Sześciu studentów Politechniki Białostockiej z pucharem ląduje na Okęciu. W hali przylotów czeka na nich dziekan Wydziału Mechanicznego Andrzej Seweryn. W reklamówce ma jeszcze ciepłe kotlety, bo chłopcy dzwonili, że na powitanie chcą schabowego. Jest też konferencja prasowa w Ministerstwie Nauki. Do minister Leny Kolarskiej-Bobińskiej podjeżdża łazik. W metalowej dłoni trzyma bukiet kwiatów, minister go wyrywa, jakby nie wierzyła, że łazik sam go puści.
Komputer
Tam, skąd pochodzi Robert Bałdyga, nie ma poczty, kościoła, sklepu, a do przystanku PKS trzeba podjechać rowerem. Gdy Robert ma dziesięć lat, rodzice kupują mu komputer - pierwszy we wsi. Ludzie zostawiają buty na ganku i idą prosto na pokoje, mówią do mamy Roberta: "Bałdygowa, my tylko na komputer przyszliśmy popatrzeć".
Gdy Robert ma 19 lat, zaczyna studia na Politechnice Białostockiej. Myślał o informatyce, ale doszedł do wniosku, że już niczego nowego się nie nauczy, więc wybrał automatykę i robotykę. Dorabia. Jako pierwszy w Białymstoku daje korepetycje z programowania.
Gdy Robert ma 24 lata, zamyka się z kolegami w piwnicach Politechniki. Budują marsjański łazik, pieniądze dało Ministerstwo Nauki. Po trzech miesiącach wychodzą z piwnic i lecą z łazikiem do USA, na międzynarodowy konkurs kosmiczny.
Robert Bałdyga mieszka teraz w Warszawie. Pracuje w firmie, która zajmuje się oprogramowaniami. Myśli o założeniu własnej. Interesuje go tworzenie systemów do inteligentnych domów.
- Kowalski wyjeżdża na Majorkę i przez komórkę zasuwa rolety, sprawdza, czy nikt się nie włamał. Takie rozwiązania są już w Polsce, ale drogie. Na jedno piętro potrzebny jest jeden sterownik. Zachodni kosztuje 6 tys. zł. Zrobiłem podobny za mniej niż tysiąc, w sprzedaży mógłby być po 3 tys. Co z tego, że mogę założyć firmę w ciągu jednego dnia, przy jednym okienku. Żeby wypuścić sterowniki, musiałbym zrobić kosztowne certyfikaty i atesty, na które mnie nie stać.
Robert uważa, że polska innowacyjna technologia kończy się na produkcji jogurtów i mielonki.
- Nawet głupich telewizorów nie produkujemy, tylko składamy - mówi. - Rządzący zachęcają nas do studiowania na politechnice. Tylko że ludzie po politechnice też nie mają pracy, bo nie rozwija się wysoka technologia. Moi koledzy wyjeżdżają za granicę - do Anglii, USA. A część z tych, którzy budowali ze mną łazika, pojechali teraz pod Londyn, na plantację selera. Będą udoskonalać maszynę do odcinania natki od korzenia.
Saper
W pracowni mechanicznej białostockiej politechniki, w gablotach, stoją dwa łaziki - Hyperion 1, który w zeszłym roku zdobył w USA pierwsze miejsce, oraz tegoroczny zwycięzca - Hyperion 2.
- Na Marsa nie polecą - odpowiada mi rektor, profesor Lech Dzienis, gdy pytam o ich przyszłość. - Zgłosiła się policja, chcieliby wykorzystywać łazik jako sapera. Nie byłoby problemu z produkcją, nawet u nas moglibyśmy to robić, bo w strukturach uczelni mamy spółkę prawa handlowego. Problem leży w kosztownych badaniach przedprodukcyjnych. Potrzebowalibyśmy ponad 100 tys. zł.
- Dużo i niedużo - mówię.
- Nie mogę ryzykować. Jeśli badania wykluczyłyby możliwość wykorzystania łazika jako sapera, to z własnej kieszeni musiałbym oddać. Nie podejmę takiego ryzyka.
- A jakieś unijne dofinansowanie?
