wtorek, 26 czerwca 2018
poniedziałek, 25 czerwca 2018
Godzina Kodowania
Godzina Kodowania:
https://code.org/learn
Poradnik do zajęć z kodowania:
https://hourofcode.com/pl/how-to
Zanajdujemy w nim uwagę:
https://code.org/learn
Poradnik do zajęć z kodowania:
https://hourofcode.com/pl/how-to
Zanajdujemy w nim uwagę:
4. Zaplanuj potrzebny sprzęt - komputery nie są niezbędne
Godzina Kodowania ma wsparcie wielu firm komputerowych, podobnie jak większe przedsięwzięcie w edukacji komputerowej - Tydzień Kodowania:
http://codeweek.eu/
Warszawski oeiizk w zeszłym roku zorganizował kurs kodowania grafiki żółwia w Pythonie:
http://events.codeweek.eu/view/142828/first-steps-in-python-online/
Jest też wsparcie ze strony Ministerstwa Cyfryzacji:
http://events.codeweek.eu/ambassadors/#tabs-PL
Warszawski oeiizk w zeszłym roku zorganizował kurs kodowania grafiki żółwia w Pythonie:
http://events.codeweek.eu/view/142828/first-steps-in-python-online/
Jest też wsparcie ze strony Ministerstwa Cyfryzacji:
http://events.codeweek.eu/ambassadors/#tabs-PL
środa, 20 czerwca 2018
Enigma - materiały
http://wkramost.blogspot.com/2015/11/enigma-do-szko.html
http://wkramost.blogspot.com/2017/11/enigma-w-poznaniu.html
http://wkramost.blogspot.com/2016/08/scratch-dla-wszystkich-dzieciakow.html
http://wkramost.blogspot.com/2015/12/szyfrowanie-dla-przedszkolakow.html
http://wkramost.blogspot.com/2015/12/pakiet-choinkowy.html
poniedziałek, 18 czerwca 2018
środa, 13 czerwca 2018
Rafał Woś
Nie ma kapitalizmu bez rozsądnego dostępu do zasobów!!!
Rozmawiałem niedawno z czołowym politykiem polskiej opozycji i jeśli dobrze go zrozumiałem, to plan jest następujący. Jedziemy ostrym ''anty-PiS-em'' prosto na czołowe zderzenie. Hasła „precz z Kaczorem dyktatorem” trzymamy się, jak kiedyś Lepper „Balcerowicz musi odejść”. Mówimy, że ONI chcą zrobić nad Wisłą Białoruś, a MY chcemy być cywilizowanym Zachodem. Ludzie w końcu nawykną do socjalnych prezentów, które dostali po roku 2015, a propaganda mediów publicznych zacznie ich mierzić. Zniknie też efekt nowości. Pojawią się frustracje i pęknięcia. W końcu nadejdzie moment przesilenia i rusza lawina. Której Kaczyński już nie powstrzyma. „Dobrze wiemy, jak to działa – mówią dziś w opozycji. Przerabialiśmy to na własnej skórze z Komorowskim.
Z pozoru taki scenariusz najbliższych miesięcy (lat?) brzmi racjonalnie. Zasadza się jednak na przekonaniu, że PiS nie odpali po raz kolejny jakiejś politycznej bomby atomowej, która zupełnie zmieni reguły gry. I nie chodzi tu o jeszcze ostrzejszą propagandę albo gmeranie w ordynacji. Na to opozycja jest przygotowana. Do pewnego stopnia nawet na to liczy (potwierdzi się wtedy słuszność hasła o „Kaczorze dyktatorze”). Ale co jeśli PiS zagra jak w roku 2015? Wymyśli jakiś rodzaj „nowego 500 plus”? I trafi nim w sedno społecznych oczekiwań? A opozycja kolejny raz zostanie z mieszanką niedowierzania i wściekłości na licu: „A to tak można?!” „Dlaczego my na to nie wpadliśmy?!”.
Przypomnijmy - 500 plus zadziałało tak w roku 2015 bo było wbrew utartym regułom. Wbrew neoliberalnej logice, że nie da się dokonać dużej redystrybucji dochodu narodowego w kierunku społecznych dołów. I że niebo się po czymś takim nie zawali. Przeciwnie, niebo się nie zawaliło. Ostatnio pochwalił „pięćsetkę” za społeczne efekty nawet neoliberalny "The Economist". „W Europie prawica daje lepsze zasiłki niż partie tradycyjne” - brzmi tytuł tekstu. A oto smakowite fragmenty: „Program 500 plus odmienił polskie państwo dobrobytu. Bank Światowy szacuje, że stopień skrajnego ubóstwa wśród dzieci spadł z 11,9 do 2,8 proc.” „Na początku liberałowie nazywali program psuciem budżetu, ale widząc jak jest popularny pogodzili się z nim. Nawet były minister finansów z czasów PO Jacek Rostowski powiedział, że program da się sfinansować". „W historii wiele było przypadków rozszerzania programów socjalnych, by nie dopuścić do wyborczych triumfów ekstremistów. Ale w Polsce to populiści stali się symbolem partii dobrobytu”.
Ale żadna Wunderwaffe nie działa w nieskończoność. Dziś staje się normalnością. A jeśli PiS (lub ktokolwiek inny) chce powtórzyć manewr z roku 2015, musi znaleźć coś nowego. Nie żadna mini „pięćsetka” (na przykład dla emerytów). To musi być coś naprawdę dużego i fundamentalnego.
Dostajesz, bo jesteś człowiekiem
Najlepsze jest jednak to, że tej Wunderwaffe nie trzeba od podstaw wymyślać. To „bezwarunkowy dochód podstawowy” (BDP). Z angielska zwany też czasem UBI (universal basic income). Mechanizm jest prosty. W idealnej wersji BDP to bezkryterialne powszechne świadczenie pieniężne przekazywane człowiekowi bezpośrednio w formie pieniężnej ze źródeł publicznych w regularnych odstępach czasowych. Dostajesz pieniądze za samo istnienie. Za przynależność do tej wspólnoty polityczne. Niezależnie od tego kim jesteś, jak pachniesz i jakie masz poglądy. Dostajesz, bo jesteś człowiekiem. I to nie jest żaden prezent od dobrego wujka polityka. To ci się po prostu należy.
