niedziela, 31 sierpnia 2014

31 sierpnia 1939

Ostatni dzień pokoju

  Próbuję sobie wyobrazić ten ostatni dzień - 31 sierpnia 1939 roku - na podstawie opowiadań moich rodziców:
  Rodzina mamy, z rodzicami (moimi dziadkami), trzema siostrami i piątką małych dzieci, zebrała się w Cieksynie, czekając na rozwój wydarzeń i ciesząc się pogodnym latem. Wszyscy dorośli, poza mamą, która urodziła się w 1915 roku, pamiętali dobrze dramatyczne dni I wojny światowej, kiedy to na wozach uciekali przed Niemcami z Krasińca. W Cieksynie była więc przygotowana duża bryczka, którą miała powozić mama, studentka SGGW. O wojnie się nie rozmawiało, mówiło się raczej o rodzinnym spotkaniu z okazji przypadających 1 września urodzin mojej mamy - dzieciaki czekały na tort.
  W Warszawie 31 sierpnia odczuwało się wielkie napięcie. Tata tego dnia był na zebraniu nauczycieli Liceum Batorego - następnego dnia miały rozpocząć się lekcje. Tata uczył w Batorym polskiego, angielskiego i przysposobienia wojskowego - miał stopień podporucznika rezerwy. Tydzień wcześniej, 22 sierpnia, obchodził trzydzieste urodziny, jak opowiadał, w bardzo podłym nastroju ("nigdy później nie czułem się tak stary"), bo jeszcze nie zdążył założyć rodziny, a tu już nadchodzi wojna i ...co dalej?, czy będzie jakieś "dalej"?. Jego ojciec, a mój dziadek, Wojciech Prejbisz (1876-1918), wraz z wybuchem wojny internowany przez Rosjan jako obywatel niemiecki (do Warszawy przybył z Wielkopolski w roku 1904), miał już dwóch synów, urodzonych w 1909 i 1913 roku. Pięcioletni Antoś widział go przed wyjazdem do Heringsdorfu nad Bałtykiem na początku wakacji 1914 roku, a potem już tylko słyszał, że jest gdzieś w Orenburgu, aż do tragicznej wiadomości o jego śmierci w 1918 roku gdzieś pod Semipałatyńskiem, gdy próbował wracać do rodziny przez Azję jako żołnierz Polskiej Brygady Syberyjskiej (tej samej, która po powrocie, 14 sierpnia roku 1920 walczyła w Cieksynie, a 15 sierpnia zdobyła Nowe Miasto). Wiek mojego taty, a także zawód nauczyciela sprawiały, że podlegał mobilizacji dopiero w dalszym rzucie. Ale w razie wybuchu wojny, już od września był przewidziany na opiekuna pomocniczego oddziału chłopców z II klasy liceum, których szkolił w ramach PW, z lokalizacją na ulicy Ratuszowej na warszawskiej Pradze.
  Od dnia publikacji w dniu 9 kwietnia 1939 roku, bardzo popularny stał się wiersz Broniewskiego "Bagnet na broń", określany mianem poetyckiej karty mobilizacyjnej. Wielu uczniów taty znało go na pamięć. Tata miał dobrą pamięć do wierszy, wyćwiczoną studiami polonistycznymi i anglistycznymi, więc pamiętał go również:

Kiedy przyjdą podpalić dom,
ten, w którym mieszkasz - Polskę,
kiedy rzucą przed siebie grom
kiedy runą żelaznym wojskiem
i pod drzwiami staną, i nocą
kolbami w drzwi załomocą -
ty, ze snu podnosząc skroń,
stań u drzwi.
Bagnet na broń!
Trzeba krwi!

Są w ojczyźnie rachunki krzywd,
obca dłoń ich też nie przekreśli,
ale krwi nie odmówi nikt:
wysączymy ją z piersi i z pieśni.
Cóż, że nieraz smakował gorzko
na tej ziemi więzienny chleb?
Za tę dłoń podniesioną nad Polską-
kula w łeb!

Ogniomistrzu i serc, i słów,
poeto, nie w pieśni troska.
Dzisiaj wiersz-to strzelecki rów,
okrzyk i rozkaz:
Bagnet na broń!

Bagnet na broń!
A gdyby umierać przyszło,
przypomnimy, co rzekł Cambronne,
i powiemy to samo nad Wisłą.

Elektrownia i projekt Lego-filmu

  Poniżej zamieściłem linki do postów z mojego blogu, podejmujących temat Powstania na Powiślu i projektu Lego-filmowej rekonstrukcji zdobycia Elektrowni w dniu 1 sierpnia. Podstawowe dla historii powstańczej są pierwsze trzy posty.
http://wkramost.blogspot.com/2014/08/jak-zdobywano-elektrownie-warszawska.html
http://wkramost.blogspot.com/2012/05/cendrowski-w-bojach-o-elektrownie.html
http://wkramost.blogspot.com/2014/08/bracia-szope-w-powstaniu-warszawskim.html
http://wkramost.blogspot.com/2014/08/magiczne-miejsce-na-dobrej.html
http://wkramost.blogspot.com/2014/08/pierwsze-lego-modele-dobrej-47.html
http://wkramost.blogspot.com/2014/05/pomrocznosc-jasna.html
http://wkramost.blogspot.com/2014/05/pomys-na-dobra-31.html
http://wkramost.blogspot.com/2014/03/zajecza-4-elektryczna-2.html
http://wkramost.blogspot.com/2014/01/klocki-dla-matysiakow.html
http://wkramost.blogspot.com/2013/11/trzy-lego-rekonstrukcje.html
http://wkramost.blogspot.com/2013/11/odbudujmy.html
http://wkramost.blogspot.com/2013/10/powisle-w-powstaniu-warszawskim.html
http://wkramost.blogspot.com/2013/10/rewitalizacja-szansa-powisla.html
http://wkramost.blogspot.com/2012/05/elektrownia-i-kamienica-dobra-31.html

Jak walczyć bez karabinu? (+)

  Już trzy lata temu napisałem programowy post o "walce bez karabinu". Sposoby tej walki określiłem tytułami przywołującymi ich głównych wojowników:
I)Łamacze kodów, II)Autorzy scenariuszy, III)Konstruktorzy porozumień.

  Wobec zaognionej sytuacji międzynarodowej dodaję jeszcze jedną grupę nieuzbrojonych, a przecież bardzo ważnych wojowników. Są to:

IV DOKUMENTALIŚCI I REKONSTRUKTORZY WYDARZEŃ

  Ludzkość łaknie informacji z wiarygodnych źródeł. Szczególnie w konfliktowych czasach. Chcemy dokumentacji wydarzeń. Ale nie bylibyśmy w stanie oglądać przez kilka godzin obrazu z kamery ustawionej na skrzyżowaniu ulicy, nawet w rejonie walk. Konieczny jest montaż materiałów źródłowych. A co zrobić, gdy mamy wielu wiarygodnych świadków, ale żadnego zdjęcia? Ich relacje nigdy nie będą takie same. Konieczna jest rekonstrukcja wydarzenia na podstawie całej posiadanej przez nas informacji.
  Wzorem dobrej roboty reporterskiej mogą być dokumentaliści z Powstania Warszawskiego. ( https://www.youtube.com/watch?v=SnCoUvE3zuQ ) Rekonstrukcje powstańczych akcji (widziałem dwie takie - pierwszą w scenerii Czerniakowa i drugą w pobliżu Wytwórni Papierów Wartościowych) mają swój emocjonalny wymiar, ale zawsze są fragmentaryczne. Na świecie bardzo popularne są rekonstrukcje ważnych historycznych wydarzeń w postaci Lego-filmów.


Jak walczyć bez karabinu?


I  ŁAMACZE KODÓW

 O dzisiejszych łamaczach kodów dowiemy się najwcześniej za pięćdziesiąt lat. Podobnie było z Enigmą, przy której łamaniu w czasie II wojny zaangażowane były tysiące osób, a dopiero w 1973 dobiegający swoich lat były szef  wywiadu francuskiego, generał Gustave Bertrand ujawnił światu prawdę o jej łamaczach. Trochę z innych przyczyn - braku dostępu do archiwów rosyjskich - do roku 2000 nie znaliśmy prawdy o łamaniu szyfrów rosyjskich w latach 1919-20 przez Jana Kowalewskiego i jego współpracowników.

1. Amerykańska NSA (National Security Agency - Narodowa Agencja Bezpieczeństwa), powstała w 1952 roku, jest obecnie największym pracodawcą dla matematyków w USA (8 tys. zatrudnionych). Nie są znane ich nazwiska, ani tematy prac, które wykonują. Ale taka agencja musi mieć sposoby na werbunek swoich pracowników. Utworzono więc stronę dla dzieci (!), uczniów i studentów (adres internetowy http://www.nsa.gov/kids/ ; tytuł strony: America’s cryptokids - future codebreakers and codemakers), gdzie można dowiedzieć się o dawnych sukcesach kryptologii i dzisiejszych ścieżkach kariery w tej tajemniczej i trudnej dziedzinie.

2. Polscy uczniowie są w tej dobrej sytuacji, że pierwszą szkołą kryptografii mogą być dla nich osiągnięcia polskich łamaczy kodów - co oczywiście zwiększa motywację do poznawania dawnych technik szyfrowania. Odznaczając po wojnie polsko-rosyjskiej Jana Kowalewskiego generał Sikorski znacząco zrobił do niego “oko” i dość cicho powiedział: “To, za wygraną wojnę.”. Rzeczywiście, łamanie kolejnych szyfrów radzieckich (zmieniano je co tydzień) dawało taką przewagę informacyjną wojskom polskim, że wygrywały bitwy nawet przy niekorzystnej proporcji sił (w bitwie nad Wkrą 1:2,5).