- Unia chętnie finansuje same pomysły, prototypy, ale wdrożenie do produkcji zostawia biznesowi. A że jesteśmy wschodzącą gospodarką, nie mamy bogatego biznesu. Przez to wiele pomysłów się marnuje.
Jako zmarnowany pomysł rektor wymienia protezę dla dziecka. W 2012 roku studenci i wykładowcy Politechniki Białostockiej pomogli dwuletniemu Maćkowi z Białegostoku, który urodził się bez nogi.
Rektor Dzienis: - W Polsce nie ma protez dla dwulatków, a te, które są, to protezy dla dorosłych dostosowane do dzieci. Są niewygodnie, ograniczają ruchy. Proteza dziecięca to problem, bo dziecko rośnie. Nasi naukowcy i studenci zrobili taką, która jest na lata - dzięki specjalnym nakładkom rośnie razem z dzieckiem. Ale w NFZ powiedzieli, że nie tylko nie dołożą na dalsze badania protezy, ale nawet nie będą jej refundować. Myślę, że kraj nie jest gotowy na superwynalazki. W pewnym sensie marnujemy potencjał naukowy. Studentom chce się uczyć, mają głowę pełną pomysłów, ale potem zderzają się ze ścianą.
Sponsorzy
Pieniądze na wynalazki i badania nad nimi mogą dać:
- Narodowe Centrum Badań i Rozwoju,
- Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości,
- Inkubator Przedsiębiorczości.
To agendy, które dzielą unijne pieniądze.
Wózek
Patryk Arłamowski ma 26 lat, dom we Wrocławiu, nurkuje, jeździ konno. Ma coś z hrabiego, bo kiedy dzwonię, mówi: "Będę pana oczekiwał w piątek o 10.00".
Jest absolwentem Politechniki Wrocławskiej; jego partnerka - Kamila Rudnicka - jeszcze tam studiuje. W kwietniu ich wynalazek został Polskim Wynalazkiem Roku 2014. Na uroczystym podsumowaniu plebiscytu minister nauki Lena Kolarska-Bobińska wręczyła im czek na 50 tys. złotych. A doceniono ich za inteligentny wózek inwalidzki. Niepełnosprawny za pomocą dżojstika może włączyć światło, zamknąć drzwi i okna, zasłonić rolety, zmienić kanały w telewizji, wezwać pomoc. Wózek ma czujnik wykrywający ruch gałek ocznych; w przyszłości będzie miał encefalograf monitorujący pracę mózgu.
Na zrobienie wózka wpadli, gdy zepsuł się wózek syna ich przyjaciółki. Producent tak go skonstruował, że nie można było naprawić zepsutej części, tylko trzeba było kupić nową - za 700 euro. Zrobienie takiej samej kosztowało Patryka mniej niż 500 złotych.
eFakturomat
Idziemy ogrodem do domu, nie byle jakiego, bo inteligentnego. Rolety same chowają okna przed słońcem, w łazience światło zapala się samo, w przedpokoju również, w jadalni kawę z mlekiem robi Patryk, ciastka podaje Kamila.
Razem pracują nad wynalazkami, na pomysł wpadają najczęściej na tarasie. A potem idą do pracowni naprzeciwko salonu i rysują, składają, siedzą do nocy.
Ostatnio Kamila wymyśliła eFakturomat - mógłby stać przy kasach w sklepach, hipermarketach. Wydanie faktury zajęłoby tyle, ile wydanie paragonu. Projekt zachwala Politechnika Wrocławska.
Kamila Rudnicka: - Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości uznała, że nie powinnam dostać dofinansowania, bo "produkt jest szkodliwy społecznie, ponieważ przyczyni się do zwolnienia pracowników sprzedażowych w obiektach handlowych". Czyli wychodzi na to, że nie powinniśmy produkować samochodów, bo przyczyniły się do upadku lektyk. W końcu lektykę nosiły co najmniej dwie osoby, a samochód może prowadzić jedna. Tylko czy zadaniem działającej za pieniądze unijne Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości nie jest wspieranie nowych technologii? Inny urzędnik uznał, że eFakturomat spowoduje spadek sprzedaży postawionych przy kasach batoników i gum do żucia w sklepach wielkopowierzchniowych, gdyż zajmie miejsce, w którym można je sprzedawać.
