Konstrukcjonizm ma ogromną rolę do odegrania w przywróceniu tradycji samokształcenia. Zadziwiający jest brak internetowych Przewodników dla samouków, podobnych do uznawanych za wzorcowe (może nawet w skali świata) "Poradników dla samouków" wydawanych od r. 1898 pod redakcją Stanisława Michalskiego i Aleksandra Heflicha nakładem Kasy im. Mianowskiego w Warszawie. Szczególnie druga seria tego wydawnictwa z lat 1915-1932 sięgnęła wyżyn prawdziwej nauki. Przygotowany jeszcze przed wojną, a wydany w roku 1915 pierwszy Poradnik z nowej serii trafił zasłużenie do historii nauki polskiej. Z prawdziwie naukową i społecznikowską pasją przygotował go Zygmunt Janiszewski, jeden z twórców Polskiej Szkoły Matematycznej. Wnikliwie o związku tego Poradnika dla samouków z początkami Polskiej Szkoły Matematycznej pisze Krzysztof Maurin. Możliwości Internetu są pod tym względem zupełnie nieporównywalne, a jedyne co młody człowiek jest w stanie w Internecie odnaleźć to jakieś kursy przygotowawcze, raczkujące uniwersytety otwarte, czy zajęcia kursowe na wyższych uczelniach.
Rok Marii Skłodowskiej-Curie powinien zaowocować wykonaniem jakiegoś zdecydowanego kroku w tym kierunku. Właśnie nasza Maria mazowiecka może być wzorem samouka dla wszystkich owładniętych pasją poznania. Pracując jako domowa nauczycielka młodych Żórawskich w Szczukach, uzupełniała wiedzę zdobytą w "szkole dla dziewcząt" do poziomu wymaganego maturą francuską, dającą wstęp na Sorbonę. Nie była pewna wyboru kierunku: czy medycyna (za przykładem siostry), czy nauki społeczne, czy literatura, do której miała niezwykłe predyspozycje, czy też może fizyka, zupełnie pomijana w "szkole dla dziewcząt", ale tak bardzo zachwalana przez kuzyna z bliskiej rodziny? Zabrała ze sobą trzy książki: Podręcznik anatomii i fizjologii Paula Berta (rosyjski przekład popularnej w Europie książki), Socjologię popularnego już w Polsce Herberta Spencera (w przekładzie francuskim), oraz pierwszą część przekładanego właśnie z języka angielskiego przez jej kuzyna, Józefa Boguskiego, podręcznika Zasady fizyki Alfreda Daniella. Obszerną bibliotekę z dziełami literackimi, dobieranymi przez rodzinę Krasińskich, miała na miejscu w cukrowni Krasiniec, którą widziała z okna swojego pokoiku. Ponadto, aby nie wyjść z wprawy rozwiązywała szkolne zadania z matematyki - umożliwiło jej to później przyspieszone uzyskanie licencjatu z matematyki na Sorbonie (pierwszy licencjat uzyskała z fizyki, po trzech latach studiów).
W dzisiejszej rzeczywistości edukacyjnej po ukończeniu studiów licencjackich, student może nawet całkowicie zmienić kierunek studiów, ale praktyka jest taka, że woli kontynuować rozpoczęty, a ten nowy rozpocząć jako drugi kierunek studiów. Gdyby mógł w trybie samokształcenia zapoznać się z drugim kierunkiem, nie miałby tylu obaw związanych z "doganianiem" swoich nowych kolegów i koleżanek z licencjatem. Jakimś zupełnym nieporozumieniem są przedmioty specjalistyczne na poziomie licencjackim, które wypychają przedmioty podstawowe i narzędziowe. Przecież na poziomie magisterskim są one znowu powtarzane, często w zmienionej, aktualnej wersji, co ośmiesza wysiłek włożony w ich wcześniejsze opanowanie na studiach licencjackich.
niedziela, 27 marca 2011
sobota, 26 marca 2011
So 26-03: Hymny Kasprowicza
Tata kilkakrotnie, przy różnych okazjach, wspominał pierwszą rozmowę o zatrudnieniu z dyrektorem Batorego, Mieczysławem Radwańskim, w której zgłosił ofertę prowadzenia zajęć z trzech przedmiotów: języka polskiego, języka angielskiego i przysposobienia wojskowego. I takie lekcje prowadził - w roku szkolnym 1938/1939 uczył w swojej gimnazjalnej Ia zarówno polskiego jak też angielskiego, a z którąś ze starszych klas Batorego miał ówczesne przysposobienie wojskowe (we wrześniu 1939 roku był opiekunem całej grupy ochotników z Batorego zakwaterowanych w koszarach na Pradze).
Na tajnych kompletach uczył już tylko angielskiego, gdyż nauczycieli polskiego (bez środków do życia) było bardzo wielu, a anglistów w całej Warszawie ledwie kilkunastu (przed wojną powszechnie nauczanym językiem był język francuski). Uwolniony od kursowego nauczania polskiego tata mógł swobodnie w rozmowach z uczniami skakać po tematach literackich. Uczniowie oczywiście wiedzieli, że tematem pracy magisterskiej taty na polonistyce były podhalańskie lata w twórczości Kasprowicza. Kasprowicz napisał wówczas dwa pogodne, franciszkańskie w przesłaniu zbiory wierszy: Księgę Ubogich i Na Szkle Malowane. Czas wojenny stawiał przed młodymi jednak inne pytania: skąd tyle zła na świecie? jaką jest sprawiedliwość boża? Pisane czterdzieści lat wcześniej Hymny Kasprowicza dawały pesymistyczną odpowiedź:
[…]
a dom się nasz pali,
a siostra utonęła w rozplenionej fali,
a ojciec gdzieś daleko w strasznej zginął bitwie,
a Złe urąga modlitwie...
Cóż z nami się stanie!?
O Ty, łaskami hojny,
Ty, od powietrza, głodu, ognia i wojny,
od nagłej i niespodziewanej śmierci
i od Szatana, który w dom przychodzi
i dusze zwodzi,
zachowaj nas, Panie!...
Nie skłonił się jeszcze dzień,
a Szatan z moczarów łożyska,
gdzie nocą ognikami błyska,
z czeluści błota wstał
i gdy najkrótszy słońce rzuca cień
na te manowce, na te ścierniska,
pod ramię chwycił Kościotrupa
i wzrósł nad jego niebosięgłą stal -
nad Ciebie, Boże, wzrósł!...
Maszli Ty grom -
Maszli Ty chmurę w ten południa skwar,
aby z niej piorun padł
i od Szatana uwolnił ten świat?...
Wal błyskawicą, wal!
Niechaj się łamie,
niech się rozkruszy ta zdrada,
która nad życiem i nad śmiercią włada!...
. . . . . . . . . . . .
Szatanie!
Ty Kościotrupa chwyciłeś pod ramię
i nad wysokość jego ostrej kosy
wzrosłeś w niebiosy -
a grom nie pada!