3. Swój pierwszy sukces w łamaniu rosyjskiego szyfru Kowalewski odniósł zupełnie przypadkiem - nudząc się na zastępstwie w pomieszczeniu wywiadowczym. Takie “przypadki”, oczywiście mogą się przydarzyć tylko człowiekowi niezwykle inteligentnemu, ale w tamtych czasach nie musiał być to człowiek latami szkolony w sztuce kryptologii. Postęp w kodowaniu kombinacyjnym, wykorzystującym wielobębnowe maszyny elektryczne, wymusił pojawienie się nowych ludzi w wojsku - żołnierzy bez karabinów, bardziej naukowców niż wywiadowców. Wojsko polskie po sukcesach łamaczy kodów z wojny polsko-rosyjskiej nie zmarnowało entuzjazmu uczestników walki na szyfry. W oparciu o ich wiedzę zrobiono pierwszy na świecie krok w kierunku kryptologii matematycznej: zorganizowano w 1929 roku kurs kryptologii dla matematyków z Uniwersytetu Poznańskiego. Dodatkowym atutem w przyszłej pracy na kierunku niemieckim tych młodych absolwentów matematyki, była doskonała znajomość języka niemieckiego - wszak w szkołach, do których uczęszczali, język niemiecki był językiem nauczania aż do roku 1919. Młodzi matematycy spełnili pokładane w nich nadzieje - już w grudniu 1932 roku Marian Rejewski łamie po raz pierwszy na świecie szyfr Enigmy posługując się wyrafinowanymi narzędziami matematyki (teoria grup permutacji). Można powiedzieć, że pierwszym wyprzedzającym ruchem wojennym Polaków było przekazanie w dniach 25 i 26 lipca 1939 roku sojusznikom angielskim i francuskim urządzeń technicznych „Antyenigmy” (produkowanych w utajnionej polskiej fabryce Ava) i całej wiedzy o sposobach łamania kodów Enigmy. Sposobach dostatecznie szybkich, aby nadążyć za stałą wymianą szyfrów, która miała zapewnić praktyczną niezawodność tego sposobu szyfrowania.

II AUTORZY SCENARIUSZY

1. Generał Władysław Sikorski był wojskowym przyszłości sięgającej w XXI wiek, gdy w roku 1934 pisał „Przyszłą wojnę”. Oczywiście nie idzie tu o aktualność zawartych w niej myśli. Chodzi o nam współczesny sposób widzenie świata i pojawiających się na nim zagrożeń. Książkę tą można określić jako dzieło politologiczne najwyższej próby, przedstawiające spodziewane wydarzenia najbliższej (ówczesnemu momentowi historycznemu) dekady. W rozdziale czwartym, zatytułowanym: „Powszechny charakter przyszłej wojny (prawdopodobieństwo wojny światowej)” przedstawia jakże trafną - potwierdzoną potem przez historię - prognozę:
 „Jeżeli bowiem program, ogłoszony przez kanclerza Hitlera, w jego dziele „Mein Kampf”, nie jest programem wyborczym, i jeżeli Trzecia Rzesza przygotowuje się istotnie do „zdruzgotania i zniszczenia Francji”, a następnie do „rozszerzenia Trzeciego Imperium na Wschód” […], jeżeli pierwszym etapem tego planu ma być przeprowadzenie „Anschlussu”, po którym miałoby nastąpić utworzenie „Zwischeneuropy” i odebranie niemieckich kolonii, a następnie nawrót do starogermańskich tradycji i odbudowa Pierwszego Imperium – to zamiary te wystarczyłyby same przez się całkowicie, ażeby nie tylko utrzymać Europę w stanie stałego oblężenia, ale i doprowadzić z czasem nieuchronnie do nowej wojny powszechnej, podobnie, jak to miało miejsce w 1914 roku.”

2. Urodzona w 1970 roku w Kanadzie Naomi Klein, mieszkająca obecnie w Toronto, jest dzisiaj najbardziej znaną autorką scenariuszy możliwych konfliktów. Napisana przez nią w 2007 roku „Doktryna szoku” została przetłumaczona na 27 języków i wydana w milionach egzemplarzy. Powstał również film na jej podstawie.
 Scenariuszowym zagrożeniem opisanym przez Klein jest zbiór poglądów “szkoły chicagowskiej” Miltona Friedmana i jego uczniów. Szkoła ta pod hasłami „wolnego rynku” propaguje światową supremację kasty bankowo-menedżerskiej, realizowanej w razie potrzeby metodą „szoku” militarnego, powiązanego z narzuceniem “jedynie słusznego” systemu gospodarczego. Szczególnie trafny jest przedstawiony przez nią opis wojny w Iraku.

III  ARCHITEKCI POROZUMIEŃ

1. Za wynegocjowanie porozumienia amerykańsko-wietnamskiego, umożliwiającego „honorowe” zakończenie wojny w Wietnamie, Henry Kissinger i Le Duc Tho otrzymali w roku 1972 pokojową nagrodę Nobla. Przez wiele lat Kissinger (urodzony w 1923 roku w Niemczech) był dla dwóch kolejnych prezydentów USA doradcą do spraw bezpieczeństwa narodowego. Pracowicie nawiązywał oficjalne i mniej oficjalne kontakty z wpływowymi ludźmi z różnych krajów i dzięki temu, stał się architektem wielu międzynarodowych porozumień.

2. Wspominany już Jan Kowalewski był z wykształcenia inżynierem chemikiem zmobilizowanym w czasie I wojny światowej, a potem dobrowolnie uczestniczącym w wojnie polsko-rosyjskiej w latach 1919-1920. Po jej zakończeniu pozostał w wojsku pełniąc bardzo odpowiedzialne funkcje: w latach 1928-1933 był attache wojskowym RP w Moskwie, a potem attache wojskowym w Bukareszcie (w latach 1933-37). We wrześniu 1939 ewakuowano go do Rumunii. Po upadku Francji znalazł się w Portugalii. Nawiązał bardzo liczne kontakty z podobnymi do niego “ludźmi półcienia” - np. z posłem rumuńskim Joanem Pangalem, który też pojawił się w Lizbonie po roku 1940. Rumuński dyplomata przekonał Kowalewskiego do pozostania w Lizbonie. Ludzie półcienia są wręcz bezcenni w razie wybuchu wojny - bez ich doświadczenia i powiązań nie można nawet planować sensownych gier dyplomatycznych. Taką naprawdę “wielką grą” prowadzoną przez Kowalewskiego w czasie II wojny światowej była operacja o kryptonimie “Trójnóg”. Były to kierowane do sfer dyplomatycznych Włoch, Węgier i Rumunii, stale ponawiane oferty przejścia na stronę aliantów.
 Zimą 1940/1941 Kowalewski przedstawił satelitom Niemiec (poza wymienionymi państwami, były to jeszcze Finlandia i Bułgaria) ofertę “dobrych usług”. W 1942 pierwsze klęski Niemców były dogodnym momentem do prowadzenia rozmów sondażowych. Na początku 1943 roku władze polskie w Londynie dały Kowalewskiemu pisemną decyzję do prowadzenie rozmów w ramach operacji “Trójnóg” - miał się skoncentrować na Włochach, Węgrach i Rumunii. Po śmierci generała Sikorskiego polskie kontakty straciły na znaczeniu - sprzeciwiał się im Stalin. Kowalewski opuścił Lizbonę w kwietniu 1944 roku. Pozostał na emigracji, aż do swojej śmierci (1965 r.). 

Bracia Szope w Powstaniu Warszawskim

Powstanie Warszawskie (2014)

Dokumentaliści i rekonstruktorzy wydarzeń
  O ile na etapie samego filmowania tworzona jest na żywo pierwotna dokumentacja wydarzenia, to dalszy etap - montowanie materiału - jest już do pewnego stopnia rekonstrukcją tego wydarzenia. Szczególnie odnosi się to do montażu filmu dokumentalnego z materiału kilku reporterów. Takim przypadkiem jest film Powstanie Warszawskie, gdzie taśmy nakręcone przez kilka ekip, są przedstawione jako powstałe w jednej ekipie - dwuosobowym zespole braci Szope.
  Bracia Szope musieli w czasie Powstania mieszkać gdzieś niedaleko Powiśla, bo nakręcili sporo materiału z okolic Elektrowni Warszawskiej - materiału całkowicie(sic!) pominiętego w pokolorowanym Powstaniu Warszawskim. Pytanie: dlaczego?, aż ciśnie się na usta. (na Kronikach z Powstania Warszawskiego są zdjęcia z Tamki, jak również krótkie ujęcia Elektrowni Warszawskiej). Przyznam się, że będąc Warszawiakiem z "dziada, pradziada", nie potrafiłem zlokalizować większości miejsc przedstawionych na pokolorowanym dokumencie (oczywiste są jedynie gmachy Prudentialu i Pasty), a przecież Elektrownię rozpozna każdy, jak również ulicę Tamkę charakterystycznie opadającą ku Wiśle. Kardynalny błąd rekonstrukcji pana Komasy - masa płonących domów, dziś nieistniejących, a więc obraz niewiarygodny!!! Bardzo podobne domy płonęły wtedy w Niemczech po nalotach alianckich!
Edward Szope (ur. 9 września 1911 r., data i miejsce śmierci nieznane). Brat Ryszarda. Po wojnie używał formy nazwiska: Szopa. Operator filmowy, dokumentalista. Kapral. W czasie kursów maturalnych praktykował w laboratorium filmowym. W latach 1932 – 33 odbył służbę wojskową w 1. Pułku Artylerii Przeciwlotniczej w Warszawie. W latach 30. Pracował jako laborant filmowy. W czasie kampanii wrześniowej 1939 r. służył w Wojsku Polskim. Do domu wrócił w połowie października 1939 r. i osiadł w Warszawie. W czasie okupacji prowadził działalność handlową. W czasie Powstania Warszawskiego od 3 sierpnia pracował jako operator filmowy, dokumentował działania wojskowe i życie codzienne. Działalność reporterską prowadził razem z bratem Ryszardem. Ranny 8 września; do końca walk przebywał w szpitalu przy ul. Chmielnej 32. Po zakończeniu Powstania przewieziony do szpitala w Krakowie, skąd ucieka 11 stycznia 1945 r. W połowie marca 1945 r. powraca do Warszawy. W latach 1948-49 pracuje w firmie „Epidia” w Warszawie (ul. Pogonowskiego 15) jako laborant filmowy. Później bezrobotny. Dalsze losy nie są znane.
Ryszard Szope (ur. ok. 1916 r., zm. 2 września 1997 r. w Warszawie). Operator filmowy, dokumentalista. W czasie Powstania Warszawskiego pracował jako operator filmowy, dokumentując działania wojskowe i życie codzienne. Działalność reporterską prowadził razem z bratem Edwardem (ur. 9 września 1911 r.). Po zakończeniu Powstania wyszedł z miasta wraz z ludnością cywilną. Po wojnie został operatorem i autorem scenariuszy filmów dokumentalnych. W 1966 r. otrzymał wyróżnienie Ministra Obrony Narodowej za film dokumentalny „Za waszą wolność i naszą”, a w 1968 r. został nagrodzony Dyplomem Specjalnym na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym Armii Zaprzyjaźnionych w Veszprém na Węgrzech za film dokumentalny „Wietnamu dzień powszedni”.