- Nawet głupich telewizorów nie produkujemy, tylko składamy. Chińczycy otwierają u nas fabryki, zatrudniają ludzi za 1200 złotych. Posłowie przecinają wstęgi chińskich fabryk, a powinni się spalić ze wstydu
Żeby eFakturomat znalazł się w produkcji, musieliby przetestować co najmniej sto urządzeń, wymaga tego dyrektywa unijna odnośnie dopuszczenia do użytku urządzeń elektrycznych. Koszt zrobienia jednego eFakturomatu to 3 tys. zł. Nie mają 300 tys. na testowanie.
Urna
Patryk wiosną wymyślił urnę wyborczą, która liczy głosy (podobne są w USA). Zrobił już prototyp. Przed wyborami do Europarlamentu przyjechała nawet telewizja TVN 24 i były wejścia na żywo z pracowni. Patryk wkładał listy do urny. Każda wpadająca do środka kartka była automatycznie skanowana, a postawiony obok komputer od razu czytał wyniki. Nie ma szans na oszustwo, pomyłkę, ale nie sądzi, by politycy się tym zainteresowali. Już ktoś z PiS-u powiedział, że tak będzie można zaprogramować urnę, żeby naliczała głosy PO.
Ofiary
Z wynalazkiem roku też nie mają łatwo.
Patryk: - Żeby wózek znalazł się w produkcji, musimy przeznaczyć prawie pół miliona złotych na testy i certyfikaty. Część jest zupełnie bez sensu. Jednym z mniej inteligentnych wymogów jest obowiązek poddania wózka wysokiej temperaturze. Wiadomo, że spłonie. Następnie trzeba wózek zrzucić z wysokości (test na spadki swobodne). Wiadomo, że się rozbije. Ale przecież prototypy nic nie kosztują. Urzędników.
Po certyfikacji muszą zainwestować jeszcze dodatkowe 1,5 mln zł na przygotowanie wózka do produkcji. Dużo jak na ludzi, którzy niedawno skończyli studia.
Patryk: - Pojechaliśmy do Bielska-Białej, do Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości. Tam prezes testował prototyp. Był zachwycony i wstępnie zaoferował pomoc. Po trzech miesiącach zabawy w głuchy telefon: "Prezesa nie ma, a koleżanka, która się tym zajmuje, wyszła i nie wiadomo, kiedy wróci", okazało się, że już nie są zainteresowani. Powiedzieli, że projekt jest nieopłacalny, gdyż w Polsce nie ma osób niepełnosprawnych. Dziwne, bo według Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych mamy aż milion ludzi na wózkach. Gdy wózek został uznany za wynalazek roku, dostaliśmy ponad dwieście maili, mnóstwo telefonów i listów od osób, które naszego wózka potrzebują.
Kamila: - Pewna partia zaproponowała, abyśmy stali się twarzą ich kampanii wyborczej - oczywiście razem z wózkiem - jako "ofiary urzędników i rządu". Odmówiliśmy. Mimo wszystko nie czujemy się ofiarami.
Kropki i przecinki
Patryk i Kamila założyli firmę.
Arłamowski Investment próbuje zainteresować wózkiem szwajcarską spółkę. Są też szanse, że wózek pojedzie do USA. Współpracują już z Amerykanami - wysyłają im zrobione przez siebie sterowniki Lightbox - urządzenie wielkości pudełka od zapałek, które montuje się przy oświetleniu ledowym. Lightbox ma połączenie ze smartfonem. Siedząc na kanapie, można zgasić światło, regulować jego natężenie, można je i tak ustawić, by stopniowo gasło, podczas gdy my zasypiamy.
Patryk: - A teraz rozpoczynamy produkcję urządzenia pozwalającego sterować roletami i żaluzjami oraz urządzenia typu wirtualny klucz, które pozwoli otwierać drzwi i bramy garażowe za pomocą smartfona. Aha, i proszę napisać, że nie wzięliśmy na Lightbox ani złotówki z Unii.
Kamila: - Projekty, które tworzymy, nadają się do komercjalizacji. Nie konstruujemy perpetuum mobile. Jeśli finansujemy prace badawcze za własne pieniądze, to musimy mieć pewność, że mają sens. Ktoś, komu Unia daje pieniądze na badania - na przykład naukowcy na uczelniach - takiej pewności nie musi mieć.