Z nieukojoną żałobą
klękam przed Tobą!
Zlituj się, zlituj nad ziemią,
gdzie ból i rozpacz drzemią,
gdzie ból i rozpacz dzwonem się rozlega
i w strasznej pieśni brzmi...
Szatanie!
Kop mi samotny grób
na opuszczonym łanie,
u krzyża czarnego stóp,
pod gliny powłoką rdzawą!
A iżby nie porósł trawą,
tańcz na nim taniec piekielny
po wszystkie dni!...
A Ty, o Święty!
A Ty, o Mocny!
Ty Nieśmiertelny,
proch gwiazd przesypuj w Swej klepsydrze złotej
i płodź żywoty,
aby tak klęły jak ja;
aby płakały jak ja;
aby w szarpiącej modlitwie,
co jako dzwon ten łka,
o zmiłowanie prosiły;
aby się wlokły z gromnicami w dłoni
ku tej nieznanej ustroni,
do tej - ostatniej mogiły;
aby tak wyschły jak łza,
którą już oko me płakać nie może;
aby tak marły jak ja -
o Święty, Nieśmiertelny! Święty, Mocny Boże!
Szatan tańczący na grobie, szatan mocniejszy od Boga - czyż ta właśnie wizja z najbardziej znanego (i najbardziej bluźnierczego) Hymnu „Święty Boże, Święty Mocny” nie znajdowała prawie codziennie przerażającego potwierdzenia w okupowanej Warszawie?
Na tajnych kompletach uczył już tylko angielskiego, gdyż nauczycieli polskiego (bez środków do życia) było bardzo wielu, a anglistów w całej Warszawie ledwie kilkunastu (przed wojną powszechnie nauczanym językiem był język francuski). Uwolniony od kursowego nauczania polskiego tata mógł swobodnie w rozmowach z uczniami skakać po tematach literackich. Uczniowie oczywiście wiedzieli, że tematem pracy magisterskiej taty na polonistyce były podhalańskie lata w twórczości Kasprowicza. Kasprowicz napisał wówczas dwa pogodne, franciszkańskie w przesłaniu zbiory wierszy: Księgę Ubogich i Na Szkle Malowane. Czas wojenny stawiał przed młodymi jednak inne pytania: skąd tyle zła na świecie? jaką jest sprawiedliwość boża? Pisane czterdzieści lat wcześniej Hymny Kasprowicza dawały pesymistyczną odpowiedź:
[…]
a dom się nasz pali,
a siostra utonęła w rozplenionej fali,
a ojciec gdzieś daleko w strasznej zginął bitwie,
a Złe urąga modlitwie...
Cóż z nami się stanie!?
O Ty, łaskami hojny,
Ty, od powietrza, głodu, ognia i wojny,
od nagłej i niespodziewanej śmierci
i od Szatana, który w dom przychodzi
i dusze zwodzi,
zachowaj nas, Panie!...
Nie skłonił się jeszcze dzień,
a Szatan z moczarów łożyska,
gdzie nocą ognikami błyska,
z czeluści błota wstał
i gdy najkrótszy słońce rzuca cień
na te manowce, na te ścierniska,
pod ramię chwycił Kościotrupa
i wzrósł nad jego niebosięgłą stal -
nad Ciebie, Boże, wzrósł!...
Maszli Ty grom -
Maszli Ty chmurę w ten południa skwar,
aby z niej piorun padł
i od Szatana uwolnił ten świat?...
Wal błyskawicą, wal!
Niechaj się łamie,
niech się rozkruszy ta zdrada,
która nad życiem i nad śmiercią włada!...
. . . . . . . . . . . .
Szatanie!
Ty Kościotrupa chwyciłeś pod ramię
i nad wysokość jego ostrej kosy
wzrosłeś w niebiosy -
a grom nie pada!
Z nieukojoną żałobą
klękam przed Tobą!
Zlituj się, zlituj nad ziemią,
gdzie ból i rozpacz drzemią,
gdzie ból i rozpacz dzwonem się rozlega
i w strasznej pieśni brzmi...
Szatanie!
Kop mi samotny grób
na opuszczonym łanie,
u krzyża czarnego stóp,
pod gliny powłoką rdzawą!
A iżby nie porósł trawą,
tańcz na nim taniec piekielny
po wszystkie dni!...
A Ty, o Święty!
A Ty, o Mocny!
Ty Nieśmiertelny,
proch gwiazd przesypuj w Swej klepsydrze złotej
i płodź żywoty,
aby tak klęły jak ja;
aby płakały jak ja;
aby w szarpiącej modlitwie,
co jako dzwon ten łka,
o zmiłowanie prosiły;
aby się wlokły z gromnicami w dłoni
ku tej nieznanej ustroni,
do tej - ostatniej mogiły;
aby tak wyschły jak łza,
którą już oko me płakać nie może;
aby tak marły jak ja -
o Święty, Nieśmiertelny! Święty, Mocny Boże!
Szatan tańczący na grobie, szatan mocniejszy od Boga - czyż ta właśnie wizja z najbardziej znanego (i najbardziej bluźnierczego) Hymnu „Święty Boże, Święty Mocny” nie znajdowała prawie codziennie przerażającego potwierdzenia w okupowanej Warszawie?
niedziela, 20 marca 2011
Doświadczyńskich przypadki
Konstrukcjonizm (przywołajmy 8 zasad) czymże miałby się objawiać w dziedzinie literatury? Przyznam, że do ostatniego roku nie znałem żadnego pełnego rozwiązania tej kwestii. Częściowe - o, tak! Wyobrażałem sobie możliwą Drogę w czasie i przestrzeni, gdzie genius loci przydawałby znaczenia literackim dywagacjom - oświeceniowym w Lidzbarku Warmińskim, romantycznym w Opinogórze, a pozytywistycznym w Gołotczyźnie. Bliższe nam w czasie okresy można połączyć z Warszawą i Krakowem (może jeszcze z Zakopanem). Miejsca i czas zawsze były dobrym punktem wyjścia. Ale co z komputerami? Konstrukcjonizm wręcz domaga się ich używania. No i właśnie, w zeszłym roku pojawiło się dopełnienie do 8 punktów wymagań konstrukcjonistycznych - wszedł do użytku iPad, ważąca niecały kilogram biblioteka dzieł literackich i innych (będzie taką po - już bliskim zakończenia - wpisaniu podstawowych utworów do Google Books). Z komputerem w chlebaku, jak kiedyś z ulubioną książką, można wędrować kultowymi drogami - czyż nie jest to zapowiedź renesansu czytelnictwa?
