niedziela, 30 listopada 2014

sobota, 29 listopada 2014

Polski kult Cargo

  Słynne są na świecie kulty Cargo. Co najlepsze, ten sam rodzaj kultu rozwija się w naszym kochanym kraiku. Jest to wiara w dobra materialne, które za sprawą naszych modlitw do Wuja Sama (+ UE) spłyną z nieba do Polski. Oczywiście jest w tej wierze i Szatan - wszyscy apostaci amerykańskiej dominacji, do których ostatnio zaliczono Rosjan. A tymczasem okazuje się, że Wuj Sam po prostu jest bankrutem i żadnych dóbr, poza zbywającymi mu rakietami, na naszą Ziemię nie ześle, a swoją moc opiera na dziecinnie prostej piramidce finansowej, zwanej schematem Ponzi:
Terence P. Jeffrey  (http://cnsnews.com/)

Ponzi: Treasury Issues $1T in New Debt in 8 Weeks—To Pay Old Debt

The Daily Treasury Statement that was released Wednesday afternoon as Americans were preparing to celebrate Thanksgiving revealed that the U.S. Treasury has been forced to issue $1,040,965,000,000 in new debt since fiscal 2015 started just eight weeks ago in order to raise the money to pay off Treasury securities that were maturing and to cover new deficit spending by the government.
During those eight weeks, Treasury took in $341,591,000,000 in revenues. That was a record for the period between Oct. 1 and Nov. 25. But that record $341,591,000,000 in revenues was not enough to finance ongoing government spending let alone pay off old debt that matured.
Record Revenue through Nov. 25, 2014
The Treasury also drew down its cash balance by $45.057 billion during the period, starting with $126,568,000,000 in cash and ending with $81,511,000,000.
The only way the Treasury could handle the $942,103,000,000 in old debt that matured during the period plus finance the new deficit spending the government engaged in was to roll over the old debt into new debt and issue enough additional new debt to cover the new deficit spending.
This mode of financing the federal government resembles what the Securities and Exchange Commission calls a Ponzi scheme. “A Ponzi scheme," says the Securities and Exchange Commission, “is an investment fraud that involves the payment of purported returns to existing investors from funds contributed by new investors,” says the Securities and Exchange Commission.
“With little or no legitimate earnings, the schemes require a consistent flow of money from new investors to continue,” explains the SEC. “Ponzi schemes tend to collapse when it becomes difficult to recruit new investors or when a large number of investors ask to cash out.”
In testimony before the Senate Finance Committee in October 2013, Lew explained why he wanted the Congress to agree to increase the federal debt limit—and why the Treasury has no choice but to constantly issue new debt.
“Every week we roll over approximately $100 billion in U.S. bills,” Lew told the committee. “If U.S. bondholders decided that they wanted to be repaid rather than continuing to roll over their investments, we could unexpectedly dissipate our entire cash balance.”
“There is no plan other than raising the debt limit that permits us to meet all of our obligations,” Lew said.
“Let me remind everyone,” Lew said, “principal on the debt is not something we pay out of our cash flow of revenues. Principal on the debt is something that is a function of the markets rolling over.”
The vast amount of debt that the Treasury must roll over in such a short time frame is driven by the fact the Treasury has put most of the debt into short-term “bills” and mid-term “notes”—on which it can pay lower interest rates—rather than into long-term bonds, which demand significantly higher interest rates.
At the end of October, according to the Treasury’s Monthly Statement of the Public Debt, the total debt of the federal government was $17,937,160,000,000.
Of this, $5,080,104,000,000 was what the Treasury calls “intragovernmental” debt, which is money the Treasury has borrowed and spent out of trust funds theoretically set aside for other purposes—such as the Social Security Trust Fund.
The remaining $12,857,056,000,000 was “debt held by the public.” This part of the debt included $517,029,000,000 “nonmarketable” Treasury securities (such as savings bonds) and $12,340,028,000,000 in “marketable” Treasury securities, including bills, notes, bonds and Treasuring Inflation-Protected Securities.
But only $1,547,073,000,000 of the $12,857,056,000,000 in marketable debt was in long-term Treasury bonds that mature in 30 years. These bonds carried an average interest rate of 4.919 percent as of the end of October,according to the Treasury.
The largest share of the marketable debt--$8,192,466,000,000—was in notes that mature in 2,3,5,7 or 10 years, and which haf an average interest rate of 1.807 percent as of the end of October.
Another $1,412,388,000,000 of the marketable debt was in Treasury bills, which carry “maturities ranging from a few days to 52 weeks,” says the Treasury. These $1.4 trillion in short-term Treasury bills had an average interest rate of 0.056 percent as of the end of October, according to the Treasury.
The continual rolling over of these short-term, low-interest bills helped drive over the $1-trillion mark the new debt the Treasury had to issue in the first eight weeks of this fiscal year.
The Treasury has taken out what amounts to an adjustable-rate mortgage on our ever-growing national debt.
If the Treasury were forced to convert the $1.4 trillion in short-term bills (on which it now pays an average interest rate of 0.056 percent) into 30-year bonds at the average rate it is now paying on such bonds (4.919 percent) the interest on that $1.4 trillion in debt would increase 88-fold.

  Oczywiście i tym razem obligacje amerykańskie zostaną wykupione, ale tylko dlatego, że jeszcze działa rynek derywatów, przypisujący wartości przyszłym transakcjom. Niestety rynek derywatów powstawał wraz z rozwojem swobody wymiany międzynarodowej, który to rozwój pozwalał przypisywać przyszłym transakcjom realną dzisiejszą wartość. Jeżeli ktokolwiek zakłóca ten rynek, wprowadzając ograniczenia handlowe - zwane złowrogo sankcjami, to tym samym go unicestwia, bo kto będzie poważnie traktował transakcje "futures", o których wiadomo, że mogą po prostu nie zaistnieć? I kto tu sobie strzela w stopę? 

środa, 26 listopada 2014

Przez krótką chwilę mamy okazję, żeby uratować świat...

Jaś Kapela, Krytyka Polityczna:
Dlaczego wszyscy powinni przeczytać nową książkę Naomi Klein? Bo świetnie się ją czyta, daje wiedzę, którą każdy z nas powinien mieć, i nadzieję, bez której trudno byłoby nam coś z tą wiedzą zrobić. Ale jest też dobra wiadomość dla ludzi, którzy nie lubią czytać. W przyszłym roku będzie film. Tym, którzy nie mają czasu na książki ani nawet nafilm, polecić mogę też wywiad, recenzje, a nawet streszczenie. Ciągle za długo? To może mem?


Tak jest, proszę państwa. Przez krótką chwilę mamy okazję, żeby uratować świat. A nawet uczynić go lepszym. Czyż nie jest to podniecająca perspektywa? Mnie przynajmniej podnieca, bo ciągle wierzę, że lepszy świat jest możliwy. Zresztą nie tylko ja, co również jest przyjemną myślą. Zdaje się, że większość z nas wierzy, że lepszy świat jest możliwy, bo w przeciwnym razie pewnie trudno byłoby nam funkcjonować, obserwując cały ten spływający na nas z mediów i atakujący podczas trudów codziennego życia syf. I niektórym jest trudno rzeczywiście. Co roku w Polsce  sześć tysięcy osób odbiera sobie życie. To prawie dziesięć razy więcej, niż zostaje zamordowanych. A przecież dochodzi do tego cała masa ludzi, którzy cierpią, nie targając się na życie.

Lecz wciąż chyba jednak więcej jest ludzi, którzy wierzą, że będzie lepiej. Choć pewnie mają różne definicje, co to „lepiej” miałoby oznaczać. Ja na przykład lubię sobie wyobrażać świat, w którym nikt nie musi umierać z głodu, zimna ani w efekcie wojen. Nierówności dochodowe są umiarkowane na tyle, że sprzyjają życiu wspólnotowemu, a nie budowaniu murów w strachu, że zostaniemy obrabowani z tego, co mamy, przez tych, którzy tego nie mają. Chciałbym jeszcze powszechnej edukacji, która pozwala dzieciom rozwijać ich talenty, zamiast sprawiać, że się nudzą i stresują. Coś jeszcze? Pewnie tak. Ale na początek wystarczyłoby tyle.

