piątek, 30 maja 2014

Pierwszy patron Polski


  Męczeńska śmierć biskupa Pragi i jego wielkie dokonania w szerzeniu wiary katolickiej spowodowały bardzo szybkie ogłoszenie go Świętym Wojciechem.
Historię życia świętego utrwalono w XII wieku na słynnych Drzwiach Gnieźnieńskich:
  Drzwi zdobi 18 scen z życia św. Wojciecha od narodzin do męczeńskiej śmierci. Skrzydło lewe zawiera obrazy z pobytu świętego w Czechach, Niemczech i we Włoszech (w układzie od dołu do góry), a prawe z działalności misyjnej w Polsce i w Prusach (w układzie od góry do dołu).
Gniezno Cathedral door.jpg

Pomroczność jasna

Proces ws. zburzonej kamienicy: "Nie wiedziałam, że to zabytek"

30.05.2014 , aktualizacja: 29.05.2014 22:39

A A A Drukuj
Zburzona kamienica u zbiegu ulic Zajęczej i Elektrycznej
Zburzona kamienica u zbiegu ulic Zajęczej i Elektrycznej (Fot. Albert Zawada / AG)
Przed stołecznym sądem rozpoczął się wczoraj proces Jolanty D.-S. W sierpniu ub.r. podjęła ona decyzję o zburzeniu zabytkowej kamienicy przy ul. Zajęczej na Powiślu.
Jolanta D.-S. przyznała się wczoraj tylko do tego, że podjęła decyzję o rozbiórce. Ale do winy już nie.

- Nie miałam żadnej świadomości, że to był budynek historyczny, że był traktowany jako zabytek - mówiła przed sądem. Tłumaczyła się fatalnym stanem budynku i obawą przed katastrofą budowlaną. - Obok są parking, na którym parkują samochody, stróżówka, która przylegała do tego budynku, i ochrona, która pracowała tam 24 godziny na dobę, chodnik i przystanek autobusowy - podkreślała. Przedstawiciel firmy remontowej zwrócił jej uwagę, że "jeżeli cokolwiek się stanie, mogą być śmiertelne ofiary". - Mając to wszystko na uwadze, nie widziałam innej możliwości niż wydanie decyzji o rozbiórce. Uważałam, że życie ludzkie jest nadrzędne. Działałam w stanie wyższej konieczności - wyjaśniła sądowi.

Samowola inwestora

Dwupiętrowy budynek o charakterystycznych dekoracjach z czerwonej cegły powstał w 1905 r. jako dom mieszkalny pracowników elektrowni Powiśle. Od 2000 r. był pusty. Miasto wystawiło go w końcu na sprzedaż. W 2012 r. kamienicę wraz z działką wielkości 658 m kw. kupiła za ponad 5 mln zł spółka Prudential (niemająca nic wspólnego z firmą ubezpieczeniową o tej samej nazwie). W informacji o przetargu nabywca mógł przeczytać: "Budynek jest uwzględniony w gminnej ewidencji zabytków i w związku z tym powinien zostać zachowany w swojej bryle i istniejących gabarytach". Również w akcie kupna-sprzedaży jest zapisane zachowanie i odrestaurowanie stuletniego domu. Pisaliśmy o tej sprawie w "Stołecznej".

Po zmianie szyldu z Prudential na Frank Rupplin nowy właściciel zaczął narzekać na zły stan budynku. Zamówił ekspertyzę i zaczął się starać o pozwolenie na rozbiórkę. Kiedy stołeczny konserwator odmówił i zalecił zabezpieczenie domu i przeprowadzenie remontu, inwestor zdecydował się na samowolę.

Po zburzeniu kamienicy prokuratura wszczęła śledztwo. Uznała, że doszło do przestępstwa, ale nie chciała dla podejrzanej kary. Zwróciła się do sądu o warunkowe umorzenie postępowania. Jednak w lutym sąd odmówił i zdecydował rozpocząć proces. Wczoraj odbyła się pierwsza rozprawa.

Budynek groził zawaleniem?

Jolanta D.-S. była wiceprezesem w spółce, która kupiła budynek. Wcześniej, jak podkreślała, kamienicą się nie zajmowała.

Oskarżona zaznaczyła wczoraj, że na jej decyzję o rozbiórce miała wpływ opinia przedstawiciela firmy, która przeprowadzała w budynku prace remontowe i porządkujące. Firma z uwagi na stan kamienicy przerwała prace i powiadomiła oskarżoną, że budynek w każdej chwili grozi zawaleniem. Jak powiedziała, decyzje o rozbiórce podpisała na lotnisku w dniu wylotu na urlop, bez zapoznania się ze szczegółowymi dokumentami.

- W dniu wylotu na wakacje zadzwonił do mnie pan z firmy, która dokonywała robót zabezpieczająco-czyszczących. Powiedział, że "ściąga" ludzi z budynku, przerywa prace, bo jest niebezpieczeństwo dla ludzi pracujących w środku, a stan budynku jest tak fatalny, że grozi katastrofą budowlaną - powiedziała Jolanta D.-S. Podkreśliła, że wielokrotnie - bezskutecznie - próbowała skontaktować się z prezesem firmy. Decyzja o rozbiórce została zawarta w aneksie do umowy z firmą przeprowadzającą prace remontowo-porządkujące.