Bardzo chciałbym, aby, zgodnie z zasadami konstrukcjonizmu, stale obecne było osobiste zaangażowanie nawet w odległe w czasie utwory literackie. Niechże strumyki świadomości naszych przodków i nasze zleją się w jedną rzekę literatury. Z tej właśnie przyczyny dla określenia całości konstrukcjonistycznego z ducha programu będę używał nazwy Doświadczyńskich przypadki. Od Mikołaja Doświadczyńskiego Przypadków zaczyna się polska powieść (przedtem były tylko pamiętniki). Tam też pocznijmy i my naszą opowieść:
Mikołaja Doświadczyńskiego konkury (według Ignacego Krasickiego):
„W kilka czasów poznałem na odpuście panienkę zacną, bardzo piękną, ale ubogą. Już miałem uczynić rodzicom deklaracją, gdy raz nie zastawszy u siebie damy postrzegłem bilecik na stoliku. Jej był charakter, adres do jegomości pana wicesgerenta; oznajmywała mu o swoim przyszłym zamęściu, ubolewała, że bogactwa cnocie i przymiotom rzadko towarzyszą, kończyła oświadczeniem, iż będzie miał rękę bogaty, ale serce kochany Antoś. Nie podobał mi się ten podział z Antosiem i odtąd w tym domu nie postałem.”
Franciszka Doświadczyńskiego-Preibisza przypadki (z Kroniki rodzinnej Preibiszów opracowanej przed rokiem 1951 przez Dr. Leona Preibisza z Rydzyny, historyka sztuki):
„O młodości Franciszka nic nie wiemy. Pierwsza notatka pewna, to zapisek w księdze majsterskiej bractwa krawieckiego w Kobylinie z 20.6.1787 r. o przyjęciu go do cechu, w następującym brzmieniu:
„1787 dnia Junii za urzędu panów starszych Pawła Pernaczyńskiego, Bogusława Helimka y wszystkich zgromadzonych Braci obecni stanowszy Franciszek Preibis przed stół nasz bracki dopraszał się, aby był przyjęty do Społeczeństwa Naszego co y otrzymał y oddał wszystkie powinności jako to są napisane: Na znak bracki 4 szostaki, wstępne zł.16, do skarbu zło.8 : kolacya zło.8 : wosku fątów 5 ; piwa beczek 4, które to zapisano do Xięg jest przyjęty jako wyży.”
Mając więc lat 25 był już ustalonym mistrzem bractwa. Starszy bractwa, Paweł Pernaczyński, który przyjmował go do cechu, stał się wkrótce jego teściem. W 1788 r., 6 maja ożenił się bowiem z Agnieszką Pernaczyńską, córką Pawła. Ślub dawał w kościele parafialnym proboszcz Maciej Tyzlerski, a świadkami byli: burmistrz Łukasz Filipowicz, Wawrzyn Nowacki, pisarz bractwa, Józef Andrzejewski i inni. Agnieszka Pernaczyńska, wychodząc za Franciszka, była panną wcale dojrzałą, liczyła bowiem 32 wiosny, a od swego męża była starsza o lat sześć.
Przypuszczać należy, że Franciszek kierował się raczej interesem aniżeli afektem, zawierając ten związek, wprowadzający go, przybysza z obcych stron od razu w grono honoracjorów miasta Kobylina. Czy małżeństwo było szczęśliwe trudno dziś osądzić, w każdym razie obfitowało w liczną progeniturę. W przeciągu lat osiemnastu, od 1788 aż do 1806 r. powiła Agnieszka dzieci jedenaście, i to 8 chłopców i 3 dziewczęta.”
Mikołaja Doświadczyńskiego przypadków zakończenie:
„Serca czułe nie potrzebują wykwintnych oświadczeń. Ofiarować się na wieczne usługi, nie być odmówionym, zyskać rękę i serce kochanej Julianny - dzieło było jednego tygodnia. Od tego czasu żyję z nią szczęśliwy; jużeśmy się doczekali wnucząt - przecież w moich oczach taka jeszcze jak w owym gaiku...
Zeszłaś mnie w tym pisaniu, kochana żono; ty wiesz, ale niech wie świat cały, żeś jest słodyczą życia mojego. Niech się z naszego uszczęśliwienia uczy młodzież, iż miłość ugruntowana na wspólnym szacunku nigdy się nie kończy, a w szczęśliwym pożyciu milsze zmarszczki poczciwej żony niż modne płochych amantek pieszczoty.”
Zapraszam wszystkich czytelników bloga do udziału w tworzeniu epopei Doświadczyńskich! Dodam jeszcze, że pierwszy z odnalezionych moich przodków, Franciszek Preibisz urodził się w roku 1762, bractwem, do którego wstąpienie opisano powyżej, był Cech Krawiecki w Kobylinie, a ja należę do V generacji jego potomków.
Bardzo chciałbym, aby, zgodnie z zasadami konstrukcjonizmu, stale obecne było osobiste zaangażowanie nawet w odległe w czasie utwory literackie. Niechże strumyki świadomości naszych przodków i nasze zleją się w jedną rzekę literatury. Z tej właśnie przyczyny dla określenia całości konstrukcjonistycznego z ducha programu będę używał nazwy Doświadczyńskich przypadki. Od Mikołaja Doświadczyńskiego Przypadków zaczyna się polska powieść (przedtem były tylko pamiętniki). Tam też pocznijmy i my naszą opowieść:
Mikołaja Doświadczyńskiego konkury (według Ignacego Krasickiego):
„W kilka czasów poznałem na odpuście panienkę zacną, bardzo piękną, ale ubogą. Już miałem uczynić rodzicom deklaracją, gdy raz nie zastawszy u siebie damy postrzegłem bilecik na stoliku. Jej był charakter, adres do jegomości pana wicesgerenta; oznajmywała mu o swoim przyszłym zamęściu, ubolewała, że bogactwa cnocie i przymiotom rzadko towarzyszą, kończyła oświadczeniem, iż będzie miał rękę bogaty, ale serce kochany Antoś. Nie podobał mi się ten podział z Antosiem i odtąd w tym domu nie postałem.”
Franciszka Doświadczyńskiego-Preibisza przypadki (z Kroniki rodzinnej Preibiszów opracowanej przed rokiem 1951 przez Dr. Leona Preibisza z Rydzyny, historyka sztuki):
„O młodości Franciszka nic nie wiemy. Pierwsza notatka pewna, to zapisek w księdze majsterskiej bractwa krawieckiego w Kobylinie z 20.6.1787 r. o przyjęciu go do cechu, w następującym brzmieniu:
„1787 dnia Junii za urzędu panów starszych Pawła Pernaczyńskiego, Bogusława Helimka y wszystkich zgromadzonych Braci obecni stanowszy Franciszek Preibis przed stół nasz bracki dopraszał się, aby był przyjęty do Społeczeństwa Naszego co y otrzymał y oddał wszystkie powinności jako to są napisane: Na znak bracki 4 szostaki, wstępne zł.16, do skarbu zło.8 : kolacya zło.8 : wosku fątów 5 ; piwa beczek 4, które to zapisano do Xięg jest przyjęty jako wyży.”