Patryk: - Wiele uczciwych firm rezygnuje z ubiegania się o dotacje. My zrezygnowaliśmy raz na zawsze i nie żałujemy. Po pierwsze, urzędników nie obchodzi, kiedy zostaną uruchomione pieniądze; nie mają pojęcia, że w nowoczesnych technologiach chwila opóźnienia w finansowaniu może oznaczać porażkę. Po drugie, firmy nie chcą mieć ciągłych kontroli, biegania do urzędów z 55. tabelką, w której zabrakło dwóch kropek i przecinka.
Metaheurystyka
Modnym słowem jest "innowacja".
Minister infrastruktury i rozwoju Elżbieta Bieńkowska: "Kładziemy duży nacisk na wzrost innowacyjności w polskiej gospodarce".
Premier Donald Tusk: "Innowacje odnowią Polskę".
Minister nauki i szkolnictwa wyższego Lena Kolarska-Bobińska: "Rząd traktuje innowacyjność jako zadanie priorytetowe".
Słownik języka polskiego: "Innowacja: wprowadzenie nowości do użytku, działania; nowatorstwo".
Patryk: - Wszystko może być innowacyjne. Weźmy zwykły chiński tablet z marketu i napiszmy prostą aplikację rozpoznającą dźwięk. I już mamy innowację. We wniosku unijnym wystarczy napisać: "Inteligentny, bezprzewodowy system ułatwiający przełamywanie barier osobom niepełnosprawnym, w szczególności osobom niewidomym. Innowacyjny szczególnie przez fakt wykorzystania algorytmów sztucznej inteligencji i metaheurystyki". Dla urzędnika brzmi mądrze, pieniądze murowane. Tylko czy taka innowacja ma jakąkolwiek wartość? Czy osoba niewidoma znajdzie na ekranie maleńki przycisk "Rozpoznawaj głos"?
Firma
Andrzej jest doktorantem na jednej z politechnik. Ma sukcesy w tworzeniu prototypów urządzeń medycznych.
- Zgłosiła się do mnie spółka, która ma siedzibę w parku naukowo-technologicznym. "Siedzibę" to za dużo powiedziane, bo chodzi o jedno wydzielone biurko. Spółka zajmuje się badaniem i tworzeniem innowacji w dziedzinie sprzętu medycznego. "Tworzeniem" i "badaniem" to za dużo powiedziane, bo jeszcze nic nie stworzyła ani nie zbadała. Ale dostała kilka milionów złotych z inkubatora przedsiębiorczości. Nie dziwi mnie to. Prezes spółki współpracuje z inkubatorem - jakimś cudem zasiada w komisji oceniającej wnioski. Przyszedł ostatnio do mnie i poprosił, abym mu sprzedał wadliwy prototyp urządzenia, które kiedyś zrobiłem. Zależało mu. To nic, że urządzenie było wadliwe. We wniosku końcowym napisze: badanie nie przyniosło spodziewanych wyników.
Park
Pomostem między nauką a biznesem mają być parki naukowo-technologiczne. Wyrosły one przy dużych miastach za pieniądze unijne. Parki powinny wspierać małe, młode firmy z "obszarów technologicznie zaawansowanych". Wsparcie polega na: udostępnieniu powierzchni, doradztwie naukowym, przepływie wiedzy między uczelnią a biznesem.
Ale wsparcia nie ma.
Rok temu Najwyższa Izba Kontroli zarzuciła Lubelskiemu Parkowi Naukowo-Technologicznemu, że nie pozyskuje firm wysoce technologicznych. NIK wyliczył, że aż prawie 40 proc. przychodów parku pochodziło z wynajmowania pomieszczeń dla firm, które trudno nazwać innowacyjnymi.
Ale problem jest nie tylko w Lublinie. W gdyńskim parku powierzchnię wynajmuje firma produkująca zabawki dla niemowląt, w kieleckim projektowane są ulotki i plakaty, w poznańskim jest przedszkole, a obok siedzibę ma producent karmy dla psów i kotów.