Pierwsza Kronika Filmowa Powstania powstała w pierwszym tygodniu walk, trwała około 12 minut i została zaprezentowana w niedzielę, 13 sierpnia, w kinie Palladium przedstawicielom prasy, a dwa dni później – publiczności. Z przyczyn technicznych była pozbawiona dźwięku. Komentarz czytał więc Antoni Bohdziewicz, a podkład muzyczny odtworzono z płyt gramofonowych. 21 sierpnia odbyła się, także w Palladium, premiera drugiej kroniki, zawierającej między innymi relację ze zdobycia budynku PAST-y, co dokonało się raptem dwie godziny wcześniej, oraz materiał o jeńcach niemieckich uczestniczących w budowie powstańczych barykad. Trzecia kronika "Warszawa walczy" miała premierę 3 września. Zaprezentowany w Palladium film zawierał relacje ze zdobycia komendy policji na Krakowskim Przedmieściu oraz z walk wokół kościoła Świętego Krzyża.
Poniżej film o kronikach i ich twórcach, a także ich wspomnienia (w tym Ryszarda Szopego).
https://www.youtube.com/watch?v=SnCoUvE3zuQ

Nasz Świat


Nasz Świat i jego Najlepsza Gospodyni: Joan Baez
http://www.theguardian.com/music/2014/aug/31/joan-baez-singer-activist-peacenik-lover-legend-royal-festival-hall

piątek, 29 sierpnia 2014

Zły znak

Poniższe dwa zdjęcia z przelotu klucza samolotów już pojawiły się na tym blogu, a umieszczam je tutaj tylko dla porównania z zaskakującym "znakiem" na niebie z dnia 28 sierpnia (trzecie zdjęcie).



















Przed wyjściem z domu na krótką sesję fotograficzną otoczenia Elektrowni przeczytałem ok. godziny 12, na portalu Gazety Wyborczej:
Premier Ukrainy domaga się pilnego posiedzenia Rady Bezpieczeństwa ONZ, ponieważ Władimir Putin "rozpoczął wojnę w Europie".
http://wyborcza.pl/1,75477,16542258,Jaceniuk___Putin_rozpoczal_wojne_w_Europie___Poroszenko.html#ixzz3BomcBsEr


Około godziny 13 z hukiem przeleciało pięć odrzutowców F16, zostawiając za sobą biało-czerwony ślad, szybko się zmieniający. Parę sekund później, gdy zdążyłem skierować na niego aparat, białe barwy już zniknęły, a na chmurze była czerwona plama:

Pierwsze Lego-modele Dobrej 47

Magicznym dla historii Powstania Warszawskiego miejscem było Atelier filmowe przy ulicy Dobrej 47:


Już na podstawie tego jednego zdjęcia, przy użyciu bezpłatnego programu Lego Digital Designer  http://ldd.lego.com/en-us/ , można stworzyć Lego-modele zabudowań, w których znajdowało się przedwojenne Atelier i Laboratorium Falanga:




Jak zdobywano Elektrownię Warszawską

Ciekawe, że film dokumentarny z 1994 roku, przygotowany na 50-tą rocznicę Powstania Warszawskiego (proszę kliknąć na zielony tytuł):
Kronika Powstania Warszawskiego - Dzień01
jako najważniejsze wydarzenie tego dnia przedstawia udaną akcję zdobycia Elektrowni Warszawskiej. A w następnych latach to wydarzenie blaknie i blaknie, aż do wytarcia - zapytajcie znajomych czy cokolwiek na ten temat wiedzą.
  I nie dziwota, bo rozdawane wszystkim zwiedzającym Muzeum Powstania Warszawskiego tzw. "Kartki z kalendarza" jako pierwsze obiekty zdobyty przez powstańców podają: magazyny przy Stawkach, koszary przy Okopowej ...itd. (patrz niżej), a zdobycie Elektrowni przesuwają na dzień 2 siepnia!!! - Małość nad małościami! - w roku powstawania "kartek" (2004) ostatni, znaczący dowódcy oddziałów z Elektrowni (występujący w powyższym materiale filowym) już nie żyli.
  • 1 sierpnia, godz. 7.00 – łączniczki alarmowe otrzymują rozkaz Komendanta Okręgu Warszawskiego AK płk. dypl. Antoniego Chruściela „Montera” o ustaleniu Godziny „W” na 1 sierpnia, godzina 17.00. Mobilizacja natrafia na trudności w postaci braku broni, czasu na jej wydobycie i zebranie plutonów. W Godzinie „W”, o 17.00 – wybucha Powstanie Warszawskie, nazywane początkowo sierpniowym. W niektórych dzielnicach walki rozpoczynają się jeszcze przed Godziną „W” – najwcześniej na Żoliborzu, ok. godz. 14, w Śródmieściu Północ i na Woli – przed godz. 16. Do walki przystępuje ok. 30 tys. żołnierzy Okręgu Warszawskiego AK. Uzbrojenie Powstańców przedstawia się wręcz tragicznie: tylko ok. 10 proc. walczących ma broń. Przeciw sobie mają stały garnizon niemiecki w sile ok. 20 tys. w pełni uzbrojonych ludzi, z czego połowę stanowi regularne wojsko. Niemcy mają ponadto pancerne jednostki frontowe, skoncentrowane na obu brzegach Wisły, artylerię i lotnictwo. Sztab Okręgu Warszawskiego AK z płk. „Monterem” zostaje ulokowany w zdobytym przez Powstańców hotelu „Victoria” przy ul. Jasnej. Garnizon niemiecki odpiera szturm Powstańców. Z ważniejszych obiektów Powstańcy zdobywają tylko magazyny żywności i mundurów przy Stawkach, koszary w budynku szkoły św. Kingi przy ul. Okopowej, Wojskowy Instytut Geograficzny w Al. Jerozolimskich, gmach Miejskich Zakładów Komunikacyjnych na rogu Świętokrzyskiej i Marszałkowskiej, najwyższy budynek w mieście – Prudential przy Placu Napoleona oraz budynek Dyrekcji Kolei u zbiegu Targowej i Wileńskiej na Pradze. Znaczniejszą przestrzeń, wolną od nieprzyjaciela, Powstańcom udaje się uzyskać jedynie na Starym Mieście. Powstańcza Warszawa to kilka odrębnych ognisk walki, rozdzielonych siłami nieprzyjaciela. W rękach wroga pozostają tak ważne obiekty wojskowe, jak mosty na Wiśle, dworce, lotniska, liczne niemieckie budynki koszarowe. Brak łączności jest powodem opuszczenia miasta przez kilka tysięcy Powstańców z Żoliborza, Woli, Ochoty i Mokotowa. Nocą udają się do pobliskich lasów. Do akcji powstańczej spontanicznie przyłącza się ludność cywilna, udzielając walczącym pomocy w budowaniu barykad i umocnień, kopaniu rowów przeciwczołgowych, aprowizacji itp. Według dowódcy niemieckiego garnizonu Warszawy, gen. por. lotn. Reinera Stahela, straty w ludziach 1 sierpnia wynoszą 2 tys. żołnierzy po stronie polskiej i 500 żołnierzy po stronie niemieckiej.

  • 2 sierpnia, ok. godz. 9 zaczyna działać radiostacja w fabryce Kamlera na rogu Okopowej i Dzielnej na Woli. Komenda Główna AK wysyła szereg depesz do Londynu, donosząc o wybuchu Powstania i ciężkiej walce. Apeluje również o pomoc. Powstańcy całkowicie opanowują Stare Miasto. Zdobywają kluczowy obiekt w tej części miasta – Polską Wytwórnię Papierów Wartościowych przy ul. Sanguszki. W Śródmieściu północnym Powstańcy zdobywają kolejne ważne punkty oporu niemieckiego, m.in. Pocztę Główną przy Placu Napoleona i budynek Arbeitsamtu przy pl. Małachowskiego. W Śródmieściu południowym panuje jeszcze chaos pierwszych godzin walki. Powstańcy opanowują budynki Elektrowni na Powiślu, a na Czerniakowie – budynek Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. Na Żoliborzu Powstańcom nie udaje się opanować kluczowych pozycji niemieckich. W nocy z 1 na 2 sierpnia komendant Obwodu wycofuje oddziały do Puszczy Kampinoskiej. O świcie oddziały VIII Rejonu Obwodu VII „Obroża” pod dowództwem kpt. Józefa Krzyczkowskiego „Szymona” przeprowadzają nieudany atak na lotnisko Bielany. Na Woli nieprzyjaciel stara się zepchnąć Powstańców i wtargnąć w głąb miasta od zachodu i od strony Powązek. Powstańcy stawiają skuteczny opór. Żołnierze batalionu „Zośka” zdobywają dwa czołgi typu „Panther”. Na Ochocie w nocy z 1 na 2 sierpnia, wobec braku możliwości opanowania dzielnicy i nawiązania kontaktu z Wolą i Śródmieściem, komendant Obwodu ppłk Mieczysław Sokołowski „Grzymała” wyprowadza znaczną część oddziałów do pobliskich lasów. Część z nich stacza nad ranem, okupioną dużymi stratami, walkę z nieprzyjacielem pod Pęcicami. Oddziały, które nie opuściły dzielnicy, prowadzą działania zabezpieczające. Na Mokotowie w nocy z 1 na 2 sierpnia większość oddziałów V Obwodu wycofuje się do Lasu Kabackiego. Pozostałe przezwyciężają kryzys pierwszych godzin walki i opanowują południową część dzielnicy. Powstańcy zdobywają m.in. szkołę przy ul. Woronicza, pozyskując sporo broni i amunicji. Na Pradze Powstańcy zostają wyparci z gmachu Dyrekcji Kolei u zbiegu Wileńskiej i Targowej. Krystyna Krahelska, sanitariuszka „Danuta” w dywizjonie „Jeleń”, ciężko ranna w Godzinie „W”, umiera w szpitalu polowym. Odchodzi autorka popularnej pieśni „Hej, chłopcy, bagnet na broń!”, uwieczniona jako warszawska „Syrena”.

czwartek, 28 sierpnia 2014

Bliski Wschód problemem Zachodu?

