piątek, 31 lipca 2015

czwartek, 30 lipca 2015

Robi wrażenie

Polski lotnik za sterami, nawet Rosjanie byli zaskoczeni.
(Polski pilot MiG-29 występował na pokazach lotniczych RIAT jakie odbyły się z końcem ubiegłego tygodnia w bazie RAF w Fairford w Wielkiej Brytanii. Polak niemal sekundę po oderwaniu się od ziemi był w stanie podnieść maszynę do pionowego lotu.)

Od Jakuba do Jakuba (Lębork - Łeba)

W tym roku na rowerową pielgrzymkę do Łeby „Od Jakuba do Jakuba” wzdłuż Pomorskiej Drogi św. Jakuba wyruszyło 33 rowerzystów.
http://www.lebork.pl/aktualnosci/leborskie-dni-jakubowe-2015-tak-bylo/




Link ożywi mapkę:
https://www.google.pl/maps/dir/%C5%81eba/L%C4%99bork/@54.6525485,17.5063284,11z/data=!3m1!4b1!4m14!4m13!1m5!1m1!1s0x46fe782ca10049cf:0x352d28eab3c67ae3!2m2!1d17.5563117!2d54.760117!1m5!1m1!1s0x46fde7f877fa61af:0xc348811fcc30e51!2m2!1d17.7532511!2d54.544642!3e2?hl=pl

środa, 29 lipca 2015

AI zagrożeniem dla ludzkości

Hawking, Musk, Wozniak i 1000 innych naukowców
boją się powstania nowego Terminatora.
"AI może być groźniejsza, niż broń atomowa"
Zdjęcie numer 1 w galerii - Hawking, Musk, Wozniak i 1000 innych naukowców boją się powstania nowego Terminatora.
Ponad 1000 ekspertów, naukowców i badaczy podpisało list otwarty, w którym apelują o zaprzestanie prac nad bronią opartą na sztucznej inteligencji. Czego boją się najpotężniejsze umysły świata?
Sztuczna inteligencja towarzyszy nam na co dzień. Spotykamy ją w zastosowaniach konsumenckich - z jej pomocą działają m.in. wirtualni asystenci w smartfonach,automatyczne rozpoznawanie zdjęć, systemy podpowiadające nam co kupić np. stosowane przez Amazon. Ze sztucznej inteligencji korzystają też służby specjalne i wojsko (algorytmy stosowane przez NSA, drony, autonomiczne systemy wykrywające intruzów takie jak SGR-1 zainstalowany na granicy koreańskiej). Intensywne prace badawcze nad nią prowadzą wszyscy giganci branży technologicznej. ZarównoGoogle, jak Microsoft i IBM mają własne systemy, które potrafią samodzielnie uczyć się nowych rzeczy i coraz bardziej zaskakują swoimi możliwościami. Wojskowe firmy, takie jak Lockheed Martin, pracują nad własnymi rozwiązaniami.
Ponad 1000 ekspertów, naukowców i badaczy, wśród nich wybitny fizyk Stephen Hawking, właściciel Tesli Elon Musk i współzałożyciel Apple Steve Wozniak, apelują o zaprzestanie prac nad sztuczną inteligencją. Mają jednak na myśli jej specyficzny aspekt - chodzi o sztuczną inteligencję związaną z zastosowaniami militarnymi.

"Broń poza kontrolą człowieka"


W liście otwartym naukowcy alarmują, że broń oparta na sztucznej inteligencji będzie "poza kontrolą człowieka".
"Tak jak większość chemików czy biologów nie ma interesu w tworzeniu broni chemicznej czy biologicznej, większość ekspertów od sztucznej inteligencji nie chce tworzyć tego rodzaju arsenału" - czytamy w dokumencie podpisanym między innymi przez Demisa Hassabisa, jednego z nadzorujących prace Google nad sztuczną inteligencją, cytowanym przez BBC.

Zabijające, autonomiczne roboty

Jaką konkretnie broń mają na myśli protestujący naukowcy? Chodzi o zautomatyzowane, autonomiczne systemy zdolne do niszczenia celów. W tej chwili funkcjonują już podobne urządzenia - wciąż jednak nie podejmują "samodzielnej" działań. Alarmują wojskowych, a decyzję o odpaleniu pocisku czy użyciu karabinu maszynowego podejmują ludzie.
Naukowcy boją się, że autonomiczna broń stanie się "Kałasznikowem jutra" - zabijające automaty sterowane sztuczną inteligencją, potencjalnie przez swoją skuteczność, mogłyby się stać najbardziej powszechną, a zatem najbardziej śmiercionośną bronią świata.

Groźniejsze, niż broń jądrowa

Sygnatariusze listu obawiają się, że "autonomiczne zabijające roboty" mogłyby być groźniejsze od broni nuklearnej. Produkcja nie wymagałaby rzadko występujących materiałów rozszczepialnych, gigantycznych funduszy, sporego zaplecza technicznego. To mogłoby sprawić, że stała by się dostępna dla wielu rządów i armii.

To już się dzieje

New York Times alarmuje, że Wielka Brytania, Izrael, a nawet Norwegia wdrażają już pociski i drony, które są w stanie przeprowadzić atak na wrogie radary, czołgi lub okręty bez bezpośredniej kontroli człowieka.
Amerykanie w zeszłym roku zaprezentowali zrobotyzowane łodzie patrolowe, które są w stanie wykonywać wiele zadań bez ludzkiej ingerencji, da się też sterować nimi zdalnie. System Control Architecture for Robotic Agent Command and Sensing (w skrócie CARACaS) ma być wkrótce na wyposażeniu amerykańskiej armii.
Zautomatyzowane roboty, wyposażone w karabiny, zainstalowano już na granicy koreańskiej.
Na nagraniu powyżej widzimy robota  podoobnego do SGR-1, stworzonego przez Samsunga. Wyposażono go w system wykrywania ludzi (reaguje na ciepło i ruch) i działo maszynowe (5,56mm) oraz granatnik.
System nie jest w stanie samodzielnie "podjąć decyzji" o zlikwidowaniu celu. Kiedy czujniki wykryją obecność wroga system powiadamia wojskowych, a ci zdalnie decydują, czy rozpocząć ostrzał.
W robota wbudowano też głośniki i mikrofon, by ostrzec intruza przed użyciem broni.
SGR-1 zostały rozmieszczone w strefie zdemilitaryzowanej - co około 5 km, na odcinku ok 350 km. Jedno urządzenie kosztuje 200 tys. dol.
Koreańczycy twierdzą, że broń nie jest tak kontrowersyjna, jak się wydaje, bo jej podstawową funkcją jest obrona. Robot strzeże konkretnych miejsc i obiektów. Zaletą robota jest też to, że pozwala chronić koreańskich żołnierzy, którzy nie muszą patrolować rewirów, na których zainstalowano SGR-1.

Terminator nie będzie robotem

Naukowcy boją się powstania nowego Terminatora. Nie będzie on jednak wizualnie przypominał robota znanego z filmowych hitów, nie będzie biegał za celem. Będzie jednak, podobnie jak filmowy "pierwowzór" równie inteligentny i autonomiczny.
Jednym z największych przeciwników niekontrolowanych prac nad sztuczną inteligencją jest profesor Stephen Hawking. W zeszłorocznym wywiadzie dla BBC stwierdził:
"Ludzie, którzy są ograniczeni powolną, biologiczną ewolucją, nie mogą konkurować ze sztuczną inteligencja i zostaną wyparci".
W swoim wcześniejszym wystąpieniu, które również opisywaliśmy, stwierdził coś jeszcze bardziej istotnego:
Potencjalnie stoimy w obliczu czegoś najlepszego lub najgorszego w historii ludzkości. Niewiele poważnych badań jest poświęconych temu zagadnieniu. [...] Każdy z nas powinien spytać sam siebie, co można zrobić, jeśli chodzi o sztuczną inteligencję, by osiągnąć korzyści, unikając niebezpieczeństw.
Elon Musk, założyciel PayPal i właściciel firmy Tesla również jest bardzo sceptyczny wobec rozwoju sztucznej inteligencji.
Mam nadzieję, że nie jesteśmy tylko biologicznym programem rozruchowym dla cyfrowej superinteligencji. Niestety wydaje się to być coraz bardziej prawdopodobne. - stwierdził komentując książkę "Superinteligencja" Nicka Bostroma.

Realne zagrożenie?

Świat powinien jak najszybciej wypracować jednolite standardy związane z bronią opartą na sztucznej inteligencji. W najbliższych dziesięciu latach systemy tego rodzaju staną się w pełni gotowe do zastosowania, a zatem komercyjnej sprzedaży. Jeśli sami nie narzucimy sobie ograniczeń "zabijające roboty" mogą stać się przerażającym arsenałem. O wiele potężniejszym niż drony, które już dziś niosą śmierć...

Pytam siebie: jak nazwać ten nowy, nadczłowieczy byt? Czy to będzie Duch Święty - czy Szatan?

Czy Kulczyk to kluczyk do skrywanych tajemnic?

     

Ile są warte tajemnice Jana Kulczyka?
Jan bez państwa

Z nagranych, a jeszcze nieujawnionych taśm, największą ciekawość budzą rozmowy Jana Kulczyka z członkami rządu. Czyżby zostały wykupione, podobnie jak nieopublikowana książka Piotra Nisztora o Kulczyku? Tak czy owak najbogatszy Polak jawi się jako ofiara trwającego od lat szantażu.