- Parki należą do spółek, w których są samorządy i uczelnie. Oni mają gdzieś technologiczne innowacje, po prostu wynajmują temu, kto więcej zapłaci. W takim kluczu małe, pomysłowe firmy nie mają szans - mówi były pracownik Ministerstwa Infrastruktury i Rozwoju. - U nas potrzebne są maksymalnie cztery parki technologiczne, a mamy ich ponad 40, w niektórych miastach po trzy. Zwróciłem uwagę wiceminister Iwonie Wendel, że parki nie spełniają swojej misji i że władze samorządowe budują ich za dużo. Odpowiedziała: "Widocznie napisali dobre wnioski".
Żeniaczka
Modnym słowem jest również "patent".
Minister infrastruktury i rozwoju Elżbieta Bieńkowska: "Polska, by była krajem konkurencyjnym, musi wypracować taki system, który pozwoli nam sprzedawać naszą myśl, nasze patenty".
Słownik języka polskiego: "patent - dokument przyznający jakiejś osobie lub firmie wyłączne prawo do czerpania korzyści z wynalazku".
Na tle Europy Polska znajduje się w pierwszej dziesiątce jeśli chodzi o zgłaszane patenty - rocznie jest ich ponad 3 tysiące. Liczba patentów wzrosła, od kiedy Unia Europejska finansuje badania. Pomysły zgłaszają głównie uczelnie. Uczelnie za każdy patent dostają punkty. Im więcej punktów, tym więcej pieniędzy z ministerstwa.
- Patenty nie powinny być punktowane, bo przez wyścig po punkty mamy słabe badania - mówi profesor z Warszawy. - Nie mówiąc już o tym, że wydajemy publiczne pieniądze na słabe badania.
- Naukowcy biorą pieniądze na prowadzenie prostych, nic niewnoszących, przewidywalnych badań - potwierdza wykładowca politechniki. - Uderzają bezpośrednio po granty do Ministerstwa Nauki albo po fundusze unijne do Narodowego Centrum Badań i Rozwoju.
Uczelnie, zwłaszcza prywatne, redukują wydziały z powodu niżu demograficznego. Dlatego dotacje na badania są dla wykładowców sposobem na dorobienie. Słyszałem, jak jeden z profesorów mówił do drugiego: "Słuchaj, muszę wymyślić badanie, bo syn wymyślił żeniaczkę".
Marcin Gędłek, zastępca dyrektora departamentu promocji i wspierania innowacyjności Urzędu Patentowego: "Mniej więcej dwie trzecie wynalazków zgłaszają instytuty badawczo-rozwojowe i uczelnie, które nie zawsze za cel stawiają sobie komercjalizację danego wynalazku. Dla nich ważne są inne przesłanki".
- Uczelnia jest najgorszym właścicielem patentów - mówi przedsiębiorca z Warszawy. - Gdy chciałem kupić pewien pomysł, rektor ciągle nie miał czasu, żeby się ze mną spotkać. W końcu zrezygnowałem. Koledzy z branży mówią o podobnych unikach rektorów. Dlaczego tak się dzieje? Bo rektor pracuje na pieniądzach publicznych. Jeżeli za nisko wyceni patent, to będzie ścigany za naruszenie dyscypliny finansów publicznych, gdyż uszczuplił majątek uczelni. Jeżeli wyceni za wysoko, to nikt tego nie kupi. Więc wyceniają wysoko i śpią spokojnie.
Minister nauki i szkolnictwa wyższego Lena Kolarska-Bobińska: - W Polsce występuje nieufność świata nauki wobec biznesu. Zależy nam na tym, żeby naukowcy otworzyli się na współpracę z firmami, by ich badania przyczyniały się do rozwoju nauki, ale też gospodarki.
Poczucie
Karol Lityński, prezes Fundacji Centrum Innowacji FIRE, uważa, że naukowcy jeszcze nie potrafią myśleć biznesowo. Za przykład podaje historię profesor z Uniwersytetu Warszawskiego, która opracowała szczepionkę dla kurcząt przeciw salmonelli.