Shlomo Avineri - profesor nauk politycznych na Uniwersytecie Hebrajskim w Jerozolimie, członek Izraelskiej Akademii Nauk Ścisłych i Humanistycznych, były generalny dyrektor izraelskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych:
Europa musiała przejść przez stulecia okrutnych konfliktów religijnych i narodowych, których kulminacją były dwie wojny światowe, zanim zdołała wypracować obecny stabilny system państw. Na Bliskim Wschodzie proces ten będzie zapewne mniej brutalny i czasochłonny; ale pomysł, że z obecnego zamętu muszą się wyłonić państwa narodowe o europejskim charakterze, może się okazać urojeniem Zachodu. Nieżyjący już teoretyk literatury i intelektualista Edward Said mógłby nawet widzieć w nim przykład paternalistycznego orientalizmu.

  Pełne grozy doniesienia z północnego Iraku i niekończąca się rzeź w objętej wojną domową Syrii wskazują na tąpnięcie w rejonie Bliskiego Wschodu. Prawie sto lat po zakończeniu I wojny światowej rozpada się regionalny system państw ustanowiony po rozpadzie imperium osmańskiego. 

Dean Rohrer/NewsArt.com
Współczesna mapa Bliskiego Wschodu jest dziełem zachodnich sił imperialnych – Francji i Wielkiej Brytanii – tworzonym podczas I wojny światowej i po jej zakończeniu. Jeszcze w trakcie trwania konfliktu wspomniane państwa podpisały umowę przygotowaną przez dyplomatów: Sir Marka Sykesa i François Georges’a-Picota, określającą strefy wpływów obu sygnatariuszy w regionie Lewantu. Przy tworzeniu owego dokumentu zupełnie nie brano pod uwagę historii regionu, jego tradycji, powiązań etnicznych i przynależności religijnych oraz woli zamieszkujących tamte tereny społeczności. 
W ten sposób powołano do życia współczesne państwa Iraku, Syrii i Libanu, rozumiane jako odrębne i niezależne jednostki. Ich granice wyznaczone w sposób sztuczny i arbitralny nigdy wcześniej w tym kształcie nie istniały. (Przypadek Palestyny był jeszcze bardziej skomplikowany ze względu na konflikt Wlk. Brytanii z Arabami i Żydami). 

Irak, Syria i Liban stały się ostatecznie niezależnymi krajami, opartymi na westfalskim modelu nowoczesnego państwa narodowego. Ich przywódcy utrzymywali ten system – a wraz z nim państwowe granice – uznając go za najlepszy z możliwych. Żaden władca regionu, a już na pewno nikt z autokratycznych przywódców wyłonionych po nastaniu niepodległości nie był zainteresowany naruszaniem ustalonego ładu. 
Teraz jednak ów narzucony przez Zachód system rozpada się. Państwa narodowe nie mogą istnieć, jeśli nie ucieleśniają woli zamieszkujących je społeczności.

Zbrojna interwencja wojsk koalicyjnych w Iraku, której przewodziły Stany Zjednoczone, położyła kres nie tylko rządom Saddama Husajna, ale i kontroli mniejszości sunnickiej, ustanowionej przez Brytyjczyków całe pokolenia temu. Dopuszczona do głosu szyicka większość zaczęła widzieć w popieranych przez USA demokratycznych wyborach klucz do narzucenia w kraju hegemonicznej władzy. 

Dzisiejszy Irak nie jest jednorodnym krajem arabskim, jakim kiedyś był; wątpliwe jest też, czy tamto państwo uda się w ogóle odtworzyć. Funkcjonujący na północy Regionalny Rząd Kurdystanu (RRK) jest de facto osobnym organizmem państwowym, z własną armią, władzami granicznymi i pewnym stopniem kontroli nad zasobami naturalnymi zlokalizowanymi na zajmowanym przez siebie obszarze. Konsulaty obcych państw w stolicy RRK, Erbilu, pełnią w rzeczywistości funkcję ambasad. 

W Syrii natomiast pokojowe z początku demonstracje na rzecz demokracji przekształciły się szybko w zbrojne powstanie większości sunnickiej przeciwko hegemonii sekty alawitów, pod wodzą rodzinnego klanu Asadów. Tak jak w przypadku Iraku, trudno wyobrazić sobie, jak Syria miałaby się znowu stać jednorodnym narodowym państwem arabskim. 

Rozdrobnienie centralnej władzy państwowej obu krajów doprowadziło do pojawienia się zupełnie nowego gracza – Państwa Islamskiego, które ogłosiło przywrócenie na terytorium Iraku i Syrii kalifatu, ignorując kompletnie dawny układ Sykesa-Picota. 

Będące odgałęzieniem Al-Kaidy Państwo Islamskie prawdopodobnie nie zdoła przetrwać jako stabilny twór transgraniczny, ale jego brutalne działania i islamistyczna ideologia bez wątpienia wskazują na to, że stare granice – i objęte ich obrysem państwa – odchodzą w przeszłość. Co więcej, niedawny najazd Państwa Islamskiego na tereny Libanu może skutkować zdestabilizowaniem kruchej równowagi między społecznościami także i na tym obszarze. 

Proces rozpadu narzuconego przez Zachód systemu państw zachodzi także w innych częściach Bliskiego Wschodu. Nie milkną walki w Sudanie – wielkim wieloetnicznym i wielowyznaniowym państwie, utworzonym jako organizm polityczny przez Brytyjczyków w latach 90. XIX wieku. Powołanie do życia niezależnego Sudanu Południowego w 2011 roku, po długiej i krwawej wojnie domowej, uwolniło spod jarzma arabskiego i muzułmańskiego społeczności złożone z miejscowych chrześcijan i animistów. Ale w Darfurze nadal leje się krew, a sam Sudan Południowy pozostaje daleki od ustroju politycznie stabilnego. 

Dezintegracji podlega też Libia. Prowincje Trypolitanii i Cyrenajki, odebrane Osmanom przez Włochów tuż przed I wojną światową, wcielono siłą do wspólnego organizmu nazwanego Libią, nie bacząc na dzielące je głębokie różnice historyczne i kulturowe. Po upadku Muammara Kaddafiego w 2011 roku Libijczycy nie byli w stanie stworzyć spójnej struktury państwowej w jakimkolwiek kształcie, a rządy w kraju sprawowało od tamtej pory sześciu premierów. Zachodnie dyskusje o potrzebie utworzenia jednolitego, demokratycznie wybranego rządu wobec skali istniejących podziałów społecznych i politycznych wydają się kompletnie nieistotne. 

Wyjątkiem, który nie wpisuje się w scenariusz regionalnych wydarzeń, jest Egipt. Niezależnie od wszelkich wewnętrznych zawirowań nie ma wątpliwości, że kraj ten jest spójnym organizmem, zakotwiczonym głęboko w historii i świadomości swych mieszkańców. Przy wszystkich problemach trapiących egipskich chrześcijan koptyjskich nikt nie wątpi, że są oni Egipcjanami w tej samej mierze co muzułmańska większość. 

Ale i w Egipcie zarysował się definiujący region wzorzec. O ile na Zachodzie wraz z nastaniem pod wpływem idei oświecenia sił liberalnych i demokratycznych nastąpił proces sekularyzacji, na muzułmańskim Bliskim Wschodzie zawsze dominowali władcy autokratyczni: Reza Szah Pahlawi w Iranie, Atatürk w Turcji, Saddam w Iraku, Asad w Syrii oraz Naser i Mubarak w Egipcie. Tłumaczy to, dlaczego syryjskie mniejszości chrześcijan i druzów popierają obecnie Asada i czemu egipscy Koptowie opowiadają się za rządami wojskowych; władza demokratycznej większości oznaczałaby hegemonię muzułmanów. 

Europa musiała przejść przez stulecia okrutnych konfliktów religijnych i narodowych, których kulminacją były dwie wojny światowe, zanim zdołała wypracować obecny stabilny system państw. Na Bliskim Wschodzie proces ten będzie zapewne mniej brutalny i czasochłonny; ale pomysł, że z obecnego zamętu muszą się wyłonić państwa narodowe o europejskim charakterze, może się okazać urojeniem Zachodu. Nieżyjący już teoretyk literatury i intelektualista Edward Said mógłby nawet widzieć w nim przykład paternalistycznego orientalizmu. 

środa, 27 sierpnia 2014

Hobbit - dopełnienie trylogii

Już w grudniu wejdzie na ekrany całego świata ostatni film o Hobbicie:
Szkoda, że dzisiejszy przemysł filmowy wymaga takiego aż oddalenia terminu tworzenia filmu od jego upublicznienia:
Równolegle do hobbitowej szerokoekranowej trylogii powstaje jej Lego-wersja:

Magiczne miejsce na Dobrej

Magiczne - dla filmowców i Warszawiaków:
Na rogu Dobrej i Leszczyńskiej, od czasów przedwojennych działało Atelier filmowe. Przed wojną nazywało się Atelier i Laboratorium Falanga i miało adres Dobra 47. Poniżej jego zdjęcie (robione w kierunku Dobrej):

W czasie Powstania Warszawskiego w atelier montowano kroniki powstańcze wyświetlane następnie w kinie Palladium przy Złotej.
Zostało ono częściowo zniszczone w czasie Powstania (budynek od strony Leszczyńskiej i w głębi posesji). Budynki od strony Dobrej zostały rozebrane po 1945.
  Na poniżej mapce łatwo ustalić jego lokalizację startując od skrzyżowania w pobliżu okrągłych obiektów (toru kolarskiego i tzw. Panoramy, istniejącej do dziś) i posuwając się ulicą (Leszczyńską) do następnego skrzyżowania (z Dobrą). Zaznaczone są tam na czerwono dwa prostokąciki - nieistniejące już budynki. Ten na samym rogu, to właśnie Atelier filmowe.

Pobliskim, istniejącym również dziś obiektem (zaznaczonym na zielono) jest szkoła na rogu Dobrej i Drewnianej:

Obecny wygląd tego samego rogu skrzyżowania Dobrej z Leszczyńską:


wtorek, 26 sierpnia 2014

Gandalf


Powyżej Gandalf z filmów o Hobbitach.
Gandalf the Black by Benco42
Widziano w nim postać bardziej znaczącą niż samo przestawienie filmowe, a pojawił się też pogląd, że Gandalf to Newman.

Tolkien musiał znać powyższy wizerunek kardynała Newmana. Ale skąd broda i kapelusz? Może przebywający w Anglii ksiądz Bernard Preibisz sporządził nieduży obraz św. Wojciecha?