Argumenty za dochodem podzielić można na dwa typy. Pierwsze są natury moralnej. Żyjemy kapitalizmie, prawda? A kapitalizm to nie jest (wbrew bajeczce kolportowanej przez swoich groupies) system oparty na równych szansach. Przeciwnie. Startujemy z różnych pozycji. Jeden ma dużo zasobów, a inny nie ma ich wcale. Ci, co mają, bazują na tym, że na pewnym etapie ich przodkowie uwłaszczyli się na wspólnej własności. Na przykład (Europa Zachodnia) mówiąc, że teraz ta ziemia jest ich. A u nas „dobrze wybierając sobie rodziców” (cytat z Jana Kulczyka) w epoce transformacji. I w tym miejscu wchodzi dochód podstawowy. I daje szanse na to, by konstruując lepszą wspólnotę wynagrodzić tamtą przemoc. Stworzyć coś w rodzaju maszyny do ciągłego odczyniania klątwy akumulacji. Czegoś w rodzaju publicznego funduszu, który będzie wypłacał każdemu człowiekowi ekwiwalent tego utraconego spadku. Forma tej wypłaty (ile? jak często?) jest do dogadania.
Prócz racji moralnych jest też cały zestaw argumentów praktycznych. Choćby taki, że BDP mógłby stać się sposobem na zmniejszanie nierówności ekonomicznych, które w świecie Zachodu (u nas też) zaczynają zagrażać spójności społecznej (jeśli szukacie odpowiedzi na totalna polaryzację polityczna, to tu ją znajdziecie). A w dłuższym okresie pewnie i pokojowi. BDP to także sposób na ożywienie państwa dobrobytu. By przestało być paternalistycznym i antydemokratycznym mechanizmem klasowej opresji. Działającym na zasadzie: panu z klasy średniej damy pieniądze z budżetu (choćby w formie ulgi podatkowej), ale krzykliwej babie z bazaru nie damy. Bo wiadomo, przepuści i przepije.
Od dawna nie jest to już pomysł niszowy ani polityczna ciekawostka. W świecie BDP wypadki biegną ostatnio bardzo szybko. Dwa lata temu były tylko testu w paru miejscach świata (Alaska, Finlandia, Kanada). Rok temu nawet Bank Światowy zrobił symulacje, z których wyszło, że od wprowadzenia BDP w wysokości 25 proc. medialny zarobków budżety krajów zachodnich by się nie zawaliły. Pół roku temu włoski Ruch Pięciu Gwiazd wpisał sobie dochód obywatelski (w wysokości 780 euro) do programu wyborczego. Dziś Pięć Gwiazd współtworzy rząd w Rzymie. Co będzie jutro? Może 1000 plus w Polsce. Dlaczego nie?
„Wałęsa dawaj moje 100 milionów!”
My w Polsce mamy z dochodem podstawowym całkiem ciekawe doświadczenia. Często nawet o tym nie wiedząc. Pamiętacie kampanię wyborczą roku 1990, gdy Lech Wałęsa rzucił hasło „100 milionów dla każdego”. Tak, wiem, że opinia publiczna hasło obśmiała widząc w nim dowód na kompletny ekonomiczny analfabetyzm Wałęsy. Przyszło to tym łatwiej, że opiniotwórcze elity trzymały już wtedy raczej z premierem Tadeuszem Mazowieckim. Wałęsa nie był już wówczas „naszym Lechem”. Lecz raczej poważnym zagrożeniem dla balcerowiczowskiej terapii szokowej.
Trzeba też uczciwie dodać, że i sam Wałęsa po wygraniu wyścigu o Belweder do sprawy nie wracał. I pewnie nikt by go dziś już nawet nie pamiętał, gdyby nie Kazik Staszewski. Który nagrał piosenkę z refrenem „Wałęsa dawaj moje 100 milionów!”. Kawałek tak się spodobał, że artysta wrócił wkrótce z sequelem „300 milionów”. Na tę samą melodię. Tylko z sumą pierwotnej wałęsowskiej propozycji po uwzględnieniu inflacji oraz przemian ekonomicznych, które się w międzyczasie w Polsce dokonały. I tak w „100 milionach” główny bohater wsiada rano do tramwaju, którym jeździ jeszcze „cała huta”. W „300 milionach” na tej linii można spotkać już tylko bezrobotnych.
Patrząc z dzisiejszego punktu widzenia „100 milionów” nie wydaje się już ani tak egzotyczne ani dziwaczne. Przeciwnie. Pomysł Wałęsy mógł być początkiem sensownej rozmowy o innej bardziej sprawiedliwej i lepszej transformacji. Może nawet nie jako 100 milionów. Albo nie jednorazowo. Lecz w formie stałych comiesięcznych wypłat. Uzasadnienie przecież narzucało się samo. Polacy zostali poddani wielkiemu i nieprzemyślanemu eksperymentowi terapii szokowej i zwyczajnie należał się im jakiś rodzaj zadośćuczynienia za utratę bezpieczeństwa ekonomicznego, którą polski skok w rynek wszak przyniósł. Co wiązało się z kolei z kapitulacją państwa w wielu dziedzinach usług publicznych, które w Polsce Ludowej obiecywało gwarantować.
Skoro więc coś się obywatelom zabiera, to w zdrowym społeczeństwie demokratycznym godzi się przecież dać coś w zamian. Tym bardziej, że Wałęsa sugerował nawet całkiem niezłe źródło finansowania. Miały nim być dochody z prywatyzacji gospodarki uspołecznionej oraz narodowej. Wypadki potoczyły się jednak inaczej. 100 milionów się Polki i Polacy nie doczekali. Ale prywatyzacja polskiej gospodarki się w sposób bardzo realny dokonała. Tyle, że grono jej beneficjentów okazało się dużo węższe.
Polityczna przyszłość dla tego, kto zrozumie
Ktoś powie, że to stare dzieje. Pewnie tak. Dlatego wróćmy do pierwszej ćwiartki XXI wieku. Dziś jesteśmy krajem dużo bardziej zamożnym. Nie mamy też na szyi pętli długu zagranicznego. Może więc warto się zastanowić nad argumentami stojącymi za BDP. Wyjść z arcykonserwatywnej edukacji ekonomicznej, w ramach której nic się nie da i wszystko jest zbyt drogie. Zwłaszcza, gdy ma dotyczyć dystrybucji dochodu narodowego z góry do dołu.
Pora zauważyć, że takie rozwiązania, jak dochód podstawowy nie powinny nas przerażać. Opozycja (a zwłaszcza jej lewicowa cześć z Razem, Biedroniem i SLD) powinna krzyczeć „Kaczyński, dawaj nasze sto milionów!”. „Dawaj tysiąc plus dla każdego!”. Kto to zrozumie, do tego należała będzie polityczna przyszłość. Kto nie zrozumie, ten… i tak to dostanie. Tyle, że w formie zaserwowanej przez politycznego przeciwnika.