W czwartek przesłuchany został również właściciel spółki, która kupiła kamienicę przy ul. Zajęczej. Podkreślił, że budynek kupił na drodze licytacji z myślą o wyremontowaniu, otwarciu i prowadzeniu działalności komercyjnej i kulturalnej. Twierdził, że dokumentację nt. fatalnego stanu budynku otrzymał dopiero w dniu odebrania kamienicy.

Ciąg dalszy procesu w lipcu.

Bazylika w Gostyniu


Architekt, który zaprojektował kościół w Wenecji, dostał zamówienie na projekt bliźniaczego kościoła w Gostyniu:


Imponujące jest sklepienie gostyńskiej bazyliki:
Gostyń, Bazylika Świętogórska

czwartek, 29 maja 2014

X wiek w Europie

  Dziesiąty wiek jest o tyle interesujący, że dopiero w wieku jedenastym nastąpił definitywny podział Europy, do dziś utrzymywany - obecna granica Unii Europejskiej pokrywa się ze starym podziałem stref wpływów Cesarstwa Zachodniego i Cesarstwa Wschodniego. Do roku 1054 trwała jedynie przepychanka w ramach niepodzielonego jeszcze Chrześcijaństwa, wynikająca raczej z niemożności zarządzania tak dużym i ludnym obszarem, który był dziedzictwem i Grecji i Rzymu.
  W tej perspektywie warto odbierać wydarzenia na Ukrainie, którą stara się przejąć dawne Cesarstwo Zachodnie (Unia Europejska). Putin wyraźnie podkreśla przynależność do Cesarstwa Wschodniego - przecież nie skazałby na lata łagru ładnych dziewczynek z Pussy Riot za naśmiewanie się z jego osoby, gdyby ich wygłupy nie godziły jednocześnie w powagę Cesarstwa Wschodniego.
  Jednym z najskuteczniejszych mariaży dynastycznych w historii Europy było (według Normana Daviesa) zawarte w roku 1472, małżeństwo księcia moskiewskiego Iwana III z księżniczką Zoe, bratanicą ostatniego bizantyjskiego cesarza. Od 1472 roku Iwan III, podobnie jak Jagiełło w przypadku dynastii królów polskich, uważał się za kontynuatora dynastii cesarskiej z zajętego przez Turków Konstantynopola, co umożliwiło Moskwie przejęcie tytułu Cesarstwa!
  Tyle uwag historycznych umiejscawiających datę Chrztu Polski w ciągu o wiele ważniejszych wydarzeń. Jadnak zdarza się, że wydarzenia na peryferiach też mają swoje znaczenie. Polska po przyjęciu Chrztu i wydarzeniach roku 1054 (roku Wielkiej Schizmy) stała się obszarem bezpośredniego starcia obu Cesarstw, a nawet wieżą oblężniczą Cesarstwa Zachodniego na terytoriach plemion jeszcze nieochrzczonych (Jadźwingowie, Bałtowie, Litwini). To zapewniało nam zupełnie niezłą pozycję na giełdzie watykańskiej, która w efekcie przyniosła wybór polskiego kardynała Wojtyły na papieża.
  Niedawna kanonizacja Jana Pawła II włącza go w poczet polskich świętych Kościoła Katolickiego. Katolicki - znaczy Powszechny (Światowy, Globalny, jak to się dzisiaj określa), a Polska jest tylko krajem urodzenia JP2. Może otwarcie tej furtki do szerokiego świata - Jan Paweł II widział ekumenizm w wymiarze nie tylko chrześcijańskim - jest tym najważniejszym przełomem religijno-etycznym, na który czekaliśmy?
  Za dwa lata będziemy obchodzić Jubileusz 1050-lecia Chrztu Polski. Odwiedzenie grobu świętego Wojciecha, pierwszego polskiego świętego, było deklarowanym celem milenijnej (odbytej w roku 1000) wizyty cesarza Ottona III. Podkreślajmy uniwersalny (kiedyś europejski, a teraz światowy) wymiar naszych, "polskich" świętych, których wizerunki namalował ksiądz Bernard Preibisz w nawie głównej bazyliki w Gostyniu. To jest nasz wkład w budowę wspólnoty europejskiej!

Szkoła Myndroli

Sofiści

wtorek, 27 maja 2014

Wojna zwalnia z myślenia

  Takie artykuły, jak poniższy napisany przez George'a Monbiota, nie pojawią się w naszej prasie. My mamy wojnę! Przyszłość Planety skróciła się do najbliższych miesięcy, a hasłem dnia stał się "tani gaz z USA", najdurniejszy pomysł polityczny od stu lat (kapitaliści sprzedający gaz poniżej ceny rynkowej?!), na dodatek całkowicie nie liczący się z powszechnym (podobno) dążeniem do równowagi ekologicznej. No cóż - takie czasy.
'The mother narrative to all this is carbon-fuelled expansion. Our ideologies are mere subplots.' Photograph: Alamy


Let us imagine that in 3030BC the total possessions of the people of Egypt filled one cubic metre. Let us propose that these possessions grew by 4.5% a year. How big would that stash have been by the Battle of Actium in 30BC? This is the calculation performed by the investment banker Jeremy Grantham.

Go on, take a guess. Ten times the size of the pyramids? All the sand in the Sahara? The Atlantic ocean? The volume of the planet? A little more?It's 2.5 billion billion solar systems. It does not take you long, pondering this outcome, to reach the paradoxical position that salvation lies in collapse.

To succeed is to destroy ourselves. To fail is to destroy ourselves. That is the bind we have created. Ignore if you must climate change, biodiversity collapse, the depletion of water, soil, minerals, oil; even if all these issues miraculously vanished, the mathematics of compound growth make continuity impossible.