W każdym razie istnieje jakiś związek (zgadza się np. rodzaj używanego uzbrojenia) pomiędzy tolkienowską opowieścią o Hobittach i przekazami o błogosławionych i świętych chrzczących nieromańskie ludy europejskie.

Pomnik św. Wojciecha i jego brata Radzima Gaudentego w Libicach.

Kultura ponad podziałami

Artykuł z Guardiana:

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Lego art

Na naszych ekranach telewizyjnych nie ma już (po upowszechnieniu platform cyfrowych) innych obrazów niż te zbudowane z pikseli:

Na obrazkach z mniejszej ilości klocków Lego postacie są rozmyte, ale rozpoznawalne:
LEGO art
Przy rozmiarach liczonych w metrach trzeba się napracować:

Warto na 1050 lecie Chrztu Polski, w podobnej formie (płaskiego obrazu z klocków Lego) rozpowszechnić postać św. Wojciecha:



niedziela, 24 sierpnia 2014

Który to już most?

Poniższy komentarz, zamieszczony pod artykułem o proteście ocalałych z Holocaustu pojawiał się już wielokrotnie. Dwa lata temu mój ulubiony publicysta, Paul Krugman zapytywał dokąd zmierza Izrael. Czy przyjaciele Izraela są przyjaciółmi Żydów?
Izrael może wygrać wiele wojen z Arabami.
Przegrać może tylko jedną wojną.
Będzie to OSTATNIA WOJNA IZRAELA !!!
Dlatego prawdziwi przyjaciele powinni ostrzegać Żydów, żeby nie poszli O JEDEN MOST ZA DALEKO.
Grupa ponad 300 ocalonych z Holocaustu i ich potomków w specjalnym oświadczeniu potępiła działania Izraela wobec Strefy Gazy - pisze BBC. W emocjonalnym oświadczeniu nazywają izraelskie naloty i inne działania zbrojne "masakrą", okupacją i kolonizacją. Wzywają też do zdjęcia blokady Strefy i do bojkotu Izraela.
"Rasistowska dehumanizacja Palestyńczyków w społeczeństwie izraelskim osiągnęła szczyt" - głosi opublikowane w formie ogłoszenia w "New York Timesie", a cytowane przez BBC oświadczenie. Opublikowała je Międzynarodowa Żydowska Sieć Antysyjonistyczna (International Jewish Anti-Zionist Network - IJAN). Ta istniejąca od 2008 r. organizacja uznaje syjonizm za ruch rasistowski, a Izrael uznaje za państwo apartheidu i sprzeciwia się jego polityce wobec Palestyny. Protestowała też przeciwko wojnom m.in. w Afganistanie czy Iraku.

"Potępiamy masakrę Palestyńczyków"

"Jako żydowscy ocaleni i potomkowie ocalonych i ofiar nazistowskiego ludobójstwa jednogłośnie potępiamy masakrę Palestyńczyków w Gazie i trwającą okupację i kolonizację historycznej Palestyny" - głosi oświadczenie. Krytykuje ono też USA za "dostarczanie Izraelowi funduszy potrzebnych do ataku" i kraje Zachodu za dyplomatyczną osłonę Izraela przed potępieniem. "Ludobójstwo zaczyna się od milczenia świata" - przypomina oświadczenie IJAN.
Od czasu kolejnego zaostrzenia konfliktu izraelsko-palestyńskiego zginęło już ponad 2 tys. Palestyńczyków i 67 Izraelczyków. Obie strony przerzucają się odpowiedzialnością za wzrost napięcia.

sobota, 23 sierpnia 2014

Mówi rozsądnie


3000 odcinek Matysiaków

  Po dziesięciu latach mieszkania na ulicy Dobrej stałem się chyba prawdziwym Matysiakiem, a w każdym razie bardzo się o to staram - proszę prześledzić kolejne posty zebrane pod zakładką DOBRA SPRAWA MATYSIAKÓW (jest ich już prawie 60!).
  Dobrze pamiętam pierwsze odcinki Matysiaków - słuchaliśmy ich całą, siedmioosobową rodziną. Gdy pojawił się w domu telewizor (rok 1963), Matysiakowie stracili swój urok na rzecz rewelacyjnego wówczas poniedziałkowego Teatru Telewizji i czwartkowej Kobry. W sobotę wieczorem (czas nadawania Matysiaków) program telewizyjny był najbardziej atrakcyjny. Ale przez siedem lat byliśmy wiernymi słuchaczami Matysiaków (jak też "Zgaduj Zgaduli" i "Podwieczorku przy mikrofonie").
Najnowszy, 3000 odcinek jest dostępny pod internetowym adresem:
http://www2.polskieradio.pl/matysiakowie/

Poniżej okolicznościowy artykuł Jana Bończa-Szabłowskiego z "Rzeczypospolitej":
– Popularność tej powieści to dowód na metafizykę radiową. Wydawałoby się, że takie rzeczy nie mają prawa się zdarzyć – mówi „Rz" Janusz Kukuła, reżyser, szef Teatru Polskiego Radia. – Jedna audycja, jedni bohaterowie i jedno miejsce trwa ponad pół wieku. Media prześcigają się w poszukiwaniu nowości. Tymczasem tu mamy utwór, który przez ponad pół wieku zachowuje grecką zasadę dramaturgii, jedność miejsca, czasu i akcji.
Radiowa przygoda z „Matysiakami" rozpoczęła się na antenie Polskiego Radia w 1956 roku. Pierwszy odcinek nadano 15 grudnia na antenie Programu II o godzinie 20.35. Powieść gościła odtąd w radiowym eterze w każdą sobotę o godz. 19.30 w Programie I i była powtarzana w niedzielę o 19.30 w Programie II. W te dni wszyscy słuchacze byli gośćmi rodziny Heleny i Józefa Matysiaków w ich mieszkaniu, przy ulicy Dobrej na warszawskim Powiślu.
Audycja powstała na fali październikowej odwilży 1956 roku. Jerzy Janicki, Stanisław Stampf'l i Władysław Żelechowski postanowili pokazać zwykłych, przyzwoitych ludzi. Otwartych na innych. W mieszkaniu na Dobrej mówiło się o codziennym życiu, rzadko o polityce.
Dżennet Połtorzycka Stampf'l, która do scenarzystów dołączyła w latach 60., często otrzymuje listy o treści: „Słuchała was moja babcia, potem mama, a teraz ja".
- Zaproszenie do tej audycji było dla mnie wielkim zaszczytem. – mówi „Rz" Emilia Krakowska. - Seniorkę rodu grała Stanisława Perzanowska, moja profesor, wielka aktorka, która przyjmowała mnie do szkoły teatralnej. Bardzo zżyłam się też z postacią Loli, dozorczyni. Staramy się wraz z autorami przywrócić jej funkcji należytą rangę. Minęły już czasy, kiedy dozorca kamienicy był też złotą rączką, do której zwracali się o pomoc wszyscy lokatorzy, a u jego żony można było zostawić na kilka godzin dzieci. Dziś wynajmuje się firmy sprzątające i mamy taki efekt, że nikt za nic nie odpowiada, a sterty śmieci są w centrum miasta. W kamienicy przy Dobrej na szczęście jest inaczej. Tu niczym w serialu „Dom" lokatorzy dobrze się znają.
Słuchacze niemal od początku traktowali radiowych bohaterów jako realne postacie. Już po jednej z pierwszych audycji wśród nadesłanych listów znalazł się anonim, adresowany do gabinetu premiera PRL Józefa Cyrankiewicza, o następującej treści: "Niejaki Matysiak Józef w nieodpowiedzialny sposób żartował z Rządu i jego członków i to w dodatku przez Radio - trzeba temu Matysiakowi Józefowi i jego rodzinie zabronić występowania przed mikrofonem".
Wśród gości odwiedzających radiową rodzinę byli słynni warszawiacy jak Mieczysława Ćwiklińska, Melchior Wańkowicz, Stanisław Skalski, Mira Zimińska-Sygietyńska, Mieczysław Fogg, Irena Rowecka - córka generała Grota i szereg innych osób. W radiopowieści wzięło udział łącznie ponad 250 najwybitniejszych polskich aktorów, tworzących niezapomniane kreacje. Słuchacze traktowali ich jak rodzinę i przyjaciół. Prosili o radę, wysyłali prezenty z okazji imienin.
Ponieważ bohaterowie powieści kojarzeni są z reguły z głosami konkretnych aktorów śmierć aktora oznacza najczęściej także śmierć postaci. Tak było np. w przypadku Jana Ciecierskiego (Józefa Matysiaka) czy Stanisławy Perzanowskiej (Zofia). Bywały też wyjątki. Twórcy zgodzili się z życzeniem Tadeusza Janczara, aby postać Stacha Matysiaka mogła być kontynuowana po śmierci aktora. Tworzył ją potem Janusz Bukowski. Największą metamorfozę zauważyli słuchacze w głosie Gienka Matysiaka. Na początku był nim Stefan Friedman, potem Jerzy Bończak, następnie Andrzej Fedorowicz a obecnie Andrzej Blumenfeld. Natomiast po śmierci Barbary Drapińskiej grającej Anielę Grzelakową pojawiła się postać jej siostry bliźniaczki grana przez Krystynę Ciechomską, aktorkę o niemal identycznym tembrie głosu.
Opowieść o przemijaniu i wartościach, takich jak miłość, przyjaźń, dobroć, zdobywa kolejne pokolenia słuchaczy. Janusz Dziewiątkowski jeden z obecnych autorów scenariusza do studia radiowego trafił z ciekawości. Jako młody chłopak i wielki fan „Matysiaków" chciał się przyjrzeć nagrywaniu audycji. W studiu bywał wiele razy; tak zaprzyjaźnił się z realizatorami, że po śmierci Jerzego Janickiego zaprosili go do współpracy.
– Ludzie utożsamiają się z bohaterami powieści, a jednocześnie cała ekipa radiowa żyje jak rodzina – mówi „Rz" Jerzy Bończak. – Przez lata miałem okazję tego doświadczyć jako radiowy Gienek. Wielu aktorów i realizatorów obchodziło w studiu radiowym imieniny swoje i swoich bohaterów. Stroną organizacyjną wszelkich imprez zajmowała się zawsze Ludmiła Łączyńska, do której zresztą wszyscy zwracali się wyłącznie radiowym imieniem Wisia.
24 kwietnia odtwórczyni Jadwigi Matysiakówny, czyli Wisi obchodziła 90 urodziny. Ludmiła Łączyńska nie kryła wzruszenia. - Moje życzliwe kochane dusze. Tyle już lat jesteście ze mną - mówiła podczas jubileuszowego spotkania w Teatrze Polskiego Radia. Swą postać gra nieprzerwanie od listopada 1957 roku. - Jerzy Janicki, znał mnie dobrze i tworząc scenariusz pisał Wisię trochę pode mnie. Więc dziś trudno mi znaleźć granicę między cechami moimi i jej.
- Miłym zaskoczeniem był dla mnie fakt, że już po pierwszym odcinku z moim udziałem zaczęłam dostawać listy od słuchaczy, z pytaniami, serdecznościami, pozdrowieniami. – wspomina Emilia Krakowska. - Zdziwiło mnie to tym bardziej, że po zakończeniu audycji nigdy nie podaje się obsady.
Na temat radiowej rodziny Matysiaków napisano dziesiątki artykułów i opracowań, publikowano o nich dyskusje redakcyjne z udziałem najświetniejszych wówczas publicystów. "Matysiakowie" jako zjawisko socjologiczne i kulturoznawcze byli przedmiotem kilkunastu prac magisterskich i jednej rozprawy doktorskiej.
– Z okazji 3000 odcinka „Matysiaków" zapraszamy na jubileuszowe spotkanie z bohaterami naszej powieści. Będą wspomnienia i ulubione piosenki. – mówi Janusz Adam Dziewiątkowski, twórca 3000. odcinka radiowej sagi - Tym razem postanowiliśmy porzucić fabułę i oddaliśmy głos głównym postaciom, które opowiedzą o najważniejszych wydarzeniach z historii "Matysiaków". Nie zabraknie również zaśpiewanej wspólnie piosenki o ul. Dobrej "Słowa autorów do Radiosłuchaczy" odczyta Andrzej Blumenfeld, czyli obecny, czwarty już Gienek Matysiak. – Być może niektórzy pamiętają, jak w sobotni grudniowy wieczór 1956 roku, Józef Matysiak – głowa rodziny – w skromnym, jednopokojowym mieszkanku na Dobrej dzielił na kupki przyniesioną z fabryki wypłatę. Dziś mnie, jego synowi i głównemu lokatorowi owego mieszkania, przypadła rola szczególna. Chciałbym bowiem w imieniu nas wszystkich – a więc autorów, reżysera, aktorów i realizatorów powieści radiowej "Matysiakowie" – podziękować wam za wspólnie spędzone lata.