Mając więc lat 25 był już ustalonym mistrzem bractwa. Starszy bractwa, Paweł Pernaczyński, który przyjmował go do cechu, stał się wkrótce jego teściem. W 1788 r., 6 maja ożenił się bowiem z Agnieszką Pernaczyńską, córką Pawła. Ślub dawał w kościele parafialnym proboszcz Maciej Tyzlerski, a świadkami byli: burmistrz Łukasz Filipowicz, Wawrzyn Nowacki, pisarz bractwa, Józef Andrzejewski i inni. Agnieszka Pernaczyńska, wychodząc za Franciszka, była panną wcale dojrzałą, liczyła bowiem 32 wiosny, a od swego męża była starsza o lat sześć.
Przypuszczać należy, że Franciszek kierował się raczej interesem aniżeli afektem, zawierając ten związek, wprowadzający go, przybysza z obcych stron od razu w grono honoracjorów miasta Kobylina. Czy małżeństwo było szczęśliwe trudno dziś osądzić, w każdym razie obfitowało w liczną progeniturę. W przeciągu lat osiemnastu, od 1788 aż do 1806 r. powiła Agnieszka dzieci jedenaście, i to 8 chłopców i 3 dziewczęta.”
Mikołaja Doświadczyńskiego przypadków zakończenie:
„Serca czułe nie potrzebują wykwintnych oświadczeń. Ofiarować się na wieczne usługi, nie być odmówionym, zyskać rękę i serce kochanej Julianny - dzieło było jednego tygodnia. Od tego czasu żyję z nią szczęśliwy; jużeśmy się doczekali wnucząt - przecież w moich oczach taka jeszcze jak w owym gaiku...
Zeszłaś mnie w tym pisaniu, kochana żono; ty wiesz, ale niech wie świat cały, żeś jest słodyczą życia mojego. Niech się z naszego uszczęśliwienia uczy młodzież, iż miłość ugruntowana na wspólnym szacunku nigdy się nie kończy, a w szczęśliwym pożyciu milsze zmarszczki poczciwej żony niż modne płochych amantek pieszczoty.”
Zapraszam wszystkich czytelników bloga do udziału w tworzeniu epopei Doświadczyńskich! Dodam jeszcze, że pierwszy z odnalezionych moich przodków, Franciszek Preibisz urodził się w roku 1762, bractwem, do którego wstąpienie opisano powyżej, był Cech Krawiecki w Kobylinie, a ja należę do V generacji jego potomków.
wtorek, 15 marca 2011
Jabłonna - tablica w kościele
W latach dziewięćdziesiątych dwie Siostry Zmartwychwstanki z Poznania zbierały materiały do procesu beatyfikacyjnego Siostry Alicji. Wielokrotnie rozmawiały z moją mamą i z ciocią Jadzią, kiedy tylko przyjeżdżała ona do Polski. W roku 1995 lub 1996 cała czwórka pań udała się do Jabłonnej, aby tam obejrzeć miejsca związane z Siostrą Alicją. Poszły też do proboszcza jabłonowskiego kościoła. W czasie tej wizyty mama zwróciła proboszczowi uwagę, że świadectwem społecznej budowy kościoła jest jedynie tablica poświęcona panu Kubalskiemu, jednemu z członków Komitetu Budowy, a nie ma tablicy z nazwiskiem Jana Kotowskiego, który był inicjatorem i Przewodniczącym Komitetu Budowy. Proboszcz przyrzekł naprawić to niedopatrzenie, spowodowane całkowitym skupieniem się na powojennej odbudowie kościoła. ale potem zwlekał aż do roku 1999, kiedy to Papież wyniósł na ołtarze 108 Męczenników II Wojny Światowej, a wśród nich Siostrę Alicję. Uroczystość zamocowania tablicy - poświęconej Ojcu i błogosławionej Córce - odbyła się w 2000 roku, a mama zmarła w 1999 nie doczekawszy się spełnienia jej prośby.
piątek, 11 marca 2011
Aleksander Jełowiecki
Do absolwentów Uniwersytetu Warszawskiego, walczących w Powstaniu Listopadowym, zaliczał się późniejszy ksiądz Zmartwychwstaniec, Aleksander Jełowiecki. W pierwszym fragmencie z jego Wspomnień znajdujemy żywy i ciekawy opis Uniwersytetu Warszawskiego z lat 20-tych XIX wieku, a w drugim fragmencie Jełowiecki zwierza się z przeżyć, które wprowadziły go na drogę służby Bogu:
"Płynął mi rok po roku, jak Boh nasz płynie, strojnie, szumno, wesoło i szybko, jak Boh płynie na wiosnę, kiedy zapomniał o tej zimie co przeszła, a mnie myśli o tej co przyjdzie. I po cóżbym miał się troszczyć o przyszłość, kiedy miałem spokojność i zdrowie, kiedy zmysły moje żyły pięknością i dostatkiem wszech rzeczy, kiedy serce moje żyło miłością rodzeństwa i przyjaciół, kiedy duszę moją karmiła myśl święta, co panowała nade mną słodko, rozkosznie; co jak morze swe krople, tak ona pochłaniała wszystkie uciechy i radości moje, i życie moje wynosiła nad życie; co jak powietrze, niewidzialna, lekka i lotna, wciskała się pomiędzy mnie a wszystko co mnie otaczało, co mnie bawiło, co mnie smuciło, co mnie poprawiać albo psuć mogło; ona mię obwiewała swoją wonnością i mocą, a duszy mojej była za skrzydła; porywała ją nie raz zachwytem Niebieskich roskoszy, i unosiła z sobą aż do stóp tronu Pańskiego. Ta to myśl cudowna i czysta, stworzyła i wypieściła we mnie zamiar wielki i święty. O! gdyby człowiek nie miał zmysłów, co duszę jakby ołowiem ciągną do ziemi, jak szponami wiążą, dawnoby już ten zamiar ustalił me szczęście; ale nim się dusza wywinie ze wszystkich mamideł i sideł, nim pokona zmysły, nim zapanuje nad człowiekiem, ubiegają dnie, miesiące, lata, czasem i śmierć zaskoczy; a wtedy biada ci nędzniku coś się ociągał!
jakem pierwszy raz włożył sukienkę, i moja matka zaklinała mnie abym nie był xiędzem; a dziś, widzisz jakem szczęśliwy, i moja matka szczęśliwa. »
Markiewicz utwierdzał mię w zamiarach moich, przywodził mi przykład Kazimierza, Stanisława Kostki, Franciszka Salezego i wielu mnych Świętych, co dla chwały Bożej rzucili, większe jak moje, bogactwa i uciechy świata — Matka domyślała się chęci mojej — nie raz zapłakała — Markiewicz odwodził ją od płaczu mówiąc święte słowa — ona mówiła, że można w każdym stanie dosługiwać się Nieba dla siebie i dla drugich — a ja nie miałem innego sposobu utulenia jej, jak mówiąc, że tak będzie jak Pan Bóg zechce, i że sam nie wiem co uczynię — i w rzeczy samej nie wiedziałem, biedząc się z myślami mojemi jak z sierotami.