Economic growth is an artefact of the use of fossil fuels. Before large amounts of coal were extracted, every upswing in industrial production would be met with a downswing in agricultural production, as the charcoal or horse power required by industry reduced the land available for growing food. Every prior industrial revolution collapsed, as growth could not be sustained. But coal broke this cycle and enabled – for a few hundred years – the phenomenon we now call sustained growth.

It was neither capitalism nor communism that made possible the progress and pathologies (total war, the unprecedented concentration of global wealth, planetary destruction) of the modern age. It was coal, followed by oil and gas. The meta-trend, the mother narrative, is carbon-fuelled expansion. Our ideologies are mere subplots. Now, with the accessible reserves exhausted, we must ransack the hidden corners of the planet to sustain our impossible proposition.

On Friday, a few days after scientists announced that the collapse of the west Antarctic ice sheet is now inevitable, the Ecuadorean government decided to allow oil drilling in the heart of the Yasuni national park. It had made an offer to other governments: if they gave it half the value of the oil in that part of the park, it would leave the stuff in the ground. You could see this as either blackmail or fair trade. Ecuador is poor, its oil deposits are rich. Why, the government argued, should it leave them untouched without compensation when everyone else is drilling down to the inner circle of hell? It asked for $3.6bn and received $13m. The result is thatPetroamazonas, a company with a colourful record of destruction and spills, will now enter one of the most biodiverse places on the planet, in which a hectare of rainforest is said to contain more species than exist in the entire continent of North America.Yasuni national park. Murray Cooper/Minden Pictures/Corbis

The UK oil firm Soco is now hoping to penetrate Africa's oldest national park, Virunga, in the Democratic Republic of Congo; one of the last strongholds of the mountain gorilla and the okapi, of chimpanzees and forest elephants. In Britain, where a possible 4.4 billion barrels of shale oil has just been identified in the south-east, the government fantasises about turning the leafy suburbs into a new Niger delta. To this end it'schanging the trespass laws to enable drilling without consent and offering lavish bribes to local people. These new reserves solve nothing. They do not end our hunger for resources; they exacerbate it.

The trajectory of compound growth shows that the scouring of the planet has only just begun. As the volume of the global economy expands, everywhere that contains something concentrated, unusual, precious, will be sought out and exploited, its resources extracted and dispersed, the world's diverse and differentiated marvels reduced to the same grey stubble.

Some people try to solve the impossible equation with the myth of dematerialisation: the claim that as processes become more efficient and gadgets are miniaturised, we use, in aggregate, fewer materials. There is no sign that this is happening. Iron ore production has risen 180% in 10 years. The trade body Forest Industries tells us that "global paper consumption is at a record high level and it will continue to grow". If, in the digital age, we won't reduce even our consumption of paper, what hope is there for other commodities?

Look at the lives of the super-rich, who set the pace for global consumption. Are their yachts getting smaller? Their houses? Their artworks? Their purchase of rare woods, rare fish, rare stone? Those with the means buy ever bigger houses to store the growing stash of stuff they will not live long enough to use. By unremarked accretions, ever more of the surface of the planet is used to extract, manufacture and store things we don't need. Perhaps it's unsurprising that fantasies about colonising space – which tell us we can export our problems instead of solving them – have resurfaced.

As the philosopher Michael Rowan points out, the inevitabilities of compound growth mean that if last year'sthe predicted global growth rate for 2014 (3.1%) is sustained, even if we miraculously reduced the consumption of raw materials by 90%, we delay the inevitable by just 75 years. Efficiency solves nothing while growth continues.

The inescapable failure of a society built upon growth and its destruction of the Earth's living systems are the overwhelming facts of our existence. As a result, they are mentioned almost nowhere. They are the 21st century's great taboo, the subjects guaranteed to alienate your friends and neighbours. We live as if trapped inside a Sunday supplement: obsessed with fame, fashion and the three dreary staples of middle-class conversation: recipes, renovations and resorts. Anything but the topic that demands our attention.

Statements of the bleeding obvious, the outcomes of basic arithmetic, are treated as exotic and unpardonable distractions, while the impossible proposition by which we live is regarded as so sane and normal and unremarkable that it isn't worthy of mention. That's how you measure the depth of this problem: by our inability even to discuss it.

Nowy prezydent - dzień pierwszy


sobota, 24 maja 2014

Coś dla wiecznych studentów

Leonard Cohen będzie miał swój wydział na uniwersytecie
2014-05-05 12:07 | Aktualizacja: 12:08
Leonard Cohen otwiera swój wydział w Oviedo
Leonard Cohen otwiera swój wydział w Oviedo (Fot. Chris Young / AP)


"Leonard Cohen" – tak nazywa się wydział, który wkrótce zostanie otwarty 
na Uniwersytecie w Oviedo, 
na północy Hiszpanii. Powstał dzięki dotacji kanadyjskiego poety i pieśniarza, 
a jego studenci będą doskonalili grę na instrumentach, 
pisanie wierszy i tekstów piosenek. 
Wydział rozpocznie też badania twórczości Cohena.

A my mamy zaległości w studiowaniu ostatniej płyty Cohena:
http://www.leonardcohen.com/us/music/old-ideas

Do roboty!
Cohen urodził się 21 września 1934 roku - wkrótce skończy 80, jakże twórczych lat!