Rozmawiałem niedawno z czołowym politykiem polskiej opozycji i jeśli dobrze go zrozumiałem, to plan jest następujący. Jedziemy ostrym ''anty-PiS-em'' prosto na czołowe zderzenie. Hasła „precz z Kaczorem dyktatorem” trzymamy się, jak kiedyś Lepper „Balcerowicz musi odejść”. Mówimy, że ONI chcą zrobić nad Wisłą Białoruś, a MY chcemy być cywilizowanym Zachodem. Ludzie w końcu nawykną do socjalnych prezentów, które dostali po roku 2015, a propaganda mediów publicznych zacznie ich mierzić. Zniknie też efekt nowości. Pojawią się frustracje i pęknięcia. W końcu nadejdzie moment przesilenia i rusza lawina. Której Kaczyński już nie powstrzyma. „Dobrze wiemy, jak to działa – mówią dziś w opozycji. Przerabialiśmy to na własnej skórze z Komorowskim.
Z pozoru taki scenariusz najbliższych miesięcy (lat?) brzmi racjonalnie. Zasadza się jednak na przekonaniu, że PiS nie odpali po raz kolejny jakiejś politycznej bomby atomowej, która zupełnie zmieni reguły gry. I nie chodzi tu o jeszcze ostrzejszą propagandę albo gmeranie w ordynacji. Na to opozycja jest przygotowana. Do pewnego stopnia nawet na to liczy (potwierdzi się wtedy słuszność hasła o „Kaczorze dyktatorze”). Ale co jeśli PiS zagra jak w roku 2015? Wymyśli jakiś rodzaj „nowego 500 plus”? I trafi nim w sedno społecznych oczekiwań? A opozycja kolejny raz zostanie z mieszanką niedowierzania i wściekłości na licu: „A to tak można?!” „Dlaczego my na to nie wpadliśmy?!”.
Przypomnijmy - 500 plus zadziałało tak w roku 2015 bo było wbrew utartym regułom. Wbrew neoliberalnej logice, że nie da się dokonać dużej redystrybucji dochodu narodowego w kierunku społecznych dołów. I że niebo się po czymś takim nie zawali. Przeciwnie, niebo się nie zawaliło. Ostatnio pochwalił „pięćsetkę” za społeczne efekty nawet neoliberalny "The Economist". „W Europie prawica daje lepsze zasiłki niż partie tradycyjne” - brzmi tytuł tekstu. A oto smakowite fragmenty: „Program 500 plus odmienił polskie państwo dobrobytu. Bank Światowy szacuje, że stopień skrajnego ubóstwa wśród dzieci spadł z 11,9 do 2,8 proc.” „Na początku liberałowie nazywali program psuciem budżetu, ale widząc jak jest popularny pogodzili się z nim. Nawet były minister finansów z czasów PO Jacek Rostowski powiedział, że program da się sfinansować". „W historii wiele było przypadków rozszerzania programów socjalnych, by nie dopuścić do wyborczych triumfów ekstremistów. Ale w Polsce to populiści stali się symbolem partii dobrobytu”.
Ale żadna Wunderwaffe nie działa w nieskończoność. Dziś staje się normalnością. A jeśli PiS (lub ktokolwiek inny) chce powtórzyć manewr z roku 2015, musi znaleźć coś nowego. Nie żadna mini „pięćsetka” (na przykład dla emerytów). To musi być coś naprawdę dużego i fundamentalnego.
Dostajesz, bo jesteś człowiekiem
Najlepsze jest jednak to, że tej Wunderwaffe nie trzeba od podstaw wymyślać. To „bezwarunkowy dochód podstawowy” (BDP). Z angielska zwany też czasem UBI (universal basic income). Mechanizm jest prosty. W idealnej wersji BDP to bezkryterialne powszechne świadczenie pieniężne przekazywane człowiekowi bezpośrednio w formie pieniężnej ze źródeł publicznych w regularnych odstępach czasowych. Dostajesz pieniądze za samo istnienie. Za przynależność do tej wspólnoty polityczne. Niezależnie od tego kim jesteś, jak pachniesz i jakie masz poglądy. Dostajesz, bo jesteś człowiekiem. I to nie jest żaden prezent od dobrego wujka polityka. To ci się po prostu należy.
Argumenty za dochodem podzielić można na dwa typy. Pierwsze są natury moralnej. Żyjemy kapitalizmie, prawda? A kapitalizm to nie jest (wbrew bajeczce kolportowanej przez swoich groupies) system oparty na równych szansach. Przeciwnie. Startujemy z różnych pozycji. Jeden ma dużo zasobów, a inny nie ma ich wcale. Ci, co mają, bazują na tym, że na pewnym etapie ich przodkowie uwłaszczyli się na wspólnej własności. Na przykład (Europa Zachodnia) mówiąc, że teraz ta ziemia jest ich. A u nas „dobrze wybierając sobie rodziców” (cytat z Jana Kulczyka) w epoce transformacji. I w tym miejscu wchodzi dochód podstawowy. I daje szanse na to, by konstruując lepszą wspólnotę wynagrodzić tamtą przemoc. Stworzyć coś w rodzaju maszyny do ciągłego odczyniania klątwy akumulacji. Czegoś w rodzaju publicznego funduszu, który będzie wypłacał każdemu człowiekowi ekwiwalent tego utraconego spadku. Forma tej wypłaty (ile? jak często?) jest do dogadania.
Prócz racji moralnych jest też cały zestaw argumentów praktycznych. Choćby taki, że BDP mógłby stać się sposobem na zmniejszanie nierówności ekonomicznych, które w świecie Zachodu (u nas też) zaczynają zagrażać spójności społecznej (jeśli szukacie odpowiedzi na totalna polaryzację polityczna, to tu ją znajdziecie). A w dłuższym okresie pewnie i pokojowi. BDP to także sposób na ożywienie państwa dobrobytu. By przestało być paternalistycznym i antydemokratycznym mechanizmem klasowej opresji. Działającym na zasadzie: panu z klasy średniej damy pieniądze z budżetu (choćby w formie ulgi podatkowej), ale krzykliwej babie z bazaru nie damy. Bo wiadomo, przepuści i przepije.
Od dawna nie jest to już pomysł niszowy ani polityczna ciekawostka. W świecie BDP wypadki biegną ostatnio bardzo szybko. Dwa lata temu były tylko testu w paru miejscach świata (Alaska, Finlandia, Kanada). Rok temu nawet Bank Światowy zrobił symulacje, z których wyszło, że od wprowadzenia BDP w wysokości 25 proc. medialny zarobków budżety krajów zachodnich by się nie zawaliły. Pół roku temu włoski Ruch Pięciu Gwiazd wpisał sobie dochód obywatelski (w wysokości 780 euro) do programu wyborczego. Dziś Pięć Gwiazd współtworzy rząd w Rzymie. Co będzie jutro? Może 1000 plus w Polsce. Dlaczego nie?
„Wałęsa dawaj moje 100 milionów!”