Macie podobne marzenia? Przeczytajcie nową książkę Naomi Klein. Macie inne? I tak możecie ją przeczytać. Na pewno dowiecie się z niej czegoś nowego. Na przykład, że Richard Bronson, który swojego czasu obiecywał, że zyski ze swoich linii lotniczych, a konkretnie 3 miliardy dolarów, przeznaczy na walkę z globalnym ociepleniem, wydał na ten cele jedynie jakieś dwieście milionów. Miał zrobić to, czego nie chcą zrobić nasze rządy. Przeznaczyć zyski z brudnych energii na wymyślanie i tworzenie alternatywnych technologii. No, ale on też tego nie zrobił. Za to cały czas agresywnie rozwija swoje, emitujące coraz więcej CO2, linie lotnicze, stosując między innymi tak dumpingowe ceny, że zachęcają do wzniesienia się w powietrze ludzi, którzy wcześniej nawet nie myśleli podnosić się z fotela przed telewizorem. Obawiam się, że w ten sposób nie uratujemy planety. Na szczęście Klein też tak uważa.

Kolejna ciekawostka. Największa amerykańska organizacja ekologiczna Nature Conservancy zarabia na wydobywaniu oleju i gazu z terenów, które otrzymała od Mobil Oil, żeby uratować od wyginięcia pewien gatunek preriowej kury. Uratować się go raczej nie uda, ale udało się zarobić trochę kasiorki. Też fajnie. Lista organizacji ekologicznych, które inwestują w paliwa kopalne, jest naprawdę imponująca. Podobnie jak lista organizacji, które dostawały kasę od anonimowych wielbiciel-milionerów, aby krzewić wątpliwości, czy globalne ocieplenie naprawdę istnieje. Ale skoro nie istnieje, to czy trzeba płacić za to, żeby w nie wątpić?

Jak widzimy, wszystko tutaj stoi na głowie. A do tego czasami ta głowa spoczywa w kieszeni lobbystów. Wszędzie na tej ziemi zapanował nieopisany chaos – sytuacja jest doskonała.
Tym bardziej, że ten nieopisany do tej pory chaos został właśnie przedstawiony w jednej, nie tak znowu długiej książce. Teraz wystarczy, że przeczyta ją odpowiednia ilość ludzi na świecie, abyśmy mogli z tego chaosu stworzyć nowy porządek.


Odnawialne źródła energii są doskonałym sposobem, by to zrobić. Nie tylko dlatego, że czysta energia może pomóc nam uniknąć klimatycznej katastrofy, ale również dlatego, że wiatraki, solary czy elektrownie wodne są ze swej natury bardziej negocjowalne, lokalne i demokratyczne. Oczywiście można budować wielkie fermy wiatrowe czy słoneczne, zajmując całe hektary, ale znacznie rozsądniej jest postawić je sobie przy domu i wymieniać się produkowaną energią. Spółdzielnie zamiast monopoli. No i tak może być ze wszystkim. Warzywa z od sąsiadów zamiast z drugiego końca świata. Sweter po dziadku zamiast z H&M. W końcu i tak modny jest styl na drwala, a przynajmniej jest mniejsza szansa, że będziemy wyglądali jak drwale z tego samego sklepu. To wszystko jest na wyciągnięcie ręki. Wystarczy obalić kapitalizm. Taki klimat, proszę państwa. Ale szybko się zmienia, więc jeszcze tylko przez jakiś czas będzie dobry klimat, żeby to zrobić. A potem już tylko płacz i zgrzytanie zębów. Wybór należy do nas.

Rzetelny historyk - Piotr Skwieciński

  Nieustające potyczki z historią Piotra Skwiecińskiego prezentowałem na tym blogu już wielokrotnie - z twardogłową historią w wydaniu IPN-u, która zasługuje jedynie na miano propagandy post-historycznej. Skwieciński nie porzuca warsztatu historyka dla kilku lat (miesięcy) chwały (i profitów), jak czyni to większość IPN-owskich historyków. Właśnie przedwczoraj wyłowił super ciekawą audycję rosyjskiego radia o Powstaniu Warszawskim:
http://wpolityce.pl/swiat/223560-rosyjskie-radio-nadaje-piosenki-z-powstania-warszawskiego-czasami-zlo-moze-pokonac-tylko-drugie-zlo
  Ten rosyjski głos o powstaniu jest niezwykle ważny. Bo już nikt w Polsce (zasługa IPN) nie pamięta, że decydujące w tamtym czasie były rozkazy Gruzina-Stalina, a nie słowiańskich dowódców (w tym wychowanego w Warszawie Konstantego Rokossowskiego). Takie są brutalne prawa wojny i zmienić je może tylko zamach na naczelnego dowódcę, co w tamtych miesiącach nie mogło mieć miejsca.
Warto posłuchać audycji z niezależnego moskiewskiego radia "Echo Moskwy":
http://www.echo.msk.ru/sounds/1442166.html
bo rosyjski prowadzącego jest wyjątkowo przystępny dla polskiego ucha.

wtorek, 25 listopada 2014

Tako rzecze papież Franciszek

Wystąpienie papieża Franciszka na forum UE w omówieniu Jarosława Makowskiego:
Gdzie byliście, politycy, gdy setki imigrantów, kobiet i dzieci tonęły u wybrzeża Lampedusy? Gdzie jesteście, gdy tysiącom młodych ludzi w Europie odbiera się nadzieję na lepsze jutro, mówiąc im w twarz, że są „straconym pokoleniem”?
1.
Gmach Parlamentu Europejskiego w Strasburgu jest estetyczny, czysty i komfortowy. To symbol europejskiej siły, zmysłu architektonicznego i technologii. Symbol dobrobytu i pokoju, którym Stary Kontynent cieszy się od 50 lat – od zakończenia II wojny światowej. Jest znakiem możliwości tzw. „Pierwszego Świata” i jego wartości.

W takiej scenerii pojawił się papież Franciszek. Przywódca duchowy ponad miliarda katolików na świecie, który nie jest Europejczykiem (podobna sytuacja miała miejsce w… VIII wieku n.e.). I ten przedstawiciel tzw. „Trzeciego Świata”, świata nie „szklanych pałaców”, ale „tekturowych slumsów” – przywiózł do Strasburga „orędzie nadziei i zachęty”.

Co to za orędzie nadziei? To orędzie wartości, które – jak zauważył papież – budowały potęgę Europy. Musi dawać do myślenia, że ten gmach dziś drżał w posadach. Bo też jego mury dawno już nie słyszały mowy, w której tak dużo padłoby słów o wartościach – wartości godności ludzkiej, odpowiedzialności, nadziei, troski, ekologii. I duchowości – transcendentnym wymiarze osoby ludzkiej czy Bogu, który rodzi nie przemoc, ale tolerancję.

To prawda: Europa i jej przywódcy potrafią godzinami rozprawiać o procedurach, przepisach, komisarzach, radach. „Europa straciła siłę przyciągania na rzecz biurokratycznych mechanizmów technicznych swoich instytucji” – mówił Franciszek. Straciła, dodajmy, bo zapomniała, że nie samym chlebem żyje człowiek. Pierwsza więc zachęta papieża Franciszka, którą kieruje do europejskiej klasy politycznej, sprowadza się do następującego zawołania: „Europo, nie bój się wartości, na których zbudowałaś swoją potęgę. Nie bój się mówić, że wciąż wierzysz w lepszą przyszłość, że nie lękasz się odpowiedzialności, że bronisz tolerancji”.

2.
Jednak oglądając przemówienie papieża Franciszka, zachodziłem w głowę, czy ta mowa jest zrozumiała dla naszych europejskich polityków. Przecież politycy ci są reprezentantami klasy średniej, klasy biurokratycznej i menadżerskiej, a więc „sytej klasy”, która jest pewna siebie. I która dobrze czuje się w gmachu Parlamentu Europejskiego, zbudowanego ze stali i szkła. Czy nasi europejscy przywódcy na pewno rozumieli, co znaczyły słowa: „Nie można się godzić z tym, by Morze Śródziemne było wielkim cmentarzem!”?