Putin jak Angole

Dlaczego książe Karol mówi o Hitlerze? - Z powodu angielskich szaf pełnych szkieletów przeszłości! Patrz na mapkę poniżej - jedynie w krajach zaznaczonych na biało nigdy w historii nie "gościły" wojska angielskie.

British have invaded nine out of ten countries - so look out Luxembourg
Britain has invaded all but 22 countries in the world in its long and colourful history, new research has found.
Britain has invaded all but 22 countries in the world in its long and colourful history, new research has found

21 of the 22 countries that have not been invaded by Britain 
Every schoolboy used to know that at the height of the empire, almost a quarter of the atlas was coloured pink, showing the extent of British rule.
But that oft recited fact dramatically understates the remarkable global reach achieved by this country.
A new study has found that at various times the British have invaded almost 90 per cent of the countries around the globe.
The analysis of the histories of the almost 200 countries in the world found only 22 which have never experienced an invasion by the British.
Among this select group of nations are far-off destinations such as Guatemala, Tajikistan and the Marshall Islands, as well some slightly closer to home, such as Luxembourg.

Tales z Miletu

Zębowe gadki - Tales z Miletu

W interpretacji Jerzego Treli i innych aktorów:


Jak nitki w splocie...

  Twardym, naukowym faktem jest istnienie dwóch nitek chromosomów w komórkach rozrodczych, których splecenie się poprzedziło o dziewięć (lub trochę mniej) miesięcy nasze przyjście na świat. Te nitki reprezentowały przeszłość genetyczną dwóch rodzin: rodziny Mamy i rodziny Taty. Współczesne naukowe techniki badania przeszłości genetycznej umożliwiają pociągnięcie takiej obserwacji daleko, daleko wstecz, aż do... genetycznego Adama i genetycznej Ewy.
  Ale poza genami dziedzictwa biologicznego istnieją też memy dziedzictwa kulturowego, splatającego dzieje rodzin w historię wspólnoty, która nazywa siebie zazwyczaj Narodem. Chwilą szczególnie sposobną dla przyjrzenia się dziedzictwu genów i memów jest w przypadku mieszkańców dorzecza Wisły i Odry, rocznicowy rok Chrztu Polski - w 2016 będzie to 1050 rocznica.
  Magma genów i memów maceruje się na pewnej przestrzeni, która staje się (lub nie) terytorium pewnego Państwa. Nie wchodząc w geopolityczne dywagacje, stwierdźmy jedynie zupełnie przeoczone powstanie Państwa Słowackiego, od wieków...nieistniejącego, oraz obecne bóle porodowe przy ustalaniu terytorium Ukrainy - istniejącej wieki temu, potem przez stulecia nieistniejącej, a przez ostatnie dwa stulecia sklejanej na nowo.
  Oba wymiary wspólnotowości - memy kultury i rozpoznawalne terytorium - można przedstawić w projekcie "Polska przystankowa", zaznaczającym kolejne siedziby konkretnych nitek rodzinnych, o zakładanej spójności genetycznej. Projekt musi być mocno wspierany internetowo i dokumentowany historycznymi faktami.
   W przypadku naszych dwóch nitek rodzinnych - nitki Kotowskich i nitki Prejbiszów - widziałbym takie "przystanki":
Wejherowo
Gostyń
Cieksyn
Jabłonna
Powiśle warszawskie
Muranów
Tarnów
Ząb podtatrzański
  O wszystkich tych przystankach już pisałem na tym blogu, więc pierwszym krokiem będzie uporządkowanie dotychczasowych wpisów ("memowe" przerobienie niektórych), postawienie nowych pytań i próby zbudowania poprawnych odpowiedzi. Celowo używam języka trochę naukowego, bo moim celem jest teraz wystartowanie od abstrakcyjnych pojęć i wypełnienie ich konkretną "rodzinną" treścią.

czwartek, 22 maja 2014

Czym jest wojna?


Młode małżeństwo (słychać głos dziecka) filmuje atak bojowych helikopterów:
https://www.youtube.com/watch?v=O9ySXaRu04k
Mój ulubiony klip o wojnie:
A może to głównie zabawa z podtekstem?

Wybieraj Polaku

A gdyby Ci ktoś wybór dał:
Europa, Rosja, Azja,
I rzekł wybieraj sobie sam
Inaczej - apostazja.

To nie dbaj o czerwony nos
Ni o to, że wciąż tyjesz
Lecz uchwycić w ręce piwa dzban
I pokaż, po co żyjesz!

http://wybory.gazeta.pl/ParlamentEuropejski2014/10,137301,16002133,Najgorsze_spoty_tej_kampanii_w_nowej_odslonie__w_ktorej.html

Komentarz do wszystkiego (z dnia wczorajszego)

środa, 21 maja 2014

Stary człowiek - i może...