My w Polsce mamy z dochodem podstawowym całkiem ciekawe doświadczenia. Często nawet o tym nie wiedząc. Pamiętacie kampanię wyborczą roku 1990, gdy Lech Wałęsa rzucił hasło „100 milionów dla każdego”. Tak, wiem, że opinia publiczna hasło obśmiała widząc w nim dowód na kompletny ekonomiczny analfabetyzm Wałęsy. Przyszło to tym łatwiej, że opiniotwórcze elity trzymały już wtedy raczej z premierem Tadeuszem Mazowieckim. Wałęsa nie był już wówczas „naszym Lechem”. Lecz raczej poważnym zagrożeniem dla balcerowiczowskiej terapii szokowej.
Trzeba też uczciwie dodać, że i sam Wałęsa po wygraniu wyścigu o Belweder do sprawy nie wracał. I pewnie nikt by go dziś już nawet nie pamiętał, gdyby nie Kazik Staszewski. Który nagrał piosenkę z refrenem „Wałęsa dawaj moje 100 milionów!”. Kawałek tak się spodobał, że artysta wrócił wkrótce z sequelem „300 milionów”. Na tę samą melodię. Tylko z sumą pierwotnej wałęsowskiej propozycji po uwzględnieniu inflacji oraz przemian ekonomicznych, które się w międzyczasie w Polsce dokonały. I tak w „100 milionach” główny bohater wsiada rano do tramwaju, którym jeździ jeszcze „cała huta”. W „300 milionach” na tej linii można spotkać już tylko bezrobotnych.
Patrząc z dzisiejszego punktu widzenia „100 milionów” nie wydaje się już ani tak egzotyczne ani dziwaczne. Przeciwnie. Pomysł Wałęsy mógł być początkiem sensownej rozmowy o innej bardziej sprawiedliwej i lepszej transformacji. Może nawet nie jako 100 milionów. Albo nie jednorazowo. Lecz w formie stałych comiesięcznych wypłat. Uzasadnienie przecież narzucało się samo. Polacy zostali poddani wielkiemu i nieprzemyślanemu eksperymentowi terapii szokowej i zwyczajnie należał się im jakiś rodzaj zadośćuczynienia za utratę bezpieczeństwa ekonomicznego, którą polski skok w rynek wszak przyniósł. Co wiązało się z kolei z kapitulacją państwa w wielu dziedzinach usług publicznych, które w Polsce Ludowej obiecywało gwarantować.
Skoro więc coś się obywatelom zabiera, to w zdrowym społeczeństwie demokratycznym godzi się przecież dać coś w zamian. Tym bardziej, że Wałęsa sugerował nawet całkiem niezłe źródło finansowania. Miały nim być dochody z prywatyzacji gospodarki uspołecznionej oraz narodowej. Wypadki potoczyły się jednak inaczej. 100 milionów się Polki i Polacy nie doczekali. Ale prywatyzacja polskiej gospodarki się w sposób bardzo realny dokonała. Tyle, że grono jej beneficjentów okazało się dużo węższe.
Polityczna przyszłość dla tego, kto zrozumie
Ktoś powie, że to stare dzieje. Pewnie tak. Dlatego wróćmy do pierwszej ćwiartki XXI wieku. Dziś jesteśmy krajem dużo bardziej zamożnym. Nie mamy też na szyi pętli długu zagranicznego. Może więc warto się zastanowić nad argumentami stojącymi za BDP. Wyjść z arcykonserwatywnej edukacji ekonomicznej, w ramach której nic się nie da i wszystko jest zbyt drogie. Zwłaszcza, gdy ma dotyczyć dystrybucji dochodu narodowego z góry do dołu.
Pora zauważyć, że takie rozwiązania, jak dochód podstawowy nie powinny nas przerażać. Opozycja (a zwłaszcza jej lewicowa cześć z Razem, Biedroniem i SLD) powinna krzyczeć „Kaczyński, dawaj nasze sto milionów!”. „Dawaj tysiąc plus dla każdego!”. Kto to zrozumie, do tego należała będzie polityczna przyszłość. Kto nie zrozumie, ten… i tak to dostanie. Tyle, że w formie zaserwowanej przez politycznego przeciwnika.
niedziela, 10 czerwca 2018
Najbardziej upolitycznione zdjęcie dziesięciolecia

- Donald, przecież miałeś się mnie słuchać!
- Sorry Angela, ja nie jestem twój Donald!
Dwie Polski
nigdy nie było
nie wiem jak cię wymyśleć dzisiaj mam
by się nam tak ułożyło
jak piękne słowa co znaczą miłość
nie ma cię
dla mnie cię nie ma
nie wiem jak cię przekonać dzisiaj mam
byś się stał
niebem i ziemią
powietrzem, wodą, gwiazdą, przestrzenią
wszystkim czego chce będziesz ty
nie ma cię
tęsknie za tobą
puste miejsce mam w sercu, tylko myśl
zacznie się
będę na nowo
nie będę listów pisała bogom
czego tylko chce dasz mi ty
nie będę listów pisała bogom
wszystkim, czego chcę będziesz ty
nie będę listów pisała bogom
czego tylko chce dasz mi ty
nie będę listów pisała bogom
wszystkim, czego chcę będziesz ty
nie ma cię
nigdy nie było
I
Ubrana w schematy, zamknięta we wzorze
W sieci konwenansów, zasad i założeń
Co dzień się potykam o znaki na swej drodze:
„Tak powinnaś”, „Tak wypada”, „Tak się nie waż”„ Tak nie możesz!”
Dobrze wiem, że stać mnie na wiele
Nie boję się być sobą, więc wychylam się przed szereg
By z pełnym przekonaniem wam dzisiaj powiedzieć
Mogę wszystko, nic nie muszę, wolność mnie przez życie wiedzie
Mam własny styl, cele i marzenia,
Wiem dokąd zmierzam, znam swoje pragnienia
W żyłach krew pulsuje niesfornie
Jestem kobietą, płonie we mnie ogień
Refren:
Do przodu dziewczyny – do przodu dziewczęta
W górę dumna głowa – każda jest nieprzeciętna
W kruchym ciele bije serce stalowe
Niech cały świat się dowie: „Nadchodzi siła kobiet”
Do przodu dziewczyny – do przodu dziewczęta
W górę dumna głowa – każda jest nieprzeciętna
W kruchym ciele bije serce stalowe
Niech cały świat się dowie: „Nadchodzi siła kobiet”
II
Siła to nie zbroja twarda jak skała
To nie pancerz, nie tarcza, nie miecz, ani szpada
To wiara, działanie, dążenie do celu
Mimo przeciwności losu i przeciwników wielu
III
Dobrze wiem, że stać mnie na więcej
Mam odwagę przełamywać konwencje
Żyję tak jak czuję, żyję konsekwentnie!
