło nas tą ofertą, przez długi czas nie było od nich żadnego odzewu. Czy to się sklei jesienią, zobaczymy. Ja bym chciał, osobno bujamy się koło procenta, wspólnie mamy pięć. Razem w tych wyborach chce przede wszystkim odzyskać te 3%, które daje elektoratowi nadzieję. Zobaczymy, czy jak im się to uda, to będą chcieli nadal iść z nami. Polsce potrzebna jest wybieralna lewica społeczna.

Czemu do tej pory się nie udało jej zbudować?
Przy Okrągłym Stole ustalono, że takiej lewicy ma nie być. Dlatego np. nie zwrócono PPS majątku. Jedyną lewicą miała być lewica skompromitowana, ciągle przepraszająca za przeszłość. Zabija nas też polaryzacja, robi się jak w Stanach: republikanie i demokraci. Ale może tu się coś zadzieje, może pojawi się jakiś Bernie Sanders. Ja widzę zmiany, widzę, jak ludzie przestają wierzyć w mit, że każdy jest kowalem własnego losu. Dostrzegają, że liberalny mit nie działa.

Na jego miejsce nie wchodzi coś gorszego – skrajna prawica?
Wchodzą różne rzeczy. Faktycznie także prawica: PiS i ta narodowa. Siłą narodowców przez długi czas było jednak to, że mieli pewien ukłon socjalny. Powstanie Konfederacji to świetna wiadomość właśnie dlatego, że korwiniści, wchodząc do ruchu narodowego, rozkładają go od wewnątrz. On był groźny tylko wtedy, gdy był socjalny.

Konfederacja nie przekroczy progu?
Nie wiem, to nie jest ważne. Ważne jest to, że z Korwinem do nikogo szerzej nie trafią. Jeśli chodzi o rządzącą prawicę, to oni zrobili kilka zbawiennych rzeczy.

Jakich?
Pokazali, że państwo jest niezbędne, podatki trzeba płacić, mało tego, że za te podatki coś się ludziom od państwa należy. Dotychczas tylko pobierano podatki, a nic nie świadczono. Spotkałem niedawno Cymańskiego pod Sejmem. On mówi: „Słuchaj, nawet jak przegramy, to nikt się nie odważy zabrać 500+”.
Kolejna rzecz – PiS pokazało ludziom, że pieniądze w budżecie są. Tylko nie dla nich – np. jak pracują w budżetówce. Pracownicy budżetówki zauważyli, że ich pracodawca rozdaje pieniądze, a dla nich nie ma. Jakby jaja sobie robił. Dzięki temu ludzie przypomnieli sobie, że są pracownikami. A po ’89 roku prawie nikt o tym nie pamiętał. To jest woda na młyn lewicy społecznej. Zobacz, co się zaczęło. LOT, nauczyciele, pracownicy sądowi, teraz pracownicy socjalni.

Nauczyciele przegrali strajk
Ale zrobili coś kapitalnego. PO trzydziestu latach od transformacji pokazali, że masowy strajk jest możliwy. To jest przełom.

Przegrany strajk nie zniechęci do kolejnych?
To Napoleon chyba mówił, że wojsko, które nigdy nie poniosło klęski, jest niewiele warte. Jeszcze usłyszymy o nauczycielach, zobaczysz. To otworzyło tamę, w końcu pojawią się strajki zwycięskie. Kolejna rzecz, zobacz, jak PiS zmieniło panujący w Polsce język.

No chyba nie powiesz, że na lepsze.
Prezes Kaczyński mówi, że człowiek biedny nie jest wolny. Przecież my to powtarzamy od trzydziestu lat! Tylko nas nikt nie słuchał, a jego słuchają. Przez ostatnie trzydzieści lat każdy, kto nie zgadzał się z jedynie słuszną linią Leszka Balcerowicza, był przedstawiany jako ktoś niewykształcony, z małej miejscowości, ktoś, kto się niemal nie myje. Celowała w tym zwłaszcza „Gazeta Wyborcza”.
Ci ludzie uwewnętrznili więc, że są gorszym sortem. Zobacz, co robi Kaczyński. On tym upokarzanym przez dekady ludziom mówi: „Nie, to oni są tym gorszym sortem”. PiS przywróciło tym ludziom godność.

Blokując w ten sposób miejsce lewicy.
Tak i nie. Oni otworzyli drzwi, przez które już nie przejdą. Dlaczego? Bo rozbudzili aspiracje płacowe w sferze budżetowej, ale nie mają skąd wziąć kasy, by je zaspokoić. Nie ma już VAT do uszczelnienia, najlepsza koniunktura nie starczy. Trzeba będzie sięgnąć do głębokich kieszeni. I co, wyobrazisz sobie, że Morawiecki to zrobi?

