sobota, 28 lutego 2015

W tle Charlie Hebdo?

  Na dziś, przy praktycznie całkowitym braku informacji, każdy może snuć swoje przypuszczenia. Jest zastrzelony, a w domysłach: "wielka polityka" lub "kobieta" - do wyboru. Ja bym postawił na "średnią politykę". Porównajcie dwa fragmenty - z dzisiejszego i zaledwie o miesiąc wcześniejszego angielskiego artykułu:

"The committee, which reports to Putin, said the killing could be linked with events in Ukraine or have been carried out by radical Islamists. Vladimir Markin, a spokesman for the committee, said Nemtsov had received threats in connection with his position on the Charlie Hebdo shootings in Paris last month."
http://www.theguardian.com/world/2015/feb/27/russian-opposition-politician-boris-nemtsov-shot-dead-moscow-reports

Brytyjski Telegraph  w dniu 19 stycznia 2015 roku:
http://www.telegraph.co.uk/news/worldnews/europe/russia/11355233/Chechnya-holds-mass-rally-against-Charlie-Hebdo-Prophet-Mohammed-cartoons.html
"We resolutely announce that we will never let anybody insult the name of the Prophet without punishment," Ramzan Kadyrov, the Kremlin-appointed leader of the majority Muslim region, told crowds in Grozny.
Police said as many as 800,000 had attended the state-sanctioned rally, while Western journalists put the figure at "several hundred thousand". Chechnya has a total population of around 1.25 million.
The demonstration was the latest worldwide to express disgust at caricatures published by media such as Charlie Hebdo, the French magazine where 12 people were murdered by Islamist terrorists earlier this month.
Mr Kadyrov said he suspected that Western states and their secret services had organised the attack on the magazine's offices, in order to fill the ranks of Islamic State of Iraq and the Levant (Isil), the terror group. He did not explain what the logic behind this would be.

piątek, 27 lutego 2015

Banksy w Gazie

banksy.co.uk
http://zagner.blog.polityka.pl/2015/02/27/banksy-w-gazie/?nocheck=1

Tylko 10 minut

W piątek po raz pierwszy przejechaliśmy pociągiem II linii metra zgodnie z rozkładem jazdy. Ruszyliśmy ze stacji Dworzec Wileński, po pięciu minutach byliśmy na Nowym Świecie, a po dziewięciu na rondzie Daszyńskiego.
Prawdopodobnie jednak podróż potrwa nieco dłużej, zajmie ok. minuty więcej. Maszynista zatrzymywał pociąg na kolejnych stacjach tylko na kilkanaście sekund. Otwierał i zamykał drzwi, ale oczywiście nikt nie wysiadał z pociągu ani do niego nie wsiadał. Wspinając się pod skarpą, pociąg jechał zrywami, jakby wolniej, ale tak sterował nim automat. Tunele były oświetlone, ale docelowo światło ma być wyłączone, ponieważ przeszkadza maszynistom w prowadzeniu pociągu, szybciej męczy się wzrok.

Maksymalna prędkość, z jaką poruszał się pociąg, wynosiła 60 km/h, ale pociągi rozpędzały się już wcześniej nawet do 80 km/h. Według Anny Bartoń, rzeczniczki Metra Warszawskiego, po otwarciu drugiej nitki początkowo będzie obowiązywała prędkość 60 km/h. Zwiększenie prędkości zależy od tego, czy zdecyduje się na to Zarząd Transportu Miejskiego i czy zapłaci więcej Metru. Pociągi w godzinach szczytu mają kursować co trzy minuty.

Cztery kroki do metra

Aby II linia została otwarta, metro musi spełnić cztery warunki. A właściwie już tylko trzy, bo pierwszy został spełniony dziś w południe. Wojewódzki inspektor nadzoru budowlanego podpisał ostatnie osiem pozwoleń. Chodzi o stacje Stadion Narodowy i Rondo ONZ oraz wentylatornie i tunel łącznikowy pod pl. Defilad. Teraz testowane pociągi muszą przejechać bez awarii 5 tys. km, ale nie powinno to zająć więcej niż dwa dni. Trzecia kwestia to skalibrowanie (czyli zgranie) wszystkich systemów i urządzeń. Następna sprawa to ćwiczenia z udziałem straży pożarnej i antyterrorystów, przewidziane na wtorek lub środę.

Zarząd Transportu Miejskiego przygotowuje też duże zmiany w związku z otwarciem metra. Pierwsze szczegóły już znamy.

Droga Krzyżowa w Wejherowie

W każdy piątek Wielkiego Postu odbywa się Droga Krzyżowa na zabytkowej Kalwarii Wejherowskiej:
Najlepiej jest przyjechać do Wejherowa (superszybkim Pendolino do Gdańska, a dalej trójmiejską Szybką Koleją Miejską) w któryś wielkopostny piątek, ale można też tą trasą przejść się w każdy inny dzień roku:
http://wkramost.blogspot.com/2012/04/kalwaria-wejherowska.html

czwartek, 26 lutego 2015

Nazajutrz...