Zgoda: politycy europejscy rozumieli, co głosił im papież Franciszek, nawet wtedy, gdy przywołał nędzę prekariatu, wykluczenie imigrantów, samotność ludzi starszych i odrzuconych. Ba, Franciszek nawet za swoją mowę otrzymał brawa od polityczek i polityków. Mam jednak przypuszczenie graniczące z pewnością, że zrozumienie papieskiego wystąpienia nie pociągnie za sobą zmiany praktyki – zmiany polityki, zmiany przyzwyczajeń „nowej klasy próżniaczej”.

Mało tego: brawa polityków, które towarzyszyły mowie Franciszka, pokazują, że są oni gotowi estetyzować biedę, ubóstwo i wykluczenie. Bo pytanie zasadnicze brzmi: gdzie byliście, wy, politycy, gdy setki imigrantów, kobiet i dzieci tonęły u wybrzeża Lampedusy? Gdzie jesteście, gdy tysiącom młodych ludzi w Europie odbiera się nadzieję na lepsze jutro, mówiąc im w twarz, że są „straconym pokoleniem”?

Papież nie mówił do polityków, by słuchać oklasków. To był wielki akt oskarżenia wobec europejskich liderów za ich obojętność i cynizm, który pogłębia cierpienie i ból ludzi.

3.
Papież Franciszek wygłosił swoje polityczne exposé w Strasburgu. Po oczach bije jedno słowo, które się w nim przewija. TROSKA.

Papież mówił: „Jako parlamentarzyści jesteście powołani także do wielkiej misji, choć może się ona wydawać nieużyteczna: do troski o kruchość narodów i osób”. A zatem to człowiek jest drogą polityki, a nie polityka czy ekonomia drogą człowieka.

I drugi element troski: Ziemia. „Nasza ziemia wymaga rzeczywiście stałej opieki i uwagi, a każdy jest osobiście odpowiedzialny za strzeżenie stworzenia, cennego daru, który Bóg umieścił w rękach ludzi. Oznacza to z jednej strony, że natura jest do naszej dyspozycji, możemy się z niej cieszyć i dobrze ją wykorzystywać; z drugiej jednak strony oznacza, że nie jesteśmy jej panami. Stróżami, ale nie panami”.

Czyż zatem „polityka troski” nie jest jedyną sensowną polityką na czas kryzysu finansowego, gospodarczego i społecznego? Czy dziś wolni tak naprawdę nie są ci, którzy zamiast mówić „więcej, więcej, więcej” – „więcej zakupów”, „więcej życia na kredyt”, „więcej dewastacji Matki Ziemi” – mają w sobie tyle siły i wiary, by powiedzieć „dość, dość, dość” – „dość kupowania”, „dość życia na kredyt”, „dość bezmyślnego niszczenia Matki Ziemi”? Ziemia nie jest nam dana, ale jest nam zadana!

Tak oto Franciszek zarysował nową „politykę troski”, którą już uczynił leitmotivem swojego pontyfikatu.

4.
Papież, jeśli dobrze go rozumiem, chce powiedzieć, że ostatecznie jako chrześcijanie i jako ludzie rozliczani będziemy z troski o tych słabych, których biblijnymi symbolami są wdowa, sierota i obcokrajowiec. Z troski o ofiary „polityki odrzucenia”, która w optyce Franciszka niszczy dziś Europę.

Co jest konsekwencją „polityki troski”? Oczywiście solidarność. To fakt: po swoistym „poście od solidarności”, jaki charakteryzował okres od chwili upadku Muru Berlińskiego do upadku amerykańskiego banku Lehman Brothers, obserwujemy dziś osobliwy „głód solidarności”. Cóż w praktyce znaczy solidarność? To sytuacja, jak mówi św. Paweł, gdy „jeden drugiego brzemiona niesie” (por. Ga 6, 2). Cóż to jednak znaczy?

Imperatyw jest prosty: „Trzeba nieść ciężar drugiego”. Jakkolwiek ciężki by on był, nie mogę umyć rąk. Nikt przecież z nas nie jest samotną wyspą. Nikt nie żyje wyłącznie dla siebie. To byłoby bez sensu. Żyjemy z innymi i dla innych.

Jako ludzie jesteśmy więc ze sobą powiązani. Łączy nas praca i mowa, cierpienie i poniżenie. Czasami także, choć rzadziej, radość i szczęście. Nieczęsto jednak zdajemy sobie sprawę z tych powiązań.

Kiedy jednak rodzi się solidarność, nagle wszystkie one wychodzą na jaw – nagle, niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, widzimy, że nasz los jest zależny od drugiego, ale i los drugiego – sąsiada, kolegi z pracy, przypadkowego przechodnia – zależny jest od naszych słów, decyzji i czynów. Czyż więc nie jest jasne, że – jak mówi papież – albo będziemy razem, w naszych bólach, troskach i ofiarach, albo nie będzie nas wcale?

Czy nie ma racji Franciszek, że jeśli Europa nie chce skończyć jako „dekadenckie mocarstwo”, musi na nowo odkryć solidarność? Musi raz jeszcze odwołać się do swych wartości? I musi „politykę odrzucenia”, wbrew przyzwyczajeniom i lenistwu, zastąpić „polityką troski”?

Gwiezdne wojny VII

  Dokładnie za miesiąc, 25 grudnia na ekrany polskich kin ma wejść siódmy film z cyklu Gwiezdne Wojny. Dla mojego syna w latach osiemdziesiątych pierwsze Gwiezdne Wojny były wielkim przeżyciem. Czy te siódme, z ekstra efektami filmowymi, będą takim przeżyciem dla moich wnucząt?

Wspaniałe wsparcie dla ich wyobraźni stanowią dzisiejsze klocki Lego, odpowiadające już nawet na "sygnały z Kosmosu" (czyli zdalnie sterowane):
  

Nazi ojciec, nazi matka, nagród Emmy - nazi wpadka

taz.de
Kazimierz Michał Ujazdowski:
Dziś, w Nowym Jorku rozdano Międzynarodowe Nagrody Emmy za produkcje filmowe. W kategorii „mini-seria” zwyciężył film „Nasze Matki, Nasi Ojcowie”, o którym głośno było swojego czasu. Film relatywizuje odpowiedzialność Niemców za zbrodnie II wojny światowej, a przede wszystkim, obraża dobre imię Armii Krajowej i jej żołnierzy. Władze publiczne w Polsce i TVP, także prezes Juliusz Braun ponoszą odpowiedzialność za promocję filmu, który szerzy kłamstwo i uderza w poczucie sprawiedliwości oraz dobre imię Polski. Państwo Polskie powinno było podjąć kroki prawne w tej sprawie.
„Wolność sztuki, słowa i prasy zwyciężyła nad prawem do godności i dobrego imienia” – komentuje przyznanie nagrody mecenas Piotr Duber, który złożył wniosek do prokuratury niemieckiej o wszczęcie postępowania o zniesławienie Armii Krajowej i jej żołnierzy w związku z filmem oraz materiałami prasowymi z nim związanymi. Prokuratura niemiecka odrzuciła ten wniosek, ale nie powinno to zakończyć naszych starań o obronę dobrego imienia naszych bohaterów. Cieszę się, że mecenas Duber nie poddaje się i napisał obszerne zażalenie na decyzje prokuratury.
Kłamstwo promowane w filmie, który zyskuje dziś uznanie międzynarodowe to duże zagrożenie nie tylko dla Polski, ale także dla społeczności międzynarodowej. Takie decyzje muszą spotkać się z naszą reakcją.

poniedziałek, 24 listopada 2014

Mój tata szczęściarz

  Joanna Papuzińska wspomnienia z tuż powojennych warszawskich spacerów z tatą przetworzyła w cudowną książeczkę-przypowieść dla dzieci i dorosłych. Przysłowiowe "szczęście w nieszczęściu" urasta tu do metafory powstańczych losów warszawiaków, bo przetrwanie tych kilkudziesięciu dni było uzależnione od ciągu nieoczekiwanych, i raczej szczęśliwych zbiegów okoliczności. W tamtej skali, dokuczliwe rany i złamania były tylko "niedogodnościami".
Niezbędny był odpowiedni poziom optymizmu. Taki jaki cechował występy kukiełkowego teatrzyku. Poniżej w zbliżeniu widać adresy kamienic, których podwórka służyły za scenę i widownię tych przedstawień:
Lipowa 11, Zajęcza 7, Konopczyńskiego 5/7, Dobra 11, Dobra 2, Szczygla 13, Nowy Świat 22.
Podano adresy kamienic istniejących do dziś, ale większość miejsc goszczących tą letnią scenę została obrócona w gruzy i już nigdy nie odzyskała przedwojennego wyglądu.