Załóżmy, że koalicja Lewica Razem jest w przyszłym Sejmie i od waszego poparcia zależy, kto utworzy rząd. Byłbyś gotów rozmawiać z PiS i PO?
Zapewniam cię, że o wiele łatwiej będzie się dogadać z PiS. PO nie zobowiąże się do socjalnych posunięć, bo rozszarpie ją za to jej elektorat.

Barierą nie jest stanowisko PiS w sprawie praw obywatelskich? Nie masz problemów z rządem wysyłającym policję o szóstej rano za domalowanie tęczy do religijnego obrazu?
Oczywiście, postawilibyśmy takiemu rządowi określone żądania w kwestii praw człowieka. Ludzie nie powinni siedzieć za bzdury. Ale to jak z tą federalizacją – nie można przegiąć. I tu jest klasyczna sprawa z tym Jażdżewskim. Polskie społeczeństwo w naturalny sposób się deklerykalizuje. Mówienie teraz, że Kościół to pedofilska mafia, porównywanie go do świń, to recepta na to, by to, co się rozluźniało, zacisnęło się w pięść.

Lewica powinna schować postulaty świeckości?
Nie, ale nie powinna tylko takim językiem przemawiać. Nie można stosować wobec Kościoła odpowiedzialności zbiorowej. Większość kleru to nie są pedofile, to nie są ludzie źli. Ludzie, którzy chodzą do kościoła, poczuli się obrażeni. Chcemy zrażać do siebie sojuszników?

Ale problemem, na który zwrócił uwagę Jażdżewski, było to, że Kościół systemowo krył pedofilów. A na to są dowody.
Masz rację. Ale to, że paru biskupów kryło, nie usprawiedliwia generalizacji. Ja teraz jestem umówiony na spotkanie w Śródmieściu z panią burmistrz. Walczę o załatwienie mieszkania bezdomnej pani Ani. Wszystko to dzieje się na prośbę siostry Hiacynty, która w habicie pójdzie ze mną do pani burmistrz. Jażdżewski wrzuca siostrę Hiacyntę do jednego wora z pedofilami. Czy to jest słuszne? To jest głupie, obraźliwe, poniżej poziomu.

Język praw człowieka musi wejść czasem w konflikt z konserwatyzmem, także siostry Hiacynty. Bliska ci jak sądzę Francja Nieugięta postuluje egzekwowanie na poziomie UE równości małżeńskiej. Podpisałbyś się pod tym postulatem?
Pewnie, sam ją stosuję.

Równości małżeńskiej w sensie równouprawnienia związków jednopłciowych.
Tutaj znowu mamy problem. Ja często przyjmuję ludzi, którzy żyją w konkubinatach. To są straszne dramaty. Słowo konkubina, konkubent nie pada w żadnym polskim przepisie. Oni są w totalnej dupie.

Związki partnerskie mogłyby uregulować ich status.
Przyspawanie do konkubinatów związków partnerskich skończyło się tym, że nie załatwiliśmy ani jednego, ani drugiego. Konkubinatów jest przy tym kilkaset tysięcy, a związków jednopłciowych o wiele mniej. Zamiast skupiać się na pierwszych, zajmujemy się drugimi – to jest zła strategia. Trzeba iść stopniowo. Uprzedzenia trzeba rozmontowywać krok po kroku.
Weźmy żołnierzy wyklętych. W programie Studio Polska, gdzie była o tym dyskusja, opowiedziałem historię swojego ojca. On należał do NSZ jako trzynastolatek. Był łącznikiem, obiecano mu konia, ale dostał tylko rower. Pewnego dnia dowódca oddziału wyszedł z sali balowej – oni ciągle balowali na zamku – wyjął wielką kulę pieniędzy, nie licząc, oderwał część i dał ojcu, mówiąc: „To jest twój żołd”. Na to mój ojciec: „Ale panie kapitanie, ja ideowo”. Potem wmieszał się mój dziadek Janek, były partyzant z AK z Wileńszczyzny. Wziął dowódcę na stronę i mówi: „Teraz balujecie, ale jak wojsko wróci z frontu, to was powywieszają. Odpuść tym młodym”. On zwolnił najmłodszych, w tym mojego ojca. I faktycznie, jak armia wróciła, to większość została powywieszana. Po takiej opowieści skończyła się chęć rozmawiania o żołnierzach wyklętych. Bo tu trzeba inteligentnie. Nie można ludziom odbierać ideałów. A jak ktoś ma naście, dwadzieścia kilka lat, to śni po nocach, że biega z bronią po lesie, a panienki się za nim oglądają.