Nazajutrz po oskarowym sukcesie Idy w Muzeum Powstania Warszawskiego odbyła się bardzo ciekawa debata, którą na gorąco zanotował obecny na niej Marcin Fijołek:
Takie dyskusje - jak ta, która odbyła się w poniedziałek w Muzeum Powstania Warszawskiego - warto odnotować. Dają bowiem nadzieję, że w naszej podzielonej i momentami naprawdę chorej rzeczywistości da się rozmawiać o trudnych i emocjonujących tematach na chłodno i na poważnie.Ale to również bardzo pouczające wydarzenie - proszę wskazać mi drugie takie miejsce, w którym dyrektor Żydowskiego Instytutu Historycznego chłoszcze ekipę z Czerskiej za straszenie antysemityzmem, w którym bez prymitywnych i szyderczych komentarzy odbywa się rozmowa nad mniej lub bardziej prawdziwą „antypolskością” „Idy”, w którym wreszcie zupełnie poważnie dyskutuje się o żydowskich komunistach.
Ale po kolei - mówimy o debacie pod hasłem „Polsko-żydowscy komuniści: pamiętać czy zapomnieć?”, która miała miejsce w MPW - z cyklu „Warszawa dwóch Powstań” - w której wzięli udział prof. Paweł Śpiewak, prof. Antoni Dudek oraz Bronisław Wildstein. Poprowadził ją dr Mikołaj Mirowski.
Rozmawiano o relacjach polsko-żydowskich, o aktywności i obecności Żydów w strukturach komunistycznej partii (mitycznej już „żydokomunie”), ale i o bardzo aktualnych problemach z popkulturą, muzeami czy filmem „Ida”.
Poniżej kilka ciekawych akcentów z tej dyskusji, siłą rzeczy ujętych nieco chaotycznie, ale, mam nadzieję, dających do myślenia.
Interesujący wątek w dyskusji zaproponował Wildstein, który zastanawiał się nad wpływem wyborów sprzed lat na rzeczywistość III RP.
Sprawa jest oczywista - doskonale wiemy, że w Komunistycznej Partii Polski nieproporcjonalnie duży odsetek stanowili ludzie pochodzenia żydowskiego. Trzeba zastanowić się, dlaczego tak wielu Żydów zaangażowało się w budowanie komunizmu, negując przy okazji swoją tożsamość żydowską
— mówił były szef Telewizji Republika.
Wildstein podkreślał, że to problem współczesny, a nie historyczny - a konsekwencje tamtych wyborów widać do dziś u potomków tych osób.
Ludzie pochodzenia żydowskiego, którzy tworzyli w Polsce komunizm zanegowali swoją tożsamość żydowską, ale ich dzieci rozczarowały się tą ideologią. W środowiskach inteligenckich ta grupa jest bardzo znacząca i bardzo dobrze funkcjonująca. To nie jest przypadek – znam te osoby, kiedyś się z nimi przyjaźniłem – to było zwarte środowisko, stanowiące lewicę korowską. To nie byli tylko ludzie pochodzenia żydowskiego – ale to środowisko było jądrem tej grupy. Po 1989 roku zaczęła się walka o władzę i nagle okazało się, że ta grupa nie ma już tożsamości żydowskiej, nie ma tożsamości komunistycznej, ale ma poczucie odrębności
— ocenił Wildstein, zaznaczając, że cała sytuacja miała spory wpływ na to, jaka jest dziś kondycja elit III RP.
Historyczne ujęcie problemu żydokomuny zaproponował prof. Antoni Dudek, który zwracał uwagę na Żydów w ruchu komunistycznym jeszcze przed wojną.
Wolałbym mówić nie o komunistach polskich czy żydowskich, ale po prostu o komunistach. Choć to pokazuje bankructwo ideologii komunizmu, który chciał przekroczyć barierę narodowości. Antagonizm między towarzyszami pochodzenia żydowskiego i polskiego rysował się już w okresie międzywojennym
— zwracał uwagę historyk.
Jak tłumaczył, cechą charakterystyczną komunistów przedwojennych był przede wszystkim młody wiek. Zdaniem prof. Dudka zaangażowaniu w ruchy polityczne w tak młodym wieku towarzyszą radykalizm i negacja rzeczywistości. Stąd młodych Żydów ciągnęło właśnie do ruchów komunistycznych, a młodych Polaków w kierunku nacjonalistycznych stowarzyszeń.
To byli najczęściej ludzie młodzi, nastolatkowie. Bardzo niewielu ludzi przyłączało się w późniejszym wieku. W tej masie kilku tysięcy większość to byli ludzie wybitnie młodzi, którzy – jak Zambrowski – przed skończeniem 20 roku życia byli działaczami partyjnym, organizowali demonstracje, etc. (…) Gdyby ruch komunistyczny był popularny wRP tak jak w Czechach czy Niemczech, to odsetek komunistów żydowskich byłby niższy. W Polsce ten ruch komunistyczny był mało popularny, bo Polska urodziła się w konflikcie z Rosją, a wojna 1920 była elementem tożsamościowym dla naszego państwa. Trzeba było się wyzwolić z własnej tożsamości – jak Gomułka -, by włączyć się w ruch komunistyczny
— przekonywał.
Zdaniem Dudka w tej perspektywie Żydom miało być „łatwiej” wejść w ruch komunistyczny – uważali bowiem Polskę za tak samo kapitalistyczny i carski kraj jak inne, które trzeba zbawić poprzez komunizm.
Historyk podkreślił przy tym, że zaangażowanie młodych Żydów w ruch komunistyczny w II RP było małe - dotyczyło kilku tysięcy osób przy ok. trzech milionach obywateli tego pochodzenia.
Znaczenie tego wszystkiego objawiło się dopiero po II wojnie światowej
— mówił.
Z kolei prof. Paweł Śpiewak oceniał, że zaangażowanie Żydów w struktury komunistycznych organizacji było spowodowane specyficzną izolacją tych osób.
Oni znaleźli się „między” - między kulturą, z której wyrośli, do której mogliby się odnosić (język jidisz, obyczajowość) i tymi, którzy nie identyfikowali się z żydostwem, a szukali zakorzenienia w nowej kulturze i języku
— mówił dyrektor Żydowskiego Instytutu Historycznego.
Jak mówił, skala zaangażowania Żydów w partię komunistyczną była porównywalna z odsetkiem Polaków, choć im wyżej w strukturach bezpieki, tym więcej było Żydów.
Nie twórzmy jednak fałszywych mitów i nie róbmy Żydów jedynymi odpowiedzialnymi za komunizm. Oni szukali w komunizmie czy socjalizmie peerelowskim bezpieczeństwa, ale i nadziei na społeczeństwo bezklasowe i tolerancyjne. To pokolenie wcześniejsze, międzywojenne przeszło przez zupełnie inną socjalizację do władzy – raczej w ramach aparatu, struktur rządzenia w sekciarskiej organizacji – nastawionej na likwidację mniejszości
— tłumaczył.
Nawiązał przy tym do rozczarowania komunizmem tych osób pochodzenia żydowskiego, którzy wchodzili w struktury partii w latach 40. - zdaniem Śpiewaka byli to ludzie nienawykli do szkoły życia KPP.
Bronisław Wildstein był dopytywany o wpływ zafascynowania Rosją na postawy osób, które angażowały się w ruch komunistyczny.
Nie sądzę, by polscy komuniści – nawet okresu międzywojennego – zostawali komunistami, bo wierzyli w Rosję jako arkadię. Oni raczej zostawali komunistami mimo to. (…) Jeśli porównamy procentowo, to Żydów w komunizmie było więcej niż innych – a jeżeli tak było, to trzeba wyjaśnić to zjawisko
— podkreślał.
Prof. Dudek zwracał z kolei uwagę na to, że Żydzi częściej angażowali się w ruchy komunizujące także dlatego, że po prostu byli mniejszością, a tego typu środowiska przyciągały takich ludzi.
Nie tylko Żydom, ale i Ukraińcom czy Białorusinom było łatwiej do przystąpić w szeregi komunistów – postulaty KPP o oderwaniu Kresów, samookreślenie Pomorza czy Górnego Śląska były czyś chwytliwym. A Ukraińców czy Białorusinów było wśród komunistów mniej, bo to głównie byli chłopi. Każdy ruch jest łatwiej organizować w miasteczku niż na wsi. Nie wierzę w tego rodzaju uogólnienia, że wszystkie zjawiska da się wyjaśnić jedną teorią
— podkreślał historyk, dodając, że dla ludzi, którzy nie byli etnicznymi Polakami postulaty i cele komunistów były łatwiejsze do zaakceptowania. Jego zdaniem w 1968 roku ten problem odszedł w przeszłość, bo skończyła się rola pokolenia KPP.
W podobnym tonie wypowiedział się prof. Śpiewak:
Ruch komunistyczny przed wojną – nie tylko w Polsce – był nie tyle ruchem robotniczym, tylko był adresowany do mniejszości etnicznych, grał na napięciach etnicznych. (…) Wskazują też na to wyniki wyborów w 1928 roku - listy komunistyczne zyskiwały najwięcej głosów ze strony mniejszości: Białorusinów, Ukraińców i po równo Polaków i Żydów (jeśli chodzi o proporcje)
— podkreślał socjolog.
Odniósł się też do argumentu związanego z pochodzeniem i wykształceniem osób angażujących się w komunizm.
Co jest istotne, to fakt, że jeżeli by zrobić badanie na temat poziomu edukacyjnego, to z pewnością można powiedzieć, że towarzysze pochodzenia żydowskiego byli lepiej wykształceni niż grupa białoruskich czy polskich towarzyszy. Dzięki temu odgrywali większą rolę w partii
— tłumaczył.
Wildstein jednak nie chciał zgodzić się na tak ustawioną dyskusję, prowokując Dudka do debaty.
Jeśli jest tak, że bez względu na to, czy nad Wełtawą, Dunajem czy Wisłą, Żydzi stanowili bardziej znaczącą grupę wśród komunistów, to coś z tego wynika. Tego typu uogólnienia mogą służyć złym rzeczom, ale nie możemy cenzurować swojego myślenia
— mówił autor „Doliny nicości”.
W rozmowie pojawił się też wątek filmu „Ida”. Paweł Śpiewak mówił, że część środowisk lewicowo-liberalnych odebrała produkcję jako antysemicką.
Niby wszystko się zgadza, że Wanda jest komunistką, reżyser powołuje się na Helenę Wolińską, ale nie mogę przejść tej granicy z poczuciem, że jest to film antysemicki. Dużo osób z mojego środowiska wywodzi się z takich rodzin – i ta biografia „rodzinna” jest ciekawa, gdzie jest dużo napięcia między buntem wobec rodziców-komunistów, a utożsamieniem się z biografią rodziców