Wiek to tylko wymówka - pełnia życia przed nami (to prawdziwe, zaczyna się przecież po sześćdziesiątce!) http://off.sport.pl/off/56,111171,15989120,Wiek_to_tylko_wymowka__Najstarsi_sportowcy_swiata.html#BoxSportMT

wtorek, 20 maja 2014

Strefa snajperów

Guardian na tytułowej fotografii przedstawia reakcję młodych Palestyńczyków w dzień po zabiciu dwóch nastolatków zwyczajnie przechodzących w strefie ??jakiej?? no jakiej? Podległej snajperom?? Czy jak? - I co? Znowu wojna? Gdzie są granice nienawiści?
http://www.theguardian.com/world/2014/may/20/video-indicates-killed-palestinian-youths-no-threat-israeli-forces


Kochają - zabijają

Joan of Arc
You're the one that they used to hate
But they like you now
And everything that goes away
Will be returned somehow
They're the ones that spit on you
Cause they got no heart
I'm the one that will follow you
You're my Joan of Arc

Joan of Arc

You had a vision they couldn't see so
They put you down
But everything that you said would happen
It came around
And they're the ones that put you down
Cause they got no heart
But I'm the one that will follow you
You're my Joan of Arc

[Chorus]
Joan of Arc (Jeanne d'Arc)
Tell the boys their time is through
Joan of Arc (Jeanne d'Arc, ah ooh)
Tell the boys I'll follow you
I'll follow you

Now they tell you that you're their muse
Yeah, they're so inspired
But where were they when they called your name
And they lit the fire?
When the voices came, you cut your hair
But you're still confused
But I'm the one with a heavy heart
Cause I'll follow you

[Extended Chorus]
My Joan of Arc (Jeanne d'Arc, ah ooh)
Tell the boys their time is through
Joan of Arc (Jeanne d'Arc, ah ooh)
Tell the boys I'll follow you
Joan of Arc (Jeanne d'Arc, ah ooh)
When the boys are over you
Joan of Arc (Jeanne d'Arc, ah ooh)
Tell the boys I'll follow you
I'll follow you

I really wanna know you

[Regine Chassagne]
Tu dis que tu est mon juge
Mais je ne te crois pas
Alors tu dis que je suis une sainte
Mais ce n'est pas moi
J'entends des voix
Mais ce n'est pas moi
Je ne suis pas Jeanne d'Arc
And if you shoot you better hit your mark

[Extended Chorus]

Joan, it's true
I only wanna know you
Joan, it's true, it's true
I only wanna know you
But Joan
I only wanna know you

First they love you
Then they kill you
Then they love you again
And then they love you
Then they kill you
Then they love you again
Love love love you
Kill kill kill you
And then they love you again
They love love love you
Kill kill kill you
And then they love you again

Jesteś jedyną którą nienawidzili
Ale teraz cię lubią
I wszystko co odchodzi
jakoś zawróci.
Są tacy którzy plują na ciebie
Ponieważ nie mają serca
Ja jestem tym który będzie za tobą podążał
Jesteś moją Joanną d'Arc. 

Joanna d' Arc.

Miałaś wizję że oni nie mogli widzieć więc
wyszydzają cię
Ale wszystko, co powiedziałaś, że się stanie
to nadeszło.
I oni są tymi którzy wyszydzają cię
Ponieważ nie mają serca
Ja jestem tym który będzie za tobą podążał
Jesteś moją Joanną d'Arc.

Joanno d'Arc
powiedz chłopcom, że ich czas jest skończony
Joanno d'Arc
Powiedz chłopcom, że będę za tobą podążał
Będę za tobą podążał.

Teraz oni mówią ci, że jesteś ich natchnieniem
Tak, oni są tak zainspirowani
Ale gdzie byli kiedy wzywali twoje imię
i wzniecali ogień?
Kiedy głosy się zbliżyły, obcięłaś swoje włosy
Ale ciągle jesteś zdezorientowana
Ale ja jestem tym z ciężkim sercem
Ponieważ będę za tobą podążał.

[Régine Chassagne]

Mówisz, że jest moim sędzią 
Ale ja ci nie wierzę 
Więc mówisz, że jestem święta 
Ale to nie ja 
Słyszę głosy 
Ale to nie ja 
Nie jestem Joanną d'Arc 
A jeśli strzelasz, to lepiej trafiaj w sedno.
[ref]

Joanno to prawda, 
Ja tylko chcę cię znać
Joanno, to prawda, to prawda
Ja tylko chcę cię znać
Ale Joanno
Ja tylko chcę cię znać

Najpierw oni cię kochają
Potem cie zabijają
I znowu cię kochają
Potem zabijają
Potem znowu cię kochają
Kochają kochają kochają kochają
Zabijają zabijają zabijają zabijają
I potem znowu cię kochają
Oni kochają kochają kochają cię
Zabijają zabijają zabijają cię
I znowu cię kochają.

poniedziałek, 19 maja 2014

Kodować, kodować, utajniać...od dzieciństwa

Problematyką bezpieczeństwa danych interesuję się od dawna: http://wkramost.blogspot.com/2014/04/budowanie-bezpieczenstwa.html
Ostatnio zająłem się edukacyjną stroną zagadnienia:
http://wkramost.blogspot.com/2013/09/kodowanie-obrazkow.html
Książka Glenna Greenwalda jest ciekawym przedstawieniem skali zagrożenia.

Jak tu żyć na podsłuchu? Światowa premiera książki "Snowden. Nigdzie się nie ukryjesz"

Wojciech Orliński

Światowa premiera książki "Snowden. Nigdzie się nie ukryjesz"

A A A Drukuj

Glenn Greenwald i korespondent "Guardiana" Ewen MacAskill po odbiorze nagrody dziennikarskiej im. George'a Polka w Nowym Jorku, 11 kwietnia 2014 roku (Fot. EDUARDO MUNOZ)
Amerykanie 40 lat temu uznali, że FBI nie wolno w imię bezpieczeństwa kraju inwigilować Johna Lennona, Martina Luthera Kinga i pół miliona Amerykanów, którzy znaleźli się na liście wywrotowców. Teraz znów bezpieczeństwo kraju stało się alibi dla Agencji Bezpieczeństwa Narodowego do szpiegowania ludzi
Książka Glenna Greenwalda "Snowden. Nigdzie się nie ukryjesz" zaczyna się od przywołania postaci senatora Franka Churcha, który w latach 70. rzucił wyzwanie rozpasanym amerykańskim tajnym służbom. Amerykanom nie trzeba wyjaśniać, o kogo chodzi; w Polsce to postać tak mało znana, że widziałem nawet teksty o historii najnowszej USA, w których o jego senackiej komisji śledczej pisano "komisja kościelna" (oryg. Church commission).