"Taki był ówczesny stan Warszawy; niewolnictwo jawne , a zmowy tajemne i w wojsku i w szkołach, i pod czamarą i pod habitem : duszno było w Warszawie jak przed wielką burzą; każdy się jej spodziewał, a nikt nie wiedział zkąd przyjdzie; a tymczasem wszystko strojnie, świetnie i huczno, jak gdyby w dnie wesela i szczęścia. W Krakowie ulice puste jak w czasie morowej zarazy, a jak powóz zaturkocze, to wszyscy idą do okien zobaczyć to cudo; w Warszawie nieustanny turkot powozów i bębnów, pełno ludzi po ulicach, po ogrodach, po przedmieściach; niby wesoło , a strach; każdy się ogląda , czy kto nie podsłuchuje, czy kto nie łapie za kołnierz. A jak zawsze i wszędzie , tak i tu najmniej strachu między uczniami, najwięcej pomiędzy nimi ochoczego gwaru. W Krakowie wszyscy prawie znają się jakby jedna rodzina; w Warszawie towarzystwo już bardziej podzielone: są grona gdzie noga moskiewska nigdy nie postała; są inne gdzie muszą ich przyjmować choć po trochę; są grona bogaczów, szlachty, kupców, wojskowych, cudzoziemców, mieszczan: a Moskale nigdzie dobrze widziani, chyba u moskiewskich duchów, Moskale wszędzie do towarzystwa polskiego wpraszają się uważając je sobie za cześć najwyższą , a nie mogąc się wprosić, trzymają się w osobnem gronie, gdzie jak do rynsztoków, wszystko to ścieka co brudne. I Uniwersytet też inny jak w Krakowie: tam nauczyciela i ucznia po tem tylko poznać, że ten siedzi na krześle a ci w ławkach; w Warszawie co to wszystko naciągane na kopyt wojskowy, nauczyciel i uczniowie w mundurach, a przy drzwiach draby. Wielki Xiąże, co prawie nie miał nosa a wszędzie go wścibiał, mieszał się i do Uniwersytetu, łapał uczniów, pakował do kozy, groził im okrutnie; a uczniowie zawsze hardo stawali i drabom swoim i tym nauczycielom których nie lubili, i nie przestawali chodzić po mieście po obywatelsku. Pośrednikiem między okrucieństwem a swawolą, był niewychwalony Zwierzchnik Uniwersytetu, xiadz Szwejkowski; on czuwaniem swojem uprzedzał wszelkie grożące niebespieczeństwo uczniom i samemuż Uniwersytetowi; on jednem słowem przyprowadzał do posłuszeństwa zbuntowaną młodzież, bo każde jego słowo oddychało miłością ojcowską, bo w każdem słowie przebijała się ostrzegająca trwoga o istnienie Uniwersytetu, co tyle obiecywał Ojczyźnie, co już się był wzmógł do niepospolitej świetności. W owej epoce, (1824-1825) Uniwersytet Warszawski miał przeszło 1200 uczniów, miał liczny xięgozbiór, bogate zakłady, obszerne gmachy, i wielu dobrych nauczycieli. Wykład Literatury Polskiej był najświetniejszy, a było do niego dwóch nauczycieli, szumny Osiński i serdeczny Brodziński; pierwszy był dobitnym wyrazem zapleśniałej starzyzny, drugi wyobrazicielem wzrastającego postępu. Brodziński dopiero nabywał sławy, cichy, spokojny, czuły, żołnierz i poeta: Osiński, zarozumiały, nadęty, dowcipniś i wierszopis, a tak roztrąbił swoją sławę przesadnem czytaniem na tępa, że pierwszy raz przychodziło się na jego wykład , jak do wyroczni, jak na posłuchanie do mocarza wszystkich rozumów. Na wykład Brodzińskiego, szło się jak do poufałego przyjaciela, a wychodziło się zawsze z sercem rozczulonem i ze łzą w oku. Wychodząc pierwszy raz z wykładu Osińskiego, wspomniałem sobie na sławne, partariwnt montes, nast itur ridiculus mus. Pomimo to wykład Osińskiego był uprzywilejowańszy, przychodzili nań paniczowie i kobiety wielkiego świata; Pan Osiński spieszy tam z jakiegoś objadu gdzie bawił ostrym dowcipem, wpada do domu, porywa co mu się nawinie ze starych szpargałów i parę xiążek na zapas; leci, już jest, już się wysapał i wśród oklasków poważnie zasiada: dopiero patrzy co tam za papier złapał; jeśli trafił szczęśliwie na dalszy ciąg przeszłego wykładu, to zaczynał od słów, w dalszym ciągu, itd. jeśli co innego porwał, cedzi przez zęby; że dla odmiany przedmiotu będziemy dzisiaj rozbierać co następuje: i dopiero czyta, bo nigdy nie mówił; czyta gładkim i posuwistym językiem, a głosem donośnym i miłym; szumu wiele, ale rzeczy mało; a jak wpadnie na wiersze, to te które chce pochwalić czyta wspaniale, które chce zganić czyta ślamazarnie, i wady wiersza naciska głosem złośliwym. Nowością wtedy byl Mickiewicz , co utworami swojemi jak raca wymknął się z pomiędzy tłumu do góry, i sypnął niegasnącemi gwiazdami: jedni ten dziw pojęli, drudzy nie jeszcze, ale wszyscy patrzą na niego. Zazdrosny Osiński spotkawszy się kiedyś z Dziadami Mickiewicza, przeczytał: — « Ciemno wszędzie, głucho wszędzie. » — « Co to będzie, co to będzie? » — « Ciemno wszędzie, głucho wszędzie. » — « Głupio było, głupio będzie. »
A nie czytając dalej, rzucił xiążkę dogadując. Taki był dowcip Osińskiego."
"Płynął mi rok po roku, jak Boh nasz płynie, strojnie, szumno, wesoło i szybko, jak Boh płynie na wiosnę, kiedy zapomniał o tej zimie co przeszła, a mnie myśli o tej co przyjdzie. I po cóżbym miał się troszczyć o przyszłość, kiedy miałem spokojność i zdrowie, kiedy zmysły moje żyły pięknością i dostatkiem wszech rzeczy, kiedy serce moje żyło miłością rodzeństwa i przyjaciół, kiedy duszę moją karmiła myśl święta, co panowała nade mną słodko, rozkosznie; co jak morze swe krople, tak ona pochłaniała wszystkie uciechy i radości moje, i życie moje wynosiła nad życie; co jak powietrze, niewidzialna, lekka i lotna, wciskała się pomiędzy mnie a wszystko co mnie otaczało, co mnie bawiło, co mnie smuciło, co mnie poprawiać albo psuć mogło; ona mię obwiewała swoją wonnością i mocą, a duszy mojej była za skrzydła; porywała ją nie raz zachwytem Niebieskich roskoszy, i unosiła z sobą aż do stóp tronu Pańskiego. Ta to myśl cudowna i czysta, stworzyła i wypieściła we mnie zamiar wielki i święty. O! gdyby człowiek nie miał zmysłów, co duszę jakby ołowiem ciągną do ziemi, jak szponami wiążą, dawnoby już ten zamiar ustalił me szczęście; ale nim się dusza wywinie ze wszystkich mamideł i sideł, nim pokona zmysły, nim zapanuje nad człowiekiem, ubiegają dnie, miesiące, lata, czasem i śmierć zaskoczy; a wtedy biada ci nędzniku coś się ociągał!