Lombard w walce z V-rakietami

Bundesarchiv, Bild 141-1875A / CC-BY-SA
Ciekawym epizodem i przełomem w rozpracowaniu tajnych poligonów na wyspie Uznam było wydarzenie z kwietnia 1943 roku. Oficer Wehrmachtu Roman Träger16 podczas pobytu w Bydgoszczy z okazji Wielkiejnocy poinformował ojca o wyrzutniach broni „V”. Przywiózł też butelkę z paliwem, to jest z ciekłym wodorem. Augustyn Träger, działacz wspomnianego „Miecza i Pługa”, słysząc, jak syn opowiada o dziesięciotonowym samolocie i rakiecie bez śmigła, posądził syna o fantazję. Mimo to sprawa go zainteresowała. 25 kwietnia żołnierz niemieckiej armii sporządził z pamięci szkic rozmieszczenia zakładów doświadczalnych w Peenemünde wraz z węzłem komunikacyjnym i barakami, w których mieszkali robotnicy obcokrajowcy. Jego ojciec zapoznał z tymi planami kolegów z organizacji: B. Kowalskiego i K. Kolbera. Jednocześnie nakazał synowi, by zdobył dodatkowe informacje. Syn, wtajemniczony w działalność ojca, próbował pomóc wywiadowi polskiemu. W tym celu podjął starania o przedłużenie pobytu na wyspie Uznam17. W kolejnym miesiącu Augustyn Träger osobiście dostarczył dane o bazie doświadczalnej i produkcji nowej broni w Peenemünde do Warszawy18.
W czerwcu 1943 roku Londyn zwrócił się do Warszawy z prośbą o dalsze informacje. Pisano: „Centrala Nr 3029/W z dnia 8/11 VI na 779. Prosimy o wszelkie wiadomości dotyczące prób samolotów w Peenemünde nad Bałtykiem. Rawa 3029/W”19. Dla Londynu sprawa była bardzo ważna, dlatego na początku lipca nakazano rozszerzyć zakres obserwacji: „Centrala 3782/W z dnia 3/7 VII 43. Zdjęcia lotnicze z Peenemünde wykazały istnienie pocisku rakietowego o wielkich rozmiarach oraz aparatu wyrzucającego te pociski. Czy wiadomo o jakimś innym miejscu poza Peenemünde, gdzie produkuje się te rakiety i aparaty wyrzucające? Proszę o szczegóły. Rawa 3782/W”20. W kolejnej depeszy, oznaczonej notą najwyższej pilności „KKK”, nakazano rozpracowanie rejonu Peenemünde, podając przy tym dokładne dane geograficzne. Kazano zwrócić uwagę na wszelkie prace hitlerowców przy budowie zakładów. Zadanie skierowano do wszystkich sieci. Sprawa była niecierpiąca zwłoki21.
W czerwcu 1943 roku w strukturze Ekspozytury „Lombard” wyłoniono grupę wywiadowczą „Bałtyk”. Utworzył ją Stefan Ignaszak – cichociemny zrzucony do Kraju w marcu 1943 roku w ramach operacji „Window”. Kierownikiem grupy został Bernard Kaczmarek „Wrzos”. Głównym zadaniem grupy było rozpracowanie przemysłu niemieckiego na Pomorzu, w tym poligonów doświadczalnych na wyspie Uznam. Grupa podzielona była na trzy komórki: 301, 302 i 303. Tej ostatniej powierzono między innymi obserwację Peenemünde. KG ZWZ-AK celowo skierowała Stefana Ignaszaka na Pomorze z zadaniem utworzenia tam sieci wywiadowczej, ponieważ posiadano już informacje o dokonaniach „Miecza i Pługa” w zakresie poznania tajemnicy broni V. Dowodem na to może być między innymi informacja przekazana doktorowi K. Ciechanowskiemu przez magistra inżyniera J. Sas-Zawisza, którą odnotował profesor Bogdan Chrzanowski: „Prawda jest taka. Jeszcze przed współpracą z Lombardem Augustyn Träger często przyjeżdżał do Warszawy z meldunkami o Peenemünde i przekazywał Gradowi najczęściej w lokalu Czesława Kłobuta ps. «Sławek» przy ulicy Śniadeckich. Te meldunki Grad wykorzystywał między innymi w rozmowach z internowanymi Amerykanami w budynku za Serbią Pawiaka oraz podczas swych wyjazdów do Jugosławii i Ankary. W tym lokalu mieszkał członek wywiadu AK «Rafał» Jerzy Kukulski, który meldunki te przepisywał i przekazywał swoim mocodawcom. Współpraca Trägerów z Lombardem (Bałtykiem) znana”22.
Stefan Ignaszak, budując grupę „Bałtyk”, nawiązał kontakty z „Mieczem i Pługiem”, by jego ludźmi obsadzić podgrupę „Bałtyk 303” pracującą w ramach KG AK. Kierował nią wspomniany wyżej Augustyn Träger. Na marginesie trzeba zaznaczyć, że także przy rozpracowywaniu poligonu broni V w Bliźnie znaczne zasługi odnieśli ludzie wywodzący się z „Miecza i Pługa”.
Wkrótce po powstaniu „Bałtyku 303” zaczęto zbierać dalsze informacje, które powoli rozjaśniały sytuację. Sprawa była bardzo poważna, więc 5 lipca 1943 roku do Bydgoszczy przybył Bernard Kaczmarek („Wrzos”), aby osobiście pokierować akcją. Tam spotkał się z Apolinarym Łaniewskim („Apollo”) – kierownikiem „Bałtyku 302” – i Augustynem Trägerem, ustalając z nimi możliwości przeprowadzenia dokładnej obserwacji wybrzeża Szczecina i okolic. Postanowiono nawiązać kontakt z inżynierem Janem Szrederem („Furman”), skierowanym na początku 1943 roku przez „Lombard” do Szczecina w celu rozpracowania tamtejszych ośrodków przemysłu zbrojeniowego. Udało się go zatrudnić w charakterze woźnicy zaopatrującego w żywność załogę stacji lotniczej w Peenemünde. Akcję jego zatrudnienia przygotowywano dużo wcześniej, skorzystano bowiem z możliwości, jakie dawali Niemcy Polakom wyjeżdżającym na roboty do Niemiec. Aby ich zachęcić, Berlin pozwalał ochotnikom wybrać miejsce pracy. Skorzystał z tego „Furman” i na początku 1943 roku za pośrednictwem niemieckiego Urzędu Zatrudnienia (Arbeitsamt) trafił w rejon Peenemünde23.
Do spotkania inżyniera z Kaczmarkiem doszło w Świnoujściu. Kaczmarek dysponował nielegalnym paszportem umożliwiającym swobodne poruszanie się po terenach Rzeszy. „Furman” informował, że „na zachód od brzegu ujścia rzeki Peene do Bałtyku znajduje się Luftwaffen Versuchsanstalt (wojskowy instytut badań lotniczych – A.J.), w skład której wchodzi specjalna jednostka lotnicza prowadząca doświadczenia z nową bronią. Ze specjalnych wyrzutni wystrzeliwane są torpedy powietrzne zaopatrzone w małe skrzydła. Pociski te, o wadze około 1 tony, montują hitlerowcy w halach mieszczących się na terenie bazy. Są to rakiety o dużym zasięgu”24.
Kaczmarek bogatszy o informacje Szredera udał się do Bydgoszczy na spotkanie z młodym Trägerem. Ten poinformował go o kolejnych badaniach prowadzonych w stacji doświadczalnej, na przykład o tym, że pociski wyrzucane były przy pomocy elektryki, że materiałem pędnym w silnikach znajdujących się w wewnątrz pocisku miała być mieszanina nadtlenku wodoru i skroplonego tlenu i że lotem rakiety kierowano falami radiowymi wysyłanymi ze stacji nadawczej w ośrodku doświadczalnym. Spotkań Kaczmarka i młodego Trägera było kilka, podczas jednego z nich żołnierza Wehrmachtu zaprzysiężono jako członka grupy „Bałtyk 303”. Występować miał pod pseudonimem „T2 As”25. Uzyskane od niego informacje posłużyły „Wrzosowi” do opracowania szczegółowego raportu. W raporcie wymienił również ludzi, którzy szczególnie wyróżnili się w akcji grupy „Bałtyk”. Byli nimi, między innymi: Kazimierz Kolber („Biały”), Mieczysław Robiński („Wilk”), Zygmunt Felchnerowski („Wydra”) oraz Stanisław Michniewicz („Borsuk”).