Podejrzany John Lennon

Komisja ujawniła szokującą skalę ingerencji tajnych służb w życie codzienne Amerykanów - zaszczuwanie niewinnych ludzi, mieszanie się w kampanię wyborczą, rozbijanie legalnie działających organizacji. Można by z tego nakręcić propagandowy film typu "patrzcie, jak w Ameryce Murzynów inwigilują", ale władze PRL zapewne bardziej obawiały się tego, że zamiast współczuć Amerykanom brutalności tajnych służb, będziemy im zazdrościć odważnych i bezkompromisowych senatorów.
Nie da się wyjaśnić ujawnionych przez Edwarda Snowdena wynaturzeń towarzyszących obecnej działalności Agencji Bezpieczeństwa Narodowego (NSA) bez sprawdzenia, w jaki sposób administracja Busha rozmontowała hamulce prawne wymyślone prawie 40 lat temu właśnie z inicjatywy komisji Churcha.

Frank Church przypomina nam zza grobu, że żadne zagrożenia, przed którymi staje demokracja, nie mogą usprawiedliwiać burzenia fundamentów tejże demokracji. Jeśli do tego dopuścimy, wrogowie demokracji wykończą ją naszymi rękoma. 40 lat temu demokracja też miała wrogów i też najgroźniejszy z nich rezydował na Kremlu. I przeciw Churchowi wysuwano taki sam zarzut jak wobec Snowdena: że osłabiając amerykańskie tajne służby, pomaga Rosji.

Odpowiedź wtedy była taka sama jak dzisiaj. Rozmach szpiegowania własnych obywateli przez FBI nie miał nic wspólnego z obronnością. Tajne służby działają jak każda biurokracja - jeśli się wymkną spod kontroli (o co w tym przypadku z definicji łatwo), mnożą etaty, budżety i kryptonimy dla własnego interesu. Bezpieczeństwem kraju nie można było uzasadnić inwigilowania feministek z Women's Liberation, Johna Lennona, Martina Luthera Kinga i - jak to wykazał Frank Church - około pół miliona Amerykanów, którzy zaleźli się na liście wywrotowców FBI, czasem nie wiadomo nawet za co.

Służby mające bronić demokracji zwróciły się w końcu przeciwko niej. Church dostał zielone światło dla swych działań pod wpływem afery Watergate, w której wykazano, że prezydent Nixon traktował FBI i inne podległe sobie trzyliterowe agencje jak część własnego sztabu wyborczego. Włamywano się do sztabu opozycji i zastraszano krytyków rządu.

"Głębokie Gardło" nie zdążyłby dziś pisnąć słówka

Książkę Greenwalda czyta się jak współczesną wersję "Wszystkich ludzi prezydenta" - relacji dziennikarzy, którzy ujawnili tamtą aferę sprzed 40 lat. Ale od razu widać charakterystyczną różnicę: Bob Woodward i Carl Bernstein z "Washington Post" mieli dużo łatwiej.

Spotykali się ze swoim informatorem (wtedy występował pod pseudonimem "Głębokie Gardło", dziś wiadomo, że był to sfrustrowany wysoki urzędnik FBI Mark Felt) w okolicach Waszyngtonu. Informator ostrzegał ich, żeby nie rozmawiali przez telefon, ale jednak nie mówił im, że każdy ich krok jest śledzony.

Dziś jest inaczej. Nie wystarcza "nie rozmawiać przez telefon", bo telefon może nas podsłuchiwać niezależnie od tego, czy go używamy, czy nie.

Książka Greenwalda zaczyna się więc podobnie jak film "Matrix", który okazał się pod tym względem proroczy. Do dziennikarza najpierw z anonimowej skrzynki mailowej odzywa się ktoś posługujący się pseudonimem "Cincinnatus". Cincinnatus to rzymski konsul, który po obronieniu republiki w bitwie o Mons Algidus odrzucił oferowane mu zaszczyty i wrócił do swojego gospodarstwa rolnego, na tysiąclecia wyznaczając wzór cnót obywatelskich (popularny zresztą zarówno w USA, jak i w polskiej I Rzeczypospolitej).

Tajemniczy "Cincinnatus" obiecuje Greenwaldowi sensacyjny temat, jeśli tylko ten zainstaluje program do szyfrowania poczty. Dziennikarz jednak podejrzewa, że to kolejny wariat. Doskonale go rozumiem, bo czego jak czego, ale przesyłek od psychopatów w naszej branży nie brak.

"Cincinnatus" nie ustaje w wysiłkach. Namówił znajomą dziennikarkę (dokumentalistkę Laurę Poitras), by ta zaświadczyła, że to nie żart. Spotkanie w hotelu pod Nowym Jorkiem zaczyna się od prośby Laury, żeby Greenwald wyjął baterię z telefonu, bo dzisiejsze telefony podsłuchują użytkownika cały czas, nie tylko podczas rozmowy.