Refren
Do przodu dziewczyny – do przodu dziewczęta
W górę dumna głowa – każda jest nieprzeciętna
W kruchym ciele bije serce stalowe
Niech świat się cały dowie: „Nadchodzi siła kobiet”
Do przodu dziewczyny – do przodu dziewczęta
W górę dumna głowa – każda jest nieprzeciętna
W kruchym ciele bije serce stalowe
Niech cały świat się dowie: „Nadchodzi siła kobiet”
sobota, 9 czerwca 2018
czwartek, 7 czerwca 2018
Bez przedawnienia!
J. Karnowski: To skandaliczna sprawa: przekazywano cenne historycznie dokumenty, nie troszcząc się o ich odzyskanie. Sprawa w jakiejś mierze symboliczna dla polityki państwa polskiego przed 2015 rokiem.
A. Mularczyk: To prawda. Na podstawie zawiadomienia złożonego przez śp. prezesa Janusza Kurtykę toczyło się śledztwo w tej sprawie, ale zostało ono umorzone z uwagi na przedawnienie. Dziwne jest to, że przez tyle lat żadna z instytucji państwowych nie podjęła żadnych starań o zwrot tych dokumentów. To jest też niebywałe.
Całość:
Rozmowa Jacka Karnowskiego z Arkadiuszem Mularczykiem
J. Karnowski: Panie pośle, co się dzieje w sprawie sądowej ścieżki dotyczącej odszkodowań za zbrodnie niemieckie i ich skutki? Chodzi o wniosek posłów PiS do Trybunału Konstytucyjnego, dotyczący uznania za niezgodne z Konstytucją stosowania immunitetu państwowego w tego typu przypadkach.
Arkadiusz Mularczyk, poseł PiS, przewodniczący parlamentarnego zespołu ds. reparacji:
A. Mularczyk: To prawda. Na podstawie zawiadomienia złożonego przez śp. prezesa Janusza Kurtykę toczyło się śledztwo w tej sprawie, ale zostało ono umorzone z uwagi na przedawnienie. Dziwne jest to, że przez tyle lat żadna z instytucji państwowych nie podjęła żadnych starań o zwrot tych dokumentów. To jest też niebywałe.
Całość:
Rozmowa Jacka Karnowskiego z Arkadiuszem Mularczykiem
J. Karnowski: Panie pośle, co się dzieje w sprawie sądowej ścieżki dotyczącej odszkodowań za zbrodnie niemieckie i ich skutki? Chodzi o wniosek posłów PiS do Trybunału Konstytucyjnego, dotyczący uznania za niezgodne z Konstytucją stosowania immunitetu państwowego w tego typu przypadkach.
Arkadiusz Mularczyk, poseł PiS, przewodniczący parlamentarnego zespołu ds. reparacji:
Ta sprawa rzeczywiście budzi ogromne zainteresowanie społeczne. Budzi też ogromne nadzieje. Jestem po 30 spotkaniach w całej Polsce, i bardzo wielu Polaków pyta o możliwość otwarcia ścieżki sądowej w tej sprawie. Żyją przecież jeszcze ludzie poszkodowani przez II wojnę światową, żyją spadkobiercy takich osób. Oni wszyscy mają nadzieję, że ścieżka sądowa umożliwi im indywidualne dochodzenie roszczeń.
J.K. Wniosek czeka na rozpatrzenie w Trybunale Konstytucyjnym.
A.M. Tak. Ten wniosek zmierza do uchylenia immunitetu państwowego państwa odpowiedzialnego za zbrodnie wojenne popełnione w Polsce. Ten wniosek został podpisany przez 100 parlamentarzystów Prawa i Sprawiedliwości, co też pokazuje jego rangę i szerokie poparcie. Nie ma jeszcze stanowiska Sejmu ani prokuratora generalnego, ale wiem, że są one przygotowywane i zostaną niebawem złożone. Czekamy na wyznaczenie terminu rozprawy. Ten wyrok będzie ważny nie tylko dla bezpośrednio poszkodowanych, dla ofiar bombardowań czy pacyfikacji, ale także dla ich rodzin, spadkobierców. Powtarzam: z moich podróży po kraju wynika, że oczekiwania społeczne na otwarcie tej ścieżki są bardzo duże. Taka ścieżka jest już otwarta we Włoszech i w Grecji. Jeśli zostanie otwarta również w Polsce, może to oznaczać zmianę całej praktyki międzynarodowej w odniesieniu do tego typu roszczeń.
J.K. Parlamentarny zespół ds. reparacji cały czas podejmuje też badania sektorowe, teraz np. dotyczące spraw polskich banków w wyniku II wojny światowej. Sprawa roszczeń nie umarła, mimo, że część komentatorów prorokowała, że szybko trafi do lamusa.
A.M. Praca trwa. Najbardziej się cieszę, że mamy już grupę kilkunastu wysokiej klasy ekspertów, którzy intensywnie pracują nad różnymi aspektami raportu w sprawie strat wojennych. Chcę przy okazji wyrazić podziękowanie Polskiej Fundacji Narodowej, która finansuje te prace. To dzięki PFN powstanie raport o stratach wojennych. To wymaga naprawdę złożonych, skomplikowanych analiz, prac archiwalnych, studyjnych, zbierania litereratury, kwerendy statystycznej. Naprawdę, wielkie podziękowania dla Polskiej Fundacji Narodowej. W sprawie raportu współpracujemy także z Instytutem Pamięci Narodowej oraz z polskimi archiwami. Ta współpraca układa się dobrze.
J.K. Kiedy powstanie raport?
A.M. Nie chcę wskazywać konkretnej daty. Raport będzie na pewno, prace są bardzo intensywne. W toku prac zespołu napotykamy się na różne ciekawe zagadnienia. Jednym z ciekawszych jest praktyka wysyłania z Polski do Niemiec dokumentów, o które występowały różne organy sądowe państwa niemieckiego, rzekomo w celu ścigania nazistów. I ku naszemu zdumieniu od początku lat 60. do końca lat 90. państwo polskie, archiwa, i Główna Komisja Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce wysłały do Niemiec, do centrali w Ludwigsburgu, ponad 62 tys. oryginałów dokumentów. To były zeznania świadków, zdjęcia, mikrofilmy, często jedyne dowody zbrodni niemieckich popełnionych w Polsce. Te dokumenty niestety do Polski nie wróciły. Dziś chcemy podczas posiedzeniu zespołu parlamentarnego przyjąć dwa dezyderaty. Dezyderat do prezesa IPN w sprawie powołania zespołu ds. kwerendy dokumentacji wysłanej do Niemiec. Drugi dezyderat zostanie skierowany do pana premiera Morawieckiego z prośbą o zwrócenie się do Niemiec o zwrot tych dokumentów, w oparciu o wyniki owej kwerendy. Nie może być tak, że często jedyne dowody zbrodni niemieckich w Polsce pozostają w Niemczech, tym bardziej, że nie mamy wiedzy, by sądy niemieckie rzeczywiście z owych materiałów skorzystały. Musimy wystąpić oficjalnie o ich zwrot, i zrobić wszystko, by do nas wróciły.