Przygotowany przez Kaczmarka raport trzeba było przewieźć do Warszawy, co wiązało się z ryzykiem podczas przekraczania granicy z Generalnym Gubernatorstwem. Pomocy udzielił palacz parowozowy Ferdynand Słomieński („Zając”) jeżdżący na trasie Bydgoszcz–Warszawa. 15 lipca 1943 roku Kaczmarek odbył podróż do Warszawy, ale raport przez całą drogę przechowywany był u palacza, gdzie był bezpieczny, Niemcy bowiem nie przeszukiwali jego stanowiska pracy. W Warszawie „Wrzos” raport odebrał i tego samego dnia dostarczył Stefanowi Ignaszakowi. Wspólnie przenieśli zdobyte dane na mapę o skali 1:300 000 i po ich opracowaniu przesłali do Biura Studiów „Lombardu” – „Besty” przy ulicy Tłomackie 3.
***Właśnie w konspiracyjnym lokalu przy ulicy Tłomackie 3 pracował Kazimierz Głębicki, teść mojej siostry. Tuż przed Wielkanocą roku 1943 jeden z lokali Lombardu został namierzony przez Niemców i zgodnie z przygotowanym planem należało błyskawicznie przenieść dokumentację wywiadowczą z potencjalnie zagrożonego lokalu przy ulicy Tłomackie 3. Zadanie to wykonał w Wielki Piątek, 17 kwietnia Kazimierz Głębicki. Spakował papiery w dużą teczkę i zamierzał pojechać tramwajem z pętli przy Placu Żelaznej Bramy w kierunku południowym, ale zauważył patrole niemieckie przy Hotelu Saskim. Nieduży więc odcinek do pętli przejechał kończącym trasę tramwajem i to w wagonie Nur fur Deutche.*** 
 Stamtąd przekazano trafiły w ręce inżyniera Kocjana, pracownika Biura Studiów Oddziału II. Informacje zdobyte przez pracowników „Lombardu” oceniono jako bardzo dobre26; 16 lipca przekazano je drogą radiową do Londynu. 24 lipca 1943 roku przesłano do Centrali Meldunek Wywiadowczy nr 23-43 poszerzony o odręczny szkic umiejscowienia hal montażowych i baraków mieszkalnych załogi27.
Kolejnymi krokami – rozpoznaniem lotniczym rejonu Peenemünde i wykonaniem zdjęć – zajęły się służby brytyjskie. Zdjęcia odczytała specjalistka w tej dziedzinie Constance Babington-Smith, która potwierdziła istnienie ośrodka doświadczalnego broni rakietowej. Dowództwo brytyjskie zdecydowało się na wykonanie zmasowanego uderzenia lotniczego na ośrodek28. Aby ochronić informatora, Romana Trägera, przekazano mu informacje o terminie nalotu. Aby mieć zapewnioną ewakuację z miejsca bombardowania, dokonał samookaleczenia: złamał sobie kości lewego przedramienia. W czasie nalotu na zakłady produkujące rakiety V przebywał więc w szpitalu wojskowym na wyspie Wolin29.
Akcję zniszczenia tajnych niemieckich poligonów doświadczalnych w Peenemünde zaplanowano na noc z 16 na 17 sierpnia. Wtedy to 597 samolotów zbombardowało bazę, używając bomb burzących i środków zapalających. W ciągu 104 minut nalotu zrzucono około dwóch tysięcy bomb. Bombardowanie pochłonęło 775 ofiar, w tym dowódcę bazy, generała Chamiera von Glisczynsky’ego, i kilkanaście osób z personelu naukowego. Zniszczeniu uległy dzielnica mieszkaniowa, fabryka Kretschera, remiza kolei elektrycznej, kościół i dzielnica Trassenscheide. Część północna wyspy Uznam, gdzie znajdowały się najważniejsze ośrodki badawcze i produkcyjne, nie ucierpiała30.
Mimo sierpniowego bombardowania próby z bronią V trwały. Prace odbywały się przez cały okres okupacji, dlatego uwaga polskiego wywiadu wciąż zwrócona była w stronę poligonów doświadczalnych. W początkowym okresie nie wiadomo było, że Niemcy postanowili przenieść poligon doświadczalny w inne miejsce. Nieprzerwanie więc nakazano obserwowanie Peenemünde przez wszystkie sieci wywiadu dalekosiężnego KG AK i Okręgu Pomorskiego AK. Szereg meldunków nadsyłanych przez wywiad Okręgu Pomorskiego w okresie 1943–1944 stał się podstawą do nakreślenia dalszych zadań sieciom „Lombardu”, w tym grupie „Bałtyk”31.
24 sierpnia 1943 roku wysłano ponaglającą depeszę numer 1375, w której napisano: „Peenemünde. MW 23/43. Bardzo ważny ośrodek doświadczalny lotniczy. Pożądane wszelkie wiadomości. Starajcie się sprawdzić Waszą informację”32. Następna depesza numer 5373/W z 25/26 sierpnia uściślała zadania, wskazując na szczególne zainteresowanie osobami pracującymi jako robotnicy, oraz każąc zwrócić uwagę na doświadczenia artyleryjskie i określić położenie geograficzne punktów strzelania33. Istnieją jeszcze inne rozkazy nakazujące przeprowadzenie dalszego rozpracowania terenu Peenemünde. Pochodzą one z 26 sierpnia i z września 1943 roku, chodziło o zdobycie wiadomości na temat postępu dalszych prac w ośrodku po bombardowaniu z 17 sierpnia 1943 roku34.
We wrześniu 1943 roku Niemcy przenieśli poligon doświadczalny w okolice Blizny, niedaleko miejscowości Pustkowo w widłach rzek Wisły i Sanu. Pierwsze informacje o przygotowaniach do przeprowadzenia doświadczeń lotniczych w tej miejscowości wpłynęły do S. Ignaszaka w październiku 1943 roku. Autorem tych informacji był Aleksander Pieńkowski („Klimont”), który wywodził się z sieci „Miecza i Pługa”. Informacje uzyskał od znajomych, także członków „Miecza i Pługa”, pracujących w tamtym rejonie35. „Lombard” zarządził przeprowadzenie obserwacji tego terenu, której wynikiem było zdobycie nie tylko danych technicznych nowej broni, ale także jej części36.
Meldunki dotyczące broni V i poligonów doświadczalnych wywiad KG AK przesyłał do lipca 1944 roku, dotyczyły one zarówno rejonów, gdzie Niemcy prowadzili badania od września roku 1943, czyli Blizny, jak i terenów Peenemünde, gdzie wciąż trwały badania nad nową bronią. Zdobycie informacji dotyczących produkcji Wunderwaffe było wynikiem żmudnej pracy przede wszystkim sieci wywiadowczej „Lombard” KG ZWZ-AK oraz „Miecza i Pługa”. Nie można jednak pominąć roli Pomorskiego i Poznańskiego Okręgu Armii Krajowej oraz TOW „Gryfa Pomorskiego”. W celu uzyskania większego stopnia wiarygodności informacje zdobywano wielotorowo. Przesyłano je w formie meldunków do Warszawy, skąd po opracowaniu w Biurze Studiów trafiały do Londynu. Znaczny procent serwisu informacyjnego, którym dysponował wywiad brytyjski, pochodził ze źródeł polskich. Ułatwiono w ten sposób Brytyjczykom podejmowanie odpowiednich decyzji w walce z niemiecką bronią rakietową37.
Walkę o zdobycie tajników niemieckiej broni rakietowej toczono z ogromnym poświęceniem i bohaterstwem. Zakończyła się ona pełnym sukcesem Polaków, którzy przesyłali także informacje dotyczące innych kwestii militarnych armii hitlerowskiej. Dokonania polskich służb są tym bardziej imponujące, gdyż rozpoznaniu poddawano także inne dziedziny życia okupanta, od obserwacji zachowań społecznych czy sytuacji politycznej po rozpracowanie wrogiego uzbrojenia. Słuszny zatem staje się pogląd, że polski wywiad odegrał poważną rolę w walce z militarną potęgą Trzeciej Rzeszy.
Bundesarchiv, Bild 141-1880 / CC-BY-SA
http://www.konflikty.pl/historia/druga-wojna-swiatowa/rozpracowanie-tajemnicy-niemieckiego-poligonu-doswiadczalnego-wpeenemunde/