- Po miesiącach badań pani profesor przeprowadziła testy w kurnikach. Wyszły pomyślnie, co stanowiło temat ciekawej publikacji. Zamknęło jej to jednak drogę do opatentowania szczepionki, bo patentuje się tylko wynalazki nieopublikowane. Wynalazek pani profesor otrzymał co prawda nagrodę w konkursie Polski Produkt Przyszłości, lecz nigdy nie przeszedł do produkcji - mówi Lityński. - Jest wiele substancji odkrywczych, ratujących życie, które zalegają w laboratoriach. Biznes farmaceutyczny się nimi nie interesuje, bo nie są chronione patentami. Żadna firma nie chce być jedną z wielu produkujących lek o tym samym składzie - mówi Lityński.
Przykładem marnowania biznesowego potencjału nauki w Polsce są także bakteriofagi z Instytutu Biologii Doświadczalnej PAN we Wrocławiu.
- Naukowcy wyodrębnili wirusy, które niszczą bakterie, również te lekooporne. To przyszłość, bo coraz częściej słyszymy, że bakterie uodparniają się na antybiotyki - mówi Lityński. - Ale leki wykorzystujące bakteriofagi - choć ich pozyskiwanie zostało opatentowane - nie są w Polsce produkowane. Wykorzystuje się je wyłącznie w skrajnych sytuacjach, najczęściej u pacjentów w stanach terminalnych. Rodzina chorego prosi Instytut o wyodrębnienie bakteriofagów zwalczających infekcję u swojego krewnego, zakażonego na przykład gronkowcem. Słyszałem, że skuteczność wyleczeń terapią bakteriofagową sięga nawet 90 proc.! Ale odniosłem wrażenie, że Instytut wolał kontynuować badania naukowe, niż podjąć wysiłek komercjalizacji wynalazku, szczególnie wobec potencjalnej walki z firmami farmaceutycznymi, którym bakteriofagi uszczupliłyby przychody ze sprzedaży antybiotyków. Chyba zaważyło pragnienie świętego spokoju.
- Kiedy to było?
- Dziesięć lat temu.
- Dyrektor nadal ten sam?
- Nie, inny. Tamten awansował.
Sprawdziłem. Jest wiceprezesem PAN.
Sukces
Są przykłady, gdzie udało się pożenić naukę z biznesem.
Gdyby człowiek nie zmusił krowy do kanibalizmu, nie byłoby BSE, czyli choroby szalonych krów. Ma początek w mączce z odpadów poubojowych. Mączkę wycofano na całym świecie. Ale świat patrzy teraz na polski wynalazek - na mączkę z drożdży. Zaczęło się od badań nad drożdżami, które przez przypadek znalazł profesor Waldemar Rymowicz z Uniwersytetu Przyrodniczego we Wrocławiu. Drożdże karmił nieczyszczoną gliceryną, która jest odpadem przy produkcji biopaliw. Drożdże wchłaniają glicerynę i zamieniają ją w czyste białko. Pomysł na ich wykorzystanie został przez uczelnię opatentowany. Patent szybko kupił producent pasz Skotan. Spółka - z pomocą unijnych pieniędzy - zbudowała niedawno drożdżownię w Czechowicach-Dziedzicach. Wysokobiałkowa pasza to przysmak nie tylko dla bydła, ale także dla koni wyścigowych.
Ciasteczka
Wracam do Karola Lityńskiego.
- Zgubiłem się - mówię.
- Gdzie?
- W gąszczu sprzeczności. Z jednej strony są pieniądze z Unii na innowacje, rządzącym zależy na tym, abyśmy je wydawali, a z drugiej słyszę, że są problemy z wdrażaniem do produkcji innowacyjnych pomysłów.
- Najpierw ustalmy, co to jest innowacja. Autentyczny przykład: restauracja w okolicach Łomianek koło Warszawy, przy drodze prowadzącej na lotnisko w Modlinie, usiłuje pozyskać pieniądze unijne na wprowadzenie innowacyjnych rozwiązań, takich jak:
a) wykończenie pomieszczeń na piętrze, gdzie klienci będą mogli się przespać w drodze na lotnisko lub z powrotem,
b) możliwość zamówienia samochodu z kierowcą, który odwiezie gości na lotnisko,
c) kącik zabaw dla dzieci,
d) możliwość zamówienia przewodnika turystycznego, który zorganizuje wycieczkę po terenach Puszczy Kampinoskiej.