Chyba że sam jest dziewczyną albo gejem.

To wtedy śni o kim innym.

środa, 15 maja 2019

Emeryci ministrantami?

Takie pytanie powinno się pojawić w umysłach wiernych w każdej polskiej parafii - również w naszej parafii św. Teresy.

Mój dziadek przez pewien czas był najstarszym ministrantem Warszawy (pamiętam jego ministranckie zdjęcie ze Słowa Powszechnego, gdy ukończył już 90 lat!). Sam to opisał w swoim życiorysie:
"Po wojnie zamieszkaliśmy przy ul. Koszykowej 60 m. 7, skąd najbliżej mam do kaplicy S.S. Franciszkanek Rodziny Marji, gdzie służę do Mszy Św. Ks.Ks. Władysławowi Skowroniowi, Edwardowi Materskiemu, Tadeuszowi Pawlakowi. Kaplica znajduje się przy ul. Hożej Nr 53 w Warszawie."

Poniżej zdjęcie dziadka Jana Kotowskiego z czasów gdy był kapelmistrzem Orkiestry Policji Warszawskiej i odgrywał wręcz "wiodącą" rolę, idąc ze swoją orkiestrą na czele pochodu 3 Maja w 1916 roku:
https://wkramost.blogspot.com/2018/05/3-maja-podtrzymujmy-tradycje.html :


Niewątpliwie jego głęboka religijność:
https://wkramost.blogspot.com/2013/01/koscioy-dziadka-jana.html
była natchnieniem i kierunkowskazem w drodze życia jego córki:
https://wkramost.blogspot.com/2012/03/siostra-alicja-kotowska.html

Zestawione ze sobą: początek i koniec fresku z Muzeum Powstania Warszawskiego, przedstawia siostrę Alicję Kotowską z dwójką dzieci żydowskich oraz księdza Michała Czartoryskiego w habicie dominikańskim na początku tej mini procesji:






 http://wkramost.blogspot.com/2011/09/czartoryski-pociesza-matysiakow.html

Dzień Pamięci 108 Błogosławionych Męczenników II Wojny Światowej ustalony został na dzień 12 czerwca.
W dniu 13 czerwca 2019 roku przypada 20 rocznica wyniesienia na ołtarze 108 Męczenników przez papieża Jana Pawła II (obecnie, od kilku lat już świętego Jana Pawła II). Niektórzy ze 108 Błogosławionych Męczenników już niedługo zostaną przez Watykan, w osobie obecnego lub następnego Papieża, uznani za świętych.
Powyższy fragment fresku znajdującego się na prawej ścianie kaplicy pod wezwaniem bł. Księdza Józefa Stanka, w Muzeum Powstania Warszawskiego jest jakby procesją kilkunastu błogosławionych (wybranych z kilkudziesięciu z fresku) do ołtarza kaplicy. Pierwszym od lewej jest błogosławiony ksiądz Michał. Nasza parafia zachowuje pamięć o księdzu Michale:
https://get.google.com/albumarchive/108116332255732286826/album/AF1QipMkNu-DJHRoD6VDhuXOxtExaERzvkNkljMop2YN?source=pwa
Na Pomorzu bardzo żywy jest kult błogosławionej siostry Alicji Kotowskiej:
http://www.wkramost.com/uploads/2/3/1/8/23181080/broszura_a5b.pdf

poniedziałek, 6 maja 2019

Royal Baby is born

Gratulacje dla Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii!

Słuchajcie, słuchajcie!
Pałac Buckingham
DUMNIE OZNAJMIA
Przyjście na świat
Royal Baby Boy
W rodzinie Księcia
i Księżnej Sussex
Boże Błogosław Ameryce
GOD SAVE THE QUEEN

Chyba się wstrzeliłem w radosny nastrój poprzednim postem:
https://wkramost.blogspot.com/2019/05/absolutnie-przepiekne.html

No i jeszcze Haiku - Grochowiaka:

Skowronek
Kiedy dziecko się rodzi - nikt nie wierzy w śmierć
Kiedy dom budują - kto wspomni o ruinie
Ryba płynie tak figlarnie w potoku jakby była skowronkiem

środa, 1 maja 2019

Warszawa da się lubić

 Trójka śpiewaków operowych wykonuje słynny przebój warszawski z balkonu, z którego w latach dwudziestych śpiewał Jan Kiepura:
Mają akompaniament z balkonu na wyższym i na najwyższym piętrze:
O Kiepurze:
http://wikizaglebie.pl/wiki/Jan_Kiepura