J.K. To skandaliczna sprawa: przekazywano cenne historycznie dokumenty, nie troszcząc się o ich odzyskanie. Sprawa w jakiejś mierze symboliczna dla polityki państwa polskiego przed 2015 rokiem.
A.M. To prawda. Na podstawie zawiadomienia złożonego przez śp. prezesa Janusza Kurtykę toczyło się śledztwo w tej sprawie, ale zostało ono umorzone z uwagi na przedawnienie. Dziwne jest to, że przez tyle lat żadna z instytucji państwowych nie podjęła żadnych starań o zwrot tych dokumentów. To jest też niebywałe. Tu się pojawia niestety nazwisko pani Darii Nałęcz, która takie dokumenty wysyłała do Niemiec, bez podstawy prawnej. Pojawiają się też inne nazwiska, i można zadać pytanie, czy to była wyłącznie lekkomyślność, niedbałość, głupota, czy też były inne przyczyny i powody. Bo można odnieść wrażenie, że Niemcy w ten sposób czyścili polskie archiwa z dowodów zbrodni niemieckich. Może to był główny cel tej operacji. Chodzi tu m. in. o dokumentację rozstrzeliwań Polaków, pacyfikacji wsi i innych zbrodni. To jest wstrząsające.
J.K. Choćby z tego względu prace zespołu już przynoszą Polsce wiele korzyści badawczych.
W toku prac zespołu widzimy skalę wyzwań, która nas czeka, ponieważ przygotowanie raportu wiąże się z koniecznością analizy dziesiątek, a może i setek problemów. Kwestia strat dotyczy nie tylko strat ludzkich i materialnych, ale także wyliczenia potencjału, w tym demograficznego i gospodarczego, który utraciliśmy. Nasi naukowcy także to liczą. Chcemy wiedzieć, ilu mieszkańców liczyłaby dziś Polska gdyby nie II wojna światowa, i gdzie dziś bylibyśmy gospodarczo.
J.K. Wniosek czeka na rozpatrzenie w Trybunale Konstytucyjnym.
A.M. Tak. Ten wniosek zmierza do uchylenia immunitetu państwowego państwa odpowiedzialnego za zbrodnie wojenne popełnione w Polsce. Ten wniosek został podpisany przez 100 parlamentarzystów Prawa i Sprawiedliwości, co też pokazuje jego rangę i szerokie poparcie. Nie ma jeszcze stanowiska Sejmu ani prokuratora generalnego, ale wiem, że są one przygotowywane i zostaną niebawem złożone. Czekamy na wyznaczenie terminu rozprawy. Ten wyrok będzie ważny nie tylko dla bezpośrednio poszkodowanych, dla ofiar bombardowań czy pacyfikacji, ale także dla ich rodzin, spadkobierców. Powtarzam: z moich podróży po kraju wynika, że oczekiwania społeczne na otwarcie tej ścieżki są bardzo duże. Taka ścieżka jest już otwarta we Włoszech i w Grecji. Jeśli zostanie otwarta również w Polsce, może to oznaczać zmianę całej praktyki międzynarodowej w odniesieniu do tego typu roszczeń.
J.K. Parlamentarny zespół ds. reparacji cały czas podejmuje też badania sektorowe, teraz np. dotyczące spraw polskich banków w wyniku II wojny światowej. Sprawa roszczeń nie umarła, mimo, że część komentatorów prorokowała, że szybko trafi do lamusa.
A.M. Praca trwa. Najbardziej się cieszę, że mamy już grupę kilkunastu wysokiej klasy ekspertów, którzy intensywnie pracują nad różnymi aspektami raportu w sprawie strat wojennych. Chcę przy okazji wyrazić podziękowanie Polskiej Fundacji Narodowej, która finansuje te prace. To dzięki PFN powstanie raport o stratach wojennych. To wymaga naprawdę złożonych, skomplikowanych analiz, prac archiwalnych, studyjnych, zbierania litereratury, kwerendy statystycznej. Naprawdę, wielkie podziękowania dla Polskiej Fundacji Narodowej. W sprawie raportu współpracujemy także z Instytutem Pamięci Narodowej oraz z polskimi archiwami. Ta współpraca układa się dobrze.
J.K. Kiedy powstanie raport?
A.M. Nie chcę wskazywać konkretnej daty. Raport będzie na pewno, prace są bardzo intensywne. W toku prac zespołu napotykamy się na różne ciekawe zagadnienia. Jednym z ciekawszych jest praktyka wysyłania z Polski do Niemiec dokumentów, o które występowały różne organy sądowe państwa niemieckiego, rzekomo w celu ścigania nazistów. I ku naszemu zdumieniu od początku lat 60. do końca lat 90. państwo polskie, archiwa, i Główna Komisja Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce wysłały do Niemiec, do centrali w Ludwigsburgu, ponad 62 tys. oryginałów dokumentów. To były zeznania świadków, zdjęcia, mikrofilmy, często jedyne dowody zbrodni niemieckich popełnionych w Polsce. Te dokumenty niestety do Polski nie wróciły. Dziś chcemy podczas posiedzeniu zespołu parlamentarnego przyjąć dwa dezyderaty. Dezyderat do prezesa IPN w sprawie powołania zespołu ds. kwerendy dokumentacji wysłanej do Niemiec. Drugi dezyderat zostanie skierowany do pana premiera Morawieckiego z prośbą o zwrócenie się do Niemiec o zwrot tych dokumentów, w oparciu o wyniki owej kwerendy. Nie może być tak, że często jedyne dowody zbrodni niemieckich w Polsce pozostają w Niemczech, tym bardziej, że nie mamy wiedzy, by sądy niemieckie rzeczywiście z owych materiałów skorzystały. Musimy wystąpić oficjalnie o ich zwrot, i zrobić wszystko, by do nas wróciły.
J.K. To skandaliczna sprawa: przekazywano cenne historycznie dokumenty, nie troszcząc się o ich odzyskanie. Sprawa w jakiejś mierze symboliczna dla polityki państwa polskiego przed 2015 rokiem.