Co się pan śmieje, dla tej restauracji to naprawdę innowacyjne rozwiązania.
- Czyli innowacją możemy nazwać wszystko?
- No właśnie. Kiedyś Singapur utrzymywał się z prostytucji i rybołówstwa, a teraz jest liderem na rynku telekomunikacyjnym. Bo rząd odważył się wyznaczyć nowe kierunki rozwoju.
Proszę przejrzeć tematykę projektów dofinansowanych przez Polską Agencję Rozwoju Przedsiębiorczości. To są tematy od Sasa do Lasa, ponieważ na dofinansowanie mogą liczyć wszyscy, którzy przedstawią prawidłowo wypełnione wnioski. I najlepiej, żeby padło w nich słowo "innowacja".
Sprawdzam.
Dofinansowanie dostała firma, która będzie produkowała prozdrowotne ciasteczka z ciasta półfrancuskiego nadziewane owocami.
Rozeznawanie
Umawiam się z minister nauki i szkolnictwa wyższego Leną Kolarską-Bobińską.
- Pani minister, gdybyśmy dzisiaj mieli przestać uprawiać jabłka i hodować trzodę, to na co moglibyśmy postawić z nowych technologii?
- Naszym priorytetem powinno być nie tylko stworzenie systemu wsparcia dla kilku sektorów, ale także systemu, który będzie wspierać innowacje, jakich jeszcze nie możemy przewidzieć. Już teraz wiadomo, że będziemy stawiać na technologie materiałowe, nowe zastosowanie surowców mineralnych i na szeroko pojętą medycynę.
Pani minister zasypuje mnie ksero listów do rektorów, ulotkami dotyczącymi innowacyjności.
To samo pytanie kieruję - już mailem - do minister infrastruktury i rozwoju Elżbiety Bieńkowskiej. Odpowiedź przychodzi od wiceminister Iwony Wendel: "Z puli na lata 2007-2013 finansowano projekty spełniające kryteria dotyczące m.in. innowacyjności, wysokiej jakości badań naukowych czy też potencjału rynkowego (możliwości zastosowania w praktyce gospodarczej). Nie wprowadzaliśmy preferencji dla żadnego rodzaju technologii, wychodząc z założenia, że dla rozwoju polskiej gospodarki konieczne jest wzmocnienie wszystkich firm czy jednostek naukowych, zainteresowanych prowadzeniem prac badawczo-rozwojowych (z perspektywą zastosowania w biznesie) lub wprowadzaniem innowacji".
Pocket
Doktorowi Markowi Dziubińskiemu udało się przekuć swój pomysł w biznes. Już nie siedzi w laboratorium, ale w gabinecie. Widzi Dworzec Centralny, Pałac Kultury, hotel Marriott. Gdy mgła jest nisko - nic nie widzi, tylko chmury. Jego firma ma siedzibę w wieżowcu na 19. piętrze.
Robiąc doktorat na Politechnice Gdańskiej, wymyślił Pocket ECG.
- Jest to urządzenie do badania pracy serca - mówi. - Pacjent nie musi być hospitalizowany. W domu podpina do ciała trzy elektrody wychodzące z niewielkiego urządzenia, które na bieżąco wysyła dane do lekarza. Pacjent chodzi z tym urządzeniem przez tydzień, dwa, miesiąc. Jest to najbardziej dokładne i miarodajne badanie zaburzeń pracy serca. A i oszczędne, bo pacjent nie blokuje kolejek do kardiologa.
Założył firmę MEDICALgorithmics. Nie liczył na pieniądze unijne, uderzył do biznesu. I miał szczęście. W jego wynalazek uwierzył amerykański fundusz inwestycyjny. Dzisiaj Pocket ECG kupowany jest głównie w USA.
- Jeśli wynalazek jest dobry, to prędzej czy później mu się uda - mówi Dziubiński. - Sporo jest pieniędzy na rynkach światowych. Jeśli jedni odmawiają, trzeba iść do drugich, trzecich, dziesiątych. Nie, nie próbowałem swoim produktem zainteresować NFZ. Uważam, że jeszcze w tej chwili jest to misja straceńcza.