W całym biegu młodości mojej przemieszkiwała we mnie myśl oddania się Bogu, służenia Bogu i ludziom przez stan kapłański. Łaska Boska co strzegła młodość moją, natchneła mię tą myślą, którą rozwijało coraz bardziej, i wewnętrzne a nie zbadane uczucie, i wspomnienie na znikomość rzeczy ludzkich, na wieczność — i cudza bezbożność, i brak dobrych kapłanów, i ucisk jakiego religja doznaje w Polsce pod obcą przemocą, i widok szczęścia wewnętrznego jakiego używa tu na ziemi jeszcze, kapłan świętobliwy, i nakoniec ta myśl, że to podobno najpewniejsza droga służenia Ojczyźnie, mianowicie w czasach utrapienia i niewoli.
Nie raz, modląc się westchnąłem i zawołałem — Boże! jeśli wola Twoja, przyjm mnie za sługę Twego; może pozwolisz mi odprowadzić do Twojej trzody, choć jedną zbłąkaną owcę; może gdy ja się poświęcę służbie Twojej, Ty wejrzysz na rodzeństwo i na przyjacioły moje; może mnie użyjesz do usługi biednej Ojczyznie mojej ! Boże, zabierz sobie młodość moję; niech ja do Ciebie należę! — Tę proźbę wymawiała ciągle dusza moja, te myśli ścigały mię wszędzie i były obecne wszystkim zabawom i uciechom, wszystkim troskom moim — a jednak, jak się ubrałem raz w suknię xiędza Markiewicza, spojrzawszy się w zwierciadło, zapłakałem; taka to ciężka walka ze światem — Markiewicz śmiał się, i powiedział — « i mnie tak było markotno,jakem pierwszy raz włożył sukienkę, i moja matka zaklinała mnie abym nie był xiędzem; a dziś, widzisz jakem szczęśliwy, i moja matka szczęśliwa. »
Markiewicz utwierdzał mię w zamiarach moich, przywodził mi przykład Kazimierza, Stanisława Kostki, Franciszka Salezego i wielu mnych Świętych, co dla chwały Bożej rzucili, większe jak moje, bogactwa i uciechy świata — Matka domyślała się chęci mojej — nie raz zapłakała — Markiewicz odwodził ją od płaczu mówiąc święte słowa — ona mówiła, że można w każdym stanie dosługiwać się Nieba dla siebie i dla drugich — a ja nie miałem innego sposobu utulenia jej, jak mówiąc, że tak będzie jak Pan Bóg zechce, i że sam nie wiem co uczynię — i w rzeczy samej nie wiedziałem, biedząc się z myślami mojemi jak z sierotami.
Nie raz zanęcił mię powab małżeństwa, nie raz szukałem chciwie, czy jest w tem dla mnie wola Boża, nie raz zachciałem żeby była; szukałem, nie jedna twarzyczka wpadła mi w oko na chwilę, nie jedno serce wydało mi się jak łza, i czyste, i czułe — ale Pan Bóg spojrzeniem żadnej dziewicy, nie napisał w sercu mojem — to twoja — I znowu wracała myśl pierwsza — i tak walczyłem sam z soba, dopóki i mnie i myśli moich nie porwała burza wielka; walczyłem sam z soba, dopóki Pan Bóg nie powołał nas wszystkich, do walki za OJCZYZNĘ."
czwartek, 10 marca 2011
Wznoszenie kościoła w Jabłonnej
Początki budowy kościoła w Jabłonnej tak opisuje mój dziadek, Jan Kotowski:
"W roku 1921 nabyłem w Jabłonnie osadę pod lasem, 3 morgową z pięknym widokiem na Wisłę. W Jabłonnie nie było kościoła, najbliższy znajdował się w odległym o 3 kilometry Chotomowie. Powziąłem myśl założenia komitetu w celu budowy kościoła. Starania te zakończyły się pomyślnie. Powstał komitet budowy kościoła w Jabłonnie i zostałem wybrany jego prezesem. Wystąpiliśmy do Kurii Biskupiej o pozwolenie budowy kościoła i otrzymaliśmy od Ks. Kardynała Kakowskiego pozwolenie, a od Ks. Kanclerza Choromańskiego pomoc przy budowie. Wówczas z pomocą ludności miejscowej została zbudowana tymczasowa kaplica, pierwszym proboszczem został ks. Zygmunt Siedlecki. Potem z proboszczem przystąpiono do budowy murowanego koscioła. Hr. C. Potocki ofiarował plac pod budowę i pozwolił korzystać z parku Buchnika na zabawy, organizowane w celu zebrania funduszów. Odbywały się tam koncerty i loterie fantowe. W roku 1925 założono fundamenty, a w parę lat potem stanął kościół ku chwale Bożej a na pożytek społeczeństwa, za co Bogu gorąco dziękuję."
W organizacji zabaw i loterii fantowych pomagały dziadkowi wszystkie jego dzieci, a postępy w budowie były częstym tematem rodzinnych rozmów. Jedną z sił napędowych tych działań było wstąpienie do zakonu Marylki (siostry Alicji Kotowskiej) - wszyscy w licznej rodzinie chcieli na jakimś odcinku ją naśladować. Sama siostra Alicja też uczestniczyła w zbieraniu funduszy na budowę kościoła.