A.M. To prawda. Na podstawie zawiadomienia złożonego przez śp. prezesa Janusza Kurtykę toczyło się śledztwo w tej sprawie, ale zostało ono umorzone z uwagi na przedawnienie. Dziwne jest to, że przez tyle lat żadna z instytucji państwowych nie podjęła żadnych starań o zwrot tych dokumentów. To jest też niebywałe. Tu się pojawia niestety nazwisko pani Darii Nałęcz, która takie dokumenty wysyłała do Niemiec, bez podstawy prawnej. Pojawiają się też inne nazwiska, i można zadać pytanie, czy to była wyłącznie lekkomyślność, niedbałość, głupota, czy też były inne przyczyny i powody. Bo można odnieść wrażenie, że Niemcy w ten sposób czyścili polskie archiwa z dowodów zbrodni niemieckich. Może to był główny cel tej operacji. Chodzi tu m. in. o dokumentację rozstrzeliwań Polaków, pacyfikacji wsi i innych zbrodni. To jest wstrząsające.
J.K. Choćby z tego względu prace zespołu już przynoszą Polsce wiele korzyści badawczych.
W toku prac zespołu widzimy skalę wyzwań, która nas czeka, ponieważ przygotowanie raportu wiąże się z koniecznością analizy dziesiątek, a może i setek problemów. Kwestia strat dotyczy nie tylko strat ludzkich i materialnych, ale także wyliczenia potencjału, w tym demograficznego i gospodarczego, który utraciliśmy. Nasi naukowcy także to liczą. Chcemy wiedzieć, ilu mieszkańców liczyłaby dziś Polska gdyby nie II wojna światowa, i gdzie dziś bylibyśmy gospodarczo.
środa, 6 czerwca 2018
Szostkiewicz na froncie propagandy PO
Czytam Szostkiewicza, bo jest zawsze dostępny (bloguje, a nie publikuje) i ponieważ przekracza kolejne granice politycznej (związanej z Polityką-tygodnikiem) głupoty. Ostatnio, wielkodusznie odpuścił Niemcom 800 mld. $ reparacji:
Ale dziś ostatnie słowo w polityce, także zagranicznej, należy nie do prezydenta RP, tylko prezesa Kaczyńskiego. A to on namaścił posła Mularczyka do przygotowania żądań reparacyjnych wobec Niemiec, naszego największego partnera gospodarczego i sprzymierzeńca europejskiego.
całość:
https://szostkiewicz.blog.polityka.pl/2018/06/05/dolek-polsko-niemiecki/?nocheck=1
Ale dziś ostatnie słowo w polityce, także zagranicznej, należy nie do prezydenta RP, tylko prezesa Kaczyńskiego. A to on namaścił posła Mularczyka do przygotowania żądań reparacyjnych wobec Niemiec, naszego największego partnera gospodarczego i sprzymierzeńca europejskiego.
całość:
https://szostkiewicz.blog.polityka.pl/2018/06/05/dolek-polsko-niemiecki/?nocheck=1
wtorek, 5 czerwca 2018
Zawsze inspirujący - Slavoj Zizek
Slavoj Zizek: Do sexbots have rights?

The current wave of politically-correct moralism reared its head in recent debates about the need to regulate relations between humans and sexbots (sexual robots).
First, for context, allow me to quote from a news report: “last year a sex robot named Samantha was ‘molested’ and seriously damaged at a tech industry festival; the incident spurred debate on the need to raise the issue of ethics in relation to machines... while the developers of sexbots have claimed that their projects will do anything to indulge their customers’ desires, it seems that they might start rejecting some persistent men... people ignore the fact that they may seriously damage the machine, just because it cannot say ‘no’ to their ‘advances’... future humanoid sex robots might be sophisticated enough to ‘enjoy a certain degree of consciousness’ to consent to sexual intercourse, albeit, to their mind, conscious feelings were not necessary components of being able to give or withhold consent... in legal terms, introduction of the notion of consent into human-robot sexual relationships is vital in a way similar to sexual relations between humans and it will help prevent the creation of a ‘class of legally incorporated sex-slaves.’”
Although these ideas are just a specific application of a proposal for the EU to impose the basic “rights” for AI (artificial intelligence), the domain of sexbots brings out in a clear way the implicit presuppositions that determine such thinking. We are basically dealing with laziness in thinking: by adopting such “ethical” attitudes, we comfortably avoid the complex web of underlying problems.
Indeed, the initial suspicion is that the proponents of such demands do not really care about the AI machines (they are well aware that they cannot really experience pain and humiliation) but about aggressive humans: what they want is not to alleviate the suffering of the machines but to squash the problematic aggressive desires, fantasies and pleasures of us, humans.
Moral Maze
This becomes clear the moment we include the topics of video games and virtual reality: if, instead of sexbots – actual plastic bodies whose (re)actions are regulated by AI, we imagine escapades in virtual reality (or, even more plastic, augmented reality) in which we can sexually torture and brutally exploit people – although, in this case, it is clear that no actual entity is suffering, the proponents of the rights of AI machines would nonetheless in all probability insist on imposing some limitations on what we, humans, can do in virtual space.
The argument that those who fantasize about such things are prone to do them in real life is very problematic: the relationship between imagining and doing it in real life is much more complex in both relations. We often do horrible things while imagining that we are doing something noble, and vice versa. Not to mention how we often secretly daydream about doing things we would in no way be able to perform in real life. We enter thereby the old debate: if someone has brutal tendencies, is it better to allow him to play with them in virtual space or with machines, with the hope that, in this way, he will be satisfied enough and not do them in real life?
Another question: if a sexbot rejects our rough advances, does this not simply mean that it was programmed in this way? So why not re-program it in a different way? Or, to go to the end, why not program it in such a way that it welcomes our brutal mistreatment? (The catch is, of course, will we, the sadistic perpetrators, still enjoy it in this case? Because a sadist wants his victims to be terrified and ashamed.)
And one more: what if an evil programmer makes the sexbots themselves sadists who enjoy brutally mistreating us, its partners? If we confer rights to AI sexbots and prohibit their brutal mistreatment, this means that we treat them as minimally autonomous and responsible entities – so should we also treat them as minimally “guilty” if they mistreat us, or should we just blame their programmer?
Nevertheless, the basic mistake of advocates for AI rights is that they presuppose our, human, standards (and rights) as being the highest form. What if, with the explosive development of AI, new entities will emerge with what we could conditionally call a “psychology” (series of attitudes or mindsets) which will be incompatible with ours, but in some sense definitely “higher” than ours (measured by our standards, they can appear either more “evil” or more “good” than ours)? What right do WE (humans) have to measure them with our ethical standards?
So let’s conclude this detour with a provocative thought: maybe, a true sign of the ethical and subjective autonomy of a sexbot would have been not that it rejects our advances but that, even if it was programmed to reject our brutal treatment, it secretly starts to enjoy it? In this way, the sexbot would become a true subject of desire, divided and inconsistent as we humans are.