piątek, 22 sierpnia 2014

A na wojnie, jak na wojnie...




My i Wielki Świat


Sześciu studentów Politechniki Białostockiej z pucharem ląduje na Okęciu. W hali przylotów czeka na nich dziekan Wydziału Mechanicznego Andrzej Seweryn. W reklamówce ma jeszcze ciepłe kotlety, bo chłopcy dzwonili, że na powitanie chcą schabowego. Jest też konferencja prasowa w Ministerstwie Nauki. Do minister Leny Kolarskiej-Bobińskiej podjeżdża łazik. W metalowej dłoni trzyma bukiet kwiatów, minister go wyrywa, jakby nie wierzyła, że łazik sam go puści.



Komputer

Tam, skąd pochodzi Robert Bałdyga, nie ma poczty, kościoła, sklepu, a do przystanku PKS trzeba podjechać rowerem. Gdy Robert ma dziesięć lat, rodzice kupują mu komputer - pierwszy we wsi. Ludzie zostawiają buty na ganku i idą prosto na pokoje, mówią do mamy Roberta: "Bałdygowa, my tylko na komputer przyszliśmy popatrzeć".

Gdy Robert ma 19 lat, zaczyna studia na Politechnice Białostockiej. Myślał o informatyce, ale doszedł do wniosku, że już niczego nowego się nie nauczy, więc wybrał automatykę i robotykę. Dorabia. Jako pierwszy w Białymstoku daje korepetycje z programowania.

Gdy Robert ma 24 lata, zamyka się z kolegami w piwnicach Politechniki. Budują marsjański łazik, pieniądze dało Ministerstwo Nauki. Po trzech miesiącach wychodzą z piwnic i lecą z łazikiem do USA, na międzynarodowy konkurs kosmiczny.

Robert Bałdyga mieszka teraz w Warszawie. Pracuje w firmie, która zajmuje się oprogramowaniami. Myśli o założeniu własnej. Interesuje go tworzenie systemów do inteligentnych domów.

- Kowalski wyjeżdża na Majorkę i przez komórkę zasuwa rolety, sprawdza, czy nikt się nie włamał. Takie rozwiązania są już w Polsce, ale drogie. Na jedno piętro potrzebny jest jeden sterownik. Zachodni kosztuje 6 tys. zł. Zrobiłem podobny za mniej niż tysiąc, w sprzedaży mógłby być po 3 tys. Co z tego, że mogę założyć firmę w ciągu jednego dnia, przy jednym okienku. Żeby wypuścić sterowniki, musiałbym zrobić kosztowne certyfikaty i atesty, na które mnie nie stać.

Robert uważa, że polska innowacyjna technologia kończy się na produkcji jogurtów i mielonki.


- Nawet głupich telewizorów nie produkujemy, tylko składamy - mówi. - Rządzący zachęcają nas do studiowania na politechnice. Tylko że ludzie po politechnice też nie mają pracy, bo nie rozwija się wysoka technologia. Moi koledzy wyjeżdżają za granicę - do Anglii, USA. A część z tych, którzy budowali ze mną łazika, pojechali teraz pod Londyn, na plantację selera. Będą udoskonalać maszynę do odcinania natki od korzenia.

Saper

W pracowni mechanicznej białostockiej politechniki, w gablotach, stoją dwa łaziki - Hyperion 1, który w zeszłym roku zdobył w USA pierwsze miejsce, oraz tegoroczny zwycięzca - Hyperion 2.



- Na Marsa nie polecą - odpowiada mi rektor, profesor Lech Dzienis, gdy pytam o ich przyszłość. - Zgłosiła się policja, chcieliby wykorzystywać łazik jako sapera. Nie byłoby problemu z produkcją, nawet u nas moglibyśmy to robić, bo w strukturach uczelni mamy spółkę prawa handlowego. Problem leży w kosztownych badaniach przedprodukcyjnych. Potrzebowalibyśmy ponad 100 tys. zł.

- Dużo i niedużo - mówię.

- Nie mogę ryzykować. Jeśli badania wykluczyłyby możliwość wykorzystania łazika jako sapera, to z własnej kieszeni musiałbym oddać. Nie podejmę takiego ryzyka.

- A jakieś unijne dofinansowanie?

- Unia chętnie finansuje same pomysły, prototypy, ale wdrożenie do produkcji zostawia biznesowi. A że jesteśmy wschodzącą gospodarką, nie mamy bogatego biznesu. Przez to wiele pomysłów się marnuje.

Jako zmarnowany pomysł rektor wymienia protezę dla dziecka. W 2012 roku studenci i wykładowcy Politechniki Białostockiej pomogli dwuletniemu Maćkowi z Białegostoku, który urodził się bez nogi.

Rektor Dzienis: - W Polsce nie ma protez dla dwulatków, a te, które są, to protezy dla dorosłych dostosowane do dzieci. Są niewygodnie, ograniczają ruchy. Proteza dziecięca to problem, bo dziecko rośnie. Nasi naukowcy i studenci zrobili taką, która jest na lata - dzięki specjalnym nakładkom rośnie razem z dzieckiem. Ale w NFZ powiedzieli, że nie tylko nie dołożą na dalsze badania protezy, ale nawet nie będą jej refundować. Myślę, że kraj nie jest gotowy na superwynalazki. W pewnym sensie marnujemy potencjał naukowy. Studentom chce się uczyć, mają głowę pełną pomysłów, ale potem zderzają się ze ścianą.

Sponsorzy

Pieniądze na wynalazki i badania nad nimi mogą dać:

- Narodowe Centrum Badań i Rozwoju,

- Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości,

- Inkubator Przedsiębiorczości.

To agendy, które dzielą unijne pieniądze.

Wózek

Patryk Arłamowski ma 26 lat, dom we Wrocławiu, nurkuje, jeździ konno. Ma coś z hrabiego, bo kiedy dzwonię, mówi: "Będę pana oczekiwał w piątek o 10.00".

Jest absolwentem Politechniki Wrocławskiej; jego partnerka - Kamila Rudnicka - jeszcze tam studiuje. W kwietniu ich wynalazek został Polskim Wynalazkiem Roku 2014. Na uroczystym podsumowaniu plebiscytu minister nauki Lena Kolarska-Bobińska wręczyła im czek na 50 tys. złotych. A doceniono ich za inteligentny wózek inwalidzki. Niepełnosprawny za pomocą dżojstika może włączyć światło, zamknąć drzwi i okna, zasłonić rolety, zmienić kanały w telewizji, wezwać pomoc. Wózek ma czujnik wykrywający ruch gałek ocznych; w przyszłości będzie miał encefalograf monitorujący pracę mózgu.

Na zrobienie wózka wpadli, gdy zepsuł się wózek syna ich przyjaciółki. Producent tak go skonstruował, że nie można było naprawić zepsutej części, tylko trzeba było kupić nową - za 700 euro. Zrobienie takiej samej kosztowało Patryka mniej niż 500 złotych.

eFakturomat

Idziemy ogrodem do domu, nie byle jakiego, bo inteligentnego. Rolety same chowają okna przed słońcem, w łazience światło zapala się samo, w przedpokoju również, w jadalni kawę z mlekiem robi Patryk, ciastka podaje Kamila.

Razem pracują nad wynalazkami, na pomysł wpadają najczęściej na tarasie. A potem idą do pracowni naprzeciwko salonu i rysują, składają, siedzą do nocy.

Ostatnio Kamila wymyśliła eFakturomat - mógłby stać przy kasach w sklepach, hipermarketach. Wydanie faktury zajęłoby tyle, ile wydanie paragonu. Projekt zachwala Politechnika Wrocławska.

Kamila Rudnicka: - Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości uznała, że nie powinnam dostać dofinansowania, bo "produkt jest szkodliwy społecznie, ponieważ przyczyni się do zwolnienia pracowników sprzedażowych w obiektach handlowych". Czyli wychodzi na to, że nie powinniśmy produkować samochodów, bo przyczyniły się do upadku lektyk. W końcu lektykę nosiły co najmniej dwie osoby, a samochód może prowadzić jedna. Tylko czy zadaniem działającej za pieniądze unijne Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości nie jest wspieranie nowych technologii? Inny urzędnik uznał, że eFakturomat spowoduje spadek sprzedaży postawionych przy kasach batoników i gum do żucia w sklepach wielkopowierzchniowych, gdyż zajmie miejsce, w którym można je sprzedawać.