niedziela, 6 marca 2011
Nd 06-03: Re:konstrukcjonizm
| His Master's Voice | |
|---|---|
Świat jest jaki jest, bo był jaki był… Determinizm historii zniewala umysły - wydaje się, że liczą się tylko fakty i na wieki będziemy zahipnotyzowani, jak piesek słuchający HiS Masters Voice (HiS to Hitler i Stalin), a dwaj pomyleńcy będą panami naszej świadomości. Tyle sensownych rozmów utopiło się w utopiach bezwzględnych morderców (własność państwowa? - prowadzi do stalinizmu, duma narodowa? - do hitleryzmu). A przecież przed tą nieszczęsną datą 1 września 1939 roku ówcześni mieszkańcy Polski żyli bez HiS Masters Voice i mieli prawo niczego się nie bać. Czy historia ich stanów świadomości nie jest równie prawdziwa jak wszystkie późniejsze traumy, które do tej pory nami rządzą? A gdyby Hitler 31 sierpnia pośliznął się na skórce od banana i z powodu pęknięcia podstawy czaszki odwołał rozkaz ataku na Polskę? Warto pofantazjować o takim biegu wydarzeń, bo chociaż ofiarom wojny nieodwołalnie i brutalnie przerwano nić życia, to przecież wysiłkiem wyobraźni (wspartej, a jakże, komputerami), możemy odtworzyć i przywrócić świadomość tamtych ludzi sprzed dnia 31 sierpnia 1939. Będzie to dla nas samych zabieg podobny do leczenia psychoanalizą, która nakazuje cofnąć świadomość (i podświadomość) możliwie daleko, do czasów jej niepamiętanych już prapoczątków…
Dzięki elementowi "budowlanemu" rekonstrukcję ulicy Nowolipki da się jeszcze zaliczyć do kategorii "ostrej zabawy" (hard fun), dzięki czemu można mówić o nauczaniu konstrukcjonistycznym również w przypadku tych przerażających ruin. Samej tematyki Holocaustu już w ten sposób przedstawiać nie można. Wirtualny Sztetl i film Po-lin stały się dla mnie inspiracją do próby podjęcia tematu: "Wirtualna historia Żydów i Polaków na Mazowszu po 31 sierpnia 1939 roku". Chodzi o ekstrapolację trendów demograficznych, gospodarczych i kulturowych przy założeniu, że wojna nie wybuchła. Oczywiście metodologia konstrukcjonistyczna każe rozbić ten olbrzymi temat na nieduże, przyjazne ludzkiej wyobraźni fragmenty. Przedstawię jeden z nich o nazwie roboczej "Wkramost - uniwersytet trzech miast i dwóch półkul" (wirtualność zawsze zaznaczać będę kursywą):
Trzy miasta: Nasielsk , Nowe Miasto i Płońsk miały w roku 1939 łącznie 20 tysięcy mieszkańców. Do Nasielska z Warszawy prowadziły dwie linie kolejowe, i ta druga, obecnie nie istniejąca, była krótsza. Korzystne położenie sprawiło, że po trzydziestu latach liczba mieszkańców tych trzech miast wzrosła ponad dwukrotnie przekraczając 50 tysięcy. Taka liczba mieszkańców, oraz bliskość dwu i pół milionowej Warszawy, która w tym czasie już dochodziła do Narwii, były dostatecznym impulsem do założenia nowego Uniwersytetu w optymalnym dla tych trzech miast położeniu - nad Wkrą w Cieksynie. Odległość kolejowa z Cieksyna do Nasielska to 10 kilometrów, do Płońska 20, a drogowa do Nowego Miasta - 15. Uniwersytet przyjął nazwę Wkramost, a ze względu na położenie i pewną specjalizację określano go jako "Uniwersytet Trzech Miast i dwóch półkul" (chodzi nie o półkule globu, chociaż otwartość na zagadnienia globalne mogła by również podpowiadać taką interpretację, ale o lewą i prawą półkulę mózgu, czyli równowagę w rozwoju osobowości).Stulecie powstania listopadowego w 1930 roku uczczono otwarciem Biblioteki Narodowej. W pięćdziesiątą rocznicę bitwy warszawskiej (15 sierpnia 1970 roku) rozpoczął działalność Uniwersytet Wkramost. W pierwszym roku akademickim kryptologię wykładał Marian Rejewski, jeden z uczniów Sikorskiego prowadził wykłady i seminaria o scenariuszach zagrożeń globalnych, projektowanie mechanizmów ekonomicznych było tematem głównym katedry Leonida Hurwicza. Uniwersytet korzystał z bliskości Opinogóry, aby tam prowadzić zajęcia i organizować ogólnopolskie sympozja o korzeniach kultury, a bliskość Krasnego (dokładniej Szczuk) sprzyjała rozwijanym na Uniwersytecie poglądom genderowym (dawniej: emancypacyjnym) spod znaku Marii Skłodowskiej-Curie. Oczywiste powiązania z Uniwersytetem Warszawskim dawały Uniwersytetowi Wkramost od momentu startu wspaniałe zaplecze tradycji, ale zarazem nakazywały kontynuowanie badań nad wkładem akademików w powstanie listopadowe i nad ludzkim wymiarem wojny, tak wyraziście widocznym w historii udziału studentek UW w wojnie 1920 roku. Komputer (jeden na całej uczelni) był hasłem dnia.
Świat będzie lepszy po dopuszczeniu myśli, że mógł być mniej złym.

Przed rozpisaniem tematu Re:konstrukcjonizm na poszczególne dni, odpowiadające jednocześnie siedmiu etykietom, przedstawiam pewne założenia.
Wirtualny uniwersytet Wkramost zbiera i wyostrza wątki, które określiłem zdaniem-zadaniem: “Uniwesytet idzie na wojnę”. Będę nadal trzymał się możliwie blisko tradycji Uniwersytetu Warszawskiego, ale skorzystam z wirtualności Uniwersytetu “Trzech miast i dwóch półkul” do wzmocnienia moich tez o potencjalnych możliwościach działania, czy choćby oddziaływania, myśli uniwersyteckiej na bieg zdarzeń. Szczególnie zależy mi na możliwościach architektonicznych w budowaniu porozumień (etykieta: Architekci porozumień).
Do pracy w tym obszarze na wirtualnym uniwersytecie - startującym w 1970 roku - “zaprosiłem” Leonida Hurwicza, przedwojennego absolwenta Uniwersytetu Warszawskiego. To dzięki jego pracom, wspartym przez wielu uczonych, będzie możliwa w wirtualnych latach 60 i 70 (po śmierci Stalina w 1953 roku) wirtualna konwergencja Związku Radzieckiego do demokratycznego systemu ekonomicznego, w sposób podobny (no, trochę doskonalszy) do tego, co się działo w Chinach lat 80 i 90 (po śmierci Mao w 1976 roku). Niezmieniona przez wojnę Polska, jako najbliższy sąsiad rozwijający się w strefie zachodniej, dostarczałaby właśnie koncepcji architektonicznych dla przekształceń w ZSRR.
Leonid Hurwicz w roku 1960 opublikował przełomową pracę o "Optymalności i efektywności informacyjnej w procesach alokacji zasobów", która rozwijała pomysły ze słynnej w latach 30-tych dyskusji ekonomistów o systemie socjalistycznym (jedynym krajem socjalistycznym był w owym czasie ZSRR). Publikacja Hurwicza jest uważana za początek teori Projektowania mechanizmów ekonomicznych, za której rozwijanie Hurwicz wraz z Maskinem i Myersonem otrzymał w roku 2007 nagrodę Nobla. Dalsze prace Hurwicza z projektowania mechanizmów ekonomicznych powstawały w latach: 1972, 1975, 1976, 1980, a po dziesięcioletniej przerwie doszły publikacje z lat 90-tych i lat początkujących wiek XXI. Teoria Hurwicza należy do obszaru określanego jako ekonomika instytucji.