The current wave of politically-correct moralism reared its head in recent debates about the need to regulate relations between humans and sexbots (sexual robots).
First, for context, allow me to quote from a news report: “last year a sex robot named Samantha was ‘molested’ and seriously damaged at a tech industry festival; the incident spurred debate on the need to raise the issue of ethics in relation to machines... while the developers of sexbots have claimed that their projects will do anything to indulge their customers’ desires, it seems that they might start rejecting some persistent men... people ignore the fact that they may seriously damage the machine, just because it cannot say ‘no’ to their ‘advances’... future humanoid sex robots might be sophisticated enough to ‘enjoy a certain degree of consciousness’ to consent to sexual intercourse, albeit, to their mind, conscious feelings were not necessary components of being able to give or withhold consent... in legal terms, introduction of the notion of consent into human-robot sexual relationships is vital in a way similar to sexual relations between humans and it will help prevent the creation of a ‘class of legally incorporated sex-slaves.’”
Although these ideas are just a specific application of a proposal for the EU to impose the basic “rights” for AI (artificial intelligence), the domain of sexbots brings out in a clear way the implicit presuppositions that determine such thinking. We are basically dealing with laziness in thinking: by adopting such “ethical” attitudes, we comfortably avoid the complex web of underlying problems.
Indeed, the initial suspicion is that the proponents of such demands do not really care about the AI machines (they are well aware that they cannot really experience pain and humiliation) but about aggressive humans: what they want is not to alleviate the suffering of the machines but to squash the problematic aggressive desires, fantasies and pleasures of us, humans.
Moral Maze
This becomes clear the moment we include the topics of video games and virtual reality: if, instead of sexbots – actual plastic bodies whose (re)actions are regulated by AI, we imagine escapades in virtual reality (or, even more plastic, augmented reality) in which we can sexually torture and brutally exploit people – although, in this case, it is clear that no actual entity is suffering, the proponents of the rights of AI machines would nonetheless in all probability insist on imposing some limitations on what we, humans, can do in virtual space.
The argument that those who fantasize about such things are prone to do them in real life is very problematic: the relationship between imagining and doing it in real life is much more complex in both relations. We often do horrible things while imagining that we are doing something noble, and vice versa. Not to mention how we often secretly daydream about doing things we would in no way be able to perform in real life. We enter thereby the old debate: if someone has brutal tendencies, is it better to allow him to play with them in virtual space or with machines, with the hope that, in this way, he will be satisfied enough and not do them in real life?
Another question: if a sexbot rejects our rough advances, does this not simply mean that it was programmed in this way? So why not re-program it in a different way? Or, to go to the end, why not program it in such a way that it welcomes our brutal mistreatment? (The catch is, of course, will we, the sadistic perpetrators, still enjoy it in this case? Because a sadist wants his victims to be terrified and ashamed.)
And one more: what if an evil programmer makes the sexbots themselves sadists who enjoy brutally mistreating us, its partners? If we confer rights to AI sexbots and prohibit their brutal mistreatment, this means that we treat them as minimally autonomous and responsible entities – so should we also treat them as minimally “guilty” if they mistreat us, or should we just blame their programmer?
Nevertheless, the basic mistake of advocates for AI rights is that they presuppose our, human, standards (and rights) as being the highest form. What if, with the explosive development of AI, new entities will emerge with what we could conditionally call a “psychology” (series of attitudes or mindsets) which will be incompatible with ours, but in some sense definitely “higher” than ours (measured by our standards, they can appear either more “evil” or more “good” than ours)? What right do WE (humans) have to measure them with our ethical standards?
So let’s conclude this detour with a provocative thought: maybe, a true sign of the ethical and subjective autonomy of a sexbot would have been not that it rejects our advances but that, even if it was programmed to reject our brutal treatment, it secretly starts to enjoy it? In this way, the sexbot would become a true subject of desire, divided and inconsistent as we humans are.
niedziela, 3 czerwca 2018
Nowy Wspaniały Świat
Koreańskie badania pokazują z kolei, że smartfon wydłuża tygodniowy czas pracy średnio o 11 godzin.
http://krytykapolityczna.pl/gospodarka/bregman-utopia-dla-realistow/
http://krytykapolityczna.pl/gospodarka/bregman-utopia-dla-realistow/
sobota, 2 czerwca 2018
Sułkowki w Egipcie


Kair - śmierć Józefa Sułkowskiego – 22 X 1798
Patrz:
http://wkramost.blogspot.com/2018/03/dwa-reportaze.html
5+7=12 - epistemologia w przedszkolu
Mini Komputer Papy'ego:
http://towarzystwo.edu.pl/assets/prace_matematyczne/sm_15_zemlik_pieczara.pdf
Ambitny plan do szybkiej realizacji:
1) 5+7=12 na dwóch kolumnach mojego MKP
2) Generał Tysiąc pokonuje ninje 555 i 777 na pełnej wersji mojego MKP
3) Przedszkolaki łamaczami kodów (Mama, Tata i Żyrafa; Imię)
http://wkramost.blogspot.com/2015/01/lego-szyfr-imienia.html
https://scratch.mit.edu/projects/15405267/
https://scratch.mit.edu/projects/15517774/
4) Arytmetyka manualna, czyli co potrafią komputery
Rozdział "Zapoznajemy się z bitami" z mojej książeczki "Zanim siądziesz do Komputera"
5) Zespołowe kodowanie liczbami pierwszymi (w dziecinnym odbiorze - rządkami pustych i zajętych komórek) - konkurs
Patrz też:
http://wkramost.blogspot.com/2017/11/cyberbezpieczenstwo.html
http://towarzystwo.edu.pl/assets/prace_matematyczne/sm_15_zemlik_pieczara.pdf
Ambitny plan do szybkiej realizacji:
1) 5+7=12 na dwóch kolumnach mojego MKP
2) Generał Tysiąc pokonuje ninje 555 i 777 na pełnej wersji mojego MKP
3) Przedszkolaki łamaczami kodów (Mama, Tata i Żyrafa; Imię)
http://wkramost.blogspot.com/2015/01/lego-szyfr-imienia.html
https://scratch.mit.edu/projects/15405267/
https://scratch.mit.edu/projects/15517774/
4) Arytmetyka manualna, czyli co potrafią komputery
Rozdział "Zapoznajemy się z bitami" z mojej książeczki "Zanim siądziesz do Komputera"
5) Zespołowe kodowanie liczbami pierwszymi (w dziecinnym odbiorze - rządkami pustych i zajętych komórek) - konkurs
Patrz też:
http://wkramost.blogspot.com/2017/11/cyberbezpieczenstwo.html
Subskrybuj:
Posty (Atom)