Zaintrygowany dziennikarz ponownie nawiązuje kontakt z "Cincinnatusem". Przesyłką kurierską przychodzi pendrive z programem do szyfrowania. W końcu dochodzi do pierwszego spotkania, ale - ku zaskoczeniu Greenwalda - w Hongkongu, a nie w Waszyngtonie. Po prostu w dzisiejszych czasach ktoś taki jak "Głębokie Gardło" zostałby przechwycony przez tajne służby i uwięziony, jeszcze zanim spotkałby się z dziennikarzami "Washington Post". Jedyną szansą dla Greenwalda była ucieczka poza terytorium USA i ich najbliższych sojuszników.

Szef wywiadu kłamie pod przysięgą

Kapitalnie się czyta opis tego, jak Greenwald, dziennikarz naszych czasów, pełnymi garściami czerpiący z dorobku cyfrowej cywilizacji, nagle dostrzega jej drugie oblicze. Musi od zera uczyć się poruszania po internecie tak, by nie dać się podsłuchiwać. Musi kupić nowy laptop i po raz pierwszy nie zadawać sobie pytania, jak łatwo go podłączyć do internetu, tylko odwrotnie, jak uniknąć podłączenia choćby przypadkiem - bo tylko całkowite odcięcie od sieci daje szansę ucieczki przed inwigilacją.

Greenwald słyszał już wcześniej, że internet i telefony komórkowe są na podsłuchu, ale reagował na to jak my wszyscy przed rewelacjami Snowdena - wszelkie obawy etykietując jako paranoję, ufając w to, że istnieją jakieś prawne regulacje, za sprawą których takie metody stosowane są tylko wobec złych ludzi. Tych, którzy na to zasługują.

Jako pierwszy odbiorca rewelacji Snowdena przeszedł więc podobny szok, który potem czekał całą zachodnią cywilizację. Internetowe korporacje okłamywały nas, że dbają o naszą prywatność - a przecież całą tę inwigilację mogły zdławić w zarodku, stosując takie metody szyfrowania, jakie na prośbę Snowdena zaczął stosować Greenwald. Politycy okłamywali nas, nawet zeznając pod przysięgą w parlamencie (jak szef wywiadu James Clapper), że nie ma powszechnego programu podsłuchiwania wszystkich jak leci.

Nawet ludzie odsądzający Snowdena od czci i wiary nie mogą mu odmówić jednej zasługi - że za sprawą tych rewelacji runął mur kłamstw oraz półprawd i zaczęliśmy na serio rozmawiać o inwigilacji w internecie. Cyberkorpy zaczęły wprowadzać jakieś formy szyfrowania, demokratyczne rządy zapowiedziały przegląd prawa i stanu faktycznego.

Gdyby nie Snowden, wszyscy dalej udawaliby, że temat nie istnieje. Wszyscy musimy się zgodzić, że pytanie o prywatność w cyfrowej cywilizacji jest jednym z najważniejszych współczesności - bez względu na to, jak różnych będziemy udzielać na nie odpowiedzi.

Port docelowy - Guantanamo

Ten temat fascynuje mnie od dawna, czytałem więc o tym wiele książek. Jako pierwsza ukazała się publikacja konserwatywnego publicysty Edwarda Lucasa, który zasugerował, że Snowden od początku mógł być związany z wywiadem rosyjskim. Nie miał na to żadnych dowodów, ale snuł domysły i przypuszczenia.

Dlaczego zaczął pracować w wywiadzie, skoro miał tyle wątpliwości? Dlaczego ujawnił sprawę mediom, zamiast alarmować przełożonych? Dlaczego wyjechał najpierw do Hongkongu, a potem do Moskwy?

Podobne pytania zadawał Snowdenowi sam Greenwald. Odpowiedzi mnie przekonują.

Próbował alarmować przełożonych, ale to nic nie dało. "Mówili: to nie twoje zadanie; albo: nie masz dosyć informacji, żeby wydawać takie sądy. Zasadniczo polecali, żebym się tym nie przejmował" - odpowiedział Greenwaldowi Snowden.

A skąd się wziął w wywiadzie? Na fali patriotycznego uniesienia po 11 września Snowden uznał swój kraj za "mocarstwo dobra" i chciał mu służyć najlepiej, jak potrafi. Zgłosił się w 2004 r. na ochotnika do wojska, marząc o wyzwalaniu Irakijczyków, ale udaremniła to kontuzja odniesiona podczas ćwiczeń.

Znał się na komputerach, więc postanowił służyć wywiadowi jako komputerowy ekspert. Wylądował na placówce CIA w Szwajcarii i zbulwersowała go dziwna etyka tamtejszych agentów. Kolega opowiedział mu, jak szantażem próbował zwerbować szwajcarskiego bankiera. Spił go i namówił do prowadzenia samochodu. Gdy ten wpadł przy kontroli, chciał go pozyskać jako źródło informacji, ale zarzucił te plany. "Zniszczyli życie temu człowiekowi dla czegoś, co nawet nie wypaliło, a potem po prostu go z tym zostawili" - mówił zdegustowany Snowden Greenwaldowi.

Co innego wierzyć w slogany usprawiedliwiające powszechną inwigilację, że "porządny obywatel nie ma się czego obawiać", a co innego patrzeć, jak tajne służby rujnują życie niewinnego człowieka (jak w opisanej niedawno również w "Gazecie Wyborczej" historii Naji Mansoura, którego próbowano zwerbować m.in. przez zaszczuwanie jego rodziny).