— tłumaczył.
Po czym dopowiadał, oceniając w interesujący sposób debatę publiczną w Polsce pod tym kątem:
Nie boję się polskich nacjonalistów, ale środowisk, które strasznie boją się poruszenia tego tematu – mówiąc wprost, mówię o „Gazecie Wyborczej”, która nie pozwala na tego typu rozmowę. Uzasadniają to tym, że rozmowa o micie żydokomuny i żydowskich komunistach jest budzeniem w Polsce antysemityzmu. Nakłada się pewne tabu na publiczny dyskurs w imię tolerancji czy społeczeństwa pluralistycznego. Tego typu nałożone tabu powoduje, że to, co można rozładować, opowiedzieć i zanalizować, tym bardziej kostnieje i ulega zlodowaceniu. Jeżeli mnie ten temat wciąga, to on niechcący staje się elementem istotnym w dyskusji o granicach dyskursu. (…) Trochę zaczyna to wyglądać tak, że jeśli ktokolwiek zaczyna o tym mówić, to zostaje strasznie łatwo postawiony do kąta jako antysemita. Zostałem wielokrotnie nazwany antysemitą, bo zająłem się tematem żydokomuny. To próba zamknięcia tematu – tym gorzej, że to środowisko go zamyka, bo wśród kilku moich znajomych w tej gazecie są osoby, które wywodzą się z ruchu komunistycznego
— mówił socjolog.
A Bronisław Wildstein dodawał:
Podpisałem apel o napisach, którymi „Ida” powinna być opatrzona. To świetny film, ale kultura masowa na świecie funkcjonuje osobno, to kultura masowo uczy dziś historii. Wnioski po tym filmie będą raczej antypolskie, a nie antyżydowskie
— ocenił.
Autor „Doliny Nicości” przekonywał, że takie napisy - wyjaśniające widzom kontekst, w którym odbywa się akcja filmu - pomogłyby uniknąć niepotrzebnych wniosków.
Zdaniem Wildsteina problem relacji polsko-żydowskich jest bowiem niezwykle istotne w wojnie cywilizacyjnej, w której bierze udział Polska i Polacy.
Polska tożsamość nie za bardzo chce wpisać się w lewicowo-liberalną ideologię – przeciwnicy używają młota antysemityzmu, a z drugiej strony następuje reakcja równie głupia, ale niestety równie oczywista. Mówię o tym, co dociera do świadomości ogółu. (…) Dochodzi do takich sytuacji, że przyjeżdża do Polski Alain Finkielkraut i on zamiast dyskutować ze mną o kondycji Europy, mówi na początku że jest problem, bo my jako Polacy nie rozliczyliśmy się z antysemityzmu. Mówi to facet z kraju, w którym działało państwo Vichy…
— przekonywał Wildstein.
Zdaniem dziennikarza przekaz „Idy” wpisuje się w narrację pedagogiki wstydu, w której Polacy powinni „rozliczyć się” z jakiegoś nieprawych kart swojej historii.
Wrócił też do poruszonego przez prof. Śpiewaka zarzutu antysemityzmu, który - zdaniem Wildsteina - w wykonaniu „Gazety Wyborczej” staje się pałką do obijania przeciwników.
To sprawa, która ma znaczenie – po upadku komunizmu antysemityzm został potraktowany przez główne środowiska jako pałka, którą okłada się swoich przeciwników. Przypomnę historię, rok 2000 – Sergiusz Kowalski pisze tekst w „GW”, gdzie na listę antysemitów zapisuje Ryszarda Legutkę i Cezarego Michalskiego. Dlaczego? Dlatego, że to ludzie, którzy atakowali postmodernizm, który był tworzony przez Żydów. Instrumentalne używanie antysemityzmu uczyniło mnóstwo zła – zbanalizowało sprawę
— ubolewał.
Wracając do sprawy filmu „Ida” i postulatu dołożenia do niego napisów, prof. Dudek przekonywał, że efekt może być odwrotny:
Apelu o napisy bym nie podpisał, a to z tej racji, że to by tylko doprowadziło – i tak to będzie wykorzystane – że twórcy w Polsce są prześladowani, bo polscy nacjonaliści chcą ten film ocenzurować. Ten film nie jest antysemicki czy antypolski, ale to nie jest podręcznik do dziejów polsko-żydowskich, choć pewnie będą ludzie, którzy na podstawie tego filmu wyrobią swój pogląd. Nie sądzę, by te napisy tutaj coś zmieniły
— zaznaczył.
Pytany o to, dlaczego temat relacji polsko-żydowskich wciąż nas emocjonuje, odpowiadał:
Świetną odpowiedzią jest otwarte niedawno muzeum Polin. Tam jest odpowiedź, dlaczego nas ten problem dręczy. Mamy tysiąc lat wspólnej historii brutalnie przerwanej przez Holokaust – a dodatkiem do tej historii był ruch komunistyczny w Polsce i udział w nim Żydów
— stwierdził.
Dudek zaznaczył przy tym, że w muzeum Polin ruch antykomunistyczny i wpływ Żydów na tenże zostało zbyt skromnie opisane.
Czekają nas kolejne takie dyskusje – polsko-niemiecka, polsko-ukraińska, polsko-litewska, polsko-rosyjska itd. Będziemy musieli odbyć te dyskusje, bo te trupy z szaf zaczną wylatywać. (…) Dialog polsko-żydowski, który się z trudem rozwija od lat 80. minionego wieku, mimo różnych ekstremów idzie w dobrym kierunku. Ale nie oczekujmy zbyt wiele – że nagle nastąpi cud pojednania wszystkich ze wszystkimi i nie będzie antagonizmów
— ocenił historyk IPN.
Z kolei prof. Śpiewak wyraził zadowolenie, że Polska na tle innych krajów Europy Środkowo-Wschodniej jest jedynym krajem, który na poważnie podszedł do wymiaru relacji polsko-żydowskich i dyskusji o nich.
Jednym z największych sukcesów polskich historyków i polskiej myśli społecznej – na tle innych krajów Europy wschodniej – jest to, że tylko Polska odrabia tę pracę
— mówił.
W trakcie dyskusji wrócił też wątek książek Grossa i publikacji, które w nieuczciwy sposób ukazywały złożone polsko-żydowskie relacje.
Antoni Dudek krytykował tego typu publikacje:
Nie odebrałbym Grossowi głosu, ale nie zaakceptuję tego, że relacja ofiary jest z definicji wiarygodna. Żaden historyk nie może powiedzieć z góry, że jakiś rodzaj źródła jest bardziej wiarygodny. To na gruncie metodologicznym jest katastrofą
— stwierdził.
A Wildstein dodawał:
Przypadki mordowania Żydów były, trzeba się nad nimi pochylić, ale w jaki sposób Gross liczy ofiary? Gross mówi, że go nie interesuje, czy ktoś z Żydów został zabity jako komunista czy nie. Nie interesuje go, czy pracownik KBW lub UB zginął w walce z podziemiem, bo wlicza go tak czy owak jako mord antysemicki. Gdyby stosować tę miarę w drugą stronę, to mielibyśmy wściekle antysemicki tekst – UB-ecy byliby w takim wymiarze Żydami, którzy zabijali Polaków głównie jako Żydzi, a nie jako ubecy
— podsumował.
Prof. Śpiewak zaapelował też o to, by nie polityzować historii.
Musimy powstrzymać elementy politycznej debaty, która narzuca schematy dziełom, zanim wybrzmią i zostaną napisane. Nie pchajmy tego wszystkiego w debatę, która dzieli nas na fałszywych liberałów z „Wyborczej” i drugą stronę. Najgorsza rzecz to wciskanie w gotowe i upraszczające polityczne poglądy
— mówił.
W podobnym tonie wypowiadał się Dudek:
Tego sporu nie można rozwiązać, ale temperatura tego sporu będzie słabła. Dziś jest jeszcze dużo uwikłań „politycznych”, ale i historyczno-biograficznych. W miarę jak się oddalamy od tamtych czasów i gdy Żydów w Polsce właściwie nie ma, ten spór będzie słabł. Najważniejsze, by w tym sporze nie monologować. Jednym z przekleństw polskiego życia publicznego jest monologowanie. Nie próbujemy rozumieć racji drugiej strony – i widać to na dialogu polsko-żydowskim
— tłumaczył.
Wildstein wyciągnął mniej optymistyczne wnioski:
Nie jestem tak bardzo naiwny i może nie mam tak dobrych intencji. To nie są tylko problemy polityczne – dlatego, że to jest problem, że relacje polsko-żydowskie są przedmiotem w sporze cywilizacyjnym, sporem fundamentalnym. Polska tożsamość nie za bardzo chce wpisać się w lewicowo-liberalną ideologię – przeciwnicy używają młota antysemityzmu, a z drugiej strony następuje reakcja równie głupia, ale niestety równie oczywista. Mówię o tym, co dociera do świadomości ogółu – należy próbować dyskutować, pokazywać tę rzeczywistość
— stwierdził.
Wildstein apelował też, by nie abstrahować od tego, jak relacje z Żydami wyglądały w innych krajach, bo na ich tle Polska wygląda naprawdę dobrze.
Nie abstrahujmy – czy morderstwa na Żydach to jest „polska” sprawa, ale czy jest to naturalne – straszliwie naturalne – że takie rzeczy się zdarzają
— ocenił.
Wildstein nawiązał też do kwestii prowadzenia polityki historycznej - również za pomocą takich narzędzi jak filmy i kultura masowa.
Soft-power istnieje dziś w kulturze masowej. To przeczy nadziejom naszych dyskutantów – wydawało się, że kto jak kto, ale Niemcy rozliczyli swoją historią. A oni wracają, dzielą się odpowiedzialnością i zrzucają na nazistów. Okazuje się, że Niemcy byli pierwszą ofiarą nazistów… To ma ogromne znaczenie – wyobrażenie, ze w pewnym momencie to przekroczymy – nie stanie się tak prędko
— podsumował.
Powiedzą państwo, że miejscami chaotyczna debata (nie mówiąc o tej szarpanej relacji)? Że za dużo poruszonych wątków, że kwestie czysto historyczne mieszały się z publicystyką? Ależ oczywiście - ale proszę mi wskazać inne miejsce, najlepiej w mediach, gdzie takie dyskusje są prowadzone zupełnie poważnie, bez kompleksów i bez zacietrzewienia z obu stron. Takie miejscami oczyszczające dyskusje robią więcej dla relacji polsko-żydowskich i odkłamania narosłych mitów niż niejedna pogadanka dyżurnych autorytetów. Cieszę się, że Muzeum Powstania Warszawskiego poza bieżącą działalnością działa też na tej płaszczyźnie.

Rosjanie odlatują w Kosmos

Czy "rosyjska stacja benzynowa" (określenie McCaina) może się odbić od ziemskich problemów i odlecieć w Kosmos? Nic tak dobrze nie robi jak konkurencja - nie byłoby amerykańskiego lądowania na Księżycu, bez wcześniejszych rosyjskich sukcesów w lotach kosmicznych. Poniżanie Rosjan (sprzedają tylko ropę i gaz - jakby tego samego nie robiła Norwegia), musiało doprowadzić do ich rezygnacji z międzynarodowej współpracy w Kosmosie, bo ziemski ufo-ludek już zaczął powątpiewać w znaczący ich udział w tym przedsięwzięciu. Teraz też Gazeta pisze: Rosjanie "wezmą moduły Stacji" - nie wspominając, że to są ich(!) moduły:
http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,114871,17485386,Rosja_planuje_skorzystac_z_modulow_Miedzynarodowej.html#Czolka3Img

środa, 25 lutego 2015

Niemożliwa inteligencja

Funkcjonowało kiedyś takie prześmiewcze powiedzonko: "nieeemożliwa inteligencja". No i proroctwo się spełnia:
To powyżej, to jeszcze nic. Najgroźniejsza jest ta "nieeemożliwa inteligencja", która potrafi się samodoskonalić (samodzielnie się uczyć - na razie wymyślać wygrywające strategie w grach):
http://www.theguardian.com/technology/2015/feb/25/google-develops-computer-program-capable-of-learning-tasks-independently
Strach się bać! (też powiedzonko z naszej młodości).

Więcej kawy!

  Od dłuższego już czasu propaguję opinię mojego syna, kardiologa, przedstawioną kiedyś w radiu Tok-FM, że kilka kaw dziennie jest lepsze niż jedna-dwie kawy dziennie (wiele osób picie kawy uważa za swoistą rozpustę). Więc - ile kaw dziennie?
Pijesz kilka kaw dziennie? I bardzo dobrze
Dobra wiadomość dla miłośników kawy: według departamentu zdrowia USA powinniśmy pić więcej kawy.

Polacy wydadzą w tym roku w kawiarniach niemal pół miliarda zł, czyli o prawie 5 proc. więcej niż w roku poprzednim – wynika z najnowszych prognoz firmy Euromonitor. Zapotrzebowanie na baristów jeszcze szybciej rosnąć będzie w 2016 roku. A to wspaniale rokuje nie tylko branży gastronomicznej, lecz także zdrowiu Polaków – przynajmniej jeśli wierzyć specjalistom amerykańskiego rządu.
Na temat kawy po raz pierwszy w swojej 40-letniej historii wypowiedział się oddział Departamentu Zdrowia i Opieki Społecznej USA, który zajmuje się rekomendacjami żywieniowymi dla Amerykanów. Z ogłoszonych właśnie przez amerykańskich specjalistów wytycznych wynika, że nie tylko nie musimy ograniczać spożycia kawy, lecz wręcz przeciwnie: być może powinniśmy rozważyć podniesienie codziennej dawki kofeiny.
– Dostrzegliśmy wiele korzyści dla zdrowia wynikających z picia kawy. Zwłaszcza gdy pije się więcej niż 1–2 filiżanki dziennie – komentował publikację prof. Miriam Nelson z Tufts University, jeden z członków żywieniowej komisji departamentu.
Za „umiarkowane” spożycie kawy grono to uznało... 3–5 filiżanek dziennie. Co zaskoczyło Amerykanów, bo średnie spożycie kawy w tym kraju to zaledwie jedna filiżanka. Ale podobne zdziwienie powinno wzbudzić w innych krajach. Spośród wszystkich narodów świata tylko Holendrzy zbliżają się do sugerowanej normy. W Polsce, mimo że znajdujemy się w światowej czołówce, przeciętnie pijemy nieco ponad jedną kawę dziennie:

Euromonitor/Statista/•
Dzienne spożycie kawy na głowę mieszkańca.
Amerykańscy eksperci nie twierdzą, że wyższe spożycie kawy każdemu zagwarantuje poprawę zdrowia. – Nie będę sugerował, że picie kawy wyleczy cię z raka – nikt tak nie uważa – zastrzegał w rozmowie z serwisem Bloomberg profesor Tom Brenna z Cornell University, inny z członków rządowego zespołu. – Nie ma jednak także dowodów, by kawa miała nam szkodzić. Jeśli już wpłynie na twoje zdrowie, to przeciwnie, może pomóc – dodał Brenna.
Kwestią kawy komisja postanowiła się zająć po dekadach milczenia właśnie ze względu na mnożące się opinie o jej szkodliwości. Jak się okazuje: nieprawdziwe, co jest dobrą wiadomością także dla coraz liczniej odwiedzających kawiarnie Polaków. A może powinniśmy poczekać na wytyczne naszego Ministerstwo Zdrowia?

wtorek, 24 lutego 2015

Kiedy otwarcie?

Wiadomości z maja 2014 roku (Polskie Radio Rzeszów):
Wizualizacja za Muzeum Zamku w Łańcucie
Budowa Muzeum Polaków Ratujących Żydów na Podkarpaciu im Rodziny Ulmów w Markowej wkroczyła w kolejny etap. W środę przed majowym weekendem zakończono wylewać płytę stropowo-dachową obiektu. To ostatnia część robót betonowych, obiekt jest w stanie surowym otwartym, teraz zacznie się montaż stolarki i wystrój zewnętrzny obiektu. Jak ocenia Bożena Knotz-Beda - menadżer projektu tempo robót jest dobre. Jeszcze w tym roku zakończone zostaną prace instalatorskie i zagospodarowanie terenu. Wyposażenie placówki i realizację scenografii stałej zaplanowano na rok przyszły.
Autorem projektu jest warszawska firma Nizio Desing International. Budynek ma formę lemiesza wchodzącego w ziemię. Będzie miał przeszkloną fasadę za którą ukryty będzie symboliczny dom Józefa i Wiktorii Ulmów. Wśród zbiorów muzealnych znajdą się m.in. dokumentacja dotycząca zbrodni na rodzinie Ulmów, pamiątki, w tym część wyposażenia ich domu. Ponadto bogata biblioteka, korespondencja, świadectwa szkolne oraz sprzęt fotograficzny i zdjęcia autorstwa Józefa Ulmy, który był zapalonym fotografikiem.
Józef i Wiktoria Ulmowie zostali zamordowanych przez Niemców w 1944 r. za ukrywanie ośmiorga osób z dwóch żydowskich rodzin Szalów i Goldmanów. Wraz z rodzicami Józefem i brzemienną Wiktorią rozstrzelanych zostało sześcioro ich dzieci.
Kalendarium:
http://www.markowa.pl/asp/pl_start.asp?typ=14&menu=251&strona=1&sub=187
Na moim blogu:
http://wkramost.blogspot.com/2013/11/muzeum-im-rodziny-ulmow.html

Oskar dla Chaty Wuja Toma

  Już w dzieciństwie - chyba jako dziewięciolatek - poznałem dzieje Wuja Toma. Wzruszały mnie te obrazy rozdzielania rodzin po sprzedaży różnym panom, dobroć Toma, a straszyli nienawistni łowcy zbiegłych niewolników.
http://pl.wikipedia.org/wiki/Chata_wuja_Toma , więcej:
http://en.wikipedia.org/wiki/Uncle_Tom%27s_Cabin
 Gdy nasz tata wrócił w roku 1964, po rocznym pobycie na stypendium w Stanach Zjednoczonych, wielokrotnie mówił, że standardem etycznym inteligencji amerykańskiej jest czynne popieranie emancypacji czarnych współobywateli.  
  Zapowiadało się kilka Oskarów dla filmu Selma, o życiu Martina Luthera Kinga, ale dobrze się stało, że chociaż nagrodzono Oskarem piosenkę z tego filmu. Poniżej w dwóch wersjach:

Warto na tamte zwycięstwa (Glory!) popatrzeć z perspektywy dotychczasowych zwycięstw ducha Ewangelii (Martin Luther King był pastorem):

poniedziałek, 23 lutego 2015

Geopolityka, czyli kto kogo

  Na ile wszystko jest grą, a ile jest choćby śladowej empatii? Geopolityka, z definicji, jest grą. Ale jak się zrobił absolutny supeł w tej grze, to warto się cofnąć właśnie do jakiegoś początku i wirtualnie rozważyć: jakie były wtedy możliwości? Co zaniedbano?
  To Europa przeprowadziła demontaż Imperium Osmańskiego, a granice na wielkich obszarach Bliskiego Wschodu wyznaczano "przy linijce" bez uwzględnienia tożsamości ludzi tam mieszkających. Dochodziła do tego geopolityczna zasada "dziel i rządź" i już mieliśmy zaczątek zawiązywania owych supłów. Anglicy, od wieków niedopuszczający do głosu nawet swoich sąsiadów Irlandczyków, grali w tym pierwsze skrzypce. W ich miejsce, po II wojnie wchodzili podobni im mentalnie Amerykanie. No niechże przyznają się do błędów!!!
  Takich, jak na przykład ten dotyczący ich własnych współplemieńców o innej orientacji seksualnej:
http://wkramost.blogspot.com/2015/01/czyscioszki-z-trupami-w-szafach.html
Pisząc powyższy post nie wiedziałem, ile jest tych szaf. W dzisiejszym Guardianie podano liczbę - 49 tysięcy!
http://www.theguardian.com/science/2015/feb/22/family-alan-turing-government-petition-pardons-gross-indecency-homosexuality
Dodajmy do tego wszystkie przypadki prześladowań bez wyroku sądowego, a mamy jakiś ocean nienawiści wspieranej przez prawo i państwo.
  Czynienie z siebie arbitra dzisiejszych konfliktów, mając taki bagaż nieprawości jest tyleż niemoralne, co po prostu nieskuteczne.

niedziela, 22 lutego 2015

CO2 do piachu!

Dwutlenek węgla jest szkodliwy tylko w atmosferze. Ludzie się nim nie trują, roślinom wręcz pomaga w fotosyntezie. Trzymanie go pod ziemią, w przysłowiowym "piachu - grobie" , jest bardzo sensowne. Dobrze jest poczytać, a jeszcze lepiej byłoby zobaczyć w realu, że technologia składowania CO2 nie jest kosztowna, a przez to daje nadzieję na powstrzymanie ocieplenia klimatu. Cytuję fragment artykułu:
Technologia CCS polega na przechwytywaniu dwutlenku węgla u źródła jego emisji, kompresowaniu go i długoterminowym przechowywaniu pod ziemią. W ten sposób tworzymy, rzec by można, pomost między współczesną gospodarką, opartą w dużej mierze na silnie trujących paliwach kopalnych, a przyszłością, w której emisja CO2 ma zostać w znacznej mierze zredukowana. Dzięki temu możemy utrzymać konkurencyjność sektora przemysłowego i jednocześnie walczyć z globalnym ociepleniem.
No cóż - pożyjemy, zobaczymy. 
http://www.project-syndicate.pl/artykul/jak-przeamac-europejski-pat-klimatyczny,1460.html
Europa tradycyjnie już odgrywa czołową rolę w walce ze zmianami klimatycznymi. Ostatnio jednak Stary Kontynent wszedł w fazę ideologicznego impasu. Nie wie, jak połączyć ekologiczną stabilność ze wzrostem gospodarczym. Cele te są często przedstawiane jako wzajemnie sprzeczne. Jeżeli Europa ma pozostać liderem w dziedzinie ekologii, a także centrum innowacyjności i konkurencyjności, będzie musiała zerwać z ideologicznymi ograniczeniami i sięgnąć po realistyczne oraz pragmatyczne rozwiązania, które mogą przynieść korzyści środowisku naturalnemu, nie szkodząc przy tym rozwojowi gospodarczemu. 

Wyzwania związane ze zmianami klimatycznymi są jak najbardziej realne, a konsekwencji biernej postawy nie sposób ignorować. Jednocześnie rośnie popyt na energię, zaś potrzeba znalezienia długoterminowego wyjścia z przedłużającego się kryzysu gospodarczego staje się coraz bardziej paląca. Zaś jednego prostego rozwiązania tych problemów nie ma. Opanowanie globalnego ocieplenia, przy jednoczesnym zagwarantowaniu wzrostu gospodarczego, będzie wymagać wielu zrównoważonych rozwiązań, w tym wykorzystania energii odnawialnej i zwiększenia energooszczędności. Jednym z najważniejszych jest sekwestracja dwutlenku węgla (CCS). 

Technologia CCS polega na przechwytywaniu dwutlenku węgla u źródła jego emisji, kompresowaniu go i długoterminowym przechowywaniu pod ziemią. W ten sposób tworzymy, rzec by można, pomost między współczesną gospodarką, opartą w dużej mierze na silnie trujących paliwach kopalnych, a przyszłością, w której emisja CO2 ma zostać w znacznej mierze zredukowana. Dzięki temu możemy utrzymać konkurencyjność sektora przemysłowego i jednocześnie walczyć z globalnym ociepleniem. 

Oczywiście, podobnie jak w przypadku każdej innowacji pojawiają się pytania o opłacalność danej technologii. Niektórzy kwestionują skalę inwestycji potrzebnych do zainstalowania i utrzymania systemów niezbędnych do przechwytywania i magazynowania CO2. Warto jednak zauważyć, że koszty te są niczym przy znacznie większych nakładach, jakie trzeba by ponieść na ograniczenie emisji CO2 bez CCS. Dla przykładu, według Międzynarodowej Agencji Energetyki (IEA), dziesięcioletnie opóźnienie we wdrożeniu CCS zwiększyłoby koszty dekarbonizacji sektora energetycznego o 750 miliardów euro. 

Oenzetowski Międzyrządowy Zespół ds. Zmian Klimatu jednogłośnie podkreśla, że redukcja emisji CO2 i ograniczenie uzależnienia od paliw kopalnych są dziś kwestią pilniejszą niż kiedykolwiek. Jasno daje przy tym do zrozumienia, że CCS, jedyna technologia zdolna zatrzymać przynajmniej 90 procent emisji CO2 generowanej przez największych światowych producentów, musi być częścią tego rozwiązania. 

Poza Europą rządy i prywatne firmy już realizują ten program. W Kanadzie pierwszy na skalę globalną projekt CCS, Boundary Dam, wszedł w życie w październiku 2014 roku . Jego realizacja dowodzi, że technologia ta jest zarówno opłacalna, jak i gotowa do wdrożenia. Zjednoczone Emiraty Arabskie zainicjowały pierwszy zakrojony na dużą skalę projekt CCS w sektorze hutniczym i stalowym. Wielkie zainteresowanie tą technologią wykazują Chiny, które współpracują ze Stanami Zjednoczonymi w obszarze rozwoju możliwości CCS. 

Europa nie może sobie pozwolić na pozostanie w tyle. Energochłonne branże przemysłu dają bezpośrednio pracę czterem milionom ludzi na kontynencie. Inwestycje w CCS pomogą nam zachować istniejącą bazę przemysłową, zabezpieczając i tworząc miejsca pracy oraz chroniąc kluczowe branże. Umożliwią też realizację wspólnotowej wizji, której celem jest wspieranie zrównoważonego rozwoju oraz wzrostu przyczyniającego się do tworzenia nowych miejsc pracy i budowy konkurencyjnej unii energetycznej – zgodnie z priorytetami wyznaczonymi przez przewodniczącego Komisji Europejskiej Jeana-Claude’a Junckera. 

Największe europejskie firmy naftowe i dostawcy sprzętu wydobywczego są gotowi, by zainwestować w infrastrukturę i technologie niezbędne do ograniczenia emisji CO2. Do tego potrzebna jest jednak realistyczna strategia i rozwiązania polityczne. 

Wdrożenie technologii CCS było rozważane na najwyższym szczeblu w ramach Unijnego Programu ds. Klimatu i Energii 2030 oraz Europejskiej Strategii Bezpieczeństwa Energetycznego. Czas jednak skończyć z rozważaniami i zacząć podejmować konkretne działania. To z kolei wymaga bodźców inwestycyjnych, lepszej wyceny emisji dwutlenku węgla i unowocześnienia systemu handlu pozwoleniami na emisję. Rozwiązanie, które zmieniałoby reguły gry, z założenia wymaga konkretnej woli politycznej; kluczowe jest, by europejscy przywódcy pokazali, że wiedzą, co należy zrobić. 

„Zrównoważony wzrost” niekoniecznie musi oznaczać zestawienie pojęć wykluczających się, o przeciwstawnym znaczeniu. Aby przełamać ten paradoks, Europa musi wyjść z ideologicznego pata, który paraliżuje debatę ekologiczną. Nie pogodzimy priorytetów środowiskowych z ideą zrównoważonego wzrostu, jeśli nie podejmiemy pragmatycznych, realistycznych, a co najważniejsze szybkich działań. 

sobota, 21 lutego 2015

Cohen - Czyżykiewicz - Pożar w Burdelu

Wsłuchajcie się w gwizd - z piekła i nieba rodem (bo taka jest poezja):
Nasze (niezbyt częste) poetyckie fiesty zaczynały się od wspólnego deklamowania-czytania wiersza Bruno Jasieńskiego Do Futurystów, jakże bliskiego, w przesłaniu (- Poezji tanio nie kupisz i niezbędne jest dla niej miłosne uwielbienie), utworowi Czyżykiewicza. 

I jeszcze ten, aktualny od tygodnia żart (ze wszystkiego - taki przywilej poetów):

piątek, 20 lutego 2015

Żyjmy śpiewająco


Śpiewać każdy może – przekonują amerykańscy naukowcy
Wszyscy dokoła wmawiają ci, że słoń nadepnął ci na ucho? Nie przejmuj się i tym częściej śpiewaj.
.


Derek Sivers w wieku 14 lat postanowił, że zostanie zawodowym piosenkarzem. Ku rozpaczy bliskich, którzy nadaremno przekonywali go, że nie ma słuchu i nigdy nie wydobędzie z siebie czystej melodii. Sivers uparł się i jeszcze w liceum zapisał na lekcje śpiewu. Ponadto ćwiczył, i ćwiczył po dwie godziny dziennie w domu – wyłożywszy wcześniej swój pokój dźwiękoszczelną matą.
Mimo początkowego braku efektów i postępującego sceptycyzmu otoczenia nie zaprzestawał swoich wysiłków. I jak się okazało, miał rację. Po kilku latach jego śpiewanie zaczęło w miarę przypominać to, co zwykliśmy uznawać za muzykę. W wieku 25 lat nagrał swój pierwszy album. A przed 30. urodzinami miał na koncie ponad tysiąc koncertów.
„Śpiewanie to dar. Albo się z nim rodzisz, albo nie” – usłyszał w dzieciństwie, podobnie jak miliony osób przekonanych (lub przekonywanych) o własnym braku słuchu. Jak dowodzą najnowsze badania naukowe: zupełnie błędnie.
Nikt nie oczekuje od początkującego skrzypka, że od razu pięknie zagra. Na to potrzeba czasu – przypomina prof. Steven Demorest, ekspert od edukacji muzycznej na Uniwersytecie Northwestern. Według niego ludzie zbyt często słyszą w młodości, że nie potrafią śpiewać. Biorą to do siebie i przestają otwierać usta na całe życie.
– A przecież im częściej będziesz śpiewał, tym lepiej będzie ci to wychodziło – stwierdza prof. Demorest w komentarzu do badań, których wyniki właśnie opublikował prowadzony przez niego zespół naukowców.
Wynika z nich, że głos znacznie bardziej, niż dotąd sądzono, przypomina „normalne” instrumenty. A czyste śpiewanie to umiejętność jak każda inna: można się go nauczyć i codziennym wysiłkiem wciąż doskonalić. Nawet najbardziej fałszujący powinni więc uzbroić się w cierpliwość i jak najwięcej śpiewać.
Udział w badaniu wzięły osoby w trzech grupach wiekowych: przedszkolaki, sześcioklasiści i studenci. Każdego z uczestników poproszono o posłuchanie melodii, a następnie możliwie dokładne jej powtórzenie. Z tym pozornie prostym zadaniem znacznie lepiej od małych dzieci radzili sobie uczniowie. Nie było w tym żadnego zaskoczenia. Wszak większość z nich miała w szkole regularne lekcje muzyki.
Niespodziankę przyniosły jednak obserwacje dorosłych. Ich wyniki okazały się zbliżone do rezultatów... przedszkolaków. Według naukowców powód jest prosty: śpiewanie to jedna z tych zdolności, z których albo się korzysta, Najgorsze nawet fałszowanie to znakomity sposób, by przestać fałszować.
– Śpiewania można się uczyć, tak jak każdej innej umiejętności. Wystarczy robić to regularnie – przekonuje prof. Demorest. Z jego badania wynika, że wiele osób, które w młodości całkiem sprawnie posługiwały się głosem, z czasem utraciły ten rzekomy talent. – Właśnie dlatego, że przestały śpiewać – twierdzi Demorest.
A śpiewać warto również z powodów pozamuzycznych. Według badaczy z Northwestern University częste korzystanie ze strun głosowych poprawia zdolności werbalne, umiejętność czytania i pomaga w nauce językach obcych. Z kolei eksperci z Emory University dowiedli, że czynny kontakt z muzyką spowalnia starzenie się mózgu, poprawia pamięć i poczucie pewności siebie.
Jest również błogosławieństwem dla ciała. Zdaniem naukowców z University of London to swoisty aerobik, który uruchamia główne partie mięśni i zwiększa dopływ tlenu do krwi. Pozostaje więc tylko wybrać piosenkę i – śpiewać. Można zacząć od klasyka, który zaśpiewać potrafi zapewne każdy:
A poza tym, śpiewający nie musi śpiewać.

Zajęcza 7

Porównajmy:





Każdy stwierdzi, że po odbudowie brakuje tu najwyższego piętra!

czwartek, 19 lutego 2015

To jakiś obłęd!!!

  Nasze elity w dyskusji o polsko-amerykańskim więzieniu w Kiejkutach zupełnie zapomniały o najlepszym polskim filmie ostatniego ćwierćwiecza - Essential Killing. O filmie, którego akcja przebiega w większości w niedalekiej odległości od tego obiektu, filmie nagradzanym w Polsce i za granicą (o czym w "Polityce" nie raczą nawet wspomnieć!). Amnezja?, daltonizm? Przecież właśnie ten film może zabezpieczyć nas przed islamskim (niestety słusznym) odwetem. Dlaczego działamy przeciwko sobie, i to nawet w zorientowanej na kulturę Krytyce Politycznej? Czyżby na film Skolimowskiego istniał jakiś "zapis", uznający za oczywistość, że o nim się nie mówi, podobnie jak skazany jest na "nieistnienie", chyba najwnikliwszy krytyk naszej rzeczywistości - Bronisław Łagowski?

Jakub Dymek (Krytyka Polityczna)
Wczorajsza decyzja trybunału w Strasburgu to dla sprawy więzień CIA jednocześnie zamknięcie i nowe otwarcie.
Parafrazując Leszka Millera: Polska zapłaci terrorystom, pieniądze podatników zasilą kieszeń Al-Kaidy, kolejne bomby będą montowane gdzieś w Jemenie czy Iraku za nasze złotówki. A mówiąc językiem praw człowieka i nieco bliżej prawdy: wczorajszą decyzją Europejski Trybunał Praw Człowieka podtrzymał swoje orzeczenie z 24 lipca 2014 w sprawie Al-Nashiri i Abu-Zubajda przeciwko Polsce, co oznacza, że tytułem słusznego zadośćuczynieniaPolska jest teraz zobowiązana zapłacić 130 tys. euro Abu-Zubajdzie i 100 tys. Al-Nashiriemu. To dla tej sprawy jednocześnie zamknięcie i nowe otwarcie.

Zamknięcie dlatego, że po raz pierwszy przedstawiciel państwa polskiego, w tym przypadku rzecznik Ministerstwa Spraw Zagranicznych, nie kwestionował postępowania sądu i zasadności oskarżeń o łamanie praw człowieka w Polsce w tej sprawie. „Wyrok jest ostateczny, Trybunał nie podaje uzasadnienia, więc trudno się do czegokolwiek odnieść. Rząd RP zawsze wykonuje wyroki Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu. Jest wyrok i trzeba ten wyrok zrealizować, będziemy pracować nad jego realizacją” – powiedział we wtorek Marcin Wojciechowski, rzecznik MSZ. Wcześniej strona polska niejednokrotnie zgłaszała obiekcje: a to mówiąc, że nie my torturowaliśmy; to odmawiając ujawnienia śledztwa; to stwierdzając, że skarżący nie wyczerpali drogi krajowej. ETPC wszystkie te zastrzeżenia uznał, w orzeczeniu szczegółowo odnosi się do tych wątpliwości, ale winę orzekł. Między innymi właśnie dlatego, że śledztwo krajowe przez pierwsze lata w ogóle nie wykazywało postępów, strona polska konsekwentnie zasłaniała się niewiedzą – jednocześnie odmawiając ujawnienia tego, co wie – a zebrane dowody i ekspertyzy uprawomocniły podejrzenie, że Polska aktywnie uczestniczyła (oddając ośrodek w ręce Amerykanów oraz dopuszczając do tzw. extraordinary rendidtion, czyli pojmania w wyjątkowych warunkach, i nie gwarantując żadnej ochrony prawnej ani możliwości kontaktu z adwokatem na którymkolwiek z etapów) w procederze torturowaniu ludzi. Łamała tym samym postanowienia europejskiej Konwencji praw człowieka w zakresie prawa do sprawiedliwego procesu, wolności osobistej i prywatności oraz o zakazie tortur i nieludzkiego traktowania.
W świetle wyroku nie można – choć zapewne znajdą się tacy, którzy będą to uparcie powtarzać – utrzymywać, że Polska zrobiła wszystko jak należy, a wina leży po stronie Amerykanów.
Najlepszą drogą do rozwiązania tej sprawy w sposób mniej dla Polski kompromitujący byłoby oczywiście rzetelne i efektywne – czyli stawiające sobie za cel znalezienie winnych – śledztwo tu, w kraju. Tego się nie doczekaliśmy, więc po raz wtóry wzorzec sprawiedliwości trzeba było zaimportować ze Strasburga. I to zamyka przynajmniej część wątków.

Dlaczego jednak można też mówić o nowym otwarciu? Po pierwsze, ETPC nie orzeka o winie polskich funkcjonariuszy i służb, tu wymiar sprawiedliwości wciąż może wykazać się odpowiedzialnością i z otwartą przyłbicą powiedzieć: winni zostaną ukarani.

Po drugie, jasne jest dziś – i na to Polska wielokrotnie nalegała – że kolejnym krokiem powinny być postępowania przeciwko innym krajom, gdzie do podobnych operacji dochodziło. Mówi się o tym, że następna może być Rumunia. W interesie wszystkich – samolubnie rozumianym „interesie narodowym” Polski i w dużo bardziej uniwersalnym kontekście więzień – jest, by sprawy eksterytorialnych katowni CIA w Europie znalazły swój rychły koniec, a Polska nie była wyjątkiem, na co poniekąd skazała się powolnym procesem.

Po trzecie, jak podkreślają obrońcy i obrończynie praw człowieka i duża część europejskiej opinii publicznej, precedensowy wyrok daje nadzieje na utworzenie wspólnego europejskiego standardu ochrony, nawet rzekomych „terrorystów”, który będzie istotnym dyplomatycznym i strategicznym narzędziem w przyszłości. Czyli, mówiąc prościej, będzie można powiedzieć otwarte „nie” Amerykanom, jednocześnie nie naruszając sojuszniczych i partnerskich (słusznych bądź nie) zobowiązań militarnych. Także na kolejnych „wojnach hybrydowych”. Do tego służy standard ochrony praw człowieka.

Na tle Europy, która podejmuje dziś te wysiłki, utrzymywanie przez kolejne administracje USA Guantanamo jest coraz bardziej rażącym przykładem opieszałości, niezdolności do rozliczenia „wojny z terroryzmem” i, co tu kryć, pomnikiem hańby.
Dziś Europa może powiedzieć, że gwarantuje uczciwy proces i tym samym ośmielić wszystkich tych, którzy, jak Helen Duffy, prawniczka Abu-Zubajdy, mówią: „jeśli mój klient jest winny, to postawcie go przed sądem. Jeśli nie jest, wypuśćcie go”. Utrzymywanie prawnego czyśćca przestało dziś mieć sens.

Kończąc znów Leszkiem Millerem: czy „terroryści” będą się teraz czuli bezkarni? Przeciwnie, im bliżej końca takiej „wojny z terroryzmem”, tym większe szanse na to, że uwolnione od bagażu bushyzmu USA będą w stanie podjąć interwencję przeciwko chociażby siłom organizacji Państwa Islamskiego. Im bardziej otwarcie zdolne do rozliczenia i naprawy są demokracje Zachodu, tym szerszy jest ich mandat międzynarodowy.

Dopóki torturowały i kpiły z prawa – nawet prawa wojennego – dopóty dolewały „ropy do ognia” w tak zwanej wojnie cywilizacji.