niedziela, 23 listopada 2014

Prekariat - lud ziemi

Wywiad dziennikarki Katarzyny Wężyk z Guyem Standingiem

Guy Standing - ur. w 1948 r., ekonomista, autor właśnie wydanego w Polsce "Prekariatu. Nowej niebezpiecznej klasy". Specjalizuje się w zagadnieniach rynku pracy.

GUY STANDING: Nie wygląda pani jak na zdjęciu.

KATARZYNA WĘŻYK: Słucham?

- Tym z pani profilu na Skypie. Wpatrzona w dal.

W świetlaną przyszłość? To było, zanim dowiedziałam się z pana książki, że jestem częścią prekariatu.

- To o czym porozmawiamy?

Zacznijmy może od podstaw. Czym jest prekariat?

- Jest efektem narodzin globalnej gospodarki rynkowej, wewnątrz której kształtuje się globalna struktura klasowa. Na jej szczycie znajduje się plutokracja, malutka mniejszość obrzydliwie bogatych oligarchów. 85 najbogatszych ma tyle, ile połowa ludności świata! Dużo, dużo niżej mamy salariat, czyli ludzi zatrudnionych na pełen etat, z przywilejami pracowniczymi i emeryturą. To z niego składała się klasa średnia. Miał być większością, ale coraz bardziej się kurczy, podobnie jak proletariat, czyli robotnicy pracujący na pełen etat w fabrykach. No, a najniżej jest właśnie prekariat. Jedyna klasa, której liczebność rośnie.

Co ją wyróżnia?

- Po pierwsze, to pracownicy tymczasowi, zatrudnieni w niepełnym wymiarze godzin, wiecznie niepewni. Wielu badaczy uznaje tę tymczasowość za najważniejszą cechę prekariatu, ale dla mnie dużo ważniejszy jest brak zawodowej tożsamości. Na pytanie, kim jesteś, członkowie prekariatu nie odpowiadają: "Jestem lekarzem" czy "Jestem inżynierem", ponieważ nie wiedzą, czy za dwa, trzy miesiące nie będą kimś zupełnie innym. Prekariat to także pierwsza klasa w historii mająca zbyt wysokie kwalifikacje w stosunku do zadań, które wykonuje. Większość prekariuszy ma średnie lub wyższe wykształcenie, a pracują w miejscach, w których ich wiedza i umiejętności nie są potrzebne.

Po drugie, prekariusze otrzymują wyłącznie pensje, nie mają żadnych przywilejów w rodzaju emerytur, płatnych urlopów, chorobowego. To oznacza, że spadek płac dotyka ich najbardziej, bo za wszystko muszą płacić sami. Prekariusze zadłużają się, żeby przeżyć - większość ma do spłacenia jakiś kredyt studencki, pożyczkę krótkoterminową, zaległy czynsz... W efekcie są bardzo podatni na każdy kryzys: chorobę, rozwód, śmierć małżonka. I żyją w ciągłym napięciu, przerażeni, że staną się niewypłacalni.

Wreszcie prekariat ma specyficzne relacje z państwem. Prekariusze, zwłaszcza imigranci, systematycznie tracą swoje prawa obywatelskie: kulturowe, bo nie przynależą do dominującej społeczności; polityczne, bo nie czują się reprezentowani przez partie polityczne; socjalne, bo nie mają dostępu do gwarantowanych przez państwo przywilejów. I ekonomiczne, bo nie mogą wykonywać wyuczonego zawodu.

W skrócie: prekariat to grupa społeczna, która cierpi na brak bezpieczeństwa związanego z pracą.

Taka ciągła niepewność musi mieć konsekwencje.

- I ma: niepokój, anomię, wyobcowanie i gniew.

Badania pokazały, że w sytuacji permanentnej niepewności spada iloraz inteligencji i zdolność do długoterminowego planowania. Nie wiedząc, czy pod koniec miesiąca będą mieli na rachunki, ludzie popadają w anomię: brak im pewności siebie, uważają, że nie są w stanie zmienić swojej sytuacji, stają się pasywni i tracą chęć do podejmowania jakiegokolwiek ryzyka. Oraz odcinają się - od społeczeństwa, a nawet od rodziny i przyjaciół. Wszystko to prowadzi do frustracji i gniewu, który z kolei wykorzystują populistyczni politycy, winiąc za problemy prekariatu najrozmaitsze mniejszości.

Odebranie ludziom poczucia bezpieczeństwa może więc prowadzić do wykształcenia się neofaszystowskiej mentalności.

Rozmowa z prof. Jolantą Grotowską-Leder: Biedne dzieci zostają biednymi dorosłymi


Kto jest najbardziej narażony na zepchnięcie do prekariatu?

- Oczywiście młodzi wykształceni. Kiedyś politycy mogli powiedzieć: "OK, przed absolwentami kilka lat niepewności, ale prędzej czy później czeka na nich stabilne zatrudnienie. Nie martwcie się, w końcu zostaniecie tą klasą średnią". Dziś miliony ludzi mogą się spodziewać, że nigdy nie będą w stanie przejść do grup o średnim i wy ższym dochodzie.
Dalej, kobiety - więcej ich wśród prekariuszy niż mężczyzn - i ludzie starsi. Ale największą grupą są migranci. Mają najgorzej także dlatego, że politykom łatwo pokazać palcem: "To oni, przyjezdni, obniżają stawki i zabierają pracę!". Właśnie przerabiają to na własnej skórze Polacy w Wielkiej Brytanii.

Ale w zasadzie prekariuszem może stać się praktycznie każdy. Z dnia na dzień, wystarczy wypadek czy utrata pracy. Dyplom czy dobra posada nie są żadnym zabezpieczeniem. Najlepszą polisą są bogaci rodzice. Ich dzieci mają dyplomy najlepszych uniwersytetów i odpowiednie kontakty.

Skąd w ogóle się wziął prekariat?

- To dziecko globalizacji i neoliberalizmu. W latach 70. do głosu doszli ekonomiści głoszący ewangelię konkurencyjności. Państwa, mówili, muszą być konkurencyjne tak samo jak przedsiębiorstwa, a żeby zyskać na globalnym rynku przewagę, należy ciąć koszty pracy. Czyli obniżać pensje, likwidować przywileje pracownicze i złamać związki zawodowe.

Ta retoryka odniosła ogromny sukces. Kiedy pierwszy raz przyjechałem do Polski we wczesnych latach 90., rząd deklarował, że należy uelastycznić rynek pracy. I władze dalej to powtarzają! Bo jeśli nie będziemy bardziej elastyczni i nie obniżymy kosztów pracy, mówią, inwestycje, odpłyną do Chin, Indonezji i Wietnamu.