Dlaczego wyjechał akurat do Hongkongu? Bo Hongkong z jednej strony funkcjonuje w sposób przypominający zachodnie państwa (ma demokratyczne władze i legalnie działającą opozycję), ale z drugiej strony pozostaje pod kontrolą Chin, a więc Amerykanie nie mogliby tak po prostu Snowdena uprowadzić czy aresztować.

Greenwald i Snowden pamiętali przecież sprawę Chelsea Manning skazanej na 35 lat więzienia za przekazanie tajnych dokumentów serwisowi Wikileaks. Ze zrozumiałych przyczyn wracało to w ich rozmowach, czasem żartobliwych ("zaklepuję dolną pryczę" - mawiał Snowden), czasem serio.

A skąd Snowden wziął się w Moskwie? Musiał już opuścić Hongkong, a gdyby wsiadł na pokład samolotu jakiejś linii amerykańskiej czy europejskiej, groziłoby mu, że portem docelowym będzie tak czy siak Guantanamo.

Potwierdza to choćby sytuacja samolotu prezydenta Ekwadoru, którego z pogwałceniem prawa międzynarodowego zmuszono do lądowania w Wiedniu i poddano przymusowemu przeszukaniu na podstawie plotki, że na pokładzie może się ukrywać Snowden. Uczestniczyły w tym władze zachodnioeuropejskich demokracji działające na prośbę amerykańskiego sojusznika.

To pokazuje, że przesiadka na innym lotnisku byłaby dla Snowdena pułapką. Dowodzi tego choćby los partnera Greenwalda, Davida Mirandy, którego z kolei zatrzymano na Heathrow bez stawiania mu zarzutów. Po prostu powołano się na odpowiedni paragraf ustawy o antyterroryzmie, który pozwala służbom specjalnym zatrzymać dowolną osobę bez zarzutów i dowodów.

Zwolniono go w końcu po dziewięciu godzinach przesłuchania non stop, podczas którego grożono mu uwięzieniem na czas nieokreślony. A to przecież nie jest ani Snowden, ani dziennikarz ujawniający dokumenty Snowdena.

W ten sposób brytyjskie władze chciały najprawdopodobniej wysłać wszystkim sygnał ostrzegawczy: ten temat jest jak trąd. Lepiej się trzymać z daleka od Poitras, Snowdena i Greenwalda, bo kto się do nich zbliży, będzie się musiał liczyć z szykanami.

Trzymałbym się z daleka od Polski

Greenwald ma powody obawiać się przyjazdu do swoich rodzimych USA, więc na razie zrobił to tylko dla odebrania nagrody dziennikarskiej, licząc, że nie aresztują go wśród kamer i fleszy. Zbyt ryzykowne byłoby dla niego nawet postawienie nogi w większości państw europejskich. Na jego miejscu trzymałbym się z daleka od Polski. Opisana niedawno w naszym cyklu reporterskim historia nielegalnego więzienia CIA w Kiejkutach to smutne świadectwo naszego serwilizmu wobec wielkiego sojusznika.

Książki jednak mogą podróżować w miarę swobodnie. Tę powinni przeczytać przede wszystkim wszyscy dziennikarze i ludzie interesujący się mediami.

Greenwald nie szczędzi naszej branży gorzkich słów w rozdziale o "czwartej władzy", ale gratuluje też tym, którzy wykazali się w tej sprawie odwagą, jak naczelny "Guardiana" Alan Rusbridger. Bez względu na to, czy się zgadzamy z Greenwaldem, czy nie w kwestii szukania kompromisu między prawem do prywatności a bezpieczeństwem publicznym - ta książka przypomina nam, że mamy obowiązek zajmować się takimi tematami. Media, które nie patrzą władzy na ręce, nie zasługują na przetrwanie.

Kim jest Glenn Greenwald?

Greenwald to dziennikarz współpracujący z "Guardianem". Wyruszył w maju 2013 r. do Hongkongu na spotkanie z anonimowym źródłem, które obiecało mu ujawnić dokumenty dowodzące masowej inwigilacji prowadzonej przez amerykańską Agencję Bezpieczeństwa Narodowego (NSA). Źródłem tym okazał się 29-letni Edward Snowden, były pracownik CIA, NSA, wtedy zatrudniony w jednej z firm wykonujących zlecenia dla NSA. To, co przekazał Greenwaldowi, okazało się największym wyciekiem tajnych informacji w historii USA. Wywołało polityczne trzęsienie ziemi oraz trwającą do dziś debatę na temat zagrożeń dla naszej prywatności w sieci.

W książce "Snowden. Nigdzie się nie ukryjesz" ("No Place to Hide: Edward Snowden, the NSA, and the U.S. Surveillance State"), która 13 maja miała światową, a jednocześnie polską premierę, Greenwald po raz pierwszy opowiada w całości historię swoich kontaktów z byłym pracownikiem wywiadu USA.

Książka Glenna Greenwalda "Snowden. Nigdzie się nie ukryjesz" miała światową premierę 13 maja. Jest do kupienia na kulturalnysklep.pl, w formie e-booka w internetowej księgarni Publio.pl, a od 16 maja w księgarniach w całym kraju.


Cały tekst: http://wyborcza.pl/1,75477,15963003,Jak_tu_zyc_na_podsluchu__Swiatowa_premiera_ksiazki.html#ixzz32BDdV42H