- Nawet głupich telewizorów nie produkujemy, tylko składamy. Chińczycy otwierają u nas fabryki, zatrudniają ludzi za 1200 złotych. Posłowie przecinają wstęgi chińskich fabryk, a powinni się spalić ze wstydu

Żeby eFakturomat znalazł się w produkcji, musieliby przetestować co najmniej sto urządzeń, wymaga tego dyrektywa unijna odnośnie dopuszczenia do użytku urządzeń elektrycznych. Koszt zrobienia jednego eFakturomatu to 3 tys. zł. Nie mają 300 tys. na testowanie.

Urna

Patryk wiosną wymyślił urnę wyborczą, która liczy głosy (podobne są w USA). Zrobił już prototyp. Przed wyborami do Europarlamentu przyjechała nawet telewizja TVN 24 i były wejścia na żywo z pracowni. Patryk wkładał listy do urny. Każda wpadająca do środka kartka była automatycznie skanowana, a postawiony obok komputer od razu czytał wyniki. Nie ma szans na oszustwo, pomyłkę, ale nie sądzi, by politycy się tym zainteresowali. Już ktoś z PiS-u powiedział, że tak będzie można zaprogramować urnę, żeby naliczała głosy PO.

Ofiary

Z wynalazkiem roku też nie mają łatwo.

Patryk: - Żeby wózek znalazł się w produkcji, musimy przeznaczyć prawie pół miliona złotych na testy i certyfikaty. Część jest zupełnie bez sensu. Jednym z mniej inteligentnych wymogów jest obowiązek poddania wózka wysokiej temperaturze. Wiadomo, że spłonie. Następnie trzeba wózek zrzucić z wysokości (test na spadki swobodne). Wiadomo, że się rozbije. Ale przecież prototypy nic nie kosztują. Urzędników.

Po certyfikacji muszą zainwestować jeszcze dodatkowe 1,5 mln zł na przygotowanie wózka do produkcji. Dużo jak na ludzi, którzy niedawno skończyli studia.

Patryk: - Pojechaliśmy do Bielska-Białej, do Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości. Tam prezes testował prototyp. Był zachwycony i wstępnie zaoferował pomoc. Po trzech miesiącach zabawy w głuchy telefon: "Prezesa nie ma, a koleżanka, która się tym zajmuje, wyszła i nie wiadomo, kiedy wróci", okazało się, że już nie są zainteresowani. Powiedzieli, że projekt jest nieopłacalny, gdyż w Polsce nie ma osób niepełnosprawnych. Dziwne, bo według Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych mamy aż milion ludzi na wózkach. Gdy wózek został uznany za wynalazek roku, dostaliśmy ponad dwieście maili, mnóstwo telefonów i listów od osób, które naszego wózka potrzebują.

Kamila: - Pewna partia zaproponowała, abyśmy stali się twarzą ich kampanii wyborczej - oczywiście razem z wózkiem - jako "ofiary urzędników i rządu". Odmówiliśmy. Mimo wszystko nie czujemy się ofiarami.

Kropki i przecinki

Patryk i Kamila założyli firmę.

Arłamowski Investment próbuje zainteresować wózkiem szwajcarską spółkę. Są też szanse, że wózek pojedzie do USA. Współpracują już z Amerykanami - wysyłają im zrobione przez siebie sterowniki Lightbox - urządzenie wielkości pudełka od zapałek, które montuje się przy oświetleniu ledowym. Lightbox ma połączenie ze smartfonem. Siedząc na kanapie, można zgasić światło, regulować jego natężenie, można je i tak ustawić, by stopniowo gasło, podczas gdy my zasypiamy.

Patryk: - A teraz rozpoczynamy produkcję urządzenia pozwalającego sterować roletami i żaluzjami oraz urządzenia typu wirtualny klucz, które pozwoli otwierać drzwi i bramy garażowe za pomocą smartfona. Aha, i proszę napisać, że nie wzięliśmy na Lightbox ani złotówki z Unii.

Kamila: - Projekty, które tworzymy, nadają się do komercjalizacji. Nie konstruujemy perpetuum mobile. Jeśli finansujemy prace badawcze za własne pieniądze, to musimy mieć pewność, że mają sens. Ktoś, komu Unia daje pieniądze na badania - na przykład naukowcy na uczelniach - takiej pewności nie musi mieć.

Patryk: - Wiele uczciwych firm rezygnuje z ubiegania się o dotacje. My zrezygnowaliśmy raz na zawsze i nie żałujemy. Po pierwsze, urzędników nie obchodzi, kiedy zostaną uruchomione pieniądze; nie mają pojęcia, że w nowoczesnych technologiach chwila opóźnienia w finansowaniu może oznaczać porażkę. Po drugie, firmy nie chcą mieć ciągłych kontroli, biegania do urzędów z 55. tabelką, w której zabrakło dwóch kropek i przecinka.

Metaheurystyka

Modnym słowem jest "innowacja".

Minister infrastruktury i rozwoju Elżbieta Bieńkowska: "Kładziemy duży nacisk na wzrost innowacyjności w polskiej gospodarce".

Premier Donald Tusk: "Innowacje odnowią Polskę".

Minister nauki i szkolnictwa wyższego Lena Kolarska-Bobińska: "Rząd traktuje innowacyjność jako zadanie priorytetowe".

Słownik języka polskiego: "Innowacja: wprowadzenie nowości do użytku, działania; nowatorstwo".

Patryk: - Wszystko może być innowacyjne. Weźmy zwykły chiński tablet z marketu i napiszmy prostą aplikację rozpoznającą dźwięk. I już mamy innowację. We wniosku unijnym wystarczy napisać: "Inteligentny, bezprzewodowy system ułatwiający przełamywanie barier osobom niepełnosprawnym, w szczególności osobom niewidomym. Innowacyjny szczególnie przez fakt wykorzystania algorytmów sztucznej inteligencji i metaheurystyki". Dla urzędnika brzmi mądrze, pieniądze murowane. Tylko czy taka innowacja ma jakąkolwiek wartość? Czy osoba niewidoma znajdzie na ekranie maleńki przycisk "Rozpoznawaj głos"?

Firma

Andrzej jest doktorantem na jednej z politechnik. Ma sukcesy w tworzeniu prototypów urządzeń medycznych.

- Zgłosiła się do mnie spółka, która ma siedzibę w parku naukowo-technologicznym. "Siedzibę" to za dużo powiedziane, bo chodzi o jedno wydzielone biurko. Spółka zajmuje się badaniem i tworzeniem innowacji w dziedzinie sprzętu medycznego. "Tworzeniem" i "badaniem" to za dużo powiedziane, bo jeszcze nic nie stworzyła ani nie zbadała. Ale dostała kilka milionów złotych z inkubatora przedsiębiorczości. Nie dziwi mnie to. Prezes spółki współpracuje z inkubatorem - jakimś cudem zasiada w komisji oceniającej wnioski. Przyszedł ostatnio do mnie i poprosił, abym mu sprzedał wadliwy prototyp urządzenia, które kiedyś zrobiłem. Zależało mu. To nic, że urządzenie było wadliwe. We wniosku końcowym napisze: badanie nie przyniosło spodziewanych wyników.

Park

Pomostem między nauką a biznesem mają być parki naukowo-technologiczne. Wyrosły one przy dużych miastach za pieniądze unijne. Parki powinny wspierać małe, młode firmy z "obszarów technologicznie zaawansowanych". Wsparcie polega na: udostępnieniu powierzchni, doradztwie naukowym, przepływie wiedzy między uczelnią a biznesem.

Ale wsparcia nie ma.


Rok temu Najwyższa Izba Kontroli zarzuciła Lubelskiemu Parkowi Naukowo-Technologicznemu, że nie pozyskuje firm wysoce technologicznych. NIK wyliczył, że aż prawie 40 proc. przychodów parku pochodziło z wynajmowania pomieszczeń dla firm, które trudno nazwać innowacyjnymi.

Ale problem jest nie tylko w Lublinie. W gdyńskim parku powierzchnię wynajmuje firma produkująca zabawki dla niemowląt, w kieleckim projektowane są ulotki i plakaty, w poznańskim jest przedszkole, a obok siedzibę ma producent karmy dla psów i kotów.

- Parki należą do spółek, w których są samorządy i uczelnie. Oni mają gdzieś technologiczne innowacje, po prostu wynajmują temu, kto więcej zapłaci. W takim kluczu małe, pomysłowe firmy nie mają szans - mówi były pracownik Ministerstwa Infrastruktury i Rozwoju. - U nas potrzebne są maksymalnie cztery parki technologiczne, a mamy ich ponad 40, w niektórych miastach po trzy. Zwróciłem uwagę wiceminister Iwonie Wendel, że parki nie spełniają swojej misji i że władze samorządowe budują ich za dużo. Odpowiedziała: "Widocznie napisali dobre wnioski".

Żeniaczka

Modnym słowem jest również "patent".

Minister infrastruktury i rozwoju Elżbieta Bieńkowska: "Polska, by była krajem konkurencyjnym, musi wypracować taki system, który pozwoli nam sprzedawać naszą myśl, nasze patenty".

Słownik języka polskiego: "patent - dokument przyznający jakiejś osobie lub firmie wyłączne prawo do czerpania korzyści z wynalazku".

Na tle Europy Polska znajduje się w pierwszej dziesiątce jeśli chodzi o zgłaszane patenty - rocznie jest ich ponad 3 tysiące. Liczba patentów wzrosła, od kiedy Unia Europejska finansuje badania. Pomysły zgłaszają głównie uczelnie. Uczelnie za każdy patent dostają punkty. Im więcej punktów, tym więcej pieniędzy z ministerstwa.

- Patenty nie powinny być punktowane, bo przez wyścig po punkty mamy słabe badania - mówi profesor z Warszawy. - Nie mówiąc już o tym, że wydajemy publiczne pieniądze na słabe badania.

- Naukowcy biorą pieniądze na prowadzenie prostych, nic niewnoszących, przewidywalnych badań - potwierdza wykładowca politechniki. - Uderzają bezpośrednio po granty do Ministerstwa Nauki albo po fundusze unijne do Narodowego Centrum Badań i Rozwoju.