Właśnie dowiedzieliśmy się, że jednym z instrumentów szantażu miała być książka Piotra Nisztora o Doktorze Janie i jego ojcu. Nigdy się nie ukazała. To o niej na ostatnio ujawnionych przez „Wprost” podsłuchach rozmawiają dziennikarze Jan Piński i Nisztor z mecenasem Romanem Giertychem. Rozmowa przy sporej ilości wódki odbyła się w 2011 r. Giertych jawi się w niej jako osoba, która chce szantażować najbogatszych Polaków, do tego potrzebna mu kompromitująca książka Nisztora. Negocjować ma z autorem cenę kupna praw autorskich do publikacji. Pada suma 400 tys. zł. Były wicepremier wyjaśnia dziś, że transakcję zamierzał przeprowadzić dla klienta, który chciał zrobić przysługę Kulczykowi. A reszta to były tricki negocjacyjne, dostosowane do „gangsterskiej” mentalności rozmówcy.
Z podsłuchów nie dowiadujemy się, kto i czy w ogóle w rezultacie książkę wykupił. Jarosław Sroka, członek zarządu Kulczyk Inves­tments, stanowczo zaprzecza, by zapłaciła za nią firma. Przyznaje jednak, że Nisztor przysłał maila z pytaniami na temat Doktora i były one zdumiewające. Dotyczyły m.in. jego preferencji seksualnych. Podsuwa też nowy wątek – Edyty Sieczkowskiej.
To Polka, która przez pewien czas mieszkała w Dubaju i miała tam bardzo dobre kontakty z rodziną panującą. Zaproponowała Kulczykowi, że może go z szejkiem skontaktować, z czego on skwapliwie skorzystał. Jego firma zaczęła sporo w Emiratach inwestować w nieruchomości. Strony jednak nie doszły do porozumienia w kwestii wynagrodzenia dla Sieczkowskiej. Ona uważała, że należy jej się prowizja od zawieranych transakcji, i oceniła ją na ok. 8 mln zł, Kulczyk gotów był na sumę rzędu kilkudziesięciu tysięcy dolarów. Sprawa trafiła do sądu, a Sieczkowska do Nisztora. Jej opowieści o Kulczyku mają stanowić część książki Nisztora. Niestety, on także miał się nie wywiązać z obiecanej za informacje gratyfikacji. Więc Sieczkowska dochodzi swoich racji w sądzie.
Z powodu Jana Kulczyka nasz wymiar sprawiedliwości będzie miał sporo roboty. Po publikacji ostatnich podsłuchów pozew przeciwko „Wprost” zapowiedział także Roman Giertych. Atmosfera wokół najbogatszego Polaka gęstnieje. Wątki poboczne wzmagają ciekawość, co musi być na podsłuchach z rozmów samego Kulczyka. I co się z nimi dzieje? Niekwestionowanym przebojem byłyby rozmowy biznesmena z Donaldem Tuskiem.
W otoczeniu premiera trwa gorączkowe liczenie, ile razy Donald Tusk spotkał się z Doktorem. Wychodzi na to, że pięć albo sześć. Ale zawsze w większym oficjalnym gronie. Nigdy, mimo usilnych zabiegów najbogatszego Polaka, nie doszło do spotkania w cztery oczy. Premier, tak krytykowany za to, że nie rozmawia z biznesem, dzisiaj z pewnością tego nie żałuje. Jego na żadnych taśmach z Kulczykiem być nie powinno. Zwłaszcza że po knajpach także nie chodzi. Podobnie jak Doktor, który Sowy&Przyjaciół nie odwiedzał. Jeśli już kogoś zapraszał, to raczej do Pałacu Sobańskich i to do dyskretnego gabinetu na pierwszym piętrze, gdzie zwykł przyjmować gości Jan Wejchert. W gronie ­zapraszanych przez Doktora znaleźli się m.in. Krzysztof Kwiatkowski, prezes NIK, Paweł Graś, sekretarz generalny PO, oraz Andrzej Biernat, minister sportu, a także Paweł Tamborski jeszcze jako wiceminister skarbu. Całkiem sporo osób, jak na rząd mający opinię takiego, który z biznesem nie rozmawia.
Ekipa Kulczyk Investments, odpowiedzialna za bezpieczeństwo szefa, o tym, że „kelnerskie” taśmy krążą po Warszawie, wiedziała pięć dni przedtem, zanim zostały upublicznione. Najwyraźniej firma najbogatszego Polaka zatrudnia lepszych fachowców niż rząd. Ci sami fachowcy tłumaczą też dlaczego nie stosowali tak zwanych walizek antypodsłuchowych. – Już po 40 minutach goście zaczynają się źle czuć, boli ich głowa – mówią. Zresztą, w przypadku wizyt w siedzibie Polskiej Rady Biznesu o dodatkowych środkach ostrożności nie myślano. Było oczywiste, że to sprawa prowadzącej restauracyjny biznes w pałacu Agaty Wejchert-Dworniak, córki Jana Wejcherta, który traktował obowiązek dyskrecji bardzo poważnie. Ojcowie założyciele PRB mają teraz wiele pretensji do właścicielki. Biznesmeni odwołują rezerwacje w Amber Room, interes kręci się coraz marniej. Ceny kalkulowane były przecież tak, jakby wszyscy goście płacili służbowymi kartami. A amatorów na drogie posiłki, za które zapłacić trzeba własnymi pieniędzmi, nie ma w Warszawie wielu.

Wizje i prowizje

– Kiedy na korytarzach jakiejś władzy pojawia się Kulczyk, to ta władza jest już skończona– uważa Wiesław Kaczmarek, minister skarbu w rządzie Leszka Millera. To jego premier pytał: „Wiesiu, dlaczego nie chcesz sprzedać Jankowi G8?” (chodziło o osiem spółek energetycznych, które chciał kupić Jan Kulczyk). To na niego, w rewanżu, najbogatszy polski biznesmen rzucił podejrzenie, że wziął 5 mln dol. łapówki od rosyjskiego Lukoilu za obiecanie pomocy w sprzedaży Rafinerii Gdańskiej (dziś – Grupa Lotos). Rząd Millera wywrócił się na aferze Rywina, a osinowym kołkiem w jego dobiciu okazała się komisja śledcza badająca sprawę zatrzymania ówczesnego prezesa PKN Orlen Andrzeja Modrzejewskiego. Czarnym bohaterem „komisji orlenowskiej” został Jan Kulczyk.
Wyszły bowiem na światło dzienne informacje, które lewicowemu rządowi splendoru nie przysparzały. Że to nie rząd, ale biznesmen prowadził de facto politykę energetyczną Polski. Miał pełnię władzy nad Orlenem, mając zaledwie 6 proc. udziałów firmy, choć pakiet kontrolny (przy rozproszonym akcjonariacie wystarczało 27 proc.) znajdował się w rękach państwa. Wizjoner Jan na spotkaniach w Kancelarii Premiera, na których obecny był także prezydent Aleksander Kwaśniewski, snuł plany połączenia Orlenu z Lotosem, a potem stworzenia koncernu środkowoeuropejskiego po fuzji polskiej firmy z węgierskim MOL i austriackim OMV. (Jeszcze wtedy nie nazywał go narodowym czempionem, dziś, przejmując retorykę obecnego rządu, mówi tak o świeżo zakupionym Ciechu).
 Wizja Wielkiego Orlenu byłaby piękna, gdyby nie zapachniała zdradą. Okazało się, że Jan Kulczyk, w dodatku w towarzystwie dwóch podejrzanych o związki ze służbami specjalnymi biznesmenów (mieli stanowić część tak zwanego układu wiedeńskiego) – Kuny i Żagla – jeździł do Wiednia na spotkanie ze słynnym rosyjskim szpiegiem Ałganowem. Tłumaczenia Doktora Jana, że nie znał wcześniej nazwiska swego rozmówcy i myślał, że będzie nim rosyjski wiceminister od spraw energii, nie brzmiały wiarygodnie.
Kulczyk znany jest bowiem z tego, że się do swoich spotkań przygotowuje starannie. Usiłuje jak najwięcej dowiedzieć się o partnerze, a nawet jego rodzinie. Pomaga mu to potem rozmówcę uwodzić. Przesłać żonie kwiaty w ulubionym kolorze, napomknąć, że ma podobne hobby itp. Polskich polityków najchętniej obdarowywał krawatami Versace. Wiesław Kaczmarek ma ich kilka. Paweł Graś ostatnio chodzi bez krawata.
Wiedeński obiad Kulczyka z Ałganowem jak ulał pasował do teorii, że biznesmen zamierzał zintegrowany przez siebie polski sektor paliwowy sprzedać Rosjanom. Nigdy wprawdzie ta hipoteza nie została udowodniona, ale czarna legenda snuje się za nim do tej pory. To z jej powodu po objęciu władzy przez PiS, LPR i Samoobronę Kulczyk sprzedał swoje udziały w polskich firmach i przeniósł interesy za granicę. Ta czarna legenda została przypomniana, kiedy – już za rządów PO-PSL – postanowił z banicji wrócić i znów zacząć robić interesy w kraju. Tak jak zwykł to czynić wcześniej, czyli przez udział w prywatyzacji.
Doktor, po odbyciu londyńskiej kwarantanny, stanął do przetargu o poznańską firmę energetyczną Enea. Bo Jan Kulczyk najlepiej czuje się w energetyce, czyli tam, gdzie państwo ciągle do powiedzenia ma najwięcej. I choć dawał za poznańską firmę najlepszą cenę, ówczesny minister Aleksander Grad podał Kulczykowi czarną polewkę. Bał się, że biznesmen znów zastosuje swój stary patent i odsprzeda firmę inwestorowi zagranicznemu, inkasując słoną prowizję. Prywatyzację Enei wstrzymano.
Ciekawość podsłuchanych i nielegalnie nagranych rozmów Kulczyka z Pawłem Grasiem i wiceministrem Pawłem Tamborskim wynika więc z pytania, co się stało, że obecny minister skarbu Włodzimierz Karpiński strachu swojego partyjnego kolegi już nie podzielił i jednak sprzedał Janowi Kulczykowi jedną z ostatnich już narodowych pereł, wielką chemiczną grupę Ciech? Umowę podpisano 4 czerwca, 25 lat po odzyskaniu wolności. W jaki sposób biznesmen przekonywał polityków? Jakich argumentów używał? To, że biznesmen zapłacił za posiadany przez państwo pakiet 620 mln zł, czyli cenę, jakiej nie chciał dać żaden z jego konkurentów (ani Czech Zdenek Bakala, ani Michał Sołowow), nie do wszystkich przemawia. Za Eneę też dawał dobrą cenę. Łatwo insynuować, że może kryć się za tym jakiś deal.
Wracają spekulacje, że Kulczyk znów okaże się tylko pośrednikiem i sprzeda nasz narodowy chemiczny koncern Rosjanom. Tak jak wcześniej to Kulczyk zaszkodził politykom, tak teraz oni szkodzą jemu. Wizję odsprzedaży Ciechu Rosjanom, chętnie przedstawianą przez prawicową prasę, uprawdopodobniać ma fakt, że biznesmen zatrudnia Aleksandra Kwaśniewskiego. Były prezydent usiłował przecież lobbować za sprzedażą tarnowskich Azotów Wiaczesławowi Kantorowi, oligarsze rosyjskiemu kontrolującemu koncern Acron. Czyżby robił to bez porozumienia z chlebodawcą?
Wprawdzie rząd się tej transakcji sprzeciwił, ale Kantor nie zrezygnował. Nadal skupuje akcje Azotów na giełdzie i jego pakiet przekroczył już 20 proc., co uprawnia do wskazania własnego człowieka do rady nadzorczej. Uzyska dzięki temu wgląd w strategiczne dokumenty, a podejmowane przez rząd zabezpieczenia przed wrogim przejęciem z czasem mogą okazać się nieskuteczne. To dzisiaj wielki ból głowy nie tylko ministra skarbu, ale całego rządu. Czarne wizje układają się bowiem w wielką całościową układankę: Rosjanie przejmą kawał polskiego przemysłu.
Rząd niewiele zrobił, żeby ten scenariusz uniemożliwić. Nie miał wizji. – Zamiast sprzedawać Kulczykowi pakiet państwa w Ciechu, trzeba go było wnieść do Azotów. Wtedy udział państwa w Azotach byłby tak duży, że przejęcie ich przez Kantora stałoby się niemożliwe – podpowiada, chociaż za późno, Wiesław Kaczmarek. Łatwo radzić, kiedy dziurawy budżet tak tych 620 mln potrzebował.

Wnyki i uniki

Spekulację o ewentualnej odsprzedaży Ciechu rosyjskiemu oligarsze łatwo też podbudować dodatkowymi poszlakami. Trzymając się insynuacyjnej konwencji – nie muszą nic znaczyć, ale mogą. Wiaczesław Mosze Kantor jest przewodniczącym Europejskiego Kongresu Żydowskiego, a także współtwórcą Europejskiej Rady ds. Tolerancji i Pojednania, na której czele stoi Aleksander Kwaśniewski. Jan Kulczyk podarował 20 mln na budowę Muzeum Historii Żydów w Warszawie. Gdyby w nieujawnionej ciągle rozmowie biznesmena z wiceministrem Tamborskim znaleźć coś, co świadczyłoby o jakiejś wymianie świadczeń, polityczny potencjał takiej taśmy byłby nieoceniony. Ale jej nieujawnienie może się okazać jeszcze cenniejsze. Pozwala bowiem na dalsze snucie najbardziej nieprawdopodobnych scenariuszy.
Niezłym paliwem jest fakt, że Tamborski jest znaną osobą na rynku kapitałowym i dobrze zna wszystkich wielkich graczy, Kulczyka także. To ich interesy, jako bankier inwestycyjny, reprezentował w rozmowach z państwem. Jako wiceminister skarbu to on stał się państwem. Czy jednak byli chlebodawcy zrezygnowali z protekcyjnego tonu wobec człowieka, któremu kiedyś płacili za usługi? Dostrzegli, że wzajemne relacje się zmieniły? Ciekawość podsłuchanych rozmów wynika też z pytania, czy aby wiceministrowi te role się nie pomyliły? Sam Tamborski, wybrany właśnie na prezesa Giełdy Papierów Wartościowych (GPW), nie chce na ten temat rozmawiać.
Politycy boją się Kulczyka także z tego powodu, że nie lubią go ich wyborcy. Wielu doskonale pamięta nie tyle wizje biznesmena, którymi czarował władzę, ile jego prowizje, czyli najlepsze transakcje biznesmena z państwem. A złych nie robił. Za udziały w Erze (jej właścicielem był wtedy kontrolowany przez państwo Elektrim) Doktor zapłacił symboliczne 16 mln zł. Po trzech latach sprzedał je za 825 mln zł. Złoty strzał. Inne nie były gorsze. Poznańskie browary Lech kupił za 20 mln zł. Potem sprzedał je południowoafrykańskiej firmie SAB Miller, zachowując część akcji dla siebie. Jego obecny pakiet w SAB wart jest około 7 mld zł. Spekulacje na temat odsprzedaży Ciechu dobrze się w te rachunki wpisują.
Wizje Doktora charakteryzują się rozmachem. Mają o wiele większy zasięg niż jego firmy. Chociaż majątek Jana Kulczyka oceniany jest na 9 mld zł, to niezbędnym elementem jego ambitnych planów ciągle musiałoby być państwo. I w tym kłopot, bo od wybuchu afery Rywina politycy o wizjach Kulczyka słuchać nie chcą. Zwłaszcza Donald Tusk. Ostatnie kilka lat polskiej aktywności biznesmena polegało na nieustannych próbach znalezienia kanału dotarcia do premiera.
Wydawało się, że może w tym być pomocny Radosław Sikorski. Jako minister spraw zagranicznych rozmawiał z Doktorem o jego afrykańskich biznesowych sukcesach. Biznesmen przekonywał, że mogą stać się sukcesami Polski. Pod warunkiem że największe polskie firmy, kontrolowane przez państwo, zdecydują się tam zainwestować spore pieniądze i realizować biznesowe podpowiedzi Doktora. Widoczne poparcie rządzących polityków wzmocniłoby też pozycję handlową Jana Kulczyka, zwłaszcza w Afryce.
Sukces wydawał się w zasięgu ręki. Premiera udało się namówić do pierwszej od 1989 r. wizyty w subsaharyjskiej części Afryki. Najlepszym przewodnikiem wydawał się Doktor Jan. Nic z tego jednak nie wyszło. Donalda Tuska do bezpośredniej rozmowy z Janem Kulczykiem przekonać się nie dało.
Już, już można było sądzić, że dojdzie do niej w kraju. Premier, atakowany za trzymanie zbyt dużego dystansu do biznesu, zdecydował się przed kilkoma miesiącami uczestniczyć w gali wręczania nagród imienia Jana Wejcherta, przyznawanych przez Polską Radę Biznesu. Wymarzona okazja do nieformalnej rozmowy. Ale od razu po uroczystości Donald Tusk piękne wnętrza Ufficio Primo w Warszawie (budynek jest własnością firmy Jana Kulczyka) opuścił. Żadnej taśmy ze spotkania, do którego nie doszło, być nie może.
Kolejną wizję, tym razem pomocy Doktora w przyłączaniu Ukrainy do europejskiego systemu energetycznego, udało się więc zaprezentować tylko Pawłowi Grasiowi, który z zaproszenia do Pałacu Sobańskich skorzystał. Temu, wedle zapewnień najbliższego otoczenia Jana Kulczyka, poświęcona była jedna z nieujawnionych taśm.
Chodzi o to, że Ukraina ma około 20-proc. nadwyżkę prądu, a Polsce może go wkrótce zabraknąć. Doktor chciałby go kupować i sprzedawać w kraju, tak jak w latach 90. planował importowany prąd rosyjski z dodatkiem polskiego eksportować do Niemiec. Jak zawsze stara się wpisać w politykę rządu. – Chciałby wiedzieć, jakie jest zdanie premiera na ten temat. A poza tym w przedsięwzięcie musiałyby się zaangażować państwowe Polskie Sieci Elektroenergetyczne – mówią wtajemniczeni.
Wizja energetycznej współpracy z Ukrainą z pewnością nie mogła się podobać Rosjanom. Trop rosyjski (rozważany przez prawicową prasę), który sugeruje, że afera podsłuchowa tak naprawdę mogła być wymierzona w Jana Kulczyka, jest biznesmenowi na rękę. Według tej teorii narazić się miał nie tylko w sprawie Ukrainy. Nadepnął bowiem na odcisk wielkiemu oligarsze rosyjskiemu Olegowi Deripasce. Kiedy firma Ophir Energy (bardziej znaczącymi od Jana Kulczyka jej akcjonariuszami są m.in. Lakshmi Mittal czy południowoafrykański miliarder Mosima Gabriel Sexwale) od syna prezydenta Gwinei otrzymała koncesję na eksploatację złóż aluminium, Deripaska miał się wściec. To on bowiem wcześniej kontrolował tamtejsze zasoby tego surowca. Polskie taśmy miałyby więc być zemstą rosyjskiego oligarchy za naruszenie jego afrykańskich interesów...
Najbliżsi współpracownicy Doktora zastanawiają się, jakie punkty krytyczne mogą znajdować się w jego rozmowie z Grasiem. Jeśli nawet rozmawiali o afrykańskich interesach Kulczyka, to polskich polityków one nie kompromitują. Wulgaryzmów raczej także nie ma. Miną może się okazać co innego: sposób gawędziarskiej narracji Doktora, który może sugerować, że z kimś ważnym jest o wiele bliżej niż w rzeczywistości. Krótko mówiąc sugestia, iż jest z premierem po imieniu, mogłaby Tuska wkurzyć, a wyborców jeszcze bardziej.
Ze skromniejszych wizji Doktora (o których mógł rozmawiać), mających poprawić bezpieczeństwo energetyczne naszego kraju, na razie niedużo wychodzi. Budowa przez jego firmę elektrowni węglowej w okolicy Pelplina pozostaje w planach. A plany budowy kopalni węgla sprzedano Niemcom. Sfinalizowano tylko zakup elektrociepłowni w Nowej Sarzynie, potrzebnej Ciechowi.

Sportowa żyłka

Miejscem, gdzie wielcy biznesmeni mają okazję dyskretnie porozmawiać z władzą, jest od dłuższego czasu Teatr Wielki. Jan Kulczyk ma tu własną lożę, a jego przyjaciel Waldemar Dąbrowski pełni funkcję dyrektora. W czasie antraktów w dyskretnym saloniku rządowym, przy winie lub whisky, biznes i władza mogą ze sobą nawiązać kontakty. Zaprosić się na bardziej kameralną kolację. Problem w tym, że Donald Tusk w Operze też nie bywa. Ten kanał dojścia do premiera jest więc niedrożny.
Podczas majowej premiery „Don Kichota” Janowi Kulczykowi udało się natomiast ustrzelić Krzysztofa Kwiatkowskiego, prezesa Najwyższej Izby Kontroli. Umówili się na spotkanie w Pałacu Sobańskich, na którym biznesmen miał poinformować „o istotnych nieprawidłowościach”. To kolejna podsłuchana rozmowa, która w każdej chwili może zostać upubliczniona. Ma dość marny potencjał polityczny, ale może się okazać smakowita dla publiczności. Dotyczy bowiem tajemniczych esemesów, jakie otrzymało już co najmniej kilkanaście osób zaprzyjaźnionych z Janem Kulczykiem. Są wulgarne, dotyczą Doktora i jego asystentki, wymienianej z nazwiska. Dowodzą raczej silnych emocji nadawcy, niż kompromitują osoby opisywane. Mogą jednak przyjaciół Doktora Jana irytować. Stąd prośba do Kwiatkowskiego, raczej jako byłego ministra sprawiedliwości, o wskazanie osoby, która pomogłaby ten problem rozwiązać. W Kulczyk Investments podejrzewa się, że autorem insynua­cji jest ktoś, kto pracował w firmie Doktora, zajmującej się nieruchomościami, i został zwolniony. Krzysztof Kwiatkowski zamiast przyjacielskiej porady sporządził notatkę służbową, w której informuje, że NIK nie może kontrolować firm prywatnych. Zawiodła kolejna osoba.
Nie zawiódł Andrzej Biernat, minister sportu i bohater kolejnych podsłuchanych rozmów z Janem Kulczykiem. Odkąd został ministrem, kontaktuje się z biznesmenem regularnie. Jan Kulczyk jest bowiem przewodniczącym Rady Patronów Polskiego Komitetu Olimpijskiego, a jego córka Dominika Kulczyk-Lubomirska została nawet wiceprezeską PKOl, podobnie jak Irena Szewińska.
Doktor postanowił wystąpić w roli dobroczyńcy olimpijczyków, gdy przed dwoma laty okazało się, że brakuje pieniędzy na wyjazd polskiej ekipy na igrzyska w Londynie. To wtedy wsparł PKOl sumą 30 mln zł. Miejsce dla Dominiki, reprezentującej w komitecie Polski Związek Piłki Ręcznej, przemianowany na Związek Piłki Ręcznej w Polsce (ze względu na niezbyt zręczny skrót), wydawało się naturalną konsekwencją hojności ojca.
Na pieniądzach się jednak nie skończyło. Ponieważ Doktor uważa, że sport to nasze dobro narodowe, do problemu jego finansowania podszedł poważnie. Z pomocą Waldemara Dąbrowskiego przygotowano cały pakiet rekomendacji. Andrzej Biernat doszedł do wniosku, że koniecznie trzeba je przedstawić premierowi.
Do spotkania Donalda Tuska z Janem Kulczykiem, jako przewodniczącym Rady Patronów PKOl, w towarzystwie ministra sportu oraz szefa komitetu Andrzeja Kraśnickiego, doszło 6 czerwca tego roku w Kancelarii Premiera. W firmie pamiętają datę, ponieważ z tego powodu Doktor zrezygnował z wyjazdu na Global Forum we Wrocławiu. Mimo wdzięczności za okazaną sportowi pomoc premier nie znalazł jednak czasu na rozmowę w cztery oczy.
Na podsłuchanych taśmach zapewne są omawiane wspomniane rekomendacje. Brzmi nieciekawie, dopóki się nie wczytać. Spośród sposobów zapewniających sportowi większy dopływ pieniędzy autorzy zalecają złagodzenie zakazu reklamy alkoholu niskoprocentowego (a więc piwa) oraz zmiany w ustawie o grach hazardowych. Nowy, politycznie ciekawy trop.
Taśmy z rozmów Jana Kulczyka mogą narobić sporo kłopotów rządowi, jeśli zostaną ujawnione. Ale także, gdy pozostaną nieznane i można będzie o ich zawartości dowolnie spekulować. Ale ponieważ politycznie są dużo warte, raczej nie ma takiego sposobu (ani ceny), żeby zniknęły na zawsze. Jeśli zaś są tam ślady finansowo-politycznego dealu przegrana Platformy w wyborach parlamentarnych będzie prawdopodobna. Dla Jana Kulczyka oznaczałoby to, podobnie jak przed dziesięcioma laty, konieczność zwinięcia interesów w Polsce. Musiałby więc także sprzedać Ciech.
I wtedy może zrealizować się wizja najbardziej czarna – polska chemia naprawdę trafi w ręce Rosjan. Układ się domknie.

czytaj też:
http://www.krytykapolityczna.pl/artykuly/opinie/20150808/majmurek-dobry-doktor-idzie-do-nieba


Morze i góry - czyli Hiszpania




wtorek, 28 lipca 2015

poniedziałek, 27 lipca 2015

Czyściec Europy

Żyjemy w czasach, w których wierzyć jest czymś niemodnym, ludzie się z tego śmieją, wyszydzają, ale życie to coś więcej niż podróże. Camino na początku miało być projektem podróżniczo-intelektualnym, ale niezależnie od moich intencji stało się świadectwem wiary. Broniłem się, gdy mówiono, że stanę się pielgrzymem. Potem przestałem się bronić.
Tak mówi Marek Kamiński - 51 lat. Podróżnik, przedsiębiorca, z wykształcenia filozof. Jako pierwszy bez pomocy zdobył w jednym roku oba bieguny Ziemi (1995). Wziął udział w wyprawie do źródeł Amazonki. Ma żonę, dwójkę dzieci, firmę - wyposażenie łazienek. W różnym stopniu mówi kilkoma językami. 16 marca wyruszył spod grobu Immanuela Kanta w Kaliningradzie do grobu św. Jakuba w Santiago de Compostela. W 119 dni przeszedł ponad cztery tysiące kilometrów przez sześć krajów. Pielgrzymkę nazwał "trzecim biegunem'', którym ma być Santiago - biegun wiary, stojący w opozycji do bieguna rozumu, który symbolicznie umiejscowił w Kaliningradzie. Szedł po Camino - Drodze św. Jakuba, jednym z najważniejszych szlaków pielgrzymkowych świata. 
MAREK KAMIŃSKI: Po miesiącu przestałem myśleć.
DOMINIK SZCZEPAŃSKI: O czym?
- O wszystkim. Byłem tylko tu i teraz. Inaczej nie przeszedłbym tej drogi. Po miesiącu bolało mnie całe ciało. Mówiło, żeby już dać sobie spokój. Nie byłem w stanie nawet spać. Gdy zasypiałem nad ranem, zaraz trzeba było ruszać dalej. Szaleństwo.
Na biegunach było łatwiej?
- Wcześniejsze wyprawy były bardziej rozumowe. Trwały miesiąc, dwa, tyle, ile człowiek może wytrzymać. Teraz przez cztery miesiące szedłem dziennie po 40-50 kilometrów.
Jak się pan przekonywał, żeby wstać i iść?
- Rozum zostawiłem przy grobie Kanta. Codziennie wstawałem około 6.30. Wychodziłem po siódmej. Po drodze kawę zagryzałem rogalikiem. Na początku nie czułem głodu, więc jadłem rano i wieczorem. Piłem dużo wody, do której wrzucałem magnez i potas. Organizm wyczerpał się we Francji, wtedy zacząłem jeść też w ciągu dnia. Kładłem się o 21-22, czasami później, gdy wciągała mnie rozmowa.
O czym się rozmawia na Camino?
- Kiedyś w Meksyku usłyszałem słowa, których używali Majowie: "Ty to jesteś drugi ja". Podczas drogi poznałem setki osób i w wielu odnajdywałem siebie. Spotykaliśmy się na pół dnia, a oni mówili mi o najtrudniejszych sprawach. Na co dzień chcemy być silni i wspaniali. Udajemy kogoś innego. Pół dnia potrzebowała pewna dziewczyna, żeby mi opowiedzieć, jak dwa razy poroniła i zostawił ją chłopak. Pascal mieszka w Londynie. Jego matka przewędrowała z armią Andersa przez Iran. Tam poznała męża, Irańczyka. Po 40 latach do ich drzwi zapukał jej mąż z Polski. Na Camino w ciągu dziesięciu minut opowiadasz innym historię życia i w kolejnych dziesięciu słyszysz czyjąś historię.
To nie ekshibicjonizm?
- Nie wiem, dlaczego tam się tak otwieramy. To jak wyładowanie elektryczne. Trzask-prask i następuje wymiana energii. Nie wyobrażam sobie, jak miałbym podejść do kogoś w Warszawie albo w Nowym Jorku i zapytać: kim jesteś i dokąd idziesz? Na Camino to normalne.
To tylko wymiana opowieści? Są też pytania?
- Pascal zapytał, czy jestem tutaj, bo czuję się czegoś winny. Trudno spotkać na Camino kogoś, kto nie miałby jakiegoś kłopotu. Uświadomił mi to Danny. Ma 69 lat, trzy razy przeszedł Drogę św. Jakuba, teraz szedł z Londynu. Gdyby nie wypił dwóch kaw więcej, a ja nie skręciłbym do supermarketu, pewnie byśmy na siebie nie trafili. Ale co ja mówię, na Camino nie ma przypadków! Ale o tym za chwilę. Danny powiedział, że ci, którzy żyją sobie normalnie, tak naprawdę często ukrywają problem głęboko w sobie. "Nie masz problemu? No to dopiero masz problem!". Danny nie wierzy w Boga.
Co robią ateiści na Camino? 
- To, co wierzący. Szukają czegoś. Może siebie.
A może Boga?
- Żona powiedziała Danny'emu, żeby nie rozmawiał tyle z Polakami, bo jeszcze uwierzy (śmiech). Jego dzieci mieszkają w Australii, ona w Anglii. Mama Danny'ego była Cyganką, ojciec Żydem. Obydwa narody mają wędrówkę wpisaną w swoje losy. Ateiści na Camino wchodzą do świątyń. Mają dosyć sztucznego świata, pogoni za nie wiadomo czym. Ta droga jest starsza niż chrześcijaństwo, chodzili tędy Celtowie. Nikt nie pyta, czy jesteś wierzący. Nikogo nie oburza widok Japończyka czy Araba. Jesteś człowiekiem i szukasz czegoś, co jest prawdziwe.
Czyli czego?
- Duchową pustynię odkryłem, obserwując samochody. Dla pielgrzyma każda minuta jest ważna, bo wkłada w nią siłę nóg. Ludzie w samochodach pędzą do czegoś, co może nigdy nie nastąpić. W ten sposób zabijamy czas i doprowadzamy do tego, że nas nie ma. Na kamieniu w Burgos jest napis: "Rodzimy się, by się uczyć. Uczymy się, żeby pracować. Pracujemy, żeby umrzeć. Jesteśmy martwi od urodzenia". Ciągle na coś czekamy. Cały czas coś robimy, żeby później naprawdę żyć. Mamy mieć wykształcenie, żeby mieć dobrą pracę i emeryturę. Mnie zawsze chodziło o to, żeby pójść dalej. Jak byłem polarnikiem, to chciałem zostać pisarzem. A teraz jestem pielgrzymem.
Czym jest ta duchowa pustynia?
- Myślałem, że zaczyna się za granicą Polski, ale mam wątpliwości. U nas kościoły są pełne, ale trudno mi osądzić, jaki to rodzaj duchowości. Nie ma chrześcijańskiej Europy. Jest pustynia. Są symbole chrześcijaństwa, ale nie ma ducha. Camino to enklawa. Poza garstką ludzi na mszach i turystami w Notre Dame w ciągu dnia nie spotkałem we Francji nikogo w kościele. W Niemczech ludzie pielęgnują trawniki, przyozdabiają domy, ale one też w środku są puste, bo ich właściciele całymi dniami robią coś na pokaz. W Belgii kościoły są zamknięte, nie można nawet do nich wejść.
Dlaczego pan wyruszył na Camino?
- Odpowiem tak, jak mi najczęściej tłumaczyli ludzie na Camino. Droga mnie zawołała. Przyciągnęła jak magnes opiłki żelaza. Pierwszy raz pomyślałem o niej dziesięć lat temu. Potem czytałem książki o Camino, oglądałem filmy, ale one były tylko potwierdzeniem wewnętrznego wyboru. Polecam każdemu, żeby się przeszedł Camino. Może nie 4000 km, ale 800. Nawet 200 wystarczy. Ta droga zmienia, ale też łatwo się na niej zagubić. Camino wciąga i zdarza się, że pielgrzymi zostają w Finisterre, czyli w miejscu za Santiago, które było kiedyś uważane za koniec świata. Zostają na rok, dwa lata, czasem na całe życie. Niektórzy pracują, inni są bezdomnymi, żebrakami. Gdy czytałem o Camino, myślałem, że ludzie sobie to wszystko wymyślają.
Co?
- Np. małe cuda. Marzymy o szklance wody, a po chwili na szlaku znajdujemy butelkę. Miejsca, gdzie można coś zjeść, we Francji są otwarte do 14. Potem trzeba czekać do wieczora. Kupiłem puszki. Ale nie miałem łyżeczki. Ciągle zapominałem zapytać w kawiarniach, czy nie mógłbym jednej odkupić. Była też pokusa, żeby zostawić euro więcej i po prostu zabrać. I w końcu znalazłem łyżeczkę. Leżała na szlaku.
Zawsze był pan wierny rozumowi, a teraz mówi pan o małych cudach?
- Studiowałem matematykę, fizykę, biologię, myślałem, że mózgiem obejmę wszystko. Temat cudów był mi kompletnie obcy, ale muszę dać świadectwo, że na Camino małe cuda mi się przytrafiały. Rozmawiałem o kulcie Matki Boskiej Fatimskiej i trafiłem na jej figurkę - jedną jedyną na całej drodze. Takich zbiegów okoliczności miałem mnóstwo.
Po latach zbliżył się pan do chrześcijaństwa? Mógł pan wybrać coś innego, np. buddyzm.
- Gdy zacząłem medytować, myślałem, że w końcu znalazłem to, czego szukałem. Spędziłem miesiąc w klasztorze zen w San Francisco, ale czegoś mi brakowało. Myślę, że Jan Paweł II miał rację, mówiąc, że tam, gdzie kończy się droga zen i medytacja pustki, zaczyna się chrześcijaństwo i kontemplacja Boga. W medytacji brakowało mi czyjejś obecności. To ironia, że przez zen doszedłem do chrześcijaństwa, którego nie rozumiałem przez 50 lat. Nie rozumiałem, dlaczego wszystkie chrześcijańskie rytuały są puste, mechaniczne.
Brakuje w nich objaśnienia?
- We Francji spotkałem kobietę, która powiedziała, że mój anioł stróż musi być bardzo zmęczony, bo tyle razy wyciągał mnie z opresji. Chwilę później trafiłem do ruin kościoła. W środku znalazłem płytę nagrobną Yula Brynnera. To jeden z moich ulubionych aktorów, grał w "Siedmiu wspaniałych". A po chwili jeszcze większe zaskoczenie: dwumetrowy portret Michała Archanioła. Hebrajskie "mikha'el" znaczy "kto, jeśli nie Bóg?". Na Camino istnieje bardzo silny jego kult i zastanawiam się, skąd ludzie to wszystko wiedzą, skoro nikt im tego nie tłumaczy. Bardzo zbliżyłem się do Boga, gdy zrozumiałem treść słów, sprawdziłem, co się za nimi kryje. Poczułem też jego obecność. Ale musiałem to zrobić sam. Podobno wiara jest darem, ale myślę, że trzeba wykonać jednak jakiś wysiłek.
To nie pasuje do naszych czasów. Chcemy, żeby wszystko było podane i wygodne.
- Dlatego ta droga jest trochę zaprzeczeniem naszej cywilizacji. Idziemy bez celu materialnego, czyli z perspektywy dzisiejszego świata to nie ma sensu. To nie jest droga dla odważnych, tylko dla pokornych. Chowamy swoje ja. Camino nazywane jest też drogą szaleńców, bo niby po co przejść nawet te 800 km jej głównym nurtem? A mimo to przyciąga ludzi, bo tam nie muszą nikogo udawać. Na co dzień ścieramy wiarę z rozumem i rozum wygrywa, ale na Camino przegrał. Przez miesiąc był dla mnie może trochę ważny, ale to wierze zawdzięczam to, że doszedłem.
Dlaczego nie poszedł pan w drugim kierunku - od bieguna wiary do bieguna rozumu?
- Bo rozum jest bardzo ograniczony, a wiara nie. Rozum produkuje różne konstrukcje, Nietzsche czy Kant to wybitne umysły, ale układali tylko coś w rodzaju lego. Kiedyś wydawało mi się to najważniejsze, teraz sądzę, że życie jest czymś bogatszym niż rozum, powody, które wydają się ważne ze względu na ich praktyczność. Podczas drogi miałem sen. Ktoś przystawił mi pistolet do głowy. Zaraz miałem umrzeć. Myślałem o dzieciach, szkoda, że ich już nie zobaczę. Ale ostatnia myśl była taka, że wrócę do Boga, i przestałem się bać. Obudziłem się. Instynkt kieruje nami, żebyśmy nie zginęli. Stąd strach przed śmiercią. Ale w tym śnie nie zwątpiłem. Ale był moment, że dalsza pielgrzymka była zagrożona.
Przez pięć dni pan odpoczywał.
- Gdybym szedł 800 km, pewnie kryzysu by nie było. Ale po 1500 km, gdy do przejścia jeszcze 2500, to wszystko wydaje się abstrakcją. Pierwszego pielgrzyma spotkałem po 2500 km, w dodatku na rowerze. Gdy idzie się tak długo, to cel jest poza horyzontem, a ciało boli coraz bardziej. Może bez tego kryzysu nie przeszedłbym tej drogi? Kiedyś opowiem o tym więcej.
A opowie pan o samotności?
- Była gorsza niż na Antarktydzie. Na biegunach pustka jest absolutna. Tutaj znów ją poczułem, tyle że wśród ludzi. Gdy wyszedłem z Polski, stałem się nikim. Utraciłem tożsamość, jakby ktoś mnie wymazał.
I jak pan się wtedy przedstawiał?
- Mówiłem, że jestem pisarzem.
Dlaczego nie podróżnikiem, polarnikiem?
- Bieguny to zdobywanie świata dla siebie. A teraz wiem, że człowiek jest tym, co daje innym. Pod koniec Camino młoda Amerykanka poczęstowała mnie kawałkiem czekolady - mały gest, a pomaga poruszyć nogami. Zapytała, kim jestem. Gdy zacząłem wymieniać, pomyślałem, że lista rzeczy, które zrobiłem, jest absurdalna. Lista osiągnięć jak parametry samochodu. Byłem na biegunie, i co z tego? Na koniec powiedziałem jej, że jedyne, co ważne w życiu, to miłość. Po 2000 km człowiek może zweryfikować, co ważne. Ta pielgrzymka była starciem ego na miazgę.
I podróżą w czasie. Po drodze odnajdywał pan osoby, które kiedyś pojawiały się w pana życiu. 
- Marion von Dönhoff w 1944 r. pomagała w organizacji zamachu na Hitlera, a rok później uciekła konno spod Królewca do Hamburga przed Armią Czerwoną. Została wydawcą magazynu "Zeit". I tam ją poznałem, bo podczas studiów dorabiałem w jej ogrodzie. Zapraszała mnie na kawę i ciastka. Pytała o Gdańsk i o to, jak się żyje w Polsce. Najbardziej lubiła odpoczywać w miejscowości Krottorf, przez którą teraz przechodziłem. Spacerowała pewnie tymi samymi ścieżkami. Została pochowana niedaleko, ale zabrakło mi sił, by zboczyć z Camino. Wtedy w Hamburgu pracowałem też w porcie jachtowym, gdzie znalazłem portfel. Były w nim karty kredytowe i 500 marek.
Kupa kasy.
- Oddałem portfel pracodawcy. Znalazł się właściciel i w nagrodę zabrał mnie w rejs. Urodził się tam, gdzie ja, w Gdańsku. A potem mi powiedział, że latał w Luftwaffe. Nad Berlinem zestrzelił angielski samolot, którego pilotami byli Polacy. Gdy płynęliśmy jachtem, on wciąż służył w armii. Był generałem Bundeswehry.
Jak się zachować w takiej sytuacji?
- Ta historia przypomniała mi się na Camino, gdy nocowałem u kobiety, nad której łóżkiem wisiała reprodukcja Madonny Stalingradzkiej. Oryginał naszkicował węglem na odwrocie starej mapy Kurt Reuber, oficer Wehrmachtu, ksiądz i lekarz, w czasie oblężenia miasta w 1942 r. Pochodził z Kassel, doktoryzował się z teologii i nie chciał iść na wojnę. Pod Stalingradem opatrywał rannych i nie przestawał walczyć o ludzką godność. Moja gospodyni pochodziła ze Śląska. Przed wkroczeniem Armii Czerwonej powiesiły się jej ciocia z córką. Do dziś pamięta te dwa trupy. Obraz nie wisiał u niej przez przypadek, bo została przez Reubera ochrzczona. To świadectwo bardzo na nią wpłynęło, zaczęła kupować reprodukcje tego obrazu i rozdawała je ludziom. Przez te lata miałem w głowie schemat: Niemcy w czasie wojny byli katami. Na Camino zobaczyłem, jak kat stał się ofiarą historii.
Dużo się w panu zmieniło?
- Życie było łatwiejsze przed Camino: zdobywać bieguny, wejść na Mount Everest, zanurkować na dno Rowu Mariańskiego, pisać książki. Teraz będzie trudniejsze, ale może pełniejsze? Jeśli życie jest kołem, to do tej pory znałem tylko ćwiartkę. Teraz sobie wszystko utrudniłem.
Zmienił pan ligę. Ze świata eksploratorów trafił pan na drogę, którą może przejść każdy. Odrzucił pan wyjątkowość. Nie szkoda?
- Myślę, że wybrałem prawdę. Poczułem, że muszę przejść tę drogę, i nieważne było, czy ktoś już to zrobił, czy to jakiś rekord. To nie znaczy, że tamte rzeczy były nieprawdziwe, bo prawda nie zna takiego słowa jak rekord. Istnieje pomimo wszystkich znaczeń, które jej przypisujemy. Wcześniej prowadziła mnie na bieguny, teraz wewnętrzny głos zaprowadził mnie na Camino.
Co wolno pielgrzymowi?
- Chrapać. Nocujemy w 20-osobowych salach i zawsze znajdzie się ktoś, kto chrapie. Na co dzień mogłoby to przeszkadzać, ale wspólne życie na szlaku znosi barierę niewygody. Camino brzmi jak komunia. To wspólne przeżywanie. Śmierdzieć też nam wolno. Po miesiącu, nawet jeśli codziennie się myjemy, przesiąkamy potem. To jest nie do usunięcia. Usłyszałem też, że pielgrzymowi wolno zapukać do każdych drzwi. Zapukałem raz, jeszcze w Polsce, i wtedy zdarzył się pierwszy mały cud. Godzina 22 w Babigoszczy. Mogłem iść kolejne cztery godziny i dotrzeć do Goleniowa albo poszukać noclegu.
Kto otworzył drzwi? 
- Dwóch synów. Opowiedziałem, kim jestem, zadzwonili do mamy, która była w pracy. Pracuje w Monarze i zgodziła się mnie tam przyjąć. Pół roku wcześniej z fundacją planowaliśmy spotkanie w jakimś ośrodku z osobami uzależnionymi, ale nic z tego nie wyszło. A teraz los sam mnie tam zaprowadził. Rano w Monarze miałem niesamowite spotkanie. Ludzie pytali, czy droga jest ważniejsza od celu i jak radzić sobie z porażkami. Odpowiadałem, że porażki nie są przeciwieństwem sukcesu, tylko jego drugą stroną. Porażkom nie można ulegać, raczej traktować je jak nauczycieli.
Pan się czegoś bał w tej drodze?
- Bałem się, że zawiodę tych, którzy we mnie wierzą. Jak już wątpiłem we wszystko, to wyciągałem intencje, które zabrałem od ludzi. Musiałem dojść, żeby je odczytać. Kiedyś bym się z tego śmiał, ale te intencje mi pomagały. (Kelner proponuje herbatę. Kamiński wybiera zieloną, a kelner pyta: "Zieloną normalną, z mango, jaśminową?". Kamiński się śmieje.) Lubię zieloną herbatę, ale wystarczyłby jeden gatunek. Czuję się, jakbym przez te cztery miesiące przeżył sto lat. To był jeden długi dzień, który zaczął się o 4 rano 17 marca, a skończył w Muksji. I w dodatku czuję, jakbym zniknął. Gdzie jest Marek Kamiński? Normalnie mamy ego, które karmimy tym, co osiągamy. Teraz jestem pusty. Przez cztery miesiące miałem tylko plecak, teraz wrócę do domu, w którym jest tyle przedmiotów. Powrót będzie bardzo ciężki. Zawsze droga miała jakiś cel, a potem następował powrót do domu i radość. A teraz wracam z podróży, od której niczego nie oczekiwałem, a była tak bogata. Czuję się, jakbym nie miał żadnej przyszłości.
No future.
- Nie, bardziej "let it be", jak śpiewał Lennon. Niech życie się toczy. Świat jest bogatszy niż nasze planowanie. Może nie do końca trzeba się kierować wartościami, o których słyszymy na co dzień? Myślałem, że bieguny nauczyły mnie wiele, ale dużo więcej dowiedziałem się z tej podróży, która jest w zasięgu każdego. Na biegunach można się sprawdzić, ale to nie jest tak, że tylko to, co najbardziej niedostępne, jest ważne.
Co teraz?
- Może napiszę książkę, może wykąpię się w morzu. Przez kilka dni szedłem z filozofem Marcinem Fabjańskim. Chce założyć w Atenach szkołę stoików. Może to pomysł na starość?
A nie chciałby pan umrzeć w drodze?
- Za Orleanem zatrzymałem się w polskim domu spokojnej starości. Powiedziałem dyrektorce, że gdybym miał spędzić ostatnie chwile w domu spokojnej starości z wszelkimi wygodami, to wolałbym umrzeć w najbiedniejszej afrykańskiej wiosce. Ale we wspólnocie. Pani dyrektor na pożegnanie powiedziała mi, żebym się nie przejmował, bo pewnie umrę w drodze.
Niczego już pan nie chce?
- Chciałbym być dobrym ojcem, ale nie chcę już nic osiągać. Nie chcę żadnych wyścigów. Życie nie polega na tym, żeby świecić. Jestem zmęczony, jak wymieniam te wszystkie wyprawy. Po co ja tyle rzeczy w życiu zrobiłem?
Hipokryzją zalatuje. Wtedy pan mówił, że warto, a teraz zaprzecza.
- Pod jednym względem nic się nie zmieniło - zawsze pojawiał się głos, który mówił mi, że powinienem coś zrobić. Teraz wysłał mnie na Camino. Życie polega na tym, że nie ma schematów, jednego przepisu. Inaczej może nie miałoby sensu. Nie trzeba być nikim albo kimś. Może dlatego Bóg nas stworzył? Żebyśmy próbowali i dawali świadectwo tych prób?
Pod jedną z relacji z drogi ktoś napisał: "Cenię w panu podróżnika, nie znoszę katolika".
- Żyjemy w czasach, w których wierzyć jest czymś niemodnym, ludzie się z tego śmieją, wyszydzają, ale życie to coś więcej niż podróże. Camino na początku miało być projektem podróżniczo-intelektualnym, ale niezależnie od moich intencji stało się świadectwem wiary. Broniłem się, gdy mówiono, że stanę się pielgrzymem. Potem przestałem się bronić. W ostatniej części na Camino towarzyszył mi Jasiek Mela. W Monte do Gozo opowiedział pielgrzymom, jak z jego perspektywy wyglądało zmaganie się z Bogiem, który zabrał mu prawie wszystko: brata, dom, który się spalił, rękę i nogę. Na koniec powiedział, że jest wdzięczny za wszystko, bo to go ukształtowało. Całe życie szukałem fundamentu, prawdy. Dlatego wyruszyłem na bieguny. Na Camino może tego nie odnalazłem, ale w dobrych zawodach wystąpiłem, bieg ukończyłem, wiary ustrzegłem.

Nie mogę zrozumieć...

Nie mogę zrozumieć, dlaczego środowisko "ludzi ponad podziałami" nie odwołuje się do najlepszego filmu ostatnich dwudziestu lat:
http://wkramost.blogspot.com/2011/06/essential-feeling.html
Przecież to jest jakaś gwarancja dla imigrantów muzułmańskich, że znajdą w naszym kraju zrozumienie, od którego musi rozpoczynać się każda trwała (a nie czasowo koniunkturalna) przyjaźń.
http://www.krytykapolityczna.pl/fotorelacje/20150726/fotorelacja-polacy-witaja-uchodzcow

Freskowa historia Polski Bernarda Preibisza

Brat stryjeczny naszego pradziadka na 900-lecie chrztu Polski namalował 14 fresków w gostyńskim kościele (obecnie bazylice). Jest to poczet polskich świętych i błogosławionych z tamtych czasów, ale kto wie, czy nie stanowi ważniejszej części polskiej wyobraźni historycznej niż tzw. Kroniki Królewskie, pisane na zamówienie przez dobrze opłacanych kronikarzy.

http://pietrasik.blog.polityka.pl/2015/07/27/muzeum-dumy-czy-prawdy/?nocheck=1

Coraz więcej wiemy o koncepcji Muzeum Historii Polski, w związku z czym nasuwa się coraz więcej pytań.

Dowiedzieliśmy się niedawno, że Muzeum powstanie na terenach Cytadeli, czyli wyprowadzone zostanie z centrum miasta, a taką właśnie lokalizację zakładał poprzedni plan. Będziemy więc mieć obiekt trochę „na uboczu”, w każdym razie trudno będzie tam wpaść przy okazji, choć z drugiej strony – co jednak się liczy – obniży to znacznie koszty budowy.

Pierwsze narzucające się pytanie brzmi: jakiego typu będzie to muzeum, czy zgromadzone zostaną w nim materialne zabytki, czy będziemy mieć coś w rodzaju historycznego Disneylandu? Dyrektor muzeum Robert Kostro w rozmowie z „Gazetą Wyborczą” zdradził, iż w ekipie realizującej projekt znaleźli się dwaj bardzo utalentowani twórcy, scenograf Borys Kudliczka i reżyser Tomasz Bagiński, autor nominowanej do Oscara „Katedry”, ale też 8-minutowej animowanej „Historii Polski” pokazywanej w 2010 r. na Expo w Szanghaju, co by sugerowało, że spodziewać możemy się raczej ekspozycji przypominających wnętrza Muzeum Żydów Polskich.

Trudno zresztą sobie wyobrazić, że istniejące w Polsce ważne muzea oddadzą Warszawie najświetniejsze zabytki, jak przysłowiowy miecz Szczerbiec czy wawelskie arrasy. (Już widzę, jak Kraków cokolwiek przekazuje Warszawie). Może ma rację Andrzej Wajda, proponując „objazdowe muzeum”, czyli zwiedzanie zabytków rozsianych po całym kraju? Pomijając, że jeśli chodzi o nasze początki, to „giną one w pomroce dziejów”, nic w zasadzie nie przetrwało, co dałoby się umieścić w Cytadeli.

Jak powszechnie wiadomo, mamy ogromne czarne dziury w podręcznikach historii, z którymi przyszłe muzeum musi sobie poradzić. Pierwszy przykład: kim właściwie był Mieszko I i skąd przybył? Do tej pory nie ma w tej kwestii zgody wśród historyków. Z kolejnymi monarchami też nie pójdzie łatwo, tak się składało bowiem, że dzieje z reguły spisywali opłacani przez władców kronikarze, których trudno posądzać o obiektywizm.

Prawdziwe polskie kroniki królewskie są tymczasem częstokroć nie mniej ciekawe i krwawe niż te opisane przez Szekspira, tylko w szkole tego kiedyś nie uczono. (Czy teraz się uczy?). Pytanie, czy w salach pokazujących polskie średniowiecze zobaczymy kompletne portrety królów znanych głownie z malowideł Jana Matejki.

We wspomnianej rozmowie w „Wyborczej” pojawiło się kilka podstawowych pytań o tzw. postacie kontrowersyjne w polskiej historii. Przecież postacie kontrowersyjne to wręczspecialite de la maison naszych dziejów. Żeby już daleko w głąb dziejów nie sięgać: jak pokazać Józefa Piłsudskiego? Czy tylko w 1920 r., czy także w 1926 i 1930? A przywódcy komunistyczni, Władysław Gomułka, Edward Gierek czy generał Wojciech Jaruzelski?

Tylko służalczość wobec Związku Radzieckiego czy jednak mieli też jakieś zasługi dla Polski? Jak zaprezentować katastrofę smoleńską? Już sobie można wyobrazić, jak burzliwie będą wyglądać obrady rady naukowej projektującej „wyposażenie” muzeum?

Wróćmy jeszcze do lokalizacji, która ma szczególne znaczenie. Jak to ładnie ujął minister Tomasz Siemoniak – Cytadela, która miała być symbolem zniewolenia, stanie się symbolem polskiej dumy. Przy tej dumie należałoby się chwilę zatrzymać, ponieważ minister swą wypowiedzią dał do zrozumienia, jakiego obrazu narodowych dziejów możemy się spodziewać.

Słowem: widz opuszczający gmach muzeum ma poczuć się dumny, że jest Polakiem. Właściwie dlaczego nie, w końcu podobne placówki istniejące już w różnych krajach mają podobne zadania. (Tak samo jak filmy historyczne). Na poziomie uogólnień wszystko się zgadza, problem powstanie dopiero w trakcie „meblowania” nowej Cytadeli.

Skoro ma to być muzeum dumy narodowej, to najprawdopodobniej będziemy przypominać dziatwie szkolnej (to dominujący procent przyszłych zwiedzających), iż byliśmy przedmurzem i Winkelriedem, że zawsze „za wolność waszą i naszą”… A czy w scenariuszu znajdą się zdarzenia mniej chwalebne, choćby próba odpowiedzi na pytanie, dlaczego na 123 lata zniknęliśmy z mapy Europy? I czy nadal dominować będzie doktryna moralnych zwycięstw, takich, jakie odnieśliśmy we wrześniu 1939 r., czy w sierpniu 1944.

Słowem – tylko duma czy jednocześnie chwile refleksji, że nie zawsze byliśmy tacy piękni, szlachetni i w ogóle najwspanialsi na świecie?

niedziela, 26 lipca 2015

Majmurek: „karnawał udanej transformacji” się skończył

http://www.krytykapolityczna.pl/artykuly/ue/20150725/majmurek-koniec-z-parada-schumana
Deficyt demokracji nie jest „wypadkiem przy pracy” w konstrukcji Unii, ale od początku stanowi część jej projektu.
Do tej pory w kwestiach europejskich mieliśmy w Polsce jasność. Europa, głębsza integracja ze strukturami Unii – to była część każdego postępowego pakietu w polityce. Prawica traktuje Unię jako arenę realizowania egoistycznego interesu narodowego; lewica – czy raczej nie-prawica – jako wielki cywilizacyjny projekt, który ma przekroczyć narodowe egoizmy. Dzięki niemu nasz region, tradycyjnie peryferyjny i zacofany, dostanie w końcu szansę na rozwój, jakiej nie mógłby nigdy sam sobie stworzyć.

Jednak w ostatnich dniach ten podział ostatecznie przestał opisywać rzeczywistość. Coś pękło, coś się skończyło. Narzucone Atenom, katastrofalne pod każdym względem porozumienie, każe głęboko zrewidować nasz stosunek do obecnej Europy. Bezrefleksyjna „proeuropejskość” nie może już dłużej automatycznie wchodzić w skład każdego nie-prawicowego programu. Jeśli nawet, jak pisał Rafał Woś , ostatnie wydarzenia nie zrobiły z nas jeszcze eurosceptyków, to z pewnością wymuszają odejście od bezrefleksyjnego wymachiwania błękitną flagą ze złotymi gwiazdami.

Nie taka Europa

Nie do takiej Unii, jaką zobaczyliśmy w trakcie negocjacji z Grecją, wstępowaliśmy; nie takiej Europy chcieliśmy. Unia Europejska miała być pewną obietnicą – pokoju i dobrobytu, miejscem wyznaczającym standardy podstawowych praw człowieka, w tym praw socjalnych. Wspólnotą, która daje szanse na rozwój upośledzonym, słabszym gospodarczo i cywilizacyjnie regionom – Attyce, Bukowinie, Podkarpaciu, Koszycom. Dziś widać, że ta obietnica wobec Grecji została brutalnie złamana.

Grecja została najgłębiej dotknięta kryzysem z 2008 roku, ale Unia nigdy nie potrafiła i nie chciała jej pomóc.

Spłaciła prywatne banki, którym Grecja była winna pieniądze, i aby odzyskać ten dług, narzuciła oszczędności, które doprowadziły ten kraj do katastrofy humanitarnej niespotykanej w krajach rozwiniętych w XXI wieku. Wielokrotnie, także na tych łamach, padały te liczby, ale nigdy dość: na początku tego roku 32% Greków żyło poniżej granicy ubóstwa, a 18% miało problemy z zaspokojeniem podstawowych potrzeb żywnościowych. Bieda wśród dzieci sięga 40%; 3,1 mln Greków znalazło się poza systemem ubezpieczenia zdrowotnego. Czy była to po prostu wysoka cena za „konieczne reformy”, rozwiązujące w końcu problem greckiego długu? Nic na to nie wskazuje. Polityka austerity doprowadziła do spadku PKB Grecji o jedną czwartą w stosunku do roku 2009 i pogorszenia relacji długu do PKB, czyniąc go faktycznie niespłacalnym.

W styczniu Grecy masowo zagłosowali przeciw tej polityce. Zwłaszcza najmłodsze pokolenie, przyszłość tego kraju i Europy, w którym poparcie dla Syrizy było największe już w poprzednich wyborach. Jak na ten demokratyczny sprzeciw Greków wobec swojej dotychczasowej polityki zareagowała Europa? Odmówiła jej zmiany. Choćby o milimetr.

Pouczające i przerażające są wspomnienia byłego greckiego ministra finansówJanisa Warufakisa. Opisuje on mur obojętności, z jakim zderzył się w trakcie negocjacji z przedstawicielami Unii. Nieważne, jakie miał argumenty, efekt był zawsze ten sam – brak odpowiedzi z drugiej strony. „Równie dobrze mógłbym im zaśpiewać hymn Szwecji” – gorzko żartuje Warufakis.

Stanowisko Europy było jasne: Grecja ma realizować wynegocjowane z poprzednim rządem porozumienie. Ministrów finansów sfery euro nic nie obchodzi, że Syriza została wybrana właśnie dlatego, że Grecy nie godzą się już dłużej na to porozumienie. Gdy w pewnym momencie Warufakis rzucił, że w takim razie w krajach zadłużonych należałoby w ogóle zakazać wolnych wyborów, zapadła cisza – tak jakby eurokraci pomyśleli przez chwilę, że wcale nie byłby to taki zły pomysł.

Grekom już w lutym zaproponowano „przyjacielskie rozstanie” i czek na 50 miliardów. Postawiono ich przed wyborem: albo wynosicie się ze strefy euro, albo dalej czeka was katastrofalna polityka, której nie będziecie mogli zmienić. Po ponad pół roku negocjacji, mimo głosów najwybitniejszych ekonomistów, sprzeciwu światowej opinii publicznej, Grecji nie zaoferowano nic poza upokorzeniami. Przegłosowane niedawno przez grecki parlament porozumienie to nie tylko kontynuacja austerity; to nałożenie na rząd Tsiprasa obowiązku rewizji jego dotychczasowych decyzji, poza tymi, które „służą rozwiązaniu najbardziej palących problemów humanitarnych”. Tak więc w przyszłości funkcjonariusze strefy euro będą mogli blokować postanowienia greckiego parlamentu. Nie ma wiele przesady w stwierdzeniu publicysty „The Daily Telegraph” – Grecja traktowana jest jak terytorium okupowane. Na pewno nie jak równy członek demokratycznej wspólnoty.
  
Trzy problemy Unii

Sytuacja w Grecji ujawniła trzy najważniejsze problemy ze zjednoczoną Europą, na które lewica – nie tylko w Polsce – niesiona entuzjazmem dla europejskiego projektu, do tej pory przymykała oczy. Są to: zinstytucjonalizowany w europejskim projekcie neoliberalizm, deficyt demokracji i zbyt silna pozycja Niemiec.

Zwieńczone traktatem z Maastricht reformy Jacques'a Delorsa, szefa Komisji Europejskiej w latach 1985–1994, stworzyły w Europie wspólny rynek ze wspólną walutą. Nie stworzyły jednak instytucji politycznych zdolnych efektywnie zarządzać tym rynkiem. Jedyną taką instytucją jest Europejski Bank Centralny, ale dba on przede wszystkim o realizację celów inflacyjnych i podaż pieniądza – a nie o cele rozwojowe czy społeczne. Jak już w 1992 roku na łamach „London Review of Books” pisał postkeynesowski ekonomista Wynne Godley, traktat z Maastricht zakładał, że poza bankiem centralnym gospodarka nie potrzebuje żadnych regulujących ją instytucji, jest bowiem doskonale samoregulującym się mechanizmem. Traktat, konkluduje Godley, można postrzegać jako ostateczną instytucjonalizację trendu, który rozpoczął się na przełomie lat 70. i 80. – abdykacji rządów z realizowania takich tradycyjnie przypisywanych im działań, jak pobudzanie wzrostu czy polityka pełnego zatrudnienia.

Kryzys 2008 roku brutalnie zweryfikował takie myślenie o gospodarce rynkowej. Wybitni ekonomiści, jak Joseph Stiglitz, pisali o „końcu neoliberalizmu” i konieczności budowy nowych instytucji, zdolnych efektywnie zarządzać gospodarką tam, gdzie nie potrafią tego robić samoregulujące się rynki.

Elity Europy pozostały jednak głuche na te wezwania. Na kryzys, który spowodowało wycofanie się państwa z zarządzania gospodarką, odpowiedziały jeszcze większą neoliberalną ortodoksją. Zapisały ją w pakcie fiskalnym sfery euro z 2011 roku.

Pakt, jak zauważył Paul Mason, „wpisując do krajowego i międzynarodowego prawa nakaz równoważenia budżetów i redukcji strukturalnych deficytów, faktycznie uczynił niemożliwą ekspansywną politykę fiskalną”. Co to znaczy? To, że w zamian za uspokojenie sektora finansowego strefa euro związała sobie ręce w kwestii finansowania z deficytu polityki na rzecz wzrostu. Takiej, jaką prowadziła Ameryka w czasach Roosevelta i jaką w ramach pakietów stymulacyjnych dla gospodarki uruchomił po 2008 roku Obama. Stefa euro wybrała zduszenie wzrostu. I kolejne sygnały alarmowe – powolny wzrost, katastrofa grecka – w niczym nie wpływają na zmianę nastawienia europejskich elit w tym zakresie. Pora to zauważyć.

Tak samo jak to, że deficyt demokracji, jaki ujawniła sprawa Grecji, ma w UE strukturalny charakter. Jak pokazuje w książce Contesting Democracy politolog z Princeton Jan-Werner Müller (wkrótce wyjdzie nakładem Wydawnictwa Krytyki Politycznej), ojcowie-założyciele Unii głęboko nie ufali zasadzie suwerenności ludu; dostrzegali w niej totalitarny potencjał. Wspólnoty europejskie projektowali tak, by służyły one jako liberalne instytucje równoważące zasadę ludowej suwerenności. Tak więc deficyt demokracji nie jest „wypadkiem przy pracy” w konstrukcji Unii, ale od początku stanowi część jej projektu.

Demokratyczna lewica wierzyła, że wraz z integracją unijnych biurokracji powstanie europejskie społeczeństwo obywatelskie i polityczne, zdolne w końcu przejąć demokratyczną kontrolę nad wspólnotowymi instytucjami. Dziś widzimy, jak powoli i z jakimi trudnościami zachodzi ten proces. Mimo że od lat wybieramy członków Parlamentu Europejskiego, choć jego rola trochę się wzmocniła w ostatnich kadencjach, choć w zeszłym roku mieliśmy do czynienia z quasi-demokratycznym wyborem szefa Komisji Europejskiej, to cały czas ciała podejmujące decyzje w imieniu całej wspólnoty – Komisja Europejska, Europejski Bank Centralny – mają bardzo słabą demokratyczną legitymację, a kontrola nad nimi jest niewielka. Jak słusznie zauważył Tomasz Gabiś, mamy dziś w Europie do czynienia z sytuacją, w której istotna władza zlokalizowana jest ponadnarodowo, ale polityczna odpowiedzialność ciągle kończy się na poziomie narodowym. Jest to głęboko absurdalne i demoralizujące – zarówno dla niekontrolowanych przez nikogo biurokratów, jak i dla Europejczyków, u których musi to wywoływać zrozumiałą frustrację i poczucie braku sprawczości.

 Kulawy hegemon

Integracja europejska miała też być sposobem na rozwiązanie problemu zbyt silnych Niemiec w Europie. Tak widział to też Konrad Adenauer – roztopienie Niemiec w instytucjach wspólnotowych miało rozwiązać niemiecki problem Europy.

Po ostatnim kryzysie w Grecji widać, że to się nie udało. Tabloidy i memy, głównie z południa Europy, w mało subtelny sposób porównują kanclerz Niemiec z Hitlerem. Ale także opiniotwórczy „New Statesman” przestrzega na okładce przed „najbardziej niebezpieczną przywódczynią Europy”, która „dokona eksterminacji wzrostu i wepchnie nas wszystkich w recesję”. W prestiżowym „Foreign Policy” Philippe Legrain, ekspert od spraw europejskich doradzający Barroso w latach 2011–2014, przestrzega przed „złowieszczą hegemonią Niemiec” w Europie. Także największy żyjący niemiecki autorytet, na ogół wyważony i powściągliwy filozof Jürgen Habermas, powiedział, że swoim zachowaniem w sprawie Grecji niemieckie elity polityczne „roztrwoniły cały kapitał polityczny, jakie zebrały w okresie powojennym”. Kilka lat temu taki język byłby trudny do pomyślenia.

Problem polega jednak także na tym, że hegemonia Niemiec jest w istocie kulawa. Niemcy są na tyle silne, by zmiażdżyć opór krajów Południa i narzucić Europie swoja wizję polityki ekonomicznej w strefie euro – a przy tym zbyt słabe, by naprawdę przewodzić Unii. Poza skompromitowaną w oczach większości Europejczyków polityką austerity Niemcy nie mają dziś żadnej idei dla Europy, żadnej wizji. Angela Merkel nie dorosła do kierowania kontynentem; zachowała się nie jak jego przywódczyni, ale jak szefowa parabankowej instytucji, bezwzględnie windykującej należności od dłużnika.

Niemieckie (choć nie tylko) elity pokazały w sprawie Grecji dyskwalifikującą je politycznie małostkowość. Były amerykański sekretarz skarbu, Timothy Geithner,już w 2014 roku ostrzegał przed katastrofalną polityką wobec Grecji. Spotykało się to z obojętnością europejskich ministrów finansów, którzy wprost mówili swojemu amerykańskiemu koledze, że chcą „ukarać” Grecję za to, że oszukała ich, by wstąpić do sfery euro. Tak, to prawda, Grecja nie powinna się w niej znaleźć. By się do niej dostać, grecki rząd, przy pomocy banku Goldman Sachs i kilku sprytnych finansowych trików, ukrył prawdziwy rozmiar greckiego długu. Jaki sens ma jednak dziś karanie za to wszystkich Greków i sprowadzanie ich kraju do poziomu Trzeciego Świata?
  
Czy inna Europa jest możliwa?

James K. Galbraith porównał wmuszone Grecji porozumienie do inwazji wojsk Układu Warszawskiego na Czechosłowację w 1968 roku. Tak jak inwazja ta skończyła Praską Wiosnę i pogrzebała nadzieje na budowę demokratycznego socjalizmu w bloku wschodnim, tak porozumienie ma miażdżyć Syrizę i nadzieje na budowę alternatywnej wobec neoliberalizmu polityki w Europie. Ekonomista zaleca lewicy dystans wobec europejskiego projektu i skupienie się na poziomie narodowym.

Także w Wielkiej Brytanii sprawa grecka wzmaga sceptycyzm lewicy. Owen Jones wprost wzywa na łamach „Guardiana” do „lexitu” – lewicowego głosu na rzecz wyjścia Brytyjczyków z UE w obiecanym przez Camerona referendum. Wiele argumentów Jonesa pokrywa się z tym, co tu pisałem, choć z polskiej perspektywy „lexit” jest o wiele trudniejszy. Wyjście Wielkiej Brytanii z UE nie może nie wywoływać naszego sprzeciwu, choćby ze względu na los milionów Polaków i Polek, którzy na Wyspach znaleźli dla siebie miejsce, gdzie mogą godnie żyć i pracować.

Potencjalne wyjście Polski to już w ogóle inna sprawa. Polska nie ma City, imperialnych tradycji, sprawnej służby cywilnej, świetnej dyplomacji, globalnych marek i zalety globalnego języka – tego wszystkiego, dzięki czemu Wielka Brytania będzie mogła prosperować nawet poza Unią.

My bez Unii nie jesteśmy sobie w stanie poradzić; bez zjednoczonej Europy najbardziej prawdopodobnym scenariuszem dla Polski jest dalszy dryf ku peryferiom.

Zgadzam się z Cezarym Michalskim , że samodzielna droga z peryferii do centrum jest czymś bardzo rzadkim, nawet w wypadku państw istniejących mniej teoretycznie niż Polska. Nie wiem jednak, czy w takiej Unii, jaką mamy, jest ona ciągle możliwa.

Oczywiście wiemy, jakiej Unii byśmy chcieli – bardziej zintegrowanej, demokratycznej, z większymi transferami bogactwa między regionami, z mechanizmami zapewniającymi wspólną politykę rynku pracy oraz z polityką antycykliczną i fiskalną wspólną przynajmniej na poziomie całej strefy euro. Czy jednak taka Europa jest dziś możliwa? Nie ma dziś ważniejszego pytania w polskiej polityce, nie tylko dla lewicy. Musimy je sobie poważnie zadać i przygotować się na scenariusz, gdy odpowiedź będzie brzmiała „nie”.

Polska polityka jak zwykle wydaje się do tego zupełnie nieprzygotowana. Podział w kwestiach europejskich wyznaczają tu z jednej strony „Nicea albo śmierć”, a z drugiej „parada Schumana”. Z jednej strony dziecinne wymachiwanie szabelką, z drugiej równie niepoważne unijną flagą. Ostatnie wybory pokazały, jak bardzo nasza klasa polityczna jest oderwana od problemów Polaków, jednocześnie dziecinna i sklerotyczna; jak bardzo zamknęła się w myślowym skansenie lat 90. Dla przyszłości Europy konsekwencje tej „starczo-dziecinności” mogą być szczególnie bolesne. Po kryzysie 2008 roku mamy kolejny sygnał, że „karnawał udanej transformacji” się skończył. Kolej nie na Ewę, ale na poważną rozmowę, co z tym dalej zrobić. Niestety, nie bardzo widzę na polskiej scenie politycznej partnerów do takiej rozmowy.