A nie odpływają?

- Odpływają. Niezależnie od tego, jak bardzo Europa i Stany obniżają koszty pracy. Lepiej niech pani zapyta, kto na tym zyskuje.

Chiny i Wietnam?

- Kapitał. Ponadnarodowe korporacje i ich udziałowcy, fundusze hedgingowe, finansiści.

Powstało perpetuum mobile. Na uelastycznieniu rynku pracy zyskuje górny jeden procent, a powstała nierówność napędza powiększanie się prekariatu.

Thomas Piketty w swoim ''Kapitale XXI wieku''pisze, że nierówności będą tylko się powiększały, bo kapitał inwestycyjny rośnie szybciej niż płace.

- Moim zdaniem Piketty poświęcił zbyt mało uwagi globalizacji i skutkom wzrostu chińskiej gospodarki. Jego "kapitalizm patrymonialny", w którym bogactwo po prostu się dziedziczy, również nie oddaje w pełni sytuacji, w której to polityka państwa obniża standardy życiowe pracowników w interesie kapitału. Jeśli ten trend się utrzyma, będziemy mieli ogromny problem. Jednak Europa nie jest na tyle głupia, żeby na to pozwolić. Myślę, że w odpowiedzi powstanie nowa, progresywna polityka.

Widzę, że marszczy pani brwi. Ale proszę pamiętać, że prekariat urósł już na tyle, by mógł stać się siłą polityczną. To, co obserwowaliśmy podczas wyborów europejskich w Hiszpanii, we Włoszech, generalnie w krajach Południa, to początek masowego sprzeciwu. Ludzie, zwłaszcza młodzi i wykształceni, szukają nowego programu.

Rozmowa z socjologiem Wolfgangiem Streeckiem: Ulica zmieni świat


I głosują na libertarianina, przy którym pani Thatcher to umiarkowana socjaldemokratka. To w Polsce. A we Francji, w Wielkiej Brytanii czy Holandii na partie antyimigranckie.

- Ale obok reakcyjnej prawicy widzimy zielonych, anarchistów i inne ruchy lewicowe, które zaczynają tworzyć nowy nurt. Weźmy Hiszpanię: Podemos, partia prekariuszy, w kilka tygodni urósł od zera do 1,2 miliona wyborców i zdobył pięć mandatów w europarlamencie. Weźmy Szwecję, gdzie wybory właśnie wygrał blok lewicowy, w tym Zieloni i Partia Lewicy.

Nie mówię, że zmiana będzie szybka. Ludzie sami muszą uznać, że czas na bardziej zorganizowaną akcję. Protesty w rodzaju Occupy Wall Street czy Oburzonych były ważne, ale samo wychodzenie na ulicę nie wystarczy. Nie będzie zmiany bez programu politycznego.

Socjolodzy twierdzą, że społeczeństwo jest zbyt zindywidualizowane i nieufne, by stworzyć jakikolwiek skuteczny ruch protestu.

- Na początku każdego procesu przemian ludzie wiedzą jedynie, przeciwko czemu protestują. To etap "pierwotnych rebeliantów". Tak słynny historyk Eric Hobsbawm nazwał pierwszą fazę rewolucji, niezorganizowaną, kiedy ludzie nie mają planu, co robić, tylko są wściekli. Ich protest nie przynosi większych efektów, ale prowadzi do tego, że dyskryminowani zaczynają się zastanawiać nad swoją sytuacją, identyfikować z podobnymi sobie i łączyć w grupy.

Teraz też tak się dzieje. Od "1 procent kontra 99 procent", sloganu z 2011 roku, przeszliśmy do roztrząsania kwestii strukturalnych i mechanizmów nierówności. I konstruktywnych pomysłów w rodzaju dochodu podstawowego czy ekologicznej gospodarki. A zgłaszają je grupy polityczne, które są jeszcze małe i nieskoordynowane, ale już tworzą zalążek nowej lewicy.
Powiedziałbym wręcz, że z historycznej perspektywy jest to dość szybki proces, biorąc pod uwagę to, że od początku kryzysu minęło tylko sześć lat.

Tylko jak prekariat ma - że przywołam Marksa - przejść od klasy w sobie do klasy dla siebie, skoro nie ma tożsamości związanej z wykonywaną pracą? Robotnikom łatwiej było zrozumieć, że jadą na tym samym wózku.

- Ale ma coś równie ważnego, czyli tożsamość społeczną. Protesty prekariatu nie są skierowane przeciwko konkretnemu pracodawcy, ale państwu i jego polityce. Wybuchają w miejscach publicznych, nie w zakładach pracy. Uważam, że dzisiejsze ruchy społeczne stworzą ruch polityczny dużo szerszy niż dawny proletariat. Bo prekariat jest wszędzie.

Wkurzony prekariat nie boi się Europy kontroli granicznych, wojen celnych i lokalnych konfliktów. Zrobi wszystko, żeby godnie żyć


A co z różnicami kulturowymi? Trudno mi wyobrazić sobie feministkę idącą ręka w rękę z ortodoksyjnym muzułmaninem, nawet jeśli oboje pracują na śmieciówkach.

- Zgadzam się. Ale z drugiej strony dziś współpracuje wiele grup, którym by to wcześniej w głowie nie postało. Podczas pierwszomajowych manifestacji spod znaku Euro May Day protestowali artyści, hakerzy, związkowcy, migranci, prekariusze, kolektywy queer, rowerzyści oraz lewicowi radykałowie, od zielonych po anarchosyndykalistów.

Oczywiście nie stworzysz formalnego porozumienia lewicy z fundamentalistami religijnymi czy neofaszystami, ale też nigdy to się nie udawało. Ale można szukać punktów wspólnych poprzez edukację, naukę języków, podróże, kontakty w internecie.

Optymista z pana.

- Potrzebujemy optymizmu. Możemy doprowadzić do zmiany tylko wtedy, jeśli wierzymy, że zmiana jest możliwa. Im więcej ludzi mówi: "Zróbmy coś", tym większą mają szansę. Defetyzm służy jedynie ludziom władzy i wielkich pieniędzy. To oni chcą, żebyśmy uwierzyli, że nic nie możemy zrobić.

Brzmi dobrze, ale sam pan mówił, że ludzie wolą szukać winnych. I znajdują ich w obcych, innych, którzy mają nam zabierać miejsca pracy i zagrażać naszej tożsamości.

- I musimy z tym walczyć. Pokazywać prawdziwe przyczyny nierówności. Trzeba wytłumaczyć tym, którzy obwiniają imigrantów, gejów, niepełnosprawnych, Romów czy kogo tam akurat najmniej lubią, że szukają winnych w złym miejscu. To nie przez imigrantów obniża się stawki robotników. To nie przez starych młodzi nie mogą znaleźć pracy. To globalny kapitalizm domaga się niskich płac, elastycznych godzin, outsorcingu. Nieprzyzwoite bogactwo malutkiej grupy to nie dzieło etnicznych mniejszości czy małżeństw homoseksualnych, tylko problem strukturalny.

Tylko że lewica nie bardzo sobie z tym tłumaczeniem radzi.

- Zawsze przed wielką zmianą stare partie okazują się bezużyteczne. Beppe Grillo, lider włoskiego Ruchu Pięciu Gwiazd, nazywa je żywymi trupami. Socjaliści i socjaldemokraci, którzy w minionym stuleciu reprezentowali ludzi pracy, myślą w starych kategoriach, proponują wczorajsze rozwiązania wczorajszych kwestii. Nie są w stanie odnieść się do prawdziwych problemów prekariatu. Uważają, że wystarczą im głosy starego proletariatu i klasy średniej, żeby wygrać wybory. A prekariat to widzi i mówi: tym panom już dziękujemy.

Żyjemy w czasach bezkrólewia. Stare lewicowe partie są już bezużyteczne, a nowej progresywnej polityki jeszcze nie ma. Też bym chciał, żeby nowy ruch pojawił się ot, tak sobie i porwał ludzi. Ale polityka tak nie działa.

To jaki powinien być ten nowy - umiarkowanie utopijny, jak pan pisze - program lewicy?

- Szerzej się tym zajmuję w nowej książce "A Precariat Charter: From Denizens to Citizens" ("Karta prekariatu: od mieszkańców do obywateli"). W przyszłym roku obchodzimy 800. rocznicę powstania angielskiej Wielkiej Karty Swobód, pierwszej klasowej listy postulatów, więc postanowiłem się zastanowić, jak dziś wyglądałaby lista żądań prekariatu. Zaproponowałem 29 artykułów - projektów reform, które mają wzmocnić wielką trójcę Wolności, Równości i Braterstwa w warunkach XXI wieku.

Część z nich można by łatwo przeprowadzić - zmienić definicję pracy, tak by obejmowała również pracę niezarobkową, i objąć prawem pracy elastyczne formy zatrudnienia. Albo wzmocnić różne formy stowarzyszeń, nie tylko związków zawodowych, bo nie ma skutecznej obrony wolności bez ciał kolektywnych.

Dalej, należy zastosować skuteczniejsze metody walki z biedą i zlikwidować workfare, czyli zmuszanie ludzi do pracy pod groźbą odebrania zasiłku.

To wszystko średnio się nadaje na transparenty, ale jest konieczne. A przede wszystkim trzeba wprowadzić dochód podstawowy.
Czyli?

- Każdy legalny mieszkaniec danego kraju, dziecko i dorosły, powinien otrzymywać miesięczną pensję. Skromną, ale pozwalającą na przeżycie.

To podstawa. Bo co jest naprawdę ważne dla prekariatu? Czego potrzebuje?

Bezpieczeństwa ekonomicznego?

- Właśnie. A dochód podstawowy gwarantowany jako prawo obywatelskie dałby ludziom nie tylko poczucie bezpieczeństwa, ale też wzmacniałby ich pozycję przetargową i dał większe poczucie kontroli nad czasem. Pozwoliłby zwolnić tempo i spędzać więcej czasu na pracy niezarobkowej, takiej jak zajmowanie się chorymi czy niedołężnymi członkami rodziny, albo na działalności na rzecz lokalnej społeczności.



Konserwatysta zapytałby, jaką pan przewiduje motywację do podjęcia pracy. Chce pan nagradzać lenistwo?

- Idiotyczny argument.

Oczywiście zawsze znajdą się jednostki, którym nie będzie się chciało pracować. Ale znakomita większość pragnie poprawić swój byt. Chcemy pracować i mieć więcej niż tylko na przeżycie, bo taka jest ludzka natura. A ludzie, którzy mają podstawowe poczucie bezpieczeństwa, pracują więcej i są bardziej produktywni.

Niedawno zrobiliśmy w Indiach dwa programy pilotażowe: wypłacaliśmy mieszkańcom kilku wiosek dochód podstawowy. Bardzo niewielkie sumy, ale dzięki nim mogli przeżyć. I co się stało? Zaczęli pracować więcej i intensywniej, inwestować w drobny sprzęt, ich produktywność wyraźnie wzrosła. Pozycję ekonomiczną poprawiły zwłaszcza kobiety.

Czemu jednak nie uzależnić gwarantowanego dochodu od pracy?

- Workfare to bulwersujące ograniczenie wolności. Państwowe świadczenia powinny dawać ludziom poczucie bezpieczeństwa i wolność ekonomiczną, a są używane do ich reformowania. "Dla ich własnego dobra", mniejsza o to, że najczęściej wbrew woli samych zainteresowanych.

Państwo daje bezrobotnemu wybór: albo akceptuje oferowaną pracę, albo traci świadczenia i zostaje uznany za pasożyta, co nie jest żadnym wyborem. I nikt nie bierze pod uwagę tego, że praca może być na drugim końcu miasta, za płacę minimalną, poniżej kwalifikacji. Sami byśmy jej nie wzięli, ale wciskamy ją ludziom, którzy padli ofiarą cięcia kosztów, wychowali się w biednych rodzinach czy mają niższe IQ.

Poza tym programy workfare przedstawiane jako metoda oszczędzania publicznych pieniędzy są w rzeczywistości drogie - ze względu na wysokie koszty administracyjne i sztuczne utrzymywanie mało produktywnych stanowisk pracy.

Ale czy nie jest to niesprawiedliwe, że jedni pracują na swoje utrzymanie, a inni dostają coś za nic?

- Pewnie. A przede wszystkim dotyczy to dzieci oligarchów. To niesprawiedliwe, że one urodziły się w bogactwie, a inni nie, więc może najpierw zabierzmy im pieniądze!

Jestem też za konsekwencją: jeśli workfare zmusza do pracy kogoś, kto prawdopodobnie nie ze swojej winy jest bezrobotny, to czemu ktoś, kto ma bogatych rodziców, może sobie próżnować?

Bo ma się z czego utrzymać?

- No tak, ale pomysł jest taki, żeby nie dostawać czegoś za nic, prawda?

Ale ja przecież nie chcę, żeby ktokolwiek był zmuszany do pracy. To karanie biednych za to, że nie mieli dość szczęścia, by chodzić do dobrych szkół.

No dobrze, ale czy stać nas na dochód podstawowy?

- Oczywiście. Dziś też wspieramy mnóstwo ludzi, tylko innych i w inny sposób. Tniemy podatki bogatym, dajemy ulgi korporacjom, utrzymujemy armię biurokratów zarządzających skomplikowanym systemem świadczeń. To ogromne pieniądze. Średnio około 6 procent globalnego PKB to subsydia dla klasy średniej.

Jakie subsydia?

- Na przykład ulgi podatkowe na kredyt hipoteczny. Rząd pomaga w zakupie domów, ale komu? Klasie średniej.

Wiele krajów stosuje też subsydia zatrudnienia. Przedsiębiorstwo, które zatrudnia bezrobotnych do nisko płatnych prac, dostaje zwrot części kosztów ich wynagrodzenia. A to nic innego jak prezent dla bogatych firm, żeby nie musiały płacić więcej swoim pracownikom. Dotuje się badania naukowe, z których zyski czerpie potem prywatny biznes. Płacą za to podatnicy - pani, ja i wszyscy prekariusze, o których rozmawiamy.

Ale dochód podstawowy to nie wszystko. Możemy też zrobić coś naprawdę rewolucyjnego, czyli podnieść podatki!

Weźmy podatek dochodowy od osób prawnych, czyli ten, który płacą korporacje. W Wielkiej Brytanii wynosi 20 procent, w USA od 15 do 35 procent. A więc prekariat, którego faktyczne obciążenie wynosi nawet 80 procent, płaci dziś wyższe podatki niż korporacja!

80 procent? Jak to?

- Tak, ponieważ prekariusz, który bierze pracę nisko płatną i pozbawioną pozapłacowych przywilejów, traci państwowe świadczenia. Płaci za leczenie i utrzymuje się z oszczędności, kiedy jest chory albo musi zostać w domu z dzieckiem. Powiedzmy, że te świadczenia warte są 80 dolarów tygodniowo. Jeśli pójdzie pani do pracy za 100 dolarów, pani efektywna stawka podatkowa wynosi 80 procent, ponieważ otrzymuje pani jedynie 20 dolarów więcej.

Jeszcze tylko musi pan przekonać polityków. Oraz wyborców.

- To jest wykonalne. Proszę spojrzeć na Brazylię. Na początku tego stulecia tamtejsza klasa średnia też mówiła: "Och, jak będziemy mieć dochód podstawowy, biedni staną się leniwi, poza tym nie stać nas na to". I co? Dziś ponad 60 milionów Brazylijczyków w ramach programu rodzinnego "Bolsa Familia" dostaje co miesiąc sumę od państwa. Zmniejszyły się nierówności, spadło bezrobocie, wzrost gospodarczy przyspieszył, a społeczny i ekonomiczny status kobiet się poprawił. I dziś wszyscy chcą rozszerzyć program. Przez 15 lat postawa Brazylijczyków przeszła od "nie możemy sobie na to pozwolić" do "nie możemy sobie pozwolić na jego likwidację". Zmiany są więc możliwe. I to szybkie zmiany.