Uczelnie, zwłaszcza prywatne, redukują wydziały z powodu niżu demograficznego. Dlatego dotacje na badania są dla wykładowców sposobem na dorobienie. Słyszałem, jak jeden z profesorów mówił do drugiego: "Słuchaj, muszę wymyślić badanie, bo syn wymyślił żeniaczkę".

Marcin Gędłek, zastępca dyrektora departamentu promocji i wspierania innowacyjności Urzędu Patentowego: "Mniej więcej dwie trzecie wynalazków zgłaszają instytuty badawczo-rozwojowe i uczelnie, które nie zawsze za cel stawiają sobie komercjalizację danego wynalazku. Dla nich ważne są inne przesłanki".

- Uczelnia jest najgorszym właścicielem patentów - mówi przedsiębiorca z Warszawy. - Gdy chciałem kupić pewien pomysł, rektor ciągle nie miał czasu, żeby się ze mną spotkać. W końcu zrezygnowałem. Koledzy z branży mówią o podobnych unikach rektorów. Dlaczego tak się dzieje? Bo rektor pracuje na pieniądzach publicznych. Jeżeli za nisko wyceni patent, to będzie ścigany za naruszenie dyscypliny finansów publicznych, gdyż uszczuplił majątek uczelni. Jeżeli wyceni za wysoko, to nikt tego nie kupi. Więc wyceniają wysoko i śpią spokojnie.

Minister nauki i szkolnictwa wyższego Lena Kolarska-Bobińska: - W Polsce występuje nieufność świata nauki wobec biznesu. Zależy nam na tym, żeby naukowcy otworzyli się na współpracę z firmami, by ich badania przyczyniały się do rozwoju nauki, ale też gospodarki.

Poczucie

Karol Lityński, prezes Fundacji Centrum Innowacji FIRE, uważa, że naukowcy jeszcze nie potrafią myśleć biznesowo. Za przykład podaje historię profesor z Uniwersytetu Warszawskiego, która opracowała szczepionkę dla kurcząt przeciw salmonelli.

- Po miesiącach badań pani profesor przeprowadziła testy w kurnikach. Wyszły pomyślnie, co stanowiło temat ciekawej publikacji. Zamknęło jej to jednak drogę do opatentowania szczepionki, bo patentuje się tylko wynalazki nieopublikowane. Wynalazek pani profesor otrzymał co prawda nagrodę w konkursie Polski Produkt Przyszłości, lecz nigdy nie przeszedł do produkcji - mówi Lityński. - Jest wiele substancji odkrywczych, ratujących życie, które zalegają w laboratoriach. Biznes farmaceutyczny się nimi nie interesuje, bo nie są chronione patentami. Żadna firma nie chce być jedną z wielu produkujących lek o tym samym składzie - mówi Lityński.

Przykładem marnowania biznesowego potencjału nauki w Polsce są także bakteriofagi z Instytutu Biologii Doświadczalnej PAN we Wrocławiu.

- Naukowcy wyodrębnili wirusy, które niszczą bakterie, również te lekooporne. To przyszłość, bo coraz częściej słyszymy, że bakterie uodparniają się na antybiotyki - mówi Lityński. - Ale leki wykorzystujące bakteriofagi - choć ich pozyskiwanie zostało opatentowane - nie są w Polsce produkowane. Wykorzystuje się je wyłącznie w skrajnych sytuacjach, najczęściej u pacjentów w stanach terminalnych. Rodzina chorego prosi Instytut o wyodrębnienie bakteriofagów zwalczających infekcję u swojego krewnego, zakażonego na przykład gronkowcem. Słyszałem, że skuteczność wyleczeń terapią bakteriofagową sięga nawet 90 proc.! Ale odniosłem wrażenie, że Instytut wolał kontynuować badania naukowe, niż podjąć wysiłek komercjalizacji wynalazku, szczególnie wobec potencjalnej walki z firmami farmaceutycznymi, którym bakteriofagi uszczupliłyby przychody ze sprzedaży antybiotyków. Chyba zaważyło pragnienie świętego spokoju.

- Kiedy to było?

- Dziesięć lat temu.

- Dyrektor nadal ten sam?

- Nie, inny. Tamten awansował.

Sprawdziłem. Jest wiceprezesem PAN.

Sukces

Są przykłady, gdzie udało się pożenić naukę z biznesem.

Gdyby człowiek nie zmusił krowy do kanibalizmu, nie byłoby BSE, czyli choroby szalonych krów. Ma początek w mączce z odpadów poubojowych. Mączkę wycofano na całym świecie. Ale świat patrzy teraz na polski wynalazek - na mączkę z drożdży. Zaczęło się od badań nad drożdżami, które przez przypadek znalazł profesor Waldemar Rymowicz z Uniwersytetu Przyrodniczego we Wrocławiu. Drożdże karmił nieczyszczoną gliceryną, która jest odpadem przy produkcji biopaliw. Drożdże wchłaniają glicerynę i zamieniają ją w czyste białko. Pomysł na ich wykorzystanie został przez uczelnię opatentowany. Patent szybko kupił producent pasz Skotan. Spółka - z pomocą unijnych pieniędzy - zbudowała niedawno drożdżownię w Czechowicach-Dziedzicach. Wysokobiałkowa pasza to przysmak nie tylko dla bydła, ale także dla koni wyścigowych.



Ciasteczka

Wracam do Karola Lityńskiego.

- Zgubiłem się - mówię.

- Gdzie?

- W gąszczu sprzeczności. Z jednej strony są pieniądze z Unii na innowacje, rządzącym zależy na tym, abyśmy je wydawali, a z drugiej słyszę, że są problemy z wdrażaniem do produkcji innowacyjnych pomysłów.

- Najpierw ustalmy, co to jest innowacja. Autentyczny przykład: restauracja w okolicach Łomianek koło Warszawy, przy drodze prowadzącej na lotnisko w Modlinie, usiłuje pozyskać pieniądze unijne na wprowadzenie innowacyjnych rozwiązań, takich jak:

a) wykończenie pomieszczeń na piętrze, gdzie klienci będą mogli się przespać w drodze na lotnisko lub z powrotem,

b) możliwość zamówienia samochodu z kierowcą, który odwiezie gości na lotnisko,
c) kącik zabaw dla dzieci,

d) możliwość zamówienia przewodnika turystycznego, który zorganizuje wycieczkę po terenach Puszczy Kampinoskiej.

Co się pan śmieje, dla tej restauracji to naprawdę innowacyjne rozwiązania.

- Czyli innowacją możemy nazwać wszystko?

- No właśnie. Kiedyś Singapur utrzymywał się z prostytucji i rybołówstwa, a teraz jest liderem na rynku telekomunikacyjnym. Bo rząd odważył się wyznaczyć nowe kierunki rozwoju.

Proszę przejrzeć tematykę projektów dofinansowanych przez Polską Agencję Rozwoju Przedsiębiorczości. To są tematy od Sasa do Lasa, ponieważ na dofinansowanie mogą liczyć wszyscy, którzy przedstawią prawidłowo wypełnione wnioski. I najlepiej, żeby padło w nich słowo "innowacja".

Sprawdzam.

Dofinansowanie dostała firma, która będzie produkowała prozdrowotne ciasteczka z ciasta półfrancuskiego nadziewane owocami.

Rozeznawanie

Umawiam się z minister nauki i szkolnictwa wyższego Leną Kolarską-Bobińską.

- Pani minister, gdybyśmy dzisiaj mieli przestać uprawiać jabłka i hodować trzodę, to na co moglibyśmy postawić z nowych technologii?

- Naszym priorytetem powinno być nie tylko stworzenie systemu wsparcia dla kilku sektorów, ale także systemu, który będzie wspierać innowacje, jakich jeszcze nie możemy przewidzieć. Już teraz wiadomo, że będziemy stawiać na technologie materiałowe, nowe zastosowanie surowców mineralnych i na szeroko pojętą medycynę.

Pani minister zasypuje mnie ksero listów do rektorów, ulotkami dotyczącymi innowacyjności.

To samo pytanie kieruję - już mailem - do minister infrastruktury i rozwoju Elżbiety Bieńkowskiej. Odpowiedź przychodzi od wiceminister Iwony Wendel: "Z puli na lata 2007-2013 finansowano projekty spełniające kryteria dotyczące m.in. innowacyjności, wysokiej jakości badań naukowych czy też potencjału rynkowego (możliwości zastosowania w praktyce gospodarczej). Nie wprowadzaliśmy preferencji dla żadnego rodzaju technologii, wychodząc z założenia, że dla rozwoju polskiej gospodarki konieczne jest wzmocnienie wszystkich firm czy jednostek naukowych, zainteresowanych prowadzeniem prac badawczo-rozwojowych (z perspektywą zastosowania w biznesie) lub wprowadzaniem innowacji".

Pocket

Doktorowi Markowi Dziubińskiemu udało się przekuć swój pomysł w biznes. Już nie siedzi w laboratorium, ale w gabinecie. Widzi Dworzec Centralny, Pałac Kultury, hotel Marriott. Gdy mgła jest nisko - nic nie widzi, tylko chmury. Jego firma ma siedzibę w wieżowcu na 19. piętrze.

Robiąc doktorat na Politechnice Gdańskiej, wymyślił Pocket ECG.

- Jest to urządzenie do badania pracy serca - mówi. - Pacjent nie musi być hospitalizowany. W domu podpina do ciała trzy elektrody wychodzące z niewielkiego urządzenia, które na bieżąco wysyła dane do lekarza. Pacjent chodzi z tym urządzeniem przez tydzień, dwa, miesiąc. Jest to najbardziej dokładne i miarodajne badanie zaburzeń pracy serca. A i oszczędne, bo pacjent nie blokuje kolejek do kardiologa.

Założył firmę MEDICALgorithmics. Nie liczył na pieniądze unijne, uderzył do biznesu. I miał szczęście. W jego wynalazek uwierzył amerykański fundusz inwestycyjny. Dzisiaj Pocket ECG kupowany jest głównie w USA.

- Jeśli wynalazek jest dobry, to prędzej czy później mu się uda - mówi Dziubiński. - Sporo jest pieniędzy na rynkach światowych. Jeśli jedni odmawiają, trzeba iść do drugich, trzecich, dziesiątych. Nie, nie próbowałem swoim produktem zainteresować NFZ. Uważam, że jeszcze w tej chwili jest to misja straceńcza.