Wirtualność uniwersytetu Wkramost umożliwi przejście od koncepcji “architektury instytucji” do prawdopodobnej “architektury porozumień” w wirtualnym społeczeństwie radzieckim, bez konieczności całkowitego demontażu systemu socjalistycznego.
Takie eksperymenty myślowe (i rozwiązania praktyczne) były podejmowane w ramach teorii konwergencji, bardzo żywej w latach siedemdziesiątych - Francja wprowadzała planowanie indykatywne, kraje skandynawskie zasłynęły rozwiązaniami socjalnymi ocenianymi jak bliższe socjalizmowi niż te realizowane w ZSRR.
Bez wprowadzenie wirtualności do blogu nie dałoby się tych tematów sensownie poruszyć. Wiele zyska też tematyka Autorów scenariuszy. Po pierwsze, w “wirtualu” doceniona zostałaby książka Sikorskiego “Przyszła wojna”, bo właśnie ona jako bardzo trafiony scenariusz zagrożenia wojną, byłaby siła napędową dla porozumień międzynarodowych, które do tej wojny nie dopuściły. Po drugie, politologiczne zdolności Sikorskiego wykazane tą książką, oraz mniejsze zapotrzebowania na myśl wojskową, mogłyby doprowadzić do uaktywnienia się Sikorskiego jako politologa. Dla losów funkcjonowania uniwersytetu Wkramost (startującego w 1970 roku) było to o tyle istotne, że wcześniej powstały (bo w wirtualnych latach 40-tych) na Uniwersytecie Warszawskim kierunek politologiczny dostarczyłby dla Wkramostu kadrę odpowiednią do zajęcia się zagrożeniami globalnymi, które w latach 70-tych podjęło wielu naukowców na świecie pod hasłem “Granice wzrostu”. Właśnie scenariusze wtedy powstające (a raczej ich metodologię - bo ta nie straciła jeszcze na znaczeniu) będę opisywał w wirtualnym temacie Autorzy scenariuszy.
Dzisiejsze scenariusze zagrożeń ekologicznych koncentrują się głównie na sprawie ocieplenia klimatu, o której w latach 70-tych jeszcze nie mówiono (alarmujące obserwacje dopiero zaczęły napływać). Oczywiście równolegle do świata wirtualnego będę przedstawiał świat dzisiejszych zagrożeń i ostrzegających przed nimi scenariuszy.
Tematyka określana zakładkami: Łamacze kodów, Akademicy1830 i Studentki1920, i tak rozgrywa się w przeszłości dochodzącej do 1939 roku. Wstawki wirtualne będą więc króciutkie, a ich celem będzie przede wszystkim wzbogacenie tematyki rozwijanej w ramach wirtualnego uniwersytetu Wkramost.
Jedynie sobotnia Tajna oświata i kultura wolne będą od wirtualności (kursywa się tam nie pojawi). Warto zauważyć, że ta część życia pod okupacją sama z siebie była "wirtualna", bo uczestnicy tajnych kompletów i twórcy tajnej kultury jakby nie przyjmowali do wiadomości rzeczywistości wojennej.
Niedzielne rozwijanie tematyki konstrukcjonistycznej, w której najistotniejszy jest aspekt metodologiczny, opisujący m.in. narzędzia niezbędne dla innych działów blogu, odbywa się na bieżąco i wstawki “wirtualne”, zaznaczane kursywą - właściwie są potrzebne tylko w celu uniknięcia nieporozumień faktograficznych (tak właśnie zrobiłem w dzisiejszym wpisie).
A Hitler po wypadku na skórce od banana jakoś tak zmalał i dziwnie popiskiwał...
wtorek, 1 marca 2011
Wt 01-03: Na przykładzie Łodzi
Dynamika miast to bardzo niedoskonałe tłumaczenie wielkiego obszaru badań określanych jako Urban Dynamics. Rozwój miast wybucha czasem jak prawdziwy dynamit! W polskiej historii prawdziwie wybuchowego rozwoju doznała Łódź i Lwów. Oba przypadki wiążą się z określonymi gałęziami przemysłu: w Łodzi - włókienniczego, we Lwowie - naftowego. Warszawa miała też okresy niebywale dynamicznego wzrostu, ale jego przyczyny już były bardziej złożone, na pierwszym miejscu należy wymienić stołeczność(nawet w czasach, gdy nie istniało państwo, którego byłaby stolicą). Łódź od czasu konstytucji Napoleona (znosi się niewola) mogła przyjmować nieograniczony napływ siły roboczej, a włączenie Księstwa Warszawskiego do Cesarstwa Rosyjskiego dawało jej ogromny i wiecznie nienasycony rynek zbytu. Lwów na przełomie XIX i XX wieku znalazł się w miejscu narodzin technologii naftowej (Łukasiewicz), a zarazem najdostępniejszych złóż ropy (niestety dostępność oznaczała też ich płytkość). Wspominam te przypadki ekstremalne, bo to właśnie one były powodem zmiany optyki w rozstrzyganiu pytania: życie na wsi spokojnej, czy w tętniącym życiem mieście? Wybierano przenosiny do miasta, nawet nie mając pewności poprawy losu. Przypadek naszych dwóch miast, a także powstawanie na świecie coraz to nowych miast-molochów są dowodem na nieliniowy trend dynamiki miejskiej. Tam gdzie powstają sprzyjające warunki, miasta rosną jak na drożdżach - w tempie wykładniczym, a nie liniowym.
Metody Urban Dynamics zastosowane do Warszawy z połowy 1939 roku, przy założeniu braku działań wojennych i niewyburzenia miasta przez Niemców, dałyby wynik oszałamiający: 2,5 miliona mieszkańców w 1970 roku, 3 miliony w 2000 i stabilizację na poziomie 3,5 miliona. Straty ludzkie w Warszawie były podwójne: ponad 300 tysięcy mieszkańców getta, a w czasie powstania dalsze 200 tysięcy. Ubytek mieszkańców Łodzi - ponad 200 tysięcy - to prawie wyłącznie Żydzi z getta.
Co dalej z Łodzią? Widać, że się kurczy - to efekt upadku włókiennictwa, nie mającego szans na globalnym rynku w konkurencji z Chinami czy Indiami. Przyszłość to krótkoseryjny "dezajn", przemysł filmowy, usługi edukacyjne i kulturalne, turystyka. Nie będzie łatwo...
Co dalej z Łodzią? Widać, że się kurczy - to efekt upadku włókiennictwa, nie mającego szans na globalnym rynku w konkurencji z Chinami czy Indiami. Przyszłość to krótkoseryjny "dezajn", przemysł filmowy, usługi edukacyjne i kulturalne, turystyka. Nie będzie łatwo...
Subskrybuj:
